ODPOWIEDZ
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Spokojny, poczciwy opiekun zwierząt, który znacznie lepiej rozumie mowę zwierząt niż ludzi. Po godzinach piecze chleb, robi dżemy, rozmawia z roślinami i stara się nie zabić kolejnej paprotki.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkion/jego
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Deszcz przestał padać zaledwie kilkanaście minut wcześniej, ale ziemia najwyraźniej nie dostała jeszcze tej informacji. Pod stopami wciąż miękko uginało się błoto, przy każdym kroku przyklejając się do grubej podeszwy roboczych butów i tworząc na nich coraz bardziej imponującą warstwę. Paddington miał na ten temat swoje zdanie, ale było ono raczej natury filozoficznej. Ziemia, jak wiadomo, zawsze wygrywa. Można ją otrzepywać, zmywać, wycierać i przeklinać pod nosem, a następnego dnia i tak znajdzie sposób, żeby pojawić się na człowieku w zupełnie innym miejscu. Potylu przeżytych latach, Paddy nauczył się więc nie walczyć z rzeczami, których nie dało się wygrać. Zwłaszcza z błotem.
Jeszcze chwilę wcześniej klęczał przy jednym z wybiegów, z rękami po łokcie zajętymi czymś, co początkowo miało być drobną naprawą. „Drobna naprawa” była jednym z tych określeń, które w zoo miały niewiele wspólnego z rzeczywistością. W praktyce oznaczały zwykle co najmniej godzinę pracy, dwa narzędzia, których nie miało się przy sobie, trzy rzeczy wymagające poprawienia przy okazji i pytanie zadane samemu sobie o sens własnych życiowych wyborów. Paddy nie zadawał go jednak zbyt często. Lubił swoją pracę. Lubił nawet tę jej część, w której człowiek przez pół dnia był mokry, ubrudzony ziemią i pachniał czymś, czego nie potrafiłby zidentyfikować bez pomocy tabliczki ostrzegawczej.
Tym razem chodziło o zabezpieczenie fragmentu ogrodzenia, które po ostatnich opadach zaczęło niebezpiecznie pracować. Paddy zauważył to wcześniej podczas obchodu i zamiast przejść obok, jak zrobiłaby większość rozsądnych ludzi z wolnym popołudniem, zatrzymał się, przykucnął i zaczął sprawdzać, co dokładnie się dzieje. Potem pojawiła się łopata. Potem klucz. Potem kawałek drewna. Potem jeszcze jeden kawałek drewna, ponieważ pierwszy okazał się „dobrym pomysłem, tylko nie tutaj”. W międzyczasie zdążył przemoknąć, ubrudzić spodnie, rozmazać sobie ziemię po przedramieniu i zgubić rękawiczkę, którą odnalazł dopiero wtedy, gdy już przestał jej szukać.
Właśnie wtedy ktoś przekazał mu, że Aurora chce widzieć go w swoim biurze.
Paddy przez chwilę siedział na piętach i patrzył na swoje ręce. Potem na buty. Potem gdzieś przed siebie, jakby odpowiedź na pytanie dlaczego właśnie teraz? mogła znajdować się pomiędzy drzewami a ogrodzeniem. Nie znalazła się.
Nie wyglądał jak człowiek, który właśnie dostał wezwanie do biura. Bardziej jak ktoś, kto został przypadkiem wykopany z ziemi i teraz należało zdecydować, czy nadaje się jeszcze do użytku. Ciemne spodnie robocze były mokre przy łydkach i zabrudzone na kolanach, koszulka przykleiła mu się lekko do pleców, a na rękawie kurtki widniała smuga ziemi. Włosy, zwykle i tak nieposłuszne, po wilgoci zaczęły żyć własnym życiem. Kilka kosmyków opadło mu na czoło, jeden uparcie sterczał z boku głowy, jakby również miał własne zdanie na temat spotkania z kierownictwem. Na prawym policzku została mu niewielka, brązowawa kreska, której nie zauważył.
Nie był niechlujny. Wręcz przeciwnie — Paddy miał w sobie coś z człowieka, który lubił, kiedy rzeczy były na swoim miejscu. Po prostu jego definicja „właściwego momentu na przejmowanie się własnym wyglądem” była bardzo elastyczna, szczególnie kiedy w grę wchodziły zwierzęta. Prysznic, czyste ubrania i porządne buty mogły poczekać. Zdrowie podopiecznych raczej nie. Poza tym i tak miał zwyczaj przebierać się dopiero po zakończeniu pracy, więc wezwanie do biura złapało go dokładnie w najgorszym możliwym momencie.
Podniósł się w końcu, otrzepał dłonie o spodnie — co było działaniem całkowicie bezcelowym, ponieważ jego spodnie już dawno przestały reprezentować jakiekolwiek standardy czystości — i ruszył w stronę budynku administracyjnego. Po drodze przypomniał sobie, że właściwie nie wie, dlaczego Aurora go wezwała.
I to było trochę niepokojące.
Nie na tyle, żeby zaczął się bać. Paddy nie miał szczególnego talentu do panikowania. Raczej do rozważania wszystkich możliwych scenariuszy, z których większość kończyła się zwykle tym, że zrobił coś, czego nie pamiętał. Przez chwilę zastanawiał się więc, czy ostatnio czegoś nie zawalił. Może dokumentacja? Nie. Chyba wszystko oddał. Może coś przy wybiegu? Nie, właśnie dlatego poprawiał zabezpieczenie. Może ktoś zgłosił jakiś problem? To było możliwe. Może potrzebowała jego opinii w jakiejś sprawie.
Ta ostatnia możliwość wydała mu się najbardziej prawdopodobna.
I, jak zwykle, najbardziej logiczna.
Zanim wszedł do budynku, zatrzymał się przy schodach. Spojrzał w dół.
Błoto.
Spojrzał na drzwi.
Potem znowu na błoto.
Westchnął cicho.
Nie miał przy sobie szczotki, ręcznika ani niczego, czym można by dokonać cudu. Pozostała więc metoda tradycyjna. Uniósł jedną nogę i stuknął podeszwą o drugą, potem powtórzył to samo z drugiej strony. Kilka grudek ziemi odpadło. Większość pozostała na miejscu, prawdopodobnie przywiązana do butów emocjonalnie.
Dobrze — mruknął pod nosem, jakby właśnie zawarł z nimi kompromis.
Wszedł do środka.
Korytarz administracyjny był czysty, jasny i zdecydowanie zbyt elegancki dla człowieka, który miał na sobie pół wybiegu. Paddy przeszedł kilka kroków, zanim zauważył pozostawiane przez siebie ślady. Zatrzymał się i spojrzał za siebie. Na podłodze ciągnęła się niewielka, błotnista ścieżka.
Przez moment rozważał, czy nie powinien wrócić i ją posprzątać.
Nie wrócił.
Przed drzwiami zatrzymał się jeszcze raz. Poprawił kurtkę, przesunął dłonią po włosach i dopiero wtedy zauważył na palcach brud. Spojrzał na niego z lekkim wyrzutem, jakby to właśnie jego ręce były odpowiedzialne za całą sytuację. Wytarł rękę o spodnie, co było prawdopodobnie najgorszym możliwym rozwiązaniem, ale przynajmniej było konsekwentne.
Zapukał.
Po chwili nacisnął klamkę i wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi ostrożniej, niż można by się spodziewać po człowieku, który właśnie wniósł do sterylnego biura pół wybiegu.
Stanął kilka kroków od biurka.
Nie usiadł.
Najpierw spojrzał na Aurorę, potem odruchowo na swoje buty, potem na podłogę, potem znowu na buty. Ostrożnie przesunął jedną podeszwą po macie przy wejściu, próbując zebrać choć część błota.
Nie zebrał.
Podniósł wzrok na Aurorę i uśmiechnął się lekko, trochę przepraszająco.
Dzień dobry. Wzywałaś mnie?

Aurora B. Swan
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
oretykotlety
29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

#1 Krople za oknem zaczynały spadać coraz rzadziej, a ogólna atmosfera na zewnątrz zaczynała się polepszać. Aurora mogłaby wrócić do swoich obowiązków i znów zacząć skakać między wybiegami i pracownikami, zbierając ich dzienne raporty. Jednakże nie miała zamiaru wychodzić z biura. Przynajmniej przez najbliższy czas. Od rana praktycznie nie miała chwili dla siebie. Jedna rozmowa, drugi telefon, podpisy, raporty, ktoś znowu czegoś potrzebował, ktoś inny czegoś nie zrobił, a jeszcze ktoś uznał, że najlepszym momentem na przedstawienie jej problemu jest dokładnie ten, kiedy wychodziła z gabinetu. Dlatego teraz siedziała za biurkiem i robiła coś, czego prawdopodobnie nie powinna robić w godzinach pracy. Czekała też na pracowników, których wezwała do siebie. Było ich kilku.
Na ekranie laptopa zamiast raportu dotyczącego agresji mandryli barwnolicych w okresie letnim, otwarta była strona internetowa z bielizną. Swan przewijała kolejne modele bez większego pośpiechu, od czasu do czasu zatrzymując wzrok na czymś, co faktycznie przyciągnęło jej uwagę. Nie potrzebowała niczego pilnie. Nie miała nawet konkretnego planu zakupowego. Po prostu chciała przez chwilę zrobić coś zupełnie nieproduktywnego, dać głowie odpocząć.
Na nogach nie miała już szpilek. Zdjęła je jakiś czas temu i odstawiła obok fotela, pozwalając stopom odpocząć po kilku godzinach chodzenia po zoo. Jedną nogę podwinęła pod drugą, drugą zaś oparła swobodnie o podłogę, a ciemne włosy opadały jej miękko na ramiona. Rękawiczki, które rano założyła do pracy, leżały niedbale rzucone na podłodze obok biurka. W tym momencie wyglądała znacznie mniej formalnie niż zwykle. Była po prostu zmęczona. Jednakże nie musiała niczego nikomu udowadniać. Nie potrzebowała metrowych obcasów, marynarki ani stanowiska wypisanego na złotej wizytówce, żeby zajmować przestrzeń. Nawet siedząc wygodnie za biurkiem, bez butów, z jedną ręką opartą o blat, miną pełną rezygnacji, miała w sobie tę samą pewność siebie, którą większość ludzi zauważała dopiero wtedy, kiedy zaczynała wydawać polecenia.
Kliknęła kolejny model koronkowych fig, a wtedy rozległo się pukanie. Aurora odruchowo zminimalizowała przeglądarkę, a na pulpicie pojawił się raport o mandrylach. Nie zrobiła tego, dlatego że się wstydziła. Po prostu nie miała zamiaru pozwalać pracownikom oglądać tego fragmentu jej życia. Rozejrzała się, czy na pewno nic nie przykuje uwagi interesantów.
- Wejść! – powiedziała dosyć głośno i zmieniła pozycję na bardziej formalną.
Drzwi otworzyły się. I przez chwilę nic nie powiedziała. Padington Bear wszedł do środka dokładnie tak, jak się tego spodziewała po kimś, kto został oderwany granatem od pługa. Problem polegał na tym, że mężczyzna nie był ubrany jak osoba, która powinna wchodzić do JEJ biura. Była ubrany... w zoo.
Jej wzrok przesunął się powoli z jego twarzy na ubranie. Z ubrań na ręce. Z rąk na buty. Z butów na podłogę. Błoto. Trawa. Siano. Kamyczki. Kawałek batonika. Odchody. Świetnie. Na twarzy kierowniczki nie pojawiło się nic szczególnego. Żadnego grymasu, żadnego teatralnego oburzenia. Jedynie jedna brew uniosła się minimalnie, a palce Aurory zatrzymały się na długopisie, którym jeszcze chwilę wcześniej bezmyślnie obracała. Patrzyła. Po prostu patrzyła. I właśnie to było chyba gorsze niż krzyk, bo Swan czuła pulsującą żyłkę przy skroni.
Paddy wyglądał, jakby naprawdę dopiero co wyszedł z ziemi. Jakby został wykopany wprost z grobu. Mokre spodnie, zabrudzone rękawy, włosy żyjące własnym życiem i ślad błota na policzku. Aurora przez moment zastanawiała się nawet, czy powinna najpierw zapytać, czy wszystko z nim w porządku. Nie. Nie zrobiła tego. Oddychał, rozmawiał. Słuch też pewnie miał dobry, ale z oczami ewidentny problem. Za to jej podłoga wyglądała tragicznie, a dywan z Ikei nadawał się do wyrzucenia.
- Panie Padington.
Wypowiedziała jego imię spokojnie. Zdecydowanie zbyt spokojnie. Nie odrywała od niego wzroku, kiedy podniosła się z fotela. Nie spieszyła się. Podeszła kilka kroków w jego stronę, zatrzymując się dopiero wtedy, kiedy mogła spojrzeć mu prosto w twarz. Była niższa. W połowie drogi zaświtało jej, że nie ma na sobie butów. Małe faux pas, ale pewnie taki człowiek jak Paddy tego nie zauważy. Potem zerknęła na podłogę. Znowu na niego.

- Powiedz mi, że widzisz to samo co ja. - nie czekała na dłuższe tłumaczenie. Jej spojrzenie ponownie padło na jego buty.
- Bo jeśli właśnie wszedłeś do MOJEGO biura w takim stanie, to zaczynam się zastanawiać, czy rzeczywiście powinieneś pracować ze zwierzętami, czy może raczej zostać zakopany gdzieś na terenie zoo. Przeze mnie. OSOBIŚCIE.
Nie było w tym prawdziwej złości. Była za to ta charakterystyczna dla Aurory forma chłodnego niezadowolenia, która sprawiała, że człowiek zaczynał sam zastanawiać się, co właściwie zrobił źle.
W końcu uśmiechnęła się krótko. Skrzyżowała ręce na piersi.

- Dwieście dolarów. - mruknęła w jego stronę. Sięgnęła po telefon do kieszeni i odblokowała ekran. Zrobiła dwa zdjęcia bałaganu, który widziała w okolicy. Niech się Padington cieszy, że nie widziała tego, co działo się na korytarzu.
- Tyle zaproponuję dyrektorowi jako karę dla ciebie, za doprowadzenie mojego biura do takiego stanu. Zrozumiano?
Aurora Blake Swan nie tolerowała bałaganu. Szczególnie tego, który pojawiał się w jej przestrzeni, bez jej zgody. Jej biurko było uporządkowane, dokumenty leżały dokładnie tam, gdzie powinny, każdy przedmiot miał swoje miejsce. Dlatego ślady błota na jasnej podłodze działały jej na nerwy znacznie bardziej, niż powinny. Ale był jeszcze jeden szczegół.

Wzywałaś mnie?
To jedno zdanie przypomniało jej, że najwyraźniej oprócz sprzątania będzie musiała dzisiaj ponownie wytłumaczyć Paddy'emu podstawy hierarchii. Wiekowo może i był starszy od niej, ale to Swan sprawowała władzę. To, że sama też powinna zachować jakiś szacunek do podwładnego wcale jej nie przychodził do głowy. Guzik ją to obchodziło.
- Jeszcze jedno — powiedziała, robiąc piruet o sto osiemdziesiąt stopni. Łatwiej go było wykonać ze względu na gołą stopę i miękki dywan. Usiadła ponownie, tym razem dostojniej opierając się o fotel. Zdjęte szpilki wciąż leżały obok, a nogi wsunęła pod siedzisko.
- Nie przypominam sobie, żebym pozwoliła ci mówić do mnie w taki sposób. Per "ty".
Jej ton pozostał spokojny.

- Dla ludzi twojego pokroju jestem „pani kierownik”. Zaakceptuję też „proszę pani”. Czy to jasne?
Nie spodziewała się innej odpowiedzi niż twierdząca. W ogóle czemu zapytała? Nie było miejsca na negocjacje. To miało być stwierdzenie.

Aurora była doskonale świadoma, że sama chwilę wcześniej siedziała tutaj bezproduktywnie i oglądała w internecie bieliznę zamiast analizować, teraz otwarty, raport na pulpicie. Wiedziała również, że gdyby ktoś ją na tym przyłapał, prawdopodobnie znalazłaby dziesięć albo i dwadzieścia powodów, dla których jej pięciominutowa przerwa była uzasadniona. Paddy nie musiał o tym wiedzieć. Nie wszystko musiało być sprawiedliwe. Wystarczyło, że było zgodne z jej zasadami. A zasady w tym biurze należały do Aurory Swan.
Oparła dłonie na blacie i spojrzała na niego jeszcze raz. Tym razem dokładniej. Zmrużyła oczy, patrząc na niego oceniająco. Niczym filmowy Miś Padington. Brudny, mokry, zmęczony, śmierdzący. Prawdopodobnie rzeczywiście zrobił coś pożytecznego i najpewniej nie spodziewał się żadnej awantury. Tym bardziej nie zamierzała mu jej odpuszczać.
- Idź się ogarnąć. - powiedziała pewnym głosem i wskazała dłonią drzwi.
- NATYCHMIAST. Prysznic, czyste ubrania, buty doprowadzone do porządku. Nie chcę cię widzieć w tym stanie. Nawet przez moment.
Zawiesiła na nim spojrzenie.

- Pośpiesz się. Nie lubię czekać. - zakończyła.
Zerknęła na czas w dolnym ekranie monitora. Całe to wezwanie od początku było przecież bezsensowne. Akurat w jego przypadku nie miała żadnego pilnego problemu. Nie potrzebowała jego opinii. Nie chciała nawet rozmawiać o pracy. Chciała tylko kawy. A spośród wszystkich ludzi w zoo, Paddy wydawał jej się najbezpieczniejszym wyborem. Nie dlatego, że był niżej w hierarchi, ale dlatego że nie odmówi jej. Panicz Bear miał w pracy opinię osoby pomocnej, która zrobi wszystko co w swojej mocy by wykonać polecenie. Szczególnie służbowe. I chyba właśnie dlatego, kiedy ponownie spojrzała na niego, jej usta wygięły się w ledwie zauważalnym uśmiechu.
- A kiedy już będziesz wyglądał jak człowiek...
Odchyliła się na fotelu, położyła dłonie na blacie. Wyprostowała także nogi, zakładając jedną na drugą.

- Pójdziesz po kawę.
Krótka pauza.

- Największą, najmocniejszą, czarną. Bez cukru.
Jej spojrzenie zatrzymało się na nim jeszcze na sekundę. Zmrużyła lekko oczy.

- I przyniesiesz ją tutaj.
Skończyła. Na ten moment. Zerknęła na monitor, patrząc jeszcze raz na czas. Zapamiętała i postanowiła, że da mu maksymalnie dziesięć minut. Może piętnaście jak kawa faktycznie będzie jeszcze zdatna do wypicia.

- No już.
Jej wzrok przesunął się na drzwi.

- Biegiem, Paddy.

Padington Bear
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
kotletyorety
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Zoo”