ODPOWIEDZ
35 y/o
For good luck!
172 cm
właścicielka Pan Pacific Hotel
Awatar użytkownika
Beware the patient woman, 'cause this much I know: no one calls you honey when you're sitting on a throne
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

I'm in too deep
You're the fix I've come to need
Las Brisas, Acapulco, Meksyk
Nie znosiła być traktowana jak bezradna . d a m a , . jak wyszczekany piesek salonowy, bezzębny i z obciętymi pazurami, żeby nie mógł stanowić żadnego zagrożenia ani tym bardziej — jak ciesząca oko ozdoba przypięta do boku mężczyzny niczym spinki do mankietów jego koszuli.
Flavia Rodriguez w swoim życiu bywała co prawda wszystkimi z powyższych, ale miała jedynie pogardę dla każdego, kto naiwnie sądził, że zatrzyma się w którejś z tych ról na dłużej. Albo że sama, z własnej woli, postawi się w jednej z nich w sytuacji, która dalece tego nie wymagała.
Życie bywało jednak cholernie przewrotne.
W końcu nie sądziła też, że kiedykolwiek nie będzie siedzieć za plecami dwumetrowego przystojniaka z niezdrowym zamiłowaniem do ognia, że pod jej nagimi udami, odsłoniętymi przez podciągniętą satynową sukienkę, będzie warczał silnik motocykla, kiedy ciemność rozświetlona jedynie szerokim pasmem reflektorów będzie się zamykać wokół niej dusznym gorącem Meksykańskiej nocy, że będzie jechać z lekkim uśmiechem i z wiatrem rozwiewającym włosy bez żadnego ładu, a przed nią będzie tylko przytłaczająco rozciągający się na cały horyzont, znienawidzony czarny ocean, głęboki i niezmierzony, niemożliwy do kontrolowania, napawający ją pierwotnym lękiem wgryzającym się głęboko w tkanki. Że będą jechali prosto do niego i że w takiej sytuacji będzie myślała o nim jedynie jak o tle dla czegoś ważniejszego, wręcz kluczowego, czego nawet nie próbowała nazywać, chociaż miało to kształt i smak wolności, jakiej jeszcze nie próbowała; zdecydowanie innej od każdej, której definicję zdążyła poznać w ciągu swojego burzliwego życia.

A jednak tu właśnie była.
B y l i .
Pośrodku nocy wypłukanej z daty i godziny, bez nazwisk i ciężaru odpowiedzialności.

Myśli przepływały przez jej umysł swobodnym, szerokim potokiem świadomości, ale żadna nie zatrzymywała się na dłużej; były porywane z prądem, a może raczej z pędem powietrza, pojawiały się i znikały za kolejnymi zakrętami serpentyn, kiedy zjeżdżali ze wzgórza pokrytego gęsto willami w stronę dzikiego wybrzeża. Nie zostawiały po sobie śladu, nie kotwiczyły się, nie ciążyły jej. A ona nie starała się ich łapać.
Dopiero kiedy zatrzymali się, żeby znaleźć wąską drogę do ukrytego za skałami wybrzeża mola wgryzającego się w ocean i przytwierdzonej do niej starej motorówki, Flavia poczuła uścisk w żołądku. Przełknęła tylko ślinę i objęła go ponownie ramionami w pasie, kiedy zjechali z głównej drogi na tę szutrową. Gdy wreszcie się zatrzymali, gdy zgasł przyjemnie niski pomruk silnika, jego miejsce natychmiast zajęły chicharras, bez chwili wahania, agresywnie wgryzając się w ciszę nocy. A później nieubłaganie dołączył do niej odgłos samego oceanu, fal leniwie obmywających skalisty brzeg, głęboki szum niemający początku ani końca.
To był zły pomysł.
Przełknęła ślinę ponownie. Zsunęła się zgrabnie z motocykla, ale została z tyłu, kiedy mężczyzna podążył w stronę molo. I przez chwilę po prostu zamarła. Nie mogła się ruszyć. Nie mogła zrobić kroku w przód, nie chciała się też cofnąć.
Patrzyła bezradnie na jego oddalające się plecy i nagle poczuła boleśnie każdy cal swojego napiętego ciała.
Kurewsko… Cholernie zły… Jebany pomysł.
Wreszcie zmusiła się do pierwszego sztywnego kroku, za nim do kolejnego, chociaż każdy następny był tylko trudniejszy niż poprzedni. Weszła na molo ostrożnie, powoli, co mogło z zewnątrz wyglądać na zwykłą elegancję wypłukaną z pośpiechu, w środku było jednak walką ze samą sobą. Patrzyła przed siebie, nie w dół, raczej . n a . n i e g o . . Na to, jak pewnie i zwinnie się poruszał, kiedy wskakiwał na chybotliwy pokład łódki, żeby tam poszukać kluczyków i jaka pewność bije z jego gestów i kroków, jak się przy tym uśmiechał grymasem, który w każdych innych okolicznościach wzbudziłby na dnie jej brzucha pożar, jak swobodny jest przy tym wszystkim.
Zupełnie jakby nie znajdowali się właśnie na kilku deskach zmontowanych w nieładzie na ponad siedmiuset milionach kilometrów kwadratowych niezbadanego żywiołu.
Flavia pozostała na molo i patrzyła na niego z góry, kiedy mruknął, że nie potrzebuje kluczyków, ale ledwie usłyszała go przez własne tętno, gęsto pulsujące w uszach. Przyglądała się jego dłoniom, starannie omijając wzrokiem wodę, chociaż nie mogła nie słyszeć chlupotu, z jakim niewielkie fale rozbijały się o krótką burtę. Zbyt krótką. Nie było opcji, żeby wsiadła na tą łupinkę.
Może to czas, żeby wrócić.
Znowu przełknęła ślinę. Nie słyszała niczego, co powiedział.
Rune? — zaczęła, nietypowo dla siebie, pytaniem zamiast rozkazem czy oznajmieniem. — Musisz wiedzieć, że ja, hm, no cóż… — powiedziała i urwała, zacisnęła szczęki trochę mocniej. Wzięła długi wdech przez nos i przetrzymała powietrze w płucach.
Rzadko się zdarzało, żeby Flavii Rodriguez brakowało słów. W ustach miała sucho, chociaż tu, przy oceanie, powietrze było wilgotne i słone, i nawet włosy kręciły się jej lekko pod wpływem tej wilgoci. Mimo że jej głos się załamał dziwnie, to na jej twarzy nie było żadnej innej oznaki, że coś jest nie w porządku. Och, Flavia umiała się pilnować. Robiła to, odkąd skończyła trzy lata — a cholernie dużo wprawy nabrała od tamtego czasu.
Nie przepadam za motorówkami — dokończyła tylko.
Piękny eufemizm dla „kurewsko się boję oceanu” znalazła na poczekaniu, to trzeba jej było przyznać.

Oh no, look what you've done to me
You caught me off guard
Then tore my world apart
Oh no, this thing has gone too far

Rune Whitelaw
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”