Trzech.
Myśl dotarła do niej na ułamek sekundy przed tym, gdy żałosne drzwi wyleciały z framugi razem z zamkiem, z hukiem opadając prosto na podłogę. Dostrzegła męską sylwetkę przechodzącą przez próg, a przede wszystkim - błysk broni dzierżonej przez napastnika, wyciągniętej w stronę tkwiącego przy grzejniku Vissera.
Gdzieś tam, w rogu, we własnym zakątku bezpieczeństwa, jej własna drgnęła w górę. Igiełka poczucia winy wbiła się w jej serce jak zdradziecka szpilka na myśl, że Visser mógłby zginąć w tym momencie - przez nią, w tak
prosty, w tak
zwyczajny sposób. Pozbawiony możliwości obrony, przykuty do kaloryfera przez kobietę, która przez ostatnie trzy lata szpiegowała jego organizację, a wraz z nią - jego samego.
Nie zdążyła zastanowić się nad tym uczuciem, wynikającym wyłącznie z jej d o b r e j natury. Mężczyźni wtargnęli do salonu jeden po drugim i od razu, w sposób bardziej skoordynowany niż by tego chciała po kimś z
prostackimi manierami rzucania cegłami, rozdzielili się, chcąc przeszukać mieszkanie. Pierwszy ruszył nieświadomie w jej kierunku, słyszała jego ciężkie kroki rozlegające się po pomieszczeniu, skrzypienie podłogi uginającej się pod jego ciężarem. Wypuściła powietrze z ust nim wychyliła się, pochylona, niżej niż powinien znajdować się potencjalny napastnik.
Lufa jej broni skierowała się na zmierzające ku niej kolano, palec przesunął na spust.
Pełen bólu i wściekłości krzyk mężczyzny zginął w huku wystrzału. Prąd przemknął po jej ramieniu wraz z odrzutem dzierżonego przez nią Glocka, łuska zabębniła o podłogę nieopodal jej butów. Ciało zwaliło się na ziemię, a ona rzuciła się naprzód by kopnięciem odsunąć pistolet, który wypadł mu z rąk - teraz owiniętych wokół przestrzelonej rzepki.
Przemknęła ponad nim, znów znajdując się w salonie.
Bardzo dużo rzeczy dotarło do jej mózgu w bardzo krótkim czasie.
Dostrzegła dwójkę napastników. Jeden z nich tkwił przy drzwiach, powoli odwracał ku niej głowę. Drugi zaś tkwił przy kaloryferze - lufa jego broni kierowała się do szczęki mężczyzny, przykutego do metalowej uwięzi.
Pierwszy stanowił bezpośrednie zagrożenie
dla niej, ale wciąż miała sekundę, może dwie nim zdąży odwrócić ku niej broń. Jego źrenice ledwo rozszerzały się na widok s u k i, którą miał zamordować, miała przewagę, miała element zaskoczenia.
Drugi stanowił zagrożenie dla n i e g o.
I jakaś abstrakcyjna igiełka znów wbiła się w jej trzewia - tym razem niosąc ze sobą złość.
Nie poświęciła pieprzonych trzech lat swojego życia po to, by pierwszej nocy na wolności stracić Vissera na rzecz jakiegoś obleśnego, zakamuflowanego napastnika, który wcześniej rzucił w ich okno cegłą. Nie była tu tylko po to, by go pilnować - była też po to, by zapewnić mu bezpieczeństwo. Stracenie go pierwszej nocy byłoby wyrazem jej rażącej niekompetencji.
Był j e j.
Nie wiedziała kiedy jej broń odwróciła się, zamiast w stojącego naprzeciw mężczyznę, kierując w tego, który w tej chwili zagrażał j e m u. Zrobiła to sama, odruchowo, kierowana jej
dobrodziejstwem, jej potrzebą bycia kompetentną, każdym argumentem, który w tej chwili był dobry. Tak samo odruchowo nacisnęła na spust, celując w jego ramię, to, które dzierżyło pistolet.
Wiedziała, że Visser sobie poradzi z resztą. Nie musiała robić więcej. Miała swoje problemy.
Jej problemy właśnie znalazły się tuż przy niej. Wiedziała, że zdąży. Musiała zdążyć.
Jej broń uniosła się w górę, wycelowała prosto w zakamuflowaną twarz. Wyraz determinacji przemknął po jej twarzy, usiłując porwać do tego samego działania ciało, które zamiast tego z a w a h a ł o się. Przytrzymało palec zbyt długo na spuście zamiast go nacisnąć, zamiast posłać pocisk prosto między oczy grożącego jej mężczyzny.
Nie zdążyła.
Męska dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku, wygięło go boleśnie, zmuszając do wypuszczenia pistoletu, który z brzdękiem uderzył o podłogę. Jej własne ramię wystrzeliło w
znanym protokole, wymierzając
ćwiczony cios, który nie pozostawił żadnego wrażenia na prawie dwumetrowym napastniku.
- La puta primero - wycharczał z pogardą, ale też z akcentem, który był
nieprawidłowy, od którego jej brwi zmarszczyły się w tej ostatniej, krótkiej chwili trzeźwego myślenia nim męska dłoń zacisnęła się na jej gardle.
Chwyciła dłońmi jego ramię gdy pchnął, jej ciało uderzyło o stary kredens, o szklaną, brudną powierzchnię jego gablot. Ból rozlał się po jej plecach, zakotwiczył gdzieś w obitych żebrach, w odłamkach rozrzuconego wszędzie szkła, którego fragmenty zahaczały o jej ubrania, wdzierały się pod spód gdy tkwiła przygwożdżona do ściany, z dłonią zaciśniętą na swojej szyi.
Szarpnęła wściekle, odwracając głowę, szukając rozpaczliwie jakiejkolwiek broni wokół siebie, ślepa na wszystko to, co działo się w innej części pomieszczenia.
Nie zamierzała tutaj umierać.
Nie w tak z w y k ł y sposób.
you're mine to take