To byłoby zbyt łatwe.
Raphael Valencourt był wrogiem
łatwego, już się o tym przekonała. Nie rozumiała tylko
dlaczego. Dlaczego nie mógł cieszyć się tym, że niektóre sprawy były absurdalnie proste? Dlaczego wszystko musiał komplikować? Dlaczego w każdym słowie było drugie dno, w każdym geście - ukryty cel? Dlaczego, dlaczego, dlaczego?
Pytajników przybywało, gdy na potwierdzenie swoich słów zaczął tworzyć rozbudowaną historię romansu, który nie istnieje. Szanowała dowód zaangażowania w powodzenie misji - na jej twarzy z początku malowała się nuta zdziwienia, potem zaś solidne uznanie dla kunsztu, z jakim poświęcał się teatrzykowi który mieli odegrać. Bliskość jego ciała sprawiała, że krawiec i stylistka stawali jeszcze bardziej niewidzialni, niż dotychczas. Sadie nie zwracała uwagi na jedną ze spinek brutalnie szczypiącą fałdkę skóry w dolnej partii pleców - tam, gdzie materiał należało zebrać. Nie słyszała własnego oddechu.
Słuchała. Słuchała go bezpruderyjnie wyobrażając każdy z etapów. Musiała to
poczuć. Nie wiedzieć. Nie poznać informację, którą jej przekazywał.
Czuć. Emocjonalnie przetworzyć rolę, którą jej nadawał. Dopiero wtedy mogła odegrać ją wiarygodnie. Dopiero wtedy przekonać najbardziej podejrzliwą próbkę badawczą populacji ludzkiej, że c o ś łączyło ją z Raphaelem Valencourtem. Nie transakcja, nie niewola i nie prostytucja.
Emocja. Złożona, warstwowa, skomplikowana. Czasem bardzo jasna, a czasem sklejona z wykluczających się wzajemnie myśli i westchnień. Zachwycająca, uzależniająca, wciągająca.
Ku zgubie.
Nie umknęły jej za to zmiany Właściciela. Jej uwaga, w stu procentach skupiona na nim, nie pozostawiała przestrzeni błędowi. Najdrobniejsze przebłyski w spojrzeniu; najkrótsze wariacje mimiki. Tembr głosu. To, kiedy wibrował na granicy pomruku, i kiedy wycofywał się całkiem, manipulując tak słowem, jak i dystansem w swojej narracji. Nie odwróciła spojrzenia od jego odbicia. Nawet na sekundę. Nawet na pół.
Odrabiała pracę domową.
Stała w garderobie, w połowie dokończonej sukni za równowartość kilku pensji zwykłego Paryżanina, wsłuchana w opowieść o erotycznej fantazji fikcyjnej pary, w którą mieli się wcielić… I nie różniło się to wcale od nocy zarwanej w ciszy pustego, samotnego pokoju przed sprzedażą
Wiecznego Idola.
Raphael mógł jej szeptać do ucha najbardziej sprośne historie o spełnieniu. Takie, których nie potrafiłaby wyśnić w najśmielszych ze snów. A ona pozostawała profesjonalnie skupiona na zadaniu, odmawiając samej sobie speszenia, zawstydzenia, czy chociażby poruszenia.
Raphael na głos czytał notatki. Raphael na głos czytał notatki. Raphael na głos czytał notatki.
Coraz trudniejsze stawało się trzymanie tej kotwicy służbowego przygotowania, ale nie mogła się poddać. To urągałoby etyce pracy, którą uważała za kluczową ze swoich zalet. Dotychczas nie potrafiła wyobrazić sobie zimnego, małomównego Właściciela w jakiejkolwiek scenie intymnej. Mogłaby ewentualnie pokusić się o niewybredny żart, który redukowałby jego udział do finałowych trzydziestu sekund, bo tylko te są wydajne i logicznie uzasadnione w drodze do celu. Cała reszta - zbędna.
Teraz jednak łapała się na pokusie otworzenia się na inną interpretację tego samego mężczyzny. Historia pozostawała historią. Właściciel pozostawał Właścicielem. Ale… Pojawiło się coś innego.
Zadrżała, gdy szepcząc do jej ucha wyniósł poza ramy przedmiotu.
To było bardziej podniecające, niż orgazmy w czarnych mercedesach. A zarazem mniej ujmujące od pierwiastka, który pozwalał jej wejść w tę rolę uczciwie.
Jak w kłamstwo osadzone na prawdzie, bo właśnie te sprzedawały się najskuteczniej.
—
Mogę w to uwierzyć — uwierzyć, to znaczy zanurzyć się w historii tak, jakby była prawdą. Na jeden wieczór, jedną noc. Tak długo, jak wymagała tego jej praca i jego polecenie. Dopóki obserwuje ich gawiedź głodna informacji, której przez minione dwa tygodnie im nie dano. —
Tylko dlatego, że dałeś mi sweter.
Nie było w jej głosie brzmienia Prowadzącej. Nie było ekspertki, profesjonalistki, kobiety która używa wypracowanych przez lata umiejętności, by dowieźć projekt, jaki jej wyznaczył. Na ten krótki moment, w marne centymetry przestrzeni między nimi, do głosu przedostawała się Sadie.
Jego historia była przekonująca. Gorąca. Mogła rozpalić wyobraźnię, zmysły. Niejednej kobiecie wystarczyłaby jako całość gry wstępnej: kilka zdań wypowiedziane w odpowiedniej kolejności, w odpowiednim tempie. I
jej przyjemność wiodąca prym w obrazku, który ta historia miała jej obiecać. Ale Sadie nie w tym odnalazła klucz do wiarygodnego przedstawienia kochanki z jego opowieści.
Jej wzrok znów zabłądził w okolicy męskiego swetra, złożonego dość niedbale. Zdjętego tak, jak jej koszula i spodnie - w drodze do przymiarki, która musiała się odbyć.
Mógł szydzić z jej uwagi. Mógł - co robił najczęściej - całkiem zignorować jej słowa.
Nie odebrał jej tego krótkiego momentu radości.
Nie chodziło o wartość swetra ani o to, czy miał ich więcej. Chodziło o moment, w którym potraktował ją jak człowieka oddalonego od domu, któremu spodobało się przytulnie wyglądające, miękkie ubranie.
Odgrywając w Luwrze jego kochankę, nie miała myśleć o seksownej fantazji - mimo, że kobieca uczciwość nakazała przyznać mu skuteczność w narracji i to, że chętnie by
z kimś innym odegrała każdy z nonszalancko proponowanych detali.
Miała myśleć o krótkiej chwili między nimi, której żadne z nich nie skomentowało, do której żadne z nich nie miało wrócić, a które dla Sadie znaczyło naprawdę dużo.
Jeśli potrafił okazać jej życzliwość, ona potrafiła wyobrazić go sobie jako kogoś, kto bywa życzliwy.
Jeśli w jej wyobraźni bywał życzliwy, bywał mężczyzną, który mógł ją zainteresować.
Jeśli mógł ją zainteresować swoim sposobem bycia i charakterem, mogła iść z nim do łóżka.
I dopiero wtedy: jeśli w łóżku był
taki, mogła to pewnie, bez zawahania, komunikować w Luwrze.
Nie wulgarną opowieścią. Spojrzeniem. Oddechem. Pozornie ukrytą w tłumie namiastką pieszczoty. Najbardziej nieuchwytnym z detali.
Wróciła spojrzeniem do ich odbić w lustrze nieznacznie spanikowana nadmierną szczerością ostatnich sekund. Odchrząknęła, chcąc wywołać do tablicy Prowadzącą.
—
Powinieneś uderzyć mnie w samochodzie — jej propozycja była kolejnym z absurdów w tej paradoksalnie intymnej przestrzeni biznesowej między dwójką partnerów służbowych. Kontrastowała z historią o oddaniu i namiętności. —
Ja nie dam rady, zrezygnuję w ostatniej chwili — i kluczowe dla tej współpracy było proaktywne wokalizowanie tego, co mogło okazać istotną przeszkodą. Odwróciła się nieznacznie, by odpowiedź studiować na jego twarzy bez filtra odbijającej powierzchni. Czuła na sobie jego oddech. Czuła zapach kosmetyków do kąpieli. Oswajała z tym teraz, kiedy nie patrzył nikt, kogo wzrok miał dla nich znaczenie. Nie odsunęła. W Luwrze odsuwać się nie mogła. Teraz ćwiczyła komfort w scenie kontaktowej.
—
Nie sądzę, że mogłabym ci zagwarantować porównywalne rumieńce bardziej konwencjonalnymi metodami, a mimo wszystko powinnam wyglądać jak kobieta, której puls w drodze niebezpiecznie zbliżył do wezwania karetki — uzasadniła.
Nie podziałałby ani komplement, ani ręka na kolanie. A przynajmniej tak podejrzewała. Nie robiła z tego problemu. Szukała rozwiązań. Szukała drogi do wizerunku, który musiała przedstawić.
Dopiero teraz uśmiechnęła łagodnie, a jej wzrok niezamierzenie zsunął po kościach policzkowych ku wyraźnej linii żuchwy i wargom, które - według jego historii - smakowały nią samą.
—
I nawet się nie waż prosić o to Leifa — zaprotestowała żywo. —
Piłam z nim absynt. Prawie z nim, bo obok niego. Nieważne. Zrobił mi zdjęcie, jak jadłam croissanta, więc łączy nas szczególna więź — ordynarnie rżnęła głupa, ale wszystko się zgadzało.
Jeśli czas wolny z Leifem był jej ulubionym od czasu sprzedaży, to dlatego, że był - z jej strony - czymś prawdziwym. A czegoś prawdziwego nie mogli splamić brudnym i fałszywym.
To był jej warunek.
Jako
równej.
raphael valencourt