36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wsunął dłonie do kieszeni, podążając za nią po schodach bez pośpiechu, nie burząc się otwarcie na to przedszkolne zagranie po jej stronie. To była strata czasu i energii, a zysk był niewielki przy tak banalnej przepychance. Na pewno nie zostawiłoby to takiego posmaku, jaki został w nim, gdy Navarro zamiast się odciąć, potraktować go ciężkim kontrargumentem, sprowadziła go wyłącznie do, jakże błyskotliwego, strasznie dużo pierdolisz.
Zostawiła jednak w nim coś, czego nie potrafił zignorować i co skutecznie odciągnęło jego myśli od chwilowego triumfu.
Tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem. Ani tysiąc z hakiem, ani trzy i pół roku, tylko dokładnie tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem.
Uśmiech pojawił się znów na jego twarzy powoli, zanim zdążył go powstrzymać. Szczególnie też nie próbował tego zrobić.
Popatrz, popatrz. Ja nawet nie pamiętam naszego pierwszego spotkania
Było to oczywiście kłamstwo. Pamiętał, choć niekoniecznie w kontekście daty czy konkretnego dnia – pamiętał jednak miejsce, jaka była wtedy pogoda, w co była ubrana, jak ułożone były jej włosy. Pamiętał również sposób, w jaki po raz pierwszy wypowiedziała jego nazwisko i to, że nie spodobała mu się od razu, co, biorąc pod uwagę dalszy rozwój wydarzeń, należałoby uznać za wyjątkowo sprawnie działający instynkt. Dokładnie ten, na którym opierał większość swoich osądów.
Więc po drodze musiało wydarzyć się coś, co tę perspektywę odwróciło, a to było rzadkością. To świadczyło o tym, że była wyjątkowa, a w jego klasyfikacji tytuł ten wyjątkowo rzadko rozdawał. I nawet teraz nie mógł jej tego odebrać.
Stanął w progu mieszkania i omiótł wnętrze spojrzeniem. Przez kilka następnych sekund wyglądał tak, jakby właśnie ktoś poinformował go, że w ramach warunków zwolnienia warunkowego zobowiązany był również nabawić się grzybicy.
— Federalny budżet naprawdę ledwo zipie, co? — Komedia komedią, ale w tym wypadku to był śmiech przez łzy. Za bardzo lubił luksus i za bardzo był do niego przyzwyczajony, aby teraz tak po prostu przełknąć coś, czego nawet nie dało się nazwać warunkami polowymi. Oszczędzając w słowach: było paskudnie.
Obrzydzenie zdołało zakrzywić kącik jego ust, gdy jego wzrok zatrzymał się na kanapie.
Przeniósł spojrzenie na Biancę dopiero wtedy, gdy wskazała mu kanapę z miną sugerującą, że właśnie przekazała mu apartament prezydencki, a nie kawałek materiału zawieszony nad konstrukcją, która przy odrobinie pecha mogła złożyć się pod nim jeszcze przed pierwszą w nocy.
— Cała moja? — upewnił się, zerkając na nią z przesadnie poważnym uznaniem. — Rozpieszczasz mnie. — Nie zamierzał jednak urządzać awantury o kanapę, co nie znaczyło, że był zadowolony. Jedna noc w tej norze raczej go nie zabije, choć był gotów uznać to za kolejną rzecz, którą federalni najwyraźniej postanowili sprawdzić empirycznie.
Istotniejszym było rozeznać się i sprawdzić zasięg jej kontroli oraz spojrzenia, aby móc wypatrzeć jakąkolwiek lukę, która pozwoliłaby mu wykonać pierwsze ruchy w kierunku wyciągnięcia się z tego gówna.
Sytuacja była… nieidalna.
— Ale przyznam, że obroża i legowisko to bardzo konsekwentny motyw przewodni. — Wyprostował się i zerknął na nadajnik przy kostce, po czym znów na nią. — Brakuje tylko miski z moim imieniem. — Wcale nie było mu tak do śmiechu. Zresztą powinien był uważać, bo Navarro wyglądała jak ktoś, kto przy odpowiednio złym humorze potraktowałby pytanie całkowicie dosłownie.
Obejrzał się w stronę
— Zakładam, że księżniczka zajmuje sypialnię i łóżko? — zapytał, jakby odpowiedź nie była oczywista.
Była. I była w pełni zrozumiała. Sam też wolałby się zamknąć na klucz i oddzielić od samego siebie. Inna sprawa, że Navarro, jak mało kto, powinna wiedzieć, że wysłużony rygiel był dla niego przeszkodą taką, że równie dobrze mogłoby jej nie być.
Tylko drzwi z zamkiem i gnata dali ci do obrony przede mną? — Przechylił głowę. — Myślisz, że sobie poradzisz? — spytał nieco niższym tonem, a jego spojrzenie przesunęło się po niej powoli, bez pośpiechu i bez próby ukrycia, że robi to celowo. Podniósł przy tym kącik ust, układając go do charakterystycznego dla niego wyrazu; nie przesunął się w jej stronę samą prowokację zostawiając w słowach.

careful, schatje. You might actually like what you find.
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy nie przeszło jej przez myśl samej, że wsadzili ją do obskurnego mieszkania jakby i ją należało w tej chwili ukarać? Owszem.
Czy zamierzała słuchać komentarzy wypowiedzianych na ten temat z j e g o ust?
Absolutnie nie.
Zacisnęła własne w wąską linię by przypadkiem nie wydarło się zza nich nic, co mógłby uznać za nieprzyjemne. Nie dbała o jego uczucia, ale nawiązywanie z nim jakiejkolwiek relacji nie wchodziło obecnie w grę - czy negatywnej, czy b a r d z o negatywnej.
Pozytywna nawet nie przeszła jej przez myśl.
Trzymała go w kącie swojego pola widzenia gdy wchodził do środka, a ona zatrzymała się przy drzwiach. Nawet, gdy odwróciła się w ich stronę, nie zwróciła się ku niemu plecami w pełni, choć nie była to cecha, którą nabyła wraz ze swoją odzyskaną odznaką - nie robiła tego nigdy. Visser zawsze przypominał jej krążącego drapieżnika w reakcjach, które wywoływał wśród innych ludzi i skłamałaby mówiąc, że nie wywoływał ich w niej.
Była świadoma każdego skrzypienia podłogi gdy przechadzał się po mieszkaniu, informującego ją o jego położeniu. Każdego oddechu zaczerpniętego w przerwie między słowami, w tej niebezpiecznej ciszy, w której do głowy mogły mu przychodzić pewne pomysły. Nawet, gdy wsadzała klucz do wzmocnionego zamka drzwi - jedynego plusu ich znajdywania się w obskurnej dzielnicy - wiedziała dokładnie gdzie był i przewidywała, co mógł planować.
- Miskę z imieniem dostają lubiane i rozpieszczane psy - odrzuciła, siląc się na powrót do tego beztroskiego tonu, który wypracowała sobie jeszcze przed wstąpieniem w szeregi kartelu - tego, który najmniej kojarzył jej się z odznaką, a najbardziej z czasem spędzonym z n i m. - Osoba z twoją gębą mogłaby co najwyżej zasługiwać na łańcuch i dziurawą budę.
Rygiel zamknął się z hukiem, a ona schowała klucze z powrotem do kieszeni swoich spodni. Nie wątpiła, że przy odpowiedniej ilości czasu udałoby mu się wydrzeć na zewnątrz i pokonać każdy zamek, ale nie zdołałby tego zrobić w całkowitej ciszy i liczyła na to, że wszelkie jego próby ucieczki zwyczajnie usłyszy.
Jeśli nie - zawsze zostawała jej obręcz na jego kostce.
Jej plecy oparły się o zamknięte drzwi frontowe gdy zmierzyła go spojrzeniem, a kolejne, wredne słowa przemknęły przez długość salonu. Nie dbała o rzeczy, które pierdolił, potrafiła je wyłączyć, nie reagować.
Ale coś w niej drgnęło pod wpływem jego spojrzenia.
Coś stężało, na wzór szponów zaciskających się na jej sercu i wstrzymujących nieskończony pęd krwiobiegu. Coś, przez co jej dłonie zacisnęły się lekko w pięści nim nakazała im rozluźnienie. Coś, przez co stała się boleśnie świadoma ciężaru pistoletu przytroczonego do jej ciała.
Coś, przez co znów poczuła się w t e n sposób.
Jak pieprzona owieczka, której właśnie uświadomiono, że tkwiła na środku polany, odsłonięta przed światem zewnętrznym - a w którychś z otaczających ją krzaków chowało się jasne spojrzenie obserwującego ją drapieżnika.
Nie zamierzała być owcą.
- W kuchni nie ma noży i nie znajdziesz tu żadnych, ciężkich przedmiotów, którymi mógłbyś przypadkiem zrobić sobie krzywdę - odrzuciła, odbijając się od drzwi frontowych by przekroczyć dzielącą ich przestrzeń. Wbrew instynktowi, wbrew tej głęboko zaszytej potrzebie by nie zbliżać się do t y c h krzaków. - Twoje wpływy w kartelu nie mają żadnego znaczenia, Visser - wycedziła, świadoma każdego, wykonywanego w jego stronę kroku. - Nie jesteś żadnym het beest, którego muszę się bać.
Zatrzymała się przed nim, ze słowem, które kiedyś padło w jego kierunku - rok, dwa, może całe, pieprzone trzy lata temu, a które z jej akcentem wybrzmiało nienaturalnie.
- Jesteś tylko zwykłym mężczyzną. - jej ramiona drgnęły, marynarka znów rozchyliła się lekko, ujawniając błysk pod spodem. - Gnat mi wystarczy.
Jej usta wykrzywiły się w pozbawionym wesołości uśmiechu gdy wyminęła z w y k ł e g o mężczyznę, kierując się do sypialni, w której zamierzała zaszyć się na następną dobę, jeśli Bóg będzie dla niej na tyle łaskawy.

you say i'm evil but you're just a man
Spoiler
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Coś na kształt rozbawienia przemknęło po jego twarzy, choć nie zdążyło przerodzić się w ten pełny, irytująco zadowolony z siebie uśmiech, którym od kilku godzin konsekwentnie próbował działać jej na nerwy. Być może powinien poczuć się urażony. Być może się poczuł, ale czy zamierzał dać po sobie poznać? Nigdy. Het beest brzmiało przecież znacznie lepiej; miało w sobie odpowiednią ilość respektu i strachu.
Zwykły mężczyzna wypadało przy tym strasznie blado.
W ciszy wodził za nią spojrzeniem, kiedy znów pokonywała i skracała przestrzeń pomiędzy nimi. Znów. To akurat odnotował z większym zainteresowaniem niż zapewnienie, że broń przy jej biodrze wystarczy, żeby poradziła sobie z nim, jego wpływami i wszystkim tym, czym przez ostatnie trzy i pół roku straszono ludzi wystarczająco głupich, żeby wejść mu w drogę. Navarro zrobiła coś dokładnie odwrotnego; podeszła bliżej, spojrzała mu prosto w twarz i dopiero wtedy oznajmiła, że nie było w nim niczego, czego należało się bać.
To prawie tak, jakby mu w tę mordę napluła.
W takim razie śpij spokojnie, schatje — rzucił jedynie, świadomie ze przesadzoną słodyczą, gdy go wymijała. — Masz przecież gnata. Przytul się do niego mocno i oby nie był ci potrzebny — dodał, wsuwając oczywisty jad między sylaby.
Przez cały ten czas nie odwracał się za nią, dopiero odgłos zamykanych drzwi sprawił, że zerknął przez ramię. Szczęk zamka sprawił, że ten fałszywy, irytujący uśmiech niemal od razu zniknął z jego twarzy; zasadniczo był maską, którą zakładał do ludzi – by wytracić ich z równowagi- a teraz nie była mu potrzebna.
Zwykły mężczyzna.
Suka — syknął pod nosem.
Przeniósł spojrzenie na prześmierdłą, zdezelowaną kanapę, którą mu wyznaczyła. Podłoga wydawała się znacznie lepszą opcją – przynajmniej nie śmierdziała. Aż tak.
Przez kilka kolejnych minut krążył po mieszkaniu bez pośpiechu i po cichu, zaglądając do każdego pomieszczenia, otwierając szafki, sprawdzając okna i przesuwając wzrokiem po wszystkim, co mogło okazać się później użyteczne. Albo problematyczne – zarówno dla niej jak dla niego.
Zatrzymał się przy jednym z okien, odchylając lekko żaluzję i przyglądając się ulicy poniżej. Nie planował uciekać, przynajmniej nie teraz i nie w sposób, w którym ryzykował połamaniem obu nóg. Lubił swoje nogi; swoje kolana i stawy, że się zginały. Kości też lubił – przede wszystkim za to, że nie były połamane. Zresztą – ucieczka bez przygotowania była dla idiotów. Najpierw należało zrozumieć zasady. Sprawdzić, jak często i czy w ogóle Navarro będzie opuszczać mieszkanie, jak wygląda jej kontakt z ludźmi z agencji i jak daleko sięga cierpliwość Navarro. Chociaż po wstępnej analizie mógłby z całą stanowczością stwierdzić, że cierpliwości nie miała.
Należało jednak docenić, że potrafiła wyprowadzić całkiem celną kontrę, która zajęła jego umysł na zdecydowanie zbyt długo.
Zwykły mężczyzna.
Szczęka zacisnęła mu się odruchowo.
Pierdol się — mruknął w stronę zamkniętych drzwi sypialni, choć na tyle cicho, żeby nie mogła go usłyszeć.
To była wyjątkowo celna kontra. Ego było bardzo wrażliwym miejscem.
W końcu wrócił do kanapy i opadł na nią z wyraźną niechęcią, natychmiast żałując tej decyzji, kiedy w nos uderzył go zapach starej tapicerki. Skrzywił się, poprawił pozycję i wsunął ręce pod kark. Nie spał. Leżał tylko nieruchomo, wpatrując się w sufit i nasłuchując odgłosów zza ściany; kroków, przesuwanych rzeczy, szelestu ubrań, czegokolwiek, co przypominałoby mu, że Navarro nadal znajdowała się kilka metrów dalej.
I z każdą kolejną minutą nienawidził jej coraz bardziej.
Za kajdanki; za tę norę; za trzy i pół roku kłamstw. A najbardziej chyba za to, że mimo wszystko wciąż potrafił rozpoznać jej kroki. I chyba to właśnie przeżerało go najmocniej; nie sam fakt, że przez trzy i pół roku robiła z niego idiotę, ale to, że mimo całej tej wiedzy nadal reagował na nią odruchowo, jakby jakaś część jego mózgu uparcie nie przyjęła do wiadomości, że wszystko, co znał, mogło być jedną wielką mistyfikacją. A on dał się porobić jak zwykły gówniarz.
Trzy i pół, kurwa, roku.
Tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem.
Dlatego nie zamierzał zasypiać pierwszy. Leżał nieruchomo, ze spojrzeniem utkwionym w suficie, cierpliwie nasłuchując i wyłapując każdy odgłos zza ścian, cały czas czekając, aż jej kroki ucichną, jej materac przestanie skrzypieć, a mieszkanie zajmie cisza, która oznaczała tylko jedno: że Navarro faktycznie zasnęła.
but you don't make sense anymore
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miał rację, miała swojego gnata.
Jedna z jej dłoni oparła się o kaburę gdy wchodziła do wnętrza ciasnej sypialni po to, by drugą chwycić za drzwi i z całej siły walnąć nimi o futrynę. Dopiero gdy zamknęły się z hukiem i ostentacyjnie przekręciła klucz w zamku, poczuła, że wzniosła wystarczająco wysoką barierę między sobą a Visserem. Mogła odetchnąć.
I naprawdę próbowała to zrobić.
Jej rzeczy zostały już przyniesione do tej kryjówki przez tego samego agenta, który później przyniósł jej klucze. Mała torba leżała na łóżku, w jej wnętrzu tkwiło parę kosmetyków, ubrań, rzeczy, których potrzebowała na najbliższe dni. Rzeczy, które spakowała, odhaczając sobie pozycje z mentalnej checklisty jeszcze parę godzin temu. Teraz z tęsknotą spoglądała na torbę - przywoływała wspomnienie jej własnego mieszkania, czystego, odnowionego, w którym ta torba przebywała jeszcze parę godzin temu.
Nagle to wszystko wydawało jej się kurewsko idiotycznym pomysłem.
Ze złością chwyciła torbę i zaczęła ją wypakowywać. Otworzyła nawet komodę, ale zaglądając do jej zakurzonego wnętrza natychmiast straciła ochotę na przekładanie do niej jakichkolwiek przedmiotów. Wszystko wróciło z powrotem do torby, a ona we frustracji zaczęła sprawdzać pozostałe meble.
Pół godziny później zadecydowała, że może chociaż się w coś przebierze i znów zaczęła się wypakowywać, tym razem układając ubrania na łóżku i zwinęła je nawet w piękne kostki nim zorientowała się, że zrzuci to wszystko gdy tylko wejdzie pod kołdrę. Ubrania trzeci raz wróciły do torby - tym razem wciśnięte do niej nieporadnie, jakby nagle przestały się w niej mieścić, choć przecież wcześniej robiły to bez problemu.
Cisnęła torbę na ziemię.
Gdy wreszcie znalazła się na łóżku, nie była w stanie się na nim położyć. Oparła się o zagłówek, skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i wpatrywała się w drzwi, nasłuchując śladów bytności Vissera po drugiej stronie. Z każdą chwilą ta sytuacja wydawała jej się coraz bardziej idiotyczna. Była jedną, jedyną osobą w agencji, co do której znany kryminalista posiadał personalny motyw. Dlaczego to ona miała go pilnować?
Dlaczego jej na to pozwolili?
Dlaczego wepchnęli ją do tej pieprzonej dziury wyłącznie z g n a t e m? Czy nie powinno tu być co najmniej dwóch, trzech innych agentów, obserwujących go na zmianę? Czy cały pieprzony korowód nie powinien być ustawiony w tej dzielnicy na wypadek, gdyby cały kartel usiłował go odbić?
Jej wzrok wodził po ścianach sypialni. Zsunęła się z łóżka, podeszła do dwóch, małych okien i spojrzała w dół. Jakiś zaszyty w jej sercu optymista studiował gzymsy i parapety nim wreszcie zaakceptowała to, że w razie potencjalnej potyczki, nie byłaby w stanie z ich pomocą uciec, byli zbyt wysoko.
Nagle sypialnia przestała jej się podobać.
Z tym jednym, jedynym wyjściem i wejściem przekształciła się z bezpiecznego azylu w pułapkę. Czym był zamek w tanich drzwiach, jeśli nie drobną przeszkodą dla kogoś postury Vissera? I co ona mogłaby zrobić z jednym gnatem gdyby postanowił się jej pozbyć? Czy zdążyłaby go wyjąć i odbezpieczyć? W tej chwili tak. Ale co, jeśli zmęczenie ją dopadnie, jeśli zaśnie?
Czy zdąży zrobić c o k o l w i e k?
Wrażenie paniki z każdą chwilą wzmagało coraz bardziej, dokładając ciężaru, który nagle osadził się na jej mostku. Krążyła po sypialni przez kolejne paręnaście minut, świadoma tego, że on tam b y ł. Po drugiej stronie. Że nie spał, że samemu chodził bądź nasłuchiwał, że planował.
Czy była w stanie przewidzieć wszystko, co mogło wpaść mu do łba? Nigdy nie przyznałaby się do tego głośno, ale wierzyła, że był człowiekiem inteligentnym. Choć może - cwanym. Miał czas. Miał sporo czasu.
Panika i złość wreszcie pchnęła ją naprzód, do klucza w zamku, który przekręciła dopiero po tym, gdy wydobyła pistolet z kabury i odbezpieczyła go wyuczonym odruchem. Jeśli tkwił za drzwiami czając się, aż wreszcie wyjdzie, nie zamierzała robić tego bezbronna. Kiedyś zamierzała podziękować swojej paranoi, a przynajmniej miała taką nadzieję.
- Zmiana planów, możesz mieć sypialnię - warknęła zbyt ostro, by korespondowało to dobrze z jej hojną ofertą. - Ja biorę kanapę.

just because you're paranoid doesn't mean they're not trying to kill you
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdy Navarro wyszła z sypialni, nie poderwał się z kanapy, nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu, który ta szajbuska z odbezpieczonym pistoletem mogłaby zinterpretować w sposób wyjątkowo niekorzystny dla jego dalszego życia. Przesunął jedynie spojrzenie znad sufitu na nią, a następnie na broń w jej dłoni.
Nie spała.
Cóż za mistrzostwo obserwacji.
Tego oczywiście zdążył domyślić się już wcześniej, gdy zza ściany dochodziły kroki, szuranie przesuwanych rzeczy i wszystkie inne odgłosy świadczące o tym, że Navarro robiła w sypialni wszystko poza odpoczywaniem.
— Zmiana planów — powtórzył wolno. Dopiero później kącik jego ust uniósł się nieznacznie. — A gnat miał ci wystarczyć.
Zwykły mężczyzna.
Z w y k ł y m ę ż c z y z n a, przez którego najwyraźniej nie potrafiła zasnąć za zamkniętymi drzwiami bez odbezpieczonego pistoletu w dłoni.
Powinno go to wyłącznie bawić. W pewien sposób bawiło, jednocześnie przyjemnie łagodząc urazę pozostawioną przez jej wcześniejsze słowa. Jednocześnie nie potrafił zdecydować, czy bardziej podobało mu się, że zobaczył w jej zachowaniu coś przypominającego strach, czy wkurwiało go to, jak skutecznie ukrywała go przez tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni.
— Niecała godzina — zauważył z pozornym uznaniem, podnosząc się niespiesznie z kanapy. — Nawet ja spodziewałem się po tobie trochę więcej. — Instynktownie trzymał dłonie z dala od kieszeni spodni. Nie dlatego, że zamierzał się jej podporządkować tylko przez wiedzę, że nawet najbardziej przerośnięte ego nie zatrzymywało kul. A jego to nawet wcale przerośnięte nie było. — Ale przyjmuję twoją wyjątkowo hojną ofertę. Możesz opuścić broń. Chyba że planujesz eskortować mnie do łóżka.
Nie czekając na odpowiedź, ruszył w kierunku wyznaczonego, nowego miejsca. Zdążył jednak wykonać tylko kilka kroków. Huk rozbijanej szyby przeciął mieszkanie, zanim dotarł do sypialni. Szkło posypało się na podłogę wraz z czymś ciężkim, co uderzyło o deski i zatrzymało dopiero przy nodze łóżka.
Odruchowo cofnął się od przejścia, przywierając ramieniem do ściany. Odczekał, aż ostatnie odłamki osunęły się z ramy, nim wychylił głowę. Odczekał też kilka dodatkowych, długich sekund, dla pewności, że nic więcej nie wpadnie do pomieszczenia.
— Vintage — skomentował. — Cegła przez okno. Piękna klasyka.
Przez moment zastanawiał się nawet, czy ten tłum protestujący pod komisariatem, przeciwko jego uwolnieniu, postanowił przenieść obywatelskie zaangażowanie pod ich nowy adres. Byłoby to niedorzeczne, ale po tym, co widział na transparentach, cegła mogła stanowić naturalny kolejny etap ich argumentacji.
Wszedł do pomieszczenia, trzymając się poza linią wybitego okna. Do cegły przywiązano kawałek papieru. Obrócił ją końcem buta, odsłaniając napis.
La puta primero. Tú después.
— Urocze. — Obejrzał się na Biancę przez ramię. — To pewnie od jakiegoś dżentelmena. Najwyraźniej ktoś na tym świeice nadal wierzy w dobre maniery. Dziwka pierwsza. Ty później. Panie przodem, Navarro. — Uśmiech wciąż pozostawał na jego twarzy, lecz spojrzenie straciło wcześniejszą lekkość. Nie chodziło o groźbę. Podobnych widział wystarczająco dużo, część nawet sam zlecał, chociaż zwykle preferował subtelniejsze metody komunikacji. Chodziło o adres. Przyjechali tutaj zaledwie kilka godzin wcześniej. Mieszkanie miało należeć do federalnych, a jednak ktoś wiedział nie tylko, gdzie się znajdowali, lecz także które okno wybrać. Co oznaczało, że ktoś obserwował budynek, albo znał kryjówkę przed ich przyjazdem.
Ponownie spojrzał na wiadomość. Jego ludzie nie powinni traktować go jak celu. Nie, dopóki milczał i istniała szansa, że wróci na swoje miejsce. Chyba że ktoś wyjątkowo dobrze czuł się na nim pod jego nieobecność. Jego ludzie nie stosowali czegoś tak cliche jak cegła z liścikiem miłosnym ciśnięta przez okno.
Wychował ich lepiej.
— Ilu ludzi znało ten adres? — zapytał już bez uśmiechu. — I zanim odpowiesz, że tylko twoi ludzie, zastanów się, któremu z nich ufasz wystarczająco, żeby postawić na tym swoje życie. — Kącik jego ust drgnął ponownie. — Bo ja nie postawiłbym na żadnego.

ladies first
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wątpiła, że jej rezygnacja z sypialni będzie wyłącznie pożywką dla osoby j e g o pokroju. Myśl, że miałby być tylko zwykłym mężczyzną podważała jego wybujałe ego, według którego powinna drżeć na myśl o spędzaniu z nim czasu teraz, gdy widział w niej zdrajcę.
Prawdopodobnie w jego mniemaniu powinna drżeć nawet wcześniej, gdy przez trzy i pół roku tkwili po jednej stronie.
Navarro potrafiła jednak wycofać swój umysł z powrotem do miejsca, w którym nie sięgały jej kąśliwe uwagi ani pożądliwe spojrzenia. W ciągu tego pieprzonego t y s i ą c a dni opracowała tę metodę do perfekcji.
Nie była tylko pewna, dlaczego nagle przestała działać.
Coś w nim wytrącało ją z równowagi teraz jeszcze bardziej niż wcześniej. Zawsze była świadoma jego obecności, jego spojrzenia i tych słów, które były skierowane do niej nawet jeśli nie wypowiadał ich wprost. Ta świadomość towarzyszyła jej również teraz, wsuwając się do wnętrza sypialni przez szparę pod drzwiami.
- Może powinnam przykuć cię do niego kajdankami? - warknęła w odpowiedzi, gdy zaczerpnięcie powietrza nie uwolniło ją od cisnącej się na usta riposty. Z uwagą przyglądała mu się gdy podnosił się z kanapy, jej dłoń mimo wszystko wciąż zaciśnięta na gnacie. - Wyglądasz na takiego, któremu mogłoby się to spodobać.
Nie chciała dawać mu satysfakcji.
Ale nie chciała też testować możliwości swojego przetrwania bez broni przy sobie. Znała go, być może bardziej niż ktokolwiek inny w tym pieprzonym kartelu. Wiedziała, jak niebezpieczny potrafił być.
Nie sądziła tylko, że zagrożenie wtargnie do jej przestrzeni tak gwałtownie - i że nie będzie w żaden sposób z nim związane.
Drgnęła na dźwięk pękającego szkła, jej dłonie uniosły się w górę w automatycznym, obronnym geście. Jej serce przyśpieszyło, tłukąc się w ścianach klatki piersiowej gdy odwracała się w stronę sypialni, podążając za jego ruchami. Pistolet w jej dłoni uniósł się w górę, niewystarczająco by ostentacyjnie w niego celować, wystarczająco zaś by nacisnąć na spust i oddać strzał gdyby to on miał z tym coś wspólnego.
Kryjówka była spalona.
Świadomość rozlewała się po jej ciele jak trucizna wędrując kanałami krwiobiegu. Wzrok przemknął po wiadomości przyniesionej przez cegłę, przeniósł się na zbite okno, wyjrzał na zewnątrz - w stronę ciemności rozświetlonej wyłącznie sporadycznymi światłami ulicznych lamp. Ktoś wiedział, że tutaj byli.
La puta primero.
- Zamknij się - warknęła w odpowiedzi, cofając się gdy odwrócił się w jej stronę. Broń w jej dłoni podniosła się, spotykając z linią wzroku stojącego w przejściu mężczyzny, z tym pieprzonym uśmiechem, który wykrzywiał jego usta.
Nie była bezpieczna.
Panika szamotała się w jej głowie, trzymana w ciasnych więzach doświadczenia pracy w terenie. Czuła jej szpony, usiłujące wyszarpać sobie drogę do jej świadomości, jak drapanie z tyłu głowy. Musiała ich stąd wynieść. Musiała to zaraportować.
- Gówno wiesz o moich ludziach, Visser - syknęła, cofając się głębiej w stronę salonu, do torby, którą zabrała wcześniej z sypialni. Nieustannie nasłuchiwała odgłosów - krzyków dobiegających zza okna, kolejnych cegieł lub kamieni szukających swojego celu w innych oknach, kroków w korytarzu. - Ktoś nas śledził. Może Anja się za tobą stęskniła? - prychnęła, wspominając imię kobiety, której zadaniem było odnajdywanie osób, które nie chciały być odnajdywane. Spotkała ją wyłącznie raz ale podejrzewała, że współpracowała ściśle z mężczyzną j e g o pokroju. - Nie ufam nikomu, Visser - dodała. - Ale ze wszystkich osób na tym bożym świecie, najmniej ufam tobie.
Nie była bezpieczna.
Ta myśl nie dawała jej spokoju, przedzierała się przez więzi pragmatyzmu i tej cholernej zimnej krwi, którą potrafiła zachowywać p r z e d nim. Byli spaleni. Musieli się stąd wydostać, a żeby to zrobić, musiała najpierw ocenić zagrożenie.
Nie mogła ocenić zagrożenia jeśli jedno znajdowało się w tej chwili z nią w pomieszczeniu.
- Przykuj się do kaloryfera - rozkazała, kajdanki błysnęły w jej dłoni gdy wyjęła je z torby i rzuciła przez długość salonu, prosto w stronę stojącego w przejściu mężczyzny. Świadoma nadciągającego sprzeciwu, wyciągnęła w jego stronę pistolet, chwyciła go obiema dłońmi. Palec zsunął się z zabezpieczenia przy akompaniamencie cichego kliknięcia mechanizmu. - Rób co mówię, albo znajdę część twojego ciała, bez której możesz przeżyć i nacisnę na spust.

somehow i know it's all your fault
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— To nie Anja, nie musisz być zazdrosna — odpowiedział spokojnie. Nie brał jej w ogóle pod uwagę w tym wydarzeniu. Przynajmniej nie widziałby jej w tym scenariuszu. — Gdyby nas znalazła, nie zapowiadałaby swojej wizyty cegłą.
Znał jej metody, tak samo jak znał pozostałych ludzi, których sam wyszkolił. Nie korzystali z czarnego markera, hiszpańskich gróźb rodem z taniego filmu ani materiałów budowlanych znalezionych najpewniej pod najbliższym śmietnikiem. Wychował ich lepiej. Wychował ich na mniej cliche.
Tutaj jednak tkwił problem. Bo jeżeli ktoś z Sinaloa rzeczywiście dowiedział się o kryjówce, nie powinien grozić jemu bezpośrednio. Powinien przygotowywać sposób wydostania go z niej. Chyba że podczas jego nieobecności zmienił się układ sił, a któryś z ludzi dotychczas stojących pod nim uznał, że znacznie przyjemniej byłoby już nigdy nie oddawać zajętego miejsca.
Dopiero potem usłyszał rozkaz ze strony starej partnerki w zbrodni.
— No chyba cię Bóg opuścił, Navarro — odwarknął niemal natychmiast, jeszcze zanim kajdanki przeleciały przez salon. Złapał je odruchowo za łańcuszek, zanim zdołały z metalicznym brzdękiem rozbić się o podłogę.
Dopiero później spojrzał na pistolet.
Lufa była wymierzona prosto w niego, obie dłonie Navarro pewnie oplatały rękojeść, a palec zostawił bezpieczny i strategiczny kabłąk i znalazł się tam, gdzie wystarczył jeden, niewielki ruch, nawet jebane kichnięcie, żeby całe to spotkanie przybrało wyjątkowo niekorzystny dla niego obrót.
Zacisnął zęby, a mięśnie na jego żuchwie wyraźnie się uwydatniły, kiedy federalna suka wydawała się być nieugięta w swoim postanowieniu. Wariatka. Nie bał się śmierci, fakt. Był też niemal pewien, że ta kobieta nigdy intencjonalnie go nie odstrzeli. Potrzebowała go żywego, żeby doprowadzić swoje wielkie śledztwo do końca, patrzeć, jak przegrywa, i osobiście zatrzasnąć za nim drzwi celi. Istniało jednak wysokie prawdopodobieństwo, że drugą groźbę mogłaby spełnić i to bez konsekwencji dla siebie.
Cała ta sytuacja nie podobała mu się to absolutnie i to nie dlatego, że najpierw proponowała mu łóżko, później kajdanki, a to wszystko składało się w serię bardzo sprzecznych sygnałów.
Chodziło o kontrolę którą przez ostatnie dni odbierała mu kawałek po kawałku, zaczynając od kajdanek zatrzaśniętych na nadgarstkach, jej kolana boleśnie wciśniętego w jego grzbiet, a kończąc na obręczy przy kostce. Nie zamierzał dobrowolnie oddawać jej resztek, przykuwając się do kaloryfera w mieszkaniu, które kilka sekund wcześniej najwyraźniej przestało być kryjówką.
— Spójrz na tę wiadomość, Navarro. Hiszpański, kartel i groźba śmierci. Brakuje tylko czaszki i sombrero, żeby nawet twój najgłupszy kolega zrozumiał, kogo należy obwinić. — Uniósł trzymane kajdanki, nie wykonując przez cały ten czas ani jednego kroku w stronę wskazanego przez nią grzejnika. Nie musiał to być jego kartel. Co jeśli to była konkurencja, która dowiedziała się o jego… niedyspozycji — Naprawdę chcesz mnie unieruchamiać i działać sama? Kiedy chuj jeden wie, co jest na zewnątrz?
Przed chwilą dość dosadnie dała mu do zrozumienia, że komu jak komu, ale jemu nie zamierzała zaufać. On w tej chwili nie walczył o to, by zmienić jej przekonanie. Walczył o swoją własną skórę – nie mogąc rozeznać się w tej sytuacji i rozpoznać celu całego zamieszania, zakładał, że jest równie zagrożony, co i ona. Przykucie do kaloryfera byłoby znaczącym n i e u d o g o d n i e n i e m, gdyby przyszło do jakiejkolwiek konfrontacji, w której faktycznie chodziłoby o dobranie mu się do dupy.
Ostatecznie nie miał jednak narzędzi by się stawiać. To ona miała gnata, to ona miała ostateczne słowo, a on, z sympatii do własnego ciała, wolał nie testować jej granic akurat w tym momencie.
think fast
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Robin Visser był wieloma rzeczami. Był irytującym towarzystwem i biurokratyczną niedogodnością. Był powodem, dla którego jej życie rozszczepiło się na dwa, różne światy i przekleństwem, przez które dalej tkwiła zawieszona pomiędzy jednym a drugim. Był też jej c e l e m, czymś, co obiecała sobie doprowadzić do końca niezależnie od tego, co miało się wydarzyć następne. Nawet czymś, czego potrzebowała, by oderwać swoje myśli od tego, co zostawiła w domu.
W tej chwili jednak był z a g r o ż e n i e m.
Widziała drapieżność jego spojrzenia i sposób, w jaki uśmiechał się gdy myślał, że nie patrzyła. Wiedziałam, że dla niego również stała się czymś personalnym - osobą, która wreszcie doprowadziła go za kraty, nawet jeśli chwilowo trafili na tę niedogodność, która ją spowolniła. Wiedziała, że skorzysta z każdej, możliwej okazji by zemścić się za ten akt zdrady i z w y c i ę s t w a, jakiego się dopuściła, przez jaki zyskała nad nim przewagę.
Wiedziała, że odzyska ją za wszelką cenę.
- Wypierdalaj pod kaloryfer, Visser - odparowała, unosząc głos - jej nogi poniosły ją w stronę mężczyzny, dłonie mocniej zacisnęły na broni. W jakiś psychotyczny sposób, który nie był j e j, którym nasiąkła w jego towarzystwie, skierowała jej lufę niżej, z jego klatki piersiowej przez tors, brzuch, zatrzymując na czarnym materiale spodni. - Albo Bóg mi świadkiem, że nawet "zwyczajny mężczyzna" będzie określeniem stosowanym wobec ciebie na wyrost.
Wiedziała, że to nie była o n a.
Słowa wypowiedziane jej głosem wybrzmiały obco, tak jak groźba, tak jak pistolet wycelowany prosto w newralgiczny punkt na jego ciele. Nigdy w życiu nie odezwałaby się w ten sposób gdyby tkwiła z innym człowiekiem, w innym miejscu. Wciąż czuła na sobie j e g o wpływy. Trzy i pół roku spędzone w towarzystwie ludzi, którzy zachowywali się w ten sposób, którzy grozili i byli skłonni te groźby spełnić - powlekały ją jak brud, którego nie potrafiła zmyć.
Z obsesyjną wręcz dokładnością patrzyła, jak przypinał kajdanki do swojego nadgarstka a później - do o d p o w i e d n i e g o miejsca na kaloryferze, gdzie nie mógł z łatwością ich odpiąć. Wiedziała, że przez to jego życie było w niebezpieczeństwie.
Jej życie było w nim w każdej sekundzie, którą spędzała w jego towarzystwie.
- Kimkolwiek są ci ludzie, cariño - rzuciła, ciszej, dopiero gdy znalazła się poza jego zasięgiem, kajdanki trzymały go mocno przy kaloryferze, który przynajmniej na pierwszy rzut oka, wydawał się względnie solidny. - Jestem pewna, że przy tobie są pieprzonymi aniołami.
Jak na zawołanie, z oddali dobiegł ich stłumiony, cichy odgłos kroków. Narastał z każdą sekundą gdy napastnicy przemierzali klatkę schodową po czym zatrzymał się, z oddali dobiegł ich huk wyważanych drzwi, krzyk jakiegoś mężczyzny, któremu weszli do mieszkania. Szukając jej.
Szukając i c h.
Wydostała ze swojej kieszeni telefon, pośpiesznie wysyłając wiadomość z kodem, który po trzech latach wydawał się obcym językiem. Wiedziała, że nie mieli wystarczającej ilości czasu by posiłki zdążyły dotrzeć, zamierzała jednak spróbować. Huk kolejnego, otwieranego mieszkania wybrzmiał głośniej - zbliżali się.
Chwyciła za pistolet i podeszła do drzwi, znajdując miejsce, z którego mogła je obserwować lecz nie być wystarczająco blisko, by oberwać gdyby weszli do środka. To Visser tkwił na samym środku, na wprost wyjścia, przykuty do kaloryfera - i podświadomie liczyła na to, że to on przykuje ich uwagę, odwróci ją by ona mogła zareagować.
W sposób, w który, pośrednio, ją sobie w y c h o w a ł.

apparently, i'm no better than you
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie poruszył się, kiedy lufa pistoletu zsunęła się niżej. Jedynie jego spojrzenie podążyło za jej ruchem, zatrzymując się na moment w miejscu, w które celowała, a następnie powróciło do twarzy Navarro. Uśmiech nie zniknął z jego ust, lecz stał się wyraźnie węższy, pozbawiony charakterystycznego rozbawienia.
— To niesamowite ile wysiłku wkładasz w udowodnienie sobie, że jestem tylko zwyczajnym mężczyzną — zauważył, unosząc nieznacznie kajdanki. — Zaczynam podejrzewać, że sama w to nie wierzysz.
Nie zamierzał jednak sprawdzać, czy groźba była wyłącznie kolejną próbą odzyskania kontroli. Podszedł do kaloryfera bez dalszych protestów i zatrzasnął jedną obręcz na własnym nadgarstku, później drugą na wskazanym przez nią miejscu. Szarpnął krótko łańcuchem, na pokaz, sprawdzając zarówno kajdanki, jak i mocowanie grzejnika, po czym wyprostował się na tyle, na ile pozwalała długość uwięzi.
Zacisnął palce na metalowej rurze i spojrzał na Biancę spode łba. Ta chwila zapisała się już na bardzo długiej liście rzeczy, za które zamierzał kiedyś wystawić jej rachunek.
Nie powiedział jednak nic więcej, nasłuchując kroków przesuwających się po klatce schodowej. Echo utrudniało mu dokładne określenie ich liczby, ale zdecydowanie nie była to jedna osoba. Jedne zatrzymywały się przy kolejnych drzwiach, inne pozostawały z tyłu. Ktoś sprawdzał mieszkania, ktoś zabezpieczał drogę, a odgłosy z każdą chwilą stawały się coraz wyraźniejsze.
Jego spojrzenie przesunęło się po miejscu, które wybrała, następnie po pustej przestrzeni prowadzącej od drzwi prosto do kaloryfera. Do niego. Nie musiał być geniuszem (a przecież był), aby domyślić się, że posadziła go dokładnie tam, gdzie zobaczyliby go jako pierwszego.
— Miło widzieć, że jednak czegoś się ode mnie nauczyłaś — rzucił ciszej. Nie brzmiał na urażonego faktem, że postanowiła wykorzystać go jako przynętę. Bardziej niepokojące byłoby, gdyby zmarnowała tak oczywistą przewagę.
Kroki zatrzymały się przed ich mieszkaniem. Nie poprzedziło ich pukanie ani żadne ostrzeżenie; pierwsze uderzenie w drzwi wyrwało fragment drewna z futryny, drugie wygięło rygiel, a trzecie otworzyło je z hukiem.
Pierwszy z mężczyzn, który wpadł do środka, nie przypominał nikogo, kogo mógłby wcześniej widzieć. Anji na pewno też nie. Twarz i tak częściowo zasłaniała kominiarka, a pistolet w jego dłoni uniósł się natychmiast, gdy tylko dostrzegł postać przykutą do kaloryfera. Nic nie powiedział, nawet się nie zawahał, zanim nacisnął spust.
Szarpnął się odruchowo na bok, wykorzystując całą długość łańcucha – całą, czyli niemal nieistniejącą. Pocisk uderzył w ścianę tuż nad grzejnikiem, obsypując jego ramię tynkiem, a huk wystrzału na moment zagłuszył wszystko poza wysokim piskiem w uszach. Visser dość odruchowo szarpnął za kajdanki, ale metal jedynie wżarł się boleśnie w jego nadgarstek, nie zamierzając zwrócić wolności.
Cóż, to nie byli jego ludzie. J e g o ludzie próbowaliby go stąd wydostać, nie odstrzelić, zanim zdążyłby otworzyć usta.
Pierwszy napastnik wszedł głębiej, nie opuszczając broni. Robin kopnął go w kolano, lecz z niewygodnej pozycji nie zdołał włożyć w ruch wystarczająco dużo siły. Mężczyzna zachwiał się tylko po czym odpowiedział uderzeniem ciężkiego buta w żebra, wciskając Vissera pomiędzy kaloryfer a ścianę.
Za nim do mieszkania wdarło się dwóch kolejnych. Jeden zabezpieczył wejście, podczas gdy wzrok drugiego przesunął się po salonie i zatrzymał na ruchu przy ścianie. Broń natychmiast zwróciła się ku Navarro.
Następne strzały poszły już w jej stronę. Tynk eksplodował wokół miejsca, w którym się zasadzała na nich, a trzeci napastnik ruszył, próbując zajść ją z boku.
Pierwszy, żywiący już najwyraźniej osobistą urazę za kopnięcie, chwycił Vissera za włosy i szarpnął jego głowę do tyłu. Rozgrzana lufa wcisnęła się pod jego szczękę, podczas gdy naprężony do granic łańcuch odebrał mu ostatnie centymetry ruchu.
here comes johnny
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trzech.
Myśl dotarła do niej na ułamek sekundy przed tym, gdy żałosne drzwi wyleciały z framugi razem z zamkiem, z hukiem opadając prosto na podłogę. Dostrzegła męską sylwetkę przechodzącą przez próg, a przede wszystkim - błysk broni dzierżonej przez napastnika, wyciągniętej w stronę tkwiącego przy grzejniku Vissera.
Gdzieś tam, w rogu, we własnym zakątku bezpieczeństwa, jej własna drgnęła w górę. Igiełka poczucia winy wbiła się w jej serce jak zdradziecka szpilka na myśl, że Visser mógłby zginąć w tym momencie - przez nią, w tak prosty, w tak zwyczajny sposób. Pozbawiony możliwości obrony, przykuty do kaloryfera przez kobietę, która przez ostatnie trzy lata szpiegowała jego organizację, a wraz z nią - jego samego.
Nie zdążyła zastanowić się nad tym uczuciem, wynikającym wyłącznie z jej d o b r e j natury. Mężczyźni wtargnęli do salonu jeden po drugim i od razu, w sposób bardziej skoordynowany niż by tego chciała po kimś z prostackimi manierami rzucania cegłami, rozdzielili się, chcąc przeszukać mieszkanie. Pierwszy ruszył nieświadomie w jej kierunku, słyszała jego ciężkie kroki rozlegające się po pomieszczeniu, skrzypienie podłogi uginającej się pod jego ciężarem. Wypuściła powietrze z ust nim wychyliła się, pochylona, niżej niż powinien znajdować się potencjalny napastnik. Lufa jej broni skierowała się na zmierzające ku niej kolano, palec przesunął na spust.
Pełen bólu i wściekłości krzyk mężczyzny zginął w huku wystrzału. Prąd przemknął po jej ramieniu wraz z odrzutem dzierżonego przez nią Glocka, łuska zabębniła o podłogę nieopodal jej butów. Ciało zwaliło się na ziemię, a ona rzuciła się naprzód by kopnięciem odsunąć pistolet, który wypadł mu z rąk - teraz owiniętych wokół przestrzelonej rzepki.
Przemknęła ponad nim, znów znajdując się w salonie.
Bardzo dużo rzeczy dotarło do jej mózgu w bardzo krótkim czasie.
Dostrzegła dwójkę napastników. Jeden z nich tkwił przy drzwiach, powoli odwracał ku niej głowę. Drugi zaś tkwił przy kaloryferze - lufa jego broni kierowała się do szczęki mężczyzny, przykutego do metalowej uwięzi.
Pierwszy stanowił bezpośrednie zagrożenie dla niej, ale wciąż miała sekundę, może dwie nim zdąży odwrócić ku niej broń. Jego źrenice ledwo rozszerzały się na widok s u k i, którą miał zamordować, miała przewagę, miała element zaskoczenia.
Drugi stanowił zagrożenie dla n i e g o.
I jakaś abstrakcyjna igiełka znów wbiła się w jej trzewia - tym razem niosąc ze sobą złość.
Nie poświęciła pieprzonych trzech lat swojego życia po to, by pierwszej nocy na wolności stracić Vissera na rzecz jakiegoś obleśnego, zakamuflowanego napastnika, który wcześniej rzucił w ich okno cegłą. Nie była tu tylko po to, by go pilnować - była też po to, by zapewnić mu bezpieczeństwo. Stracenie go pierwszej nocy byłoby wyrazem jej rażącej niekompetencji.
Był j e j.
Nie wiedziała kiedy jej broń odwróciła się, zamiast w stojącego naprzeciw mężczyznę, kierując w tego, który w tej chwili zagrażał j e m u. Zrobiła to sama, odruchowo, kierowana jej dobrodziejstwem, jej potrzebą bycia kompetentną, każdym argumentem, który w tej chwili był dobry. Tak samo odruchowo nacisnęła na spust, celując w jego ramię, to, które dzierżyło pistolet.
Wiedziała, że Visser sobie poradzi z resztą. Nie musiała robić więcej. Miała swoje problemy.
Jej problemy właśnie znalazły się tuż przy niej. Wiedziała, że zdąży. Musiała zdążyć.
Jej broń uniosła się w górę, wycelowała prosto w zakamuflowaną twarz. Wyraz determinacji przemknął po jej twarzy, usiłując porwać do tego samego działania ciało, które zamiast tego z a w a h a ł o się. Przytrzymało palec zbyt długo na spuście zamiast go nacisnąć, zamiast posłać pocisk prosto między oczy grożącego jej mężczyzny.
Nie zdążyła.
Męska dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku, wygięło go boleśnie, zmuszając do wypuszczenia pistoletu, który z brzdękiem uderzył o podłogę. Jej własne ramię wystrzeliło w znanym protokole, wymierzając ćwiczony cios, który nie pozostawił żadnego wrażenia na prawie dwumetrowym napastniku.
- La puta primero - wycharczał z pogardą, ale też z akcentem, który był nieprawidłowy, od którego jej brwi zmarszczyły się w tej ostatniej, krótkiej chwili trzeźwego myślenia nim męska dłoń zacisnęła się na jej gardle.
Chwyciła dłońmi jego ramię gdy pchnął, jej ciało uderzyło o stary kredens, o szklaną, brudną powierzchnię jego gablot. Ból rozlał się po jej plecach, zakotwiczył gdzieś w obitych żebrach, w odłamkach rozrzuconego wszędzie szkła, którego fragmenty zahaczały o jej ubrania, wdzierały się pod spód gdy tkwiła przygwożdżona do ściany, z dłonią zaciśniętą na swojej szyi.
Szarpnęła wściekle, odwracając głowę, szukając rozpaczliwie jakiejkolwiek broni wokół siebie, ślepa na wszystko to, co działo się w innej części pomieszczenia.
Nie zamierzała tutaj umierać.
Nie w tak z w y k ł y sposób.

you're mine to take
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”