35 y/o
Welkom in Canada
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Było wiele rzeczy, w których Monroe był d o b r y.
Samochody nie były jego pasją, ale przez pewien krótki czas stanowiły dla niego źródło dorobku. Chcąc, nie chcąc, nauczył się spoglądania pod maskę i dostrzegania tam czegoś więcej niż splątanego żelastwa, które trzeba było powierzyć komuś innemu.
Nie urodził się z drygiem do zarządzania własnym biznesem, ale nauczył się dobierać ludzi, którym warto było zaufać - a z nimi, pojął, co należało zlecać komuś innemu a co wymagało jego własnej ingerencji. Zasięgi Rapture rosły z roku na rok nie dlatego, że był wybitnym znawcą własnej branży ale dlatego, że nie brakowało mu determinacji i swojego rodzaju bezwzględności w osiąganiu wyznaczonych celów.
Nie był jednak tylko osobą posiadającą jakieś umiejętności i zarządzającą czymś w formie legalnego dorobku.
Pośród tych wszystkich, materialnych wyznaczników posiadanych przez niego umiejętności tkwiło schowane pod spodem wychowanie, czy też jego b r a k.
W świecie, w którym obracał się od małego wiedział, których ludzi należało nacisnąć, p o t r a f i ł to zrobić. Potrafił przyprzeć ich do muru, potrafił wyprowadzić cios, potrafił pozwolić, by wściekłość wzięła jego ciało w swoje władanie i atakować z zajadłością, która sama w sobie była całkowitą przewagą. Potrafił podnieść się, gdy w ustach czuł metaliczny posmak krwi i przeć naprzód nawet wtedy, gdy świat przekształcał się w krainę świateł i rozmytych kształtów.
Urodził się w świecie przemocy i gwałtowności, to jedno znał, w funkcjonowaniu w nim był d o b r y.
Tego, czego wymagała od niego Haze, nie potrafił.
Nie wymagała tego od niego bezpośrednio - w chwili, w której dostrzegł jej nieobecne spojrzenie i przyśpieszony oddech dotarło do niego, że była w małym stopniu zaangażowana w jego obecność w samochodzie. Ale dostrzeżenie jej w tym stanie, dziwnym, o b c y m stanie, w którym każdy błysk pioruna nie tylko odbijał się w jej oczach, ale i zostawiał piętno na jej ciele, chwyciło jego własne trzewia i zacisnęło na nich swoje pazury. W jednym uderzeniu serca każdy priorytet w jego głowie przekształcił się, niczego na tym świecie nie pragnąc tak mocno jak tego, by na niego s p o j r z a ł a.
Opieka, czułość, troska, żadnej z tych cech nie mógł sobie przypisać, żadnej z tych umiejętności nie posiadł. Wydawały mu się nienaturalne, nie posiadał wzorca w swoim życiu, który mógłby wpoić mu je za młodu. Spoglądając na ogarniętą panikę kobietę, czuł irracjonalną wściekłość na każdy grzmot, każdy błysk, każdy przejaw istnienia nawałnicy, która wdzierała się do samochodu - jakby łatwiej było mu zawładnąć pogodą niż wpaść na to, co powinien w tej sytuacji zrobić.
Delikatne muśnięcie jej palców byłoby niewielkim przejawem jakiejkolwiek tolerancji na jego obecność w przypadku kogoś innego. W jej przypadku nie wiedział nic. Haze była pieprzoną zagadką, była sprzeczna w wysyłanych komunikatach, rozmawiała językiem, którego nie rozumiał - a którego pragnął się nauczyć, choć przecież nieszczególnie go do tego zachęcała.
- Jestem tu - ciche słowa wyrwały się z jego ust w jakiejś desperackiej próbie utwierdzenia jej w tym, co przecież widziała, czego była świadoma. Co innego mógłby powiedzieć? Że samochód jest uziemiony? Że nawet, jeśli rozlegnie się wokół huk porównywalny do ziemskiej skorupy rozstępującej się pod ich nogami, tak naprawdę nic im się f i z y c z n i e nie stanie? Że burza niedługo przejdzie? Że to nic takiego?
Jego ręka przesunęła się po wilgotnej od deszczu tapicerce, odnalazła zimną, kobiecą dłoń i wsunęła pod nią, delikatnie splatając z nią swoje palce. Przy nim wydawała się filigranowa, na granicy zniszczenia, a on nie wiedział, w jaki sposób jego obecność, a tym bardziej jego dotyk miałby coś w tej kwestii zmienić - wręcz przeciwnie, mógł być tym jednym bodźcem za dużo, kolejnym powodem, dla którego powietrze ugrzęzłoby w jej płucach.
Chciał, by o d d y c h a ł a. Nie rozumiał, dlaczego tego nie robiła. Jakaś jego cząstka pragnęła chwycić ją za ramiona i potrząsnąć, stać się w i ę k s z y m zagrożeniem, przy którym burza zbledłaby do rozmiarów zwykłej niedogodności. Inna chciała odgarnąć mokre włosy z jej twarzy, owinąć swoje ramię wokół niej na wzór schronu, którego potrzebowała.
Żadna nie ośmieliła się ruszyć.
- Wiesz dużo o samochodach - powiedział wreszcie, nieświadom tego, że wraz z jego dłonią, całe jego ciało przesunęło się nieco w jej stronę, wkraczając na neutralny grunt środkowego siedzenia. - Większość osób specjalizuje się w ignorowaniu lampek ostrzegawczych - dodał, z cieniem uśmiechu wpełzającym na jego twarz. - Ojciec cię tego nauczył?

just breathe
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kiedy ręka Monroe przesunęła się po tapicerce, jej ciało znów zareagowało przed nią: gwałtownym napięciem. Jej palce drgnęły, a oddech ponownie zatrzymał się w połowie, lecz finalnie nawet nie spróbowała się odsunąć. Zacisnęła się na jego dłoni, niemal tak odruchowo, jak chwilę temu się spięła. Skupiła na cieple jego skóry, wyraźnie różniącym się od chłodu przenikającego jej przemoknięte ubrania. Na jego dosłownej, fizycznej obecności, którą jej zasugerował i podsunął.
Następny grzmot ponownie napiął jej ramiona, a powietrze wyrwało się spomiędzy jej ust w urwanym, drżącym wydechu.
Przez pierwszą chwilę pytanie, które zadał, wydawało się tak bardzo niepasujące do tego, co działo się dookoła. Nie ominęła go, usłyszała dokładnie, ale jeszcze parę długich chwil nie potrafiła potraktować odpowiedzią.
Przymknęła na moment powieki. Zamiast kolejnego pioruna zobaczyła słabo oświetlony garaż, otwartą maskę starego Forda, dokładnie tego samego, którym jeździła teraz, i własną dłoń, choć tym razem zaciśniętą na latarce.
— Nauczył mnie trzymać latarkę — odpowiedziała w końcu. Jej głos zabrzmiał płytko, niemal bezdźwięcznie, ale wypowiedzenie całego zdania wymagało od niej wydechu. Następny wdech wciąż zadrżał w połowie, dotarł jednak odrobinę głębiej niż poprzednie. — I nie świecić mu nią w oczy — dodała po chwili, otwierając oczy. — Podobno to jest najważniejsze.
Nie uśmiechnęła się. W jej spojrzeniu nadal pozostawał strach, a palce nie przestały drżeć pomiędzy jego palcami. Kolejne odległe pomruki nawałnicy wciąż podrywały jej serce do gwałtowniejszego rytmu; każdy błysk nadal sprawiał, że ciało przygotowywało się na uderzenie, zanim grzmot rzeczywiście następował.
— Zanim wyjechałam do Stanów — urwała na moment, próbując zgromadzić wystarczająco dużo powietrza na dalszą część zdania — próbował nauczyć mnie wszystkiego, co mogło mi się przydać z dala od domu. I od niego.
Nie dotyczyło to wyłącznie rozpoznawania problemów z samochodem – z tego i tak część już zdołała zapomnieć. Pokazywał jej również jak udrożnić odpływ, wymienić przepalony bezpiecznik czy wywiercić w ścianie otwór, który nie kończył się przypadkowym uszkodzeniem instalacji i pokopaniem prądem. Wszystko to, czym normalnie by się nie przejmowała w domu rodzinnym – bo byłby on. Ale oboje wiedzieli, że kiedy pomiędzy nimi znajdą się tysiące mil, on nie będzie mógł przyjechać tylko po to, żeby skręcić jej komodę w akademiku w Stanford albo zawiesić szafkę w kolejnym wynajmowanym mieszkaniu.
Wypowiedzenie tych kilku zdań kosztowało ją więcej, niż powinno. Każde słowo, każda sylaba, wymagało powietrza, które jej płuca wciąż oddawały niechętnie i w zbyt małych ilościach. Jednocześnie sama konieczność przywołania wspomnień zmuszała jej myśli do pozostania przy czymś innym niż oczekiwanie na kolejny grzmot – a to pozwalało jej ciału próbować odzyskać spokój.
Następny oddech również nie był pełny, ale jako pierwszy razem nie urwał się natychmiast. Daleko mu było do idealnego, ale nie drżał aż tak i nie złamał się.
Przesunęła kciukiem po jego dłoni, zupełnie bezwiednie.
— Mów, proszę — poprosiła cicho, pozwalając tej prośbie niemal zginąć wśród gradu uderzającego o karoserię. Jej palce ponownie zacisnęły się na jego dłoni, gdy niebo przecięła kolejna błyskawica. — Nieważne o czym.
remind me how
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
Welkom in Canada
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mógłby sam odetchnąć z ulgą gdy usłyszał pierwsze słowo, opuszczające jej usta - bo wraz z nimi wydarło się z nich powietrze, to, czego w pewnym momencie zaczynało b r a k o w a ć. Spijał je z zachłannością, jakby każde było bardziej wartościowe od poprzedniego bo sam fakt, że je wypowiadała, takim się stał.
Słuchał jej z uwagą, starając się niczego nie z e p s u ć.
Starając się nie zwracać uwagi na dłoń, która odpowiedziała na jego delikatny uścisk, na kciuk wodzący po jego zabandażowanej skórze. Na to, w jaki sposób jego głupie serce przyśpieszyło gwałtownie gdy go nie odtrąciła, jakby ten prosty, zwykły gest był wypracowanym przez niego osiągnięciem.
Żadnej z tych myśli nie potrafiłby wypowiedzieć na głos, egzystowały wyłącznie z tyłu jego głowy, tam, gdzie mógł skrzętnie je ignorować - zamiast tego skupiając się na tym, co było wokół. Na ciemnym wnętrzu samochodu, bujającym się pod wpływem gwałtownych szarpnięć wiatru. Na miarowym stukocie uderzającego o blachę deszczu i nagłym wrzasku rozdzieranego nieba. Wewnątrz, to wszystko było stłumione - wiatr nie uderzał boleśnie w policzki, deszcz nie spływał strugami po ciele, burza wydawała się pozbawiona zębów, niezdolna do dopadnięcia ich w środku.
Wiedział jednak, że ona patrzyła na to inaczej.
Jego wzrok wreszcie zsunął się na ich splecione dłonie, kciuk ostrożnie przesuwający po jasnej, mokrej od wody powierzchni. Każdy grzmot przedzierał się do środka w postaci drobnego zaciśnięcia się jej ręki, palców wczepiających mocniej w jego własne. Momentami robiła to na tyle gwałtownie, że czuł namiastkę odległego bólu, schowanego gdzieś pod opatrunkiem i w tych chwilach upewniał się, że to wrażenie przemykało przez jego świadomość i znikało w jej odmętach, nie odbijając się w jego reakcji.
Bo wtedy zabrałaby rękę.
Próbował ją sobie wyobrazić, tkwiącą z latarką pochyloną nad maską tego samego samochodu, lecz z innym towarzystwem obok. Jej odpowiedź była krótka, lakoniczna, nie wnosiła niczego do jego ograniczonego pojmowania tym, kim była, a jednak, jak to cholerne gwizdanie, skrzętnie odnotował każdy szczegół.
Nie wiedział nic na jej temat - choć nie przez brak starań ze swojej strony.
Co więcej, nie wiedział o czym mógłby mówić. Nic z jego własnych słów nie wydawało mu się szczególnie interesujące ale sięgnął myślami do własnej przeszłości, szukając miejsc zaczepienia.
- Moją pierwszą robotę dostałem w warsztacie samochodowym - westchnął, jego głowa opadła na zagłówek. - Pierwszą legalną - dodał kwaśno, ignorując podszepty intuicji nakazujące mu przemilczeć ten fakt. - Nie ma zbyt wiele pracy dla dzieciaków z systemu, szczególnie świeżo po wyjściu z poprawczaka.
Jego własny kciuk przemknął po gładkiej skórze kobiecej dłoni, w lustrzanym odbiciu uspokajającego gestu gdy któryś grzmot zatrzymał jej palce w miejscu.
- Właściciel nazywał się Ray. Był zdecydowanie zbyt dobry jak na tamtą okolicę. - błysk wdarł się do środka wraz z gwałtownym hukiem, gdy nawałnica, wcześniej złudnie oddalająca się od ich samochodu nagle znów zdawała się tkwić tuż nad ich głowami. - Nauczył mnie wszystkiego od zera. Płacił gówniane stawki, ale jego żona zawsze przynosiła nam obiad udając, że przypadkiem zrobiło jej się zbyt dużo.
Jego słowa wydawały się płytkie. Nie sięgały prawdziwego znaczenia wszystkiego, co Ray próbował dla niego zrobić. Miejsca w warsztacie do spania, które oferował, na wypadek gdyby Monroe tego potrzebował. Luźnych pytań o to, jak idzie mu w szkole. Męskich porad tego, w jaki sposób miałby się przypodobać dziewczynie ze złotą zasadą, że najważniejsze były ułożone włosy.
Można było nie mieć pieniędzy na drogie perfumy i ubrania, ale grzebień kosztował grosze.
- Próbował sprawić, żebym wyszedł na ludzi - dodał krótko, ignorując zalewające go wspomnienia. Obrócił głowę, jego skroń oparła się o wezgłówek gdy przeniósł na nią spojrzenie. - Nieszczególnie mu wyszło.

there's nothing to talk about
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wypowiadane przez niego słowa układały się w historię wystarczająco odległą od burzy, aby mogła się jej uchwycić i na niej skupić. Każdy szczegół, który jej podawał, zajmował miejsce wcześniej wypełnione oczekiwaniem na kolejny grzmot; teraz zmuszał ją do wyobrażenia sobie brudnej posadzki, zapachu smaru i znacznie młodszego Vincenta, który nie przypominał jeszcze człowieka siedzącego obok niej.
Samą Informację o poprawczaku przyjęła bez widocznej reakcji. W innym momencie prawdopodobnie wywołałaby dziesiątki pytań, które zaczęłaby porządkować i analizować, próbując dopasować je do tego, co już o nim wiedziała. Teraz jedynie odnotowała kolejną rysę na obrazie Vincenta Monroe, który dotąd wydawał się jej człowiekiem posiadającym wszystko, czego kiedykolwiek zapragnął, i nigdy nieprzyjmującym odmowy jako odpowiedzi.
Pod jego kciukiem napięcie w jej dłoni zaczęło powoli ustępować. Nie puściła go, ale palce przestały zaciskać się na jego ręce z tą samą rozpaczliwą siłą. Następny grzmot wciąż poderwał jej serce do gwałtowniejszego rytmu, ale już nie tak. Powietrze dotarło głębiej w jej klatkę piersiową, później opuściło płuca w długim, nadal drżącym wydechu.
Jej myśli zatrzymały się na ostatnim zdaniu, które wypowiedział. Nie brzmiało to jak część opowieści, a bliżej temu było do werdyktu. Nie potrafiła przed samą sobą wytłumaczyć, dlaczego tak bardzo nie chciała się z tym zgodzić.
Myślę, że nie wszystko mu nie wyszło — powiedziała słabo, cicho; niemal niknąc pomiędzy intensywnym szumem deszczu i agresywnym stukotem gradu rozbijającego się o karoserię pojazdu. Przesunęła powoli kciukiem powoli po jego skórze, po materiale opatrunku. — Nie jesteś tak zły, jaki uważasz że jesteś.
Kąciki ust drgnęły, próbując ułożyć się do czegoś, co mogłoby chociaż przypominać delikatny uśmiech. Wyraz ugrzązł gdzieś pomiędzy – nie w pełni uśmiech, ale dalej coś ciepłego.
Pamiętała jego samochód uderzający w pojazd napastników, wyciągniętą w jej stronę rękę i kolejne próby pozostawienia jej wyboru, nawet kiedy nie rozumiał jej decyzji. Teraz siedział w starym, unieruchomionym Fordzie pośrodku nawałnicy i opowiadał jej o człowieku sprzed lat wyłącznie dlatego, że poprosiła, aby nie przestawał mówić.
Niestety – nie był tak zły, jak uważał. Nie w jej perspektywie. Nie dla niej. I to było p r o b l e m a t y c z n e.
Kolejny błysk rozjaśnił wnętrze samochodu. Jej ciało znów zesztywniało, a palce ponownie zacisnęły się na jego dłoni, choć nieco lżej. Wciągnęła powietrze nosem, powoli i ostrożnie, utrzymując spojrzenie na twarzy Monroe, dopóki grzmot nie przetoczył się nad nimi i nie zaczął niknąć w oddali.
Mój ojciec przylatywał po mojej wyprowadzce aż do Stanford pod pretekstem czegoś do załatwienia. — powiedziała po chwili. Kącik jej ust drgnął ledwie zauważalnie. — Tak naprawdę chciał sprawdzić, czy pamiętam o jedzeniu i czy nadal mam pieniądze.
Uśmiech zniknął, zanim zdążył pojawić się w pełni.
Zmarł trzy miesiące temu, dlatego wróciłam do Toronto.
Nie rozwinęła tego, bo sama informacja już wydawała się wystarczająco ciężka, szczególnie wypowiedziana po raz pierwszy wobec człowieka, przed którym tak długo próbowała nie odsłaniać niczego prawdziwego. Przesunęła kciukiem po jego dłoni raz jeszcze, już w pełni świadomie, pozwalając względnej ciszy potrwać tylko kilka sekund.
A co stało się z Rayem? — zapytała w końcu. — Jeśli chcesz o tym mówić
you're not as bad as everyone says you are
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
Welkom in Canada
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kącik jego ust zadrżał, unosząc się w górę w krzywym uśmiechu reakcji na jej słowa. Nie jesteś taki zły wypowiedziane w kontekście człowieka, który na jej oczach zamordował innego było sporym niedopowiedzeniem, choć nie w sposób, jaki zdawała się sugerować.
Zrobił w swoim życiu obiektywnie dużo g o r s z e rzeczy niż jej obrona przed poszukującymi jej ludźmi, których to związek z nim zrzucił na jej głowę w pierwszej kolejności. Lata temu, przemoc była dla niego uzasadnioną metodą na przetrwanie, utrzymanie się na powierzchni w świecie, który nieustannie się zmieniał, wypełniony setką potężniejszych i bardziej wpływowych osób od niego.
Do pewnego stopnia zawsze była jednak nawykiem.
Czymś, do czego miał łatwość, zbyt dużą, zbyt swobodną. Co stanowiło język, którym potrafił się posługiwać, którym władał biegle. Sięgał po nią gdy potrzebował i wtedy, gdy pchała go ku temu wybuchowa natura.
Może właśnie dlatego była w stanie w to wierzyć. Nie dostrzegła jej jeszcze, nie w pełni. Drzemała pod skórą, wychodząc na zewnątrz w postaci gwałtownych reakcji bądź przebłysków irytacji, lecz nigdy nie przejęła nad nim kontroli.
Przy niej ten płomień, który wypalał go od środka każdego dnia zdawał się drzemać, a on nie wiedział do końca dlaczego. Dlaczego teraz tkwił pośrodku niczego, w jej starym samochodzie, skupiony wyłącznie na tym, co mówiła i na tym punkcie styku, ich złączonych ze sobą dłoniach.
- Brzmi na dobrego ojca - odpowiedział krótko, ignorując to ciepło, które rozlało się po jego klatce piersiowej na dźwięk jej wspomnienia, które wydawało się miłe. W którym ktoś o nią dbał - bo coś podpowiadało mu, że nie była to w jej życiu stała. -I dobrego człowieka.
Trzy miesiące były krótkim odcinkiem czasu. Gdyby znał ją wcześniej, może wyjaśniłby wiele - to, dlaczego uśmiech był taką rzadkością na jej twarzy, a ciemne oczy czasem przygasały, przekształcały się w pozbawione blasku węgielki. Nie potrafił określić, ile z Violet należało do żałoby, a ile stanowiło jej fundamentalną całość - tak samo, jak nie potrafił odpowiedzieć czegoś właściwego, czym powinien się podzielić w reakcji na jej słowa.
Uścisnął lekko jej rękę, w geście, który wynagradzał zapadającą między nimi ciszę. Zastępował przykro mi, moje kondolencje i wszystkie tego typu frazesy zwykłym wyrazem zrozumienia i obecności.
Pokrzepiający uśmiech, który wpełzł jakiś czas temu na jego twarz i nie zdążył z niej zniknąć zbladnął nieco pod wpływem jej pytania. Było całkowicie zrozumiałe, w dodatku tuż po nim nastąpiło informacyjne zapewnienie, że jeśli nie chciał, nie musiał na nie odpowiadać. Zastanawiał się, czy to zabezpieczenie służyło jemu, czy też powstrzymywało ją przed wtargnięciem w miejsce, w którym być może nie chciała się znajdować.
Przeszłość wyszarpnęła jedno uderzenie z jego serca, na ułamek sekundy przenosząc go do wnętrza śmierdzącego smarem warsztatu. Do panującego w nim półmroku i wypełniających go, sprzecznych emocji. Do Franka, prowokującego go do wyjawienia gdzie stary Ray trzymał swoje oszczędności. Do wszystkich jadowitych słów wrzynających się w jego głowę, zmuszających do posłuszeństwa obelgami i zarzucaniem mu słabości.
A także do nagle włączającego się światła, zmęczonej i zawiedzionej twarzy starszego mężczyzny obrzucającego go swoim spojrzeniem. Dużego, metalowego klucza zsuwanego ze ściany z jazgotem, wciskanego mu w ręce z pełnym furii i absurdu przymusem udowodnienia po czyjej był stronie.
- Nie wyszedłem na ludzi - odrzucił cicho, gdy kolejne uderzenie serce przywróciło go do wnętrza samochodu skuteczniej, niż panująca na zewnątrz burza.
Westchnął, przenosząc na nią swoje spojrzenie. Zorientował się, że jej oddech niemal wrócił już do normy, a zaraz po tym - że intensywność grzmotów zaczynała się zmniejszać. Uderzały coraz rzadziej, z coraz większym odstępem między błyskiem a hukiem i nawet deszcz z nieustannej nawałnicy przekształcił się w miarowy stukot ciężkich kropel o maskę.
- Zaczyna przechodzić - zauważył, błądząc wzrokiem po jej mokrym od deszczu obliczu, włosach opadających na oczy, lgnących do skóry nieskończonych źródeł płynących po niej wody. W chwili roztargnienia, wysunął dłoń z jej własnej i uniósł ją wyżej, delikatnie zaczepiając palcem o przykrywające jej twarz pasma. Odgarniając je na bok, odsłonił policzek, który ponad tydzień wcześniej nosił na sobie ślad po uderzeniu. W półmroku wydawało mu się, że wciąż go dostrzegał - jego brwi zmarszczyły się nieco, kciuk przesunął po wrażliwej skórze w próbie odgadnięcia, czy jej siny kolor był wyłącznie cieniem. - Zawiozę cię do domu.

you're right, i'm worse
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wyszedłem na ludzi nie wyjaśniało, nie wprost, co stało się z człowiekiem, który dał mu pierwszą legalną pracę. Brzmiało raczej jak starannie postawiona ściana, kończąca temat, zanim zdążył skierować się w miejsce, do którego Monroe nie chciał jej dopuścić.
Mimo to nie naciskała. Sama zostawiła mu możliwość odmowy i nie mogła mieć pretensji, że z niej skorzystał. Niewielka jej część, ta która odzyskiwała trzeźwość i powoli próbowała wychylić się zza muru ze strachu, próbowała uznać, że to może i lepiej, kiedy nie chciał jej wpuścić głębiej do swojej historii. Kiedy utrzymywał jakiś dystans.
Ciszę pomiędzy nimi stopniowo wypełniła burza, która rzeczywiście zaczynała tracić na sile. Grzmoty nie znikały całkowicie, lecz przestały następować natychmiast po każdym błysku. Deszcz uderzał o karoserię równiej, bez wcześniejszej gwałtowności, a kolejne jej oddechy coraz mniej przypominały walkę z własnymi płucami.
Dopiero kiedy jego dłoń wysunęła się z jej palców, zdała sobie sprawę, jak bardzo zdążyła przywyknąć do jej obecności. Jej palce zacisnęły się odruchowo na pustej przestrzeni, próbując zatrzymać ciepło, które zniknęło wraz z nim
Ledwie chwilę później jej ciało napięło się szybciej, w wyuczonym odruchu, szykując się na przyjęcie ciosu. Tego, który miał nie nadejść.
Ramiona zesztywniały, a oddech zatrzymał się na krótką chwilę, gdy zahaczył o mokre pasma włosów. Nie odsunęła się jednak. Patrzyła na niego, podczas gdy odgarniał kosmyki przyklejone do jej skóry, a jego kciuk przesunął się po miejscu, które jeszcze niedawno nosiło wyraźny ślad uderzenia.
Pręga niemal zniknęła. Pozostała po nim jedynie delikatna różnica w kolorze skóry oraz wrażliwość, która odzywała się pod dotykiem lekkim ukłuciem.
To jednak nie ukłucie bólu zatrzymało ją w bezruchu.
Dotykał jej już potwór.
To, co czuła teraz, nie miało z nim nic wspólnego.
W jego dotyku nie było ani żądania ani próby zawłaszczenia. Jego palce nie przytrzymywały jej twarzy, nie zmuszały do pozostania w miejscu. Wystarczyłby jeden ruch, aby się odsunęła, a on prawdopodobnie pozwoliłby jej to zrobić. Był ostrożny w sposób, którego nie potrafiła pogodzić z człowiekiem przekonującym ją chwilę wcześniej, że nie wyszedł na ludzi. Z człowiekiem, którego widziała wśród krwi i przemocy, odbierającego cudze życie z łatwością, która powinna była raz na zawsze zdecydować o tym, kim był.
A jednak teraz jego kciuk przesuwał się po jej skórze tak delikatnie, jakby naprawdę obawiał się, że mógłby zrobić jej krzywdę.
Najbardziej niepokojące było odkrycie, że wcale nie chciała, aby cofnął dłoń. Że ciepło jego palców na chłodnej, wciąż wilgotnej skórze nie stanowiło kolejnego bodźca, przed którym musiała się bronić, lecz coś, przy czym jej ciało po raz pierwszy od dawna nie spodziewało się bólu.
To było znacznie bardziej niebezpieczne niż sama burza.
Opuściła wzrok, niezdolna dłużej wytrzymać jego spojrzenia, i uśmiechnęła się gorzko. Jedynie kącikiem ust; niepewnie, z wyraźnym speszeniem, którego tym razem nie potrafiła całkowicie schować.
— Musisz przestać mnie ratować — powiedziała cicho. Jej słowa mogły zabrzmieć jak żart, szczególnie przez nikły uśmiech, który nadal utrzymywał się na jej ustach. Nie były nim jednak, a przynajmniej nie w pełni i nie w jej świadomości. — Jeszcze się do tego przyzwyczaję.
A nie mogła.
Nie mogła przyzwyczaić się do tego, że przyjeżdżał, kiedy do niego dzwoniła. Że wyciągał w jej stronę rękę nawet po tym, jak wcześniej ją odtrąciła. Że potrafił zatrzymać panikę samą obecnością i mówić tylko po to, aby pomóc jej odzyskać oddech. Nie powinna przywiązywać się ani do niego, ani do sposobu, w jaki przy nim jej ciało stopniowo przestawało wierzyć, że każdy dotyk musi stanowić zagrożenie.
Przede wszystkim nie powinna dostrzegać, że nawet jeśli Vincent Monroe był potworem wedle wszystkiego, co miała słyszeć, widzieć i być może sam twierdził, wobec niej uparcie nie zachowywał się jak jeden.
i wish you were
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
Welkom in Canada
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Widział to - a przynajmniej tak mu się wydawało.
Blady ślad pozostawiony na jej skórze przez uderzenie, któremu powinien z a p o b i e c. Na sam jego widok wyobraźnia wrzuciła go z powrotem w głębię bocznej alejki, dwa zmiażdżone samochody, rękę zaciśniętą wokół jej ramienia.
Kolejny element, którego nie rozumiał na jej temat - wyraz paniki ogarniający jej twarz i całkowicie zamknięte usta, niezdolne do wyrażenia jej w werbalny sposób. Jakby nawet wtedy, nawet gdy był obok i był gotów za nią w a l c z y ć, jej pierwszym odruchem było się poddać. Pozwolić zabrać, pozwolić skrzywdzić i nie wypowiedzieć przy tym ani słowa.
Znów ta sama, irracjonalna złość schowała się w tyle jego głowy gdy nienazwana emocja wykręcała jego trzewia w zupełnie obcy sposób. Nie miał natury samotnika, posiadał w życiu ludzi, na których mniej lub bardziej mu zależało ale nawykł do tego, ze sam trzymał ich z dala. Utrzymywał między sobą i światem dystans, którym władał jak orężem w imię przetrwania, w głębokiej potrzebie nieposiadania słabości, które można było wykorzystać.
Gdy jego wzrok powoli przesuwał się z sinej bruzdy na skórze przez wydatny nos, drobne piegi aż wreszcie po jej ciemne oczy, zorientował się, że w pewnym momencie, w jakiś sposób to o n a stała się jego słabością.
Jego kciuk gładził siny ślad z delikatnością, na którą nie sądził, że było go stać. Może zbyt długo, zbytecznie poświęcając temu miejscu uwagę - jakby samym dotykiem mógłby wynagrodzić jej to, że pozwolił, by ktoś podniósł na nią rękę. Dopiero gdy odwróciła wzrok, a na jej ustach pojawił się gorzki uśmiech, zreflektował się. Przypomniał, że tego dotyku nie chciała, że odrzucała go niemal za każdym możliwym razem a on, jak głupiec, nieustannie próbował, dostrzegając w tych jasnych sygnałach coś podprogowego, schowanego w głębi.
Czy nie powiedział jej, że z a w s z e przyjedzie jeśli będzie go potrzebowała? Czy nie złożył jej idiotycznej obietnicy, która była zdecydowanie zbyt poważna jak na stopień ich zażyłości? Czy nie zrobił już obiektywnie g o r s z y c h rzeczy niż przyjechanie po nią w środku nocy, w trakcie deszczu i burzy?
Prawda była taka, że był gotów zrobić więcej od chwili, w której wyciągnęła chusteczkę i przetarła krew z jego twarzy w geście, którego do dziś nie potrafił pojąć.
- Czy byłoby to takie złe? - mruknął w odpowiedzi, pół żartem, pół serio, odrywając od niej swoją dłoń, przenosząc ją na mokrą tapicerkę. Jego wzrok również znalazł sobie inny cel, sięgnął na zewnątrz, przez zamknięte okna oceniając ciemny las i coraz to rzadszy grom spadający z nieba. - Planowałem zamówić lawetę i ogarnąć twój samochód, ale jeśli czujesz potrzebę niezależności to mogę wyłącznie odwieźć cię do domu.
Sięgnął do klamki, uchylając drzwi na zewnątrz. Do wnętrza starego Forda wtargnęło burzowe powietrze i wciąż siąpiący deszcz, atakując charakterystycznym, rześkim zapachem ozonu. Wysunął się na zewnątrz i, wyłącznie przez zwyczaj, którego wcale nie posiadał, wyciągnął ku niej rękę, oferując pomoc w wydostaniu się z auta.
Niezależnie od tego, czy tę pomoc przyjęła, uchylił jej drzwi od strony pasażera gdy znaleźli się przy jego czarnym Camaro. Wsiadając do środka, odruchowo włączył radio i podgrzewane siedzenia - jedno by przeciwdziałać wszechobecnemu hukowi burzy nim zrobi to silnik, drugie by zdążyła odrobinę wyschnąć.
- Rapture wciąż jest dla ciebie otwarte jeśli byś czegoś potrzebowała - wymsknęło mu się, wbrew logice i wszystkich wrzaskach Avisa, domagającego się by natychmiast skończył to coś z Haze nim eksploduje im wszystkim w twarz.

i can be gentle, but only for you
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie musiała zastanawiać się długo, żeby znać odpowiedź na jego pytanie.
Tak. To byłoby złe.
Złe w jej sytuacji; złe z miejsca, w którym znajdowała się ona i z perspektywy powodów, dla których w ogóle pozwoliła Vincentowi Monroe znaleźć się tak blisko. Miał być człowiekiem złym, okrutnym, pozbawionym skrupułów i dzięki temu dla niej prostym do poświęcenia. Miał być obcym oddanym w zamian za bliską osobę; jednym człowiekiem poświęconym za drugiego, przy czym wybór pomiędzy nimi powinien być dla niej oczywisty.
Ale każde jego przybycie komplikowało ten układ.
Coraz trudniej było traktować go wyłącznie jak cenę, którą miała zapłacić, kiedy zaczynała dostrzegać człowieka – zupełnie innego dla jej perspektywy, niż jej opisywano. Kiedy zaczynałą dostrzegać jak jej ciało, wbrew wszystkiemu, co o nim miała wiedzieć i wbrew temu, co samo przeszło, przestawało przy nim szukać najbliższej drogi ucieczki. Jak bezpieczeństwo powoli przyjmowało znajomy kształt jego sylwetki.
Nie zdołała jednak udzielić mu odpowiedzi. Zdążył odsunąć dłoń i przenieść rozmowę na dane techniczne, lawetę oraz to, co planował zrobić z jej samochodem.
To z kolei było coś innego niż ratunek.
Było troską przetłumaczoną na język, którym, jak zauważyła, zdawał się posługiwać bez zawahania: konkretnego problemu i następującego zaraz po nim planu działania. Nie chciał pozostawić jej samej nawet z tak niewielkim kłopotem jak zepsuty samochód, chociaż nie dotyczył go przecież bardziej niż jakakolwiek inna awaria przypadkowego pojazdu na poboczu.
A ojciec przez lata uczył ją zaradności. Pokazywał, jak radzić sobie z usterkami i naprawiać wszystko, co mogło zepsuć się pod jego nieobecność. Ale tak naprawdę robił to chyba tylko po to, żeby później samemu przylecieć tysiące kilometrów pod pierwszym wystarczająco dobrym pretekstem i załatwić wszystko za nią, aby nie miała zmartwień.
Monroe teraz robił dokładnie to samo: uznawał jej samodzielność, owszem, a jednocześnie nie zamierzał zostawić jej samej z problemem, który potrafiła rozwiązać.
To również było z ł e.
Gdy wysiadł, przez chwilę obserwowała wyciągniętą w swoją stronę dłoń. Jej rozsądek bardzo głośno sprzeciwiał się jej przyjęciu
Mimo to wsunęła palce w jego dłoń.
Tym razem nie zatrzymała się na nadgarstku ani nie ominęła wnętrza ręki, tylko pozwoliła jego palcom zamknąć się wokół własnych i wykorzystała tę podporę, gdy stanęła na miękkich jeszcze nogach. Wilgotne powietrze pachniało mokrą ziemią i ozonem, a drobny deszcz osiadał na jej skórze, lecz burza straciła już większość wcześniejszej gwałtowności.
Wnętrze jego auta stanowiło niemal przeciwieństwo wysłużonego Forda. Ciemna skóra siedzenia otuliła ją miękko, a światła deski rozdzielczej rozproszyły mrok łagodną poświatą. Włączone przez niego radio zagłuszało odległe pomruki nawałnicy, kiedy kolejne drzewa zaczęły przesuwać się za szybą.
Dopiero na k o l e j n ą ofertę odwróciła głowę w jego stronę.
Przez chwilę milczała i obserwowała jego profil, dłonie spoczywające na kierownicy. Kąciki jej ust uniosły się powoli, lecz uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, nie miał nic wspólnego z radością. Był słaby i smutny; przepełniony świadomością, że p o n o w n i e oferował jej więcej, niż powinna przyjąć.
— I tak mam już spory dług wdzięczności wobec Rapture — odpowiedziała cicho, opakowując jego osobę w nieco wygodniejszą metaforę.
Mogła na tym zakończyć. Pozwolić, aby odwiózł ją do domu, i nie przesuwać tej granicy. Milczała jednak tylko przez kilka sekund, wciąż przyglądając się jego sylwetce. Potem, wbrew każdemu podszeptowi zdrowego rozsądku, odezwała się ponownie:
— Ale czy Rapture jest może głodne?
only one of us is a monster and it’s not you.
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
Welkom in Canada
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z jakiegoś powodu rozpoczynał dzień trwając w postanowieniu o nieingerowanie w życie Violet Haze a kończył go z nią tkwiącą w samochodzie i wspomnieniem dotyku jej palców, zaciskających się na jego dłoni.
Nieszczególnie wychodziło mu trzymanie się postanowień.
Znacznie prościej byłoby zignorować telefon, pozwolić jej rozwiązać ten problem w inny sposób, wezwać kogoś innego, chociażby taksówkę. Miała rację - nie był jej nic winny, nie musiał udzielać jej pomocy. Ba! Zwykle tego nie robił, nie widząc w tym żadnej wartości dodanej dla siebie. Gdy ktoś zwracał się do niego z prośbą, z reguły na końcu języka miał już cenę, którą jego pomoc miała zostać okraszona.
Przy Haze nie było ani ceny, ani, w zasadzie, p r o ś b y.
- Twoje występy w Rapture uznałbym za wartość dodaną dla wszystkich zaangażowanych - mruknął w odpowiedzi, gdy z n ó w podkreślała, że była mu dłużna, bądź zrobił zbyt wiele.
Może miała rację - ale towarzyszyło mu niemożliwe do zignorowania wrażenie, że zrobił bardzo mało, prawie nic. Bo choć dla niego gest altruizmu dla drugiego człowieka był czymś wyjątkowym, czy naprawdę tak wiele potrzeba było, by ktoś udzielił pomocy osobie pozostawionej bez środka transportu w środku lasu?
Czy dla n i e g o naciśnięcie na spust było okraszone jakąś wielką ceną, którą musiałby ponieść? Przecież zabijał za mniej. Zabijał wtedy, gdy nie było nic do zyskania, a jego dłońmi kierowała wyłącznie rozdzierająca go od środka wściekłość. Zrobienie tego w obronie kobiety, która w tej sytuacji była całkowicie niewinna, byłoby niemal bohaterskie z jego strony - gdyby spojrzeć na to przez odpowiednio nielogiczną soczewkę.
Czuł na sobie jej spojrzenie gdy samochód przedzierał się przez las, znacznie wolniej niż robiłby to zwykle. Ślady nawałnicy, która przetoczyła się przez las towarzyszyły im od samego początku. Powalone gałęzie wymagały wyminięcia, chyboczące się niebezpiecznie drzewo nie zachęcało do skrętu w prawo, wymuszając skręt w lewo. Im dłużej prowadził, tym większe miał wrażenie, że Haze wjechała w najgorsze odmęty Kanadyjskiej dziczy w tę pogodę.
W skupieniu, nawet nie dostrzegł nadciągającej propozycji. Jego brew uniosła się lekko w górę na dźwięk pytania, głowa odwróciła w jej stronę w formie podwójnego sprawdzenia, czy f a k t y c z n i e chciała coś zjeść. Czy gdy spojrzy na nią nie dostrzeże tego poczucia winy, którym pragnęła teraz się biczować.
Nie dostrzegając go, powrócił spojrzeniem na drogę.
- Rapture może coś przekąsić - przyznał, zwalniając, by wyminąć wytargane przez nawałnice chaszcze. Jego usta wygięły się w półuśmiechu, częściowo ukrytym w ciemności panującej w samochodzie. Po zachodzie słońca nie został już żaden ślad - burza przegnała je swoimi ciężkimi chmurami, które teraz pokrywały nocne niebo.
- Może nie wymagałabyś ratunku, gdybyś przed zaplanowaniem wycieczki w środek lasu sprawdziła prognozę pogody, b a m b i - skwitował sarkastycznie, gdy pierwszy znak wychylił się spomiędzy drzew obietnicą cywilizacji. - Oraz jeździła sprawnym samochodem.
Przez myśl przeszły mu wszystkie inne pytania - gdzie w ogóle jechała, zagłębiając się w takie miejsca o takiej porze. Co robiła w swoim wolnym czasie. Jak spędziła te o s i e m dni, które minęło odkąd widział ją po raz ostatni.
Nie pozwolił im wybrzmieć w samochodzie. Nie miał praw do pozyskiwania odpowiedzi. Zamiast tego zacisnął dłonie na kierownicy i utkwił wzrok w drodze naprzód.

you could never be the wicked one
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oddałaby samochód do rzetelnego mechanika, gdyby mogła sobie na to pozwolić. W obecnej piramidzie jej priorytetów generalny remont samochodu zajmował jednak miejsce zdecydowanie zbyt niskie, żeby zdołała dotrzeć do niego przed kolejną drobną katastrofą.
Pracy w zawodzie nadal nie znalazła, choć problemem nie był ani brak ofert, ani zainteresowania jej kandydaturą. Jej wykształcenie i doświadczenie wciąż otwierały przed nią drzwi, szkopuł w tym, że niemal wszystkie prowadziły jednak poza Toronto. Do Vancouver, Montrealu, a większość z powrotem do Stanów. W miejsca, do których mogłaby przeprowadzić się bez większego trudu, gdyby nie to, że w ramach własnej pokuty za ignorowanie ostatnich telefonów ojca i siostry, zdecydowała się zadedykować całe swoje życie tej drugiej.
Wyjazd nie wchodził w grę.
Na określenie, którym ją obdarzył, uniosła nieznacznie brwi. Nie poczuła się urażona. Przeciwnie, w jego złośliwości było coś podejrzanie zwyczajnego; i znajomego.
Rapture niech lepiej uważa z tą swoją złośliwością — powiedziała, ale w jej głosie zamiast przygany, pojawiło się za to wyraźne i znajome podszycie zaczepki.
Odwróciła głowę w jego stronę; ciemność we wnętrzu samochodu rozpraszał jedynie łagodny blask deski rozdzielczej i przemykające przez jego twarz smugi światła reflektorów mijanych przez nich pojazdów.
— Poza tym skąd przekonanie, że nie sprawdziłam? — zapytała z lekkim rozbawieniem. — I że to nie było zaplanowane działanie, żeby mieć wygodną wymówkę i do ciebie zadzwonić?
Może nie powinna była się tego chwytać. Snuć podobnych insynuacji, nawet w żartach, kiedy to ona wyszła z apartamentu pomimo deklaracji, że zostanie. To ona milczała przez następne osiem dni, zrezygnowała ze zlecenia w Rapture i nie pozostawiła mu żadnej możliwości zrozumienia, dlaczego ponownie zniknęła.
Nie powinna robić tego teraz, kiedy pomiędzy nimi nadal wisiało echo dystansu, który sama narzuciła.
A przecież narzuciła go w konkretnym celu.
Powinna.
Tyle że od jakiegoś czasu każde jej powinna kończyło się dokładnie tak samo.
Przy Monroe mogła bać się burzy, wypowiedzieć niepotrzebny żart, przyjąć wyciągniętą dłoń i pozwolić, aby ktoś inny przez chwilę wiedział, co należało zrobić. Przy nim czuła, że być może nie musi trzymać cały czas podniesionej gardy. Przy nim, choć nie potrafiła zrozumieć dlaczego właśnie przy nim, przez krótkie chwile znowu czuła się jak c z ł o w i e k. A wcześniej przecież zdołała zapomnieć jak to jest.
Dlatego tak trudno było jej przestać egoistycznie sięgać po więcej.
Nie stanowiło to oczywiście usprawiedliwienia; było jedynie powodem, dla którego wciąż odsuwała moment, gdy będzie musiała to wszystko uciąć. Powodem, dla którego była p o d ł a.
Pozwalała mu pomagać jej i oferować kolejne części własnego życia, chociaż wiedziała, jak zamierzała mu za to odpłacić. Jednocześnie każdą podobną chwilą odwlekała odzyskanie siostry, jakby kilka dodatkowych minut, podczas których mogła czuć się k i m ś, było to warte jej dłuższego cierpienia. A każdą taką chwilą świadomie poświęcała go dla samej siebie. Dla swojego poczucia bezpieczeństwa i bycia zaopiekowaną pomimo świadomości, że nigdy mu tego nie odda nawet w najmniejszym procencie.
Potrzebowała zająć uwagę czymkolwiek innym, niż kąsającym ją boleśnie sumieniem.
— Masz ochotę na coś konkretnego? — zapytała, sprowadzając rozmowę z powrotem do propozycji, którą złożyła parę chwil wcześniej. — Tylko, błagam, nic wymyślnego. Nie mam aż tyle talentu.
stop the bleeding
anthony bennet
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”