No. 3
Don’t worry, I’m a doctor.
Kolejny dzień przywitał go zlepkiem niepotrzebnych myśli. Kolejny banał, z którym musiał mierzyć się tuż po tym, jak podniósł ciężkie powieki. Czasami nawet jeszcze przed otwarciem oczu, kiedy leżał w białej pościeli bez motywacji, aby przywitać nowy dzień. Chyba od zawsze otaczał się bielą, szpitalną bielą i sterylnością, jakby chciał dzięki temu wybielić również brudne myśli.
Ale to nie było takie proste.
Ale to nie było nawet krzywe.
Skrzywione — może — chociaż balansował z tym na granicach, a kiedy jakąś przekroczył, pobył tam chwilę na wygnaniu, a potem szybko wracał, ponownie przywdziewając maskę obojętności, żeby nabrać nie tylko innych, ale i samego siebie. Bo przecież był zdrowy, bo przecież leczył i to był jego cel, to było najważniejsze, to było wszystkim. Jego cały świat składał się z mniejszych lub większych wyidealizowanych myśl o sobie. Miał o sobie wysokie mniemanie, uważał się za lepszego od innych, może trochę za boga. Chociaż nie, bardziej za proroka. Za kogoś, kto czyni cuda boską mocą, bo ta przez niego przepływa, bo został wybrany, bo był wyjątkowy, bo kiedy patrzył tego poranka w lustro widział czystą perfekcję.
Przesuwał palcem po zaparowanej tafli lustra, a w lśniących smugach widział lekko rozmazany zarys mięśni, ładnie wypracowaną sylwetkę, kosmyki włosów przylepione do mokrej skóry i tyle mu właściwie wystarczyło, żeby się sobie podobać. Dokładniejsze rysy były zbędne, tak jak uśmiechy, a nawet błysk w oku, świadczący o ekscytacji, o podnieceniu. Tego nie chciał widzieć i nie chciał o tym wiedzieć.
Dotykał się, wmasowywał w skórę balsam, trochę jakby robił to komuś innemu — starannie i z uczuciem, z delikatnością, jakiej raczej by się po nim nie spodziewano. Chociaż sprawiał wrażenie osoby, która mogłaby zrobić wszystko i być kimkolwiek. Zachowywał się tak, aby zyskać to, czego pragnie. Raz była to przychylność pacjentów, bądź członków ich rodzin, innym razem współpracowników i przełożonych, czasami aptekarki, a innym razem piekarza z ulubionej piekarni, a wszystko w zależności od tego, co chciał osiągnąć.
Zazwyczaj pojawiał się w pracy jako pierwszy wśród lekarzy i innych rezydentów, chociaż nie szybciej, niż recepcjonistka. Mimo, że mijał ją prawie codziennie, nie mógł sobie przypomnieć ani od kiedy tam pracowała, ani jej imienia. Zwracał się na
ty, co chyba spotykało się z całkiem pozytywną reakcją. Nie przejmował się tym, że w jej mniemaniu pewna zażyłość była niczym więcej, niż jego mniej niż zerowym zainteresowaniem jej osobą.
— Oh, cześć. Doktora Riddle’a dzisiaj nie będzie, a Wright i Fenir są podobno mega zajęci. Mógłbyś przejąć część pacjentów? Zrzucili na mnie rozdanie ich, a chyba nie jestem w tym najlepsza — powiedziała z wyraźnym wyrzutami sumienia wymalowanymi na szczupłej twarzy. Była młoda i nawet ładna, cycki też miała w porządku, chociaż zdecydowanie nie była w jego typie. Dion spojrzał na nią bez wyrazu, bo nie miał dzisiaj ochoty na pogawędki i przytrzymał ją chwilę pustym spojrzeniem, po czym okrążył biurko i stanął tuż przy niej, aby następnie się pochylić i bez pytania zacząć przeglądać wspomnianych wcześniej pacjentów w komputerze recepcjonistki.
Młoda kobieta siedziała bez ruchu, chyba wstrzymując oddech, a on nie zwraca na to nawet uwagi. Przeglądał karty szybko, zwracając uwagę na historię leczenia i symptomy pacjentów, aż w końcu wyprostował się i rzucił kilkoma nazwiskami, które pracownica zanotowała w pośpiechu, kiedy tylko się ocknęła. On za to odszedł zamyślony, kierując się do swojego gabinetu. Już od dłuższego czasu czekał na taką okazję i nie chciał jej zmarnować.
Wszedł do pomieszczenia — niewielkiego, ale dosyć eleganckiego — rzucił torbę na biurko, po czym opadł na fotel i odchylił się wygodnie na oparciu, przymykając na chwilę powieki. Nie musiał długo się skupiać, bo gdy tylko odkrył, że karty wybranych pacjentów zostały mu wysłane, od razu zabrał się za wnikliwszą analizę i przygotowanie planu na wizyty.
Plan był podstawą i Dion zawsze dbał o szczegóły. Tuż przed pojawieniem się Milesa Howarda, psychiatra umył dokładnie dłonie, zaczesał gładko włosy do tyłu, po czym wrócił na swoje miejsce i przeciągnął się, a potem ścisnął lekko kark. Przydałby mu się masaż. Może wykupi godzinę u Tajki, do której chodził regularnie od roku. Miała złote ręce.
Podczas rozmowy z pacjentem, siedział wyprostowany z dłońmi złożonymi na blacie biurka i przyglądał mu się spokojnie, oceniając jego stan i porównując go z tym, co niedawno wyczytał z jego karty. Zdenerwowanie wziął za dobry znak. Ponadto ciekawostką był zawód mężczyzny, bo miał do czynienia z drugim lekarzem, nawet jeżeli zupełnie innej specjalizacji. Sam zachował powagę, chociaż rozluźnił twarz, aby nie przypominać cierpiętnicy, tylko bardziej pedagoga szkolnego z dobrym podejściem do dzieci.
—
Propranolol jest świetnym lekiem, kiedy chcemy jedynie próbować kontrolować objawy. Z biegiem czasu jest to jednak coraz mniej skuteczne… a w Pana przypadku wystarczy jeden błąd i cały domek z kart się sypie — powiedział powoli, nieznacznie pochylając się w jego kierunku. —
Ale Pan chyba najlepiej rozumie różnicę między leczeniem objawowym a skutecznym rozwiązaniem problemu, prawda? To, co proponuję, to zduszenie problemu w zarodku. Chcę sprawić, żeby zamiast tłumić reakcje na stres, zmniejszyć je do tego stopnia, aby nie mogły już Pana zdominować — wyjaśnił, przesuwając wzrokiem po jego twarzy, powoli nieco niżej, aby przyjrzeć się dłoniom. To w końcu one czyniły cuda na bloku operacyjnym. Umysł powinien być jasny, dłonie spokojne i posłuszne.
Miles Howard