— To chyba z tobą też nie jest zbyt dobrze, skoro mimo rozgryzienia mnie jakiś czas temu, nadal zadajesz się z psychopatką — zaśmiała się. Była zawzięta, walczyła o swoją rację, chociaż już dawno powinna porzucić ich znajomość i zadbać o swój spokój ducha. Nie powinna mieć w swoim życiu osób, które w jakikolwiek sposób naruszają jej równowagę. A jednak dalej trwała w tej relacji i na domiar złego (chyba?!), ewoluowała ona i miała wrażenie, że ich więzi zostały dzisiaj naprawdę szczególnie zaciśnięte. Absurdalne było to, jak szybko wyrzuciła z pamięci jego zachowania — każdą krytykę, każde słowo, które wypowiadał tak pewnie od razu, gdy przyszło mu na język. Sama nie była lepsza, to prawda, ale miała wrażenie, że Fairchild potrafił być
brutalniejszy w swoich atakach. Może tak łatwo o tym zapomniała, bo gdzieś w głębi serca miała przeświadczenie, że to nie był w stu procentach on?
— A nie? Jeszcze się we mnie zakochasz po jednej wspólnie spędzonej nocy — parsknęła, choć stwierdzenie powinno brzmieć inaczej i skoro ona się obawiała… to może tak naprawdę bała się o własne uczucia? Może tak naprawdę miała głęboki strach, że jej emocje sięgną dalej i koniec końców to ona wyląduje ze złamanym sercem?
— Gdybyś chciał mi to udowodnić, żeby naprawdę pokazać mi, co tracę, a nie tylko po to, aby podbudować siebie samego, to bym może skusiła się, żeby spróbować — westchnęła, patrząc na niego uważnie.
— Ale nie mogę wspierać tego, żebyś stał się jeszcze bardziej irytująco pewny siebie — dodał z uśmieszkiem, choć wyglądało na to, że z góry zakładała, że musiało być
dobrze. Chociaż pozory potrafią mylić, prawda?
— Chyba nie. Nie wyglądasz, jakbyś cierpiał — zauważyła, uważnie mu się przyglądając. To jak na nią patrzył, jak swobodnie rozmawiał, żartował, ale zarazem… kokietował. Niesamowite było to, że promieniował obecnie niesamowitym urokiem osobistym, przez co Hazel coraz bardziej i niebezpieczniej zagłębiała się w tej znajomości. No tak, kontekst jej wypowiedzi mógł brzmieć inaczej niż jej myśli, ale Hazel w tamtym momencie niekoniecznie o tym pomyślała. Spojrzała na niego nieodgadnionym spojrzeniem, powstrzymując się wewnętrznie, aby przypadkiem nie powiedzieć czegoś za dużo.
— Byłoby łatwiejsze w kontekście… moich prywatnych spraw — ograniczyła się do powiedzenia tylko tyle, po czym wzruszyła lekko ramionami.
— Dobrze mi tu, gdzie jestem. Nie muszę przynajmniej ryzykować życiem. — A większość zawodów na komisariacie niosło za sobą zagrożenie. Ona siedziała bezpiecznie w laboratorium i pasowało jej to; gdyby było inaczej, to pewnie skończyłaby gdzieś indziej niż na komendzie, gdzie użerała się z pewnymi… przystojnymi prokuratorami.
Nie musiała wygrać, ale wizja pozwolenia mu przebicia się przez jej mur nieco sprawiała, że spięła się. Nie dopuszczała do siebie bliżej ludzi w obawie, że postanowią ją w jakikolwiek sposób wykorzystać — że ktoś zaśmieje się z jej przeszłości i nie będzie potrafił docenić, co przeżyła w swoim nastoletnim, a nawet dziecięcym życiu. Nie potrzebowała poklepania po głowie i powiedzenia, że wszystko będzie w porządku — ale jednocześnie nie chciała, aby ktoś bagatelizował problemy, które sprawiły, że nie miała
łatwo jak niektórzy.
— Dobrze — odpowiedziała, patrząc mu prosto w oczy.
— Jeśli jesteś w stanie tak łatwo pogodzić się z porażką… — rzuciła, unosząc lekko brew i chociaż
starając się, być pewna siebie.
— All in, niech wygra najwytrwalszy — odpowiedziała, przystając na jego propozycję. Ona do reszty oszalała… a przynajmniej kilkukrotnie zadała sobie dzisiaj to pytanie, bo chyba nie do końca wiedziała, co ona najlepszego wyrabia. I… było w tym nieco prawdy. W końcu alkohol przyćmiewał jej zdrowy rozsądek, niektóre rzeczy, na które w ogóle nie przystałaby będąc trzeźwą, nagle zdawały się nie być najgorsze.
Była podatna. Nie miała nic na swoją obronę, kiedy badała jego skórę, czasami przez materiał, a czasami przejeżdżając po jej odsłoniętej części i próbując zapamiętać miękkość jego ciała. Po co? Dlaczego chciała o nim pamiętać? Ocieplali swoją relację, ale jednocześnie sądziła, że był odskokiem od codzienności; mało znaczącym wieczorem, który odejdzie w niepamięć dnia następnego i mimo że bardzo chciała w to wierzyć, to nie była tego pewna.
— To ty do mnie nie przychodziłeś, Fairy. Znalazłeś inną laboratorantkę, która tak zawzięcie z tobą dyskutuje? — zapytała i kiedy uniósł głowę, spoglądając na nią, Hazel położyła mu dłoń na policzku, zaraz kciukiem przejeżdżając po jego dolnej wardze i przybliżając się zaraz do niego, ale nie całując go.
— Może powinnam jej zaspoilerować, jak kończy się ta historia? — zapytała zaczepnie i myśl, że była
jedną z wielu przez chwilę nie piekła jej podświadomości, mimo że serce lekko się ścisnęło. Nie zwróciła na to uwagi. Nie teraz, gdy skutecznie ją rozpraszał i przez tę chwilę czuła się
ważna. Zdecydowanie miała ochotę na coś innego.
— A zdążymy to nadrobić w jedną noc? — parsknęła, uśmiechając się zaczepnie.
Nigdy nie przewidziałaby takiej sytuacji — że będzie siedzieć na pomoście z najbardziej denerwującą osobą na świecie, a w tym momencie piękny klimat i łono natury będzie ostatnią rzeczą, która ją interesuje, bo patrząc w jego oczy Hazel skupiała się tylko i wyłącznie na nim. Po jego pytaniu, spojrzała na nadgarstek, na swój wyimaginowany zegarek.
— No od jakiś dwudziestu siedmiu minut — strzeliła, bo nie wiedziała, ile tu siedzieli Czas mógł lecieć o wiele wolniej niż jej się zdawało.
— Dzisiaj pokazałeś się od nieco innej strony. Na co dzień twój okropny charakter nieco burzy inne walory — rzuciła, zaraz wsuwając palce w jego włosy i przejeżdżając je delikatnie.
— Zaskoczysz mnie inną odpowiedzią, jeśli spytam o to samo? — zapytała, uważnie mu się przyglądając. Zaraz zerknęła na niebo. Nie świtało ale powoli robiło się coraz jaśniej.
— Nie chcę marudzić, ale kończy ci się czas, więc jeśli twoje plany na tę noc w tym momencie kończą się, to chyba będę musiała pobawić się w kopciuszka — parsknęła, bo odezwały się w niej resztki zdrowego rozsądku… może wracały do niej tylko dlatego, że na zbyt długo oderwał się od jej ust?
fairy