Aiden nie mógł oszukiwać już swojego przeznaczenia.
Krótka ucieczka była potrzebna i konieczna; tak przynajmniej starał się przedstawiać to z perspektywy czasu, bo gdyby nie jej odwaga w wypowiedzeniu swoich uczuć, a także gdyby nie jego tchórzostwo i obawa przed nieznanym, to możliwe że nadal tkwiliby w relacji, która teoretycznie miała skupiać się na samej przyjemności, a w praktyce już dawno wyszła poza ramy fizyczności. Nic nie dzieje się bez przyczyny i w tym przypadku nie było inaczej. Ich dwutygodniowy dramat w czterech aktach miał w końcu swoją scenę finałową, która jednocześnie była prologiem do całkiem zupełnie nowej historii. O’Cahallan był gotowy sprostać wszystkim przeciwnościom i jednocześnie powierzyć jej całe swoje życie, bo skoro od lat nie był w stanie zaufać komuś w ten sposób… tym bardziej wiedział, że Vita to była właśnie
ta kobieta — którą chciał kochać,
kochał i która była jego obsesją oraz uzależnieniem. Zatracał się w niej coraz bardziej z dnia na dzień i właśnie przez ich podobne, żywiołowe charaktery wiedział, że ten palący ogień nie zgaśnie, bo jeśli jedno przygaśnie, to drugie wyrzuci żar, który rozpalał bez dwóch zdań.
Nie był pewien, co przyniesie im życie — w końcu los potrafił być naprawdę przekorny i zadziwiający. Najważniejsze było jednak to, że ona miała być w każdej wersji jego życia i to bez zależności, czy miało być dobrze, czy miało być źle, bo wiedział, że razem będą w stanie przejść przez każdą przeszkodę.
Była jego, a ona był jej.
I nikogo więcej.
Mógłby leżeć z nią w łóżku przez cały weekend, chłonąć jej obecność i po prostu trzymać ją w swoich ramionach, żeby nadrabiać dni, w których nie mógł jej objąć lub chwycić za rękę. Teraz to wszystko miało zupełnie inne brzmienie — już nie będzie zastanawiać się, czy powinien zachowywać się tak wobec niej. Czy splecione razem palce nie były zbytnio intymne i czy nie dawali innym sprzecznych sygnałów, poniekąd ogłaszając, że byli tylko swoi… i w zasadzie już wcześniej nie było w tym kłamstwa. Byli swoi, lecz teraz zostali nimi jeszcze bardziej.
— Lubię, jak jesteś taka stanowcza — mruknął, przyciągając ją lekko do siebie i kładąc dłoń na jej nagim biodrze. Przyjmowanie komplementów nie przychodziło mu jeszcze z łatwością, tym bardziej jeśli miał świadomość, że mimo atrakcyjności, to jego uroda nie podobała się każdemu. Jednak jakie to miało teraz znaczenie, skoro jedyna osoba, na której mu zależało, podziwiała go, nie krytykując tatuaży czy nie śmiejąc się z jego rudych włosów?
— Oh, to chyba logiczne. Za złośliwościami tęskniłem najbardziej, nikt nie doprowadzał mnie do wrzenia krwi przez ostatnie dwa tygodnie. Już zacząłem podupadać na zdrowiu, a ciśnienie miałem zdecydowanie zbyt niskie — parsknął, kręcąc z rozbawieniem głową. W końcu jej wywracanie oczami było jej wizytówką. Ten specyficzny, niby obrażony wyraz twarzy, gdy z kimś rozmawiała, a który rozświetlał się w uśmiechu, gdy tylko wypatrywała go na horyzoncie. Czy mogło być inne, lepsze potwierdzenie jej miłości niż to, jak na niego reagowała?
— Tylko siedziałem i ładnie wyglądałem — zaśmiał się.
— Może posłałem kilka znaczących spojrzeń waszemu prawnikowi — stwierdził. Nieskromnie mówiąc, obserwując dzisiaj tę rozprawę, Aiden dochodził do wniosku, że był naprawdę dobry w tym, co robił. Oczywiście, że i jemu zdarzały się wpadki, ale miał wrażenie, że było wiele pewniejszy siebie niż jego kumpel, co sprawiało, że miał poważniejszą łatkę wśród swoich współpracowników. Ah, gdyby tylko wiedzieli, jak jednak kobieta potrafiła na niego zadziałać, czasami zmieniając go w największą, chodzącą przylepę.
— Dodatkowe XP? Plus dziesięć do zajebistości? — parsknął, nie wierząc w to, co słyszał, aleee była w tym prawda. Wystarczy, że otworzy portfel, a każdy będzie wiedział, że jest zajęty, jeśli zrobią sobie odpowiednio słodkie i jednoznaczne zdjęcia.
Leżenie w łóżku przez kilka dni było kuszącą opcją, jednak widok tej szczerej radości sprawiał, że jego serce radowało się. To jak podekscytowana była na myśl o wycieczce udowodniło mu, że podjął dobrą decyzję. No cóż, leżeć mogą również i w Kanadzie, prawda?
— A wyglądam, jakbym żartował? — zapytał, gdy utkwiła w nim przez chwilę spojrzenie i zaraz chwycił ją w talii, gdy rzuciła się na niego, wplątując się w pościel i szamocząc się na tyle, że zaraz przeturlali się na ziemie i Aiden przypadkiem dostał kopa w swoje czułe miejsce, przez co jęknął z bólem, co wcale mu się nie podobało. Vita szybko odwróciła jego uwagę, kiedy zaczęła obsypywać twarz swojego chłopaka drobnymi pocałunkami, przez co zaśmiał się wesoło.
— Skoro tak ładnie prosisz — mruknął przez pocałunek, krótkimi muśnięciami całując jej usta, po czym przedłużył jeden z buziaków, pogłębiając go. Jakim cudem ona tak bardzo na niego działała?!
W zadziwiająco szybkim tempie zaczęła się ogarniać. On ledwo zdążył wciągnąć na siebie szorty i przeciągnął bluzkę przez głowę, a ona już stała gotowa, z ubranymi butami i patrzyła się na niego, jakby nie wiadomo jak bardzo się guzdrał, a to po prostu Holloway dostała prędkości z kosmosu.
— Nie wytrzymam — rzucił, podchodząc do niej i nie mogąc powstrzymać się, żeby ją pocałować. Znowu. Mógł tak bez końca, w każdej chwili.
— Jesteś za słodka, wiesz? — mruknął cicho.
— Cieszę się, że podoba ci się ten plan i ty tak się cieszysz… miałem trochę obawy, że może nie przypasuje ci wizja siedzenia tutaj całego weekendu, ale chyba nie jest źle? — zapytał, przeczesując swoje włosy, odchodząc od niej na kilka kroków, żeby zarzucić
koszulę w paski i usiąść, żeby także ubrać buty. Zgarnął do kieszeni portfel, telefon i kluczyki, jakby chcieli pojechać gdzieś dalej, po czym zaraz wyszli z hotelu, kierując się przed siebie. Splótł palce dłoni ich razem i zsunął okulary przeciwsłoneczne na nos, bo nadal słońce w cholerę dawało po oczach. Poszli zjeść i już z pełnymi brzuchami ruszyli na dalsze eksplorowanie okolicy, przechadzając się deptakiem w drodze do kasyna. Coś po drodze zainteresowało go bardziej niż poważne sprawy; kolorowy pawilon z różnymi maszynami, w których można było wyłowić pluszaki, a także mnóstwo gier, zarówno solo jak i konkurencji. Przeszli między kilkoma maszynami i rozejrzał się po nich.
— Teraz udowodnię ci, że te rączki nie są tylko zwinne w grze na padzie. Wybieraj, którego mam ci upolować — rzucił z rozbawieniem. W końcu systematycznie ogrywał ją w Tekkena, chociaż później ona pokonywała go w innych grach… Balans w świecie był zachowany, ale teraz miał plan udowodnić, że i te kolorowe, grające maszyny, nie były dla niego wyzwaniem.
my girl