TY, DRZAZGO W CIELE CHŁOPCA
w ł ó k n o . s p l ą t a n y c h . z a s i e k ó w
Lenny. Kiedyś zachowywał się zupełnie normalnie.
Może czasem tylko obserwował ludzi z daleka, zawsze przy tym uważając, by nie przyciągnąć niepotrzebnie wzroku. Bał się okropnie, przede wszystkim tego, co inni mogą w nim zobaczyć, i co mogą o nim pomyśleć, gdyby tylko zdecydowali się patrzeć
głębiej. Jakże byliby tym wszystkim rozczarowani, jakże zdziwieni, gdyby okazało się, że ten grzeczny prymus szkolny i geniusz literacki, który wygrywał niemal wszystkie regionalne konkursy, między stronami czasem mrocznych opowiadań zagnieżdżał srogą prawdę. O nim, o życiu. O tym, czego pragnął, a po co zlękniony oceną, nie chciał (jeszcze) sięgnąć.
Słońce, opadające na młodzieńczą twarz — jaskrawym promieniem wżarte w ciemną obręcz oczu — jako jedyne zdawało się szukać w nim prawdy. Rzucało na jego tęczówkę plamy kolorów i odbicie nikczemności, których to inni zdawali się w nim nie dostrzegać. Jakby w lekkim odosobnieniu, wciąż ze wzniesioną gardą, stał daleko poza ich zasięgiem, a talent i świętość czynów czyniły go przyziemnym i tak piekielnie przy tym nudnym.
Lenny. Pozwolił, by jego wizerunek im spowszechniał.
To właśnie na ostatnim roku szkoły, gdy w dwunastej klasie słyszał ciche poszycie plotek — już nie tylko o tym, że jest prymusem, ale również o tym, że wygrał otwierające mu furtkę do widoczności ogólnokrajowej Scholastic Art & Writing Awards — czuł się najpewniej. Dał się wtedy wtłoczyć w ciasną ramę stereotypu: inteligentny, błyskotliwy, z potencjałem na dalszy sukces.
Świat w tamtej chwili wydawał mu się znacznie prostszy. Z nadanym przez innych kierunkiem rozwoju wiedział już, jak zakotwiczyć w tym siebie, i jak z własnej niezwyczajności uczynić fasadę ekscentryzmu. Jak ukryć w tym mrok i brud. Co zrobić, by cichy dźwięk szyderczego śmiechu, rozpulchniający jego płuca, zamienić na język pióra i język gwałtu, jaki czasem pojawiał się między wierszami, a w który inni uwierzyli gładko, że jest tylko historią. Tylko fikcją.
TY, BLIZNO MĘSKIEJ DOJRZAŁOŚCI
z e r w a n y c h. ś c i ę g i e n . m o r a l n o ś c i
Lennart nie był zwyczajny. Nie tak dosłownie.
Z biegiem lat sam czuł wyraźnie, jak coś silnego i rozrywającego — coś co dotąd nie miało śmiałości wyjść do świata — coraz częściej rozciągało płaty wyuczonych w nim nawyków, wpływając na jego zachowanie i zbliżając go do granicy kontrowersji. Wiedział, że choć ciało pozostawało wciąż w ryzach kontroli, nie czyniąc nikomu zła, myśli już dawno uciekły poza jego jurysdykcję — wibrowały pod kopułą czaszki i warczały — raz na niego, innym razem na otaczających go ludzi — niczym wściekły pies, złapany na łańcuchu i gotowy w każdej chwili zerwać się, gdyby tylko nadarzyła się odpowiednia okazja.
Jego duch był splamiony. A może od dłuższego czasu już wybrakowany? Przeżarty przez niezdrowe myśli, które jak cichy zwiadowca, wpierw osiadły w zakamarkach jego serca, a dziś, w postaci grzesznych pragnień, które zapuściły w nim korzenie już na stałe, odzywały się na nowo potężnym głosem. Głośniejszym. Niebezpiecznym.
Lennart był chorym człowiekiem. Prawdopodobnie.
Pozwolił dobrowolnie tej chorobie strawić go od środka. Obserwował bezradnie, ale również z ciekawością, jak wraz z dojrzewaniem ciemna strona jego charakteru, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, ciągnęła za ster, wychodząc na ocean nowych możliwości. Choć w odmętach mrocznych pragnień dryfował wciąż ostrożne, granice tego, co kiedyś uznawał za niemożliwe i nieprzyzwoite — nie do przekroczenia, jeśli chciał trzymać się w normie — przesuwały się dzień za dniem. Dyskretnie. Decyzja za decyzją, rozgaszczając się w wątłych upławach jego normalności.
Resztka tego, co nazwać można było rozsądkiem, ślizgała się ledwie po powierzchni, pozostawiając jego maskę twarzy idealną, wygładzoną przez utrzymywaną skutecznie grę pozorów. Wnętrze jednak, wykręcone przez chore fantazje, jako jedyne pozostawało brudne, brzydkie. I najbardziej w tym wszystkim prawdziwe.
TY, PAPIEROWE KŁAMSTWO
w r o ś n i ę t e . w . k o ś ć . p o w i e ś c i
Lennart Richardson znał swoje wady.
I nie zamierzał z nich rezygnować.
Tkwiło w nim pragnienie głęboko ukryte. Głód, który boleśnie odzywał się na skraju jego duszy. Pewnego wieczoru, gdy skupiony nad powieścią, pozwolił, aby słowa z furią ułożyły mu się pod palcami, zdał sobie sprawę z jednego. Wstrząsnęła nim prawda, której nie mógł (nie chciał?) zbyć: że karmiąc ich własnym pragnieniem wyłącznie na papierze, już jako poczytny autor książek, najpełniej czuje przy tym ukłucie własnej nędzy. I że coraz mniej mu to wystarcza.
Była w nim pustka i niedomiar — dotąd melancholijna, coraz bardziej jednak desperacka, wrząca, wyrywająca się do ludzi, do świata. Gotowa z ciemności jego serca, jak cisza przed burzą, buchnąć jasnym, rozrywającym piorunem.
Oddech Lennarda Richardsona zamarł w gardle na samą myśl o tym, jak cudownym byłoby gdyby…
... prawda wreszcie wyszła na wierzch.
Ciekawostki
- Zaczął pisać z prostego powodu: jego życie i jego rodzina, choć ma swoje traumy i przewinienia, jest stereotypowo kanadyjska. Z początku, zanim odnalazł w tym sposób na wyrażanie siebie, był to jego sposób na stworzenie świata, w którym nikt nie powie mu „don't make a fuss”.
- Jego rodzina to ojciec pracujący na tirach, po powrocie obsesyjnie oglądający hokeja. Wybuchowy po alkoholu, ale po wytrzeźwieniu zawsze udaje, że nic się nie stało. Matka emocjonalnie wyczerpana, pracująca na nocne zmiany w szpitalu jako salowa. Próbuje utrzymać dom w normalności. Młodszy brat ku chwale ojca gra zawodowo w hokeja, za dzieciaka był przeciwieństwem Lenny'ego: przeciętny w nauce, dobry w sporcie i rozpoznawalny w szkole. Pierwszy do domówek i nocnych wojaży.
- Ma specyficzne poczucie humoru. Im bardziej napięta sytuacja, tym większa szansa, że rzuci czymś suchym i kompletnie nieadekwatnym.
- Potrafi długo pamiętać czyjś zapach, sposób chodzenia, albo charakterystyczny ruch dłoni lub urywek rozmowy. Zwykle podobne gesty przenosi na karty powieści.
- Nie lubi być fotografowany. Zdjęcie odbiera mu możliwość kontrolowania tego, co inni zobaczą.
- Uważa się za atrakcyjnego, ale nie jest przy tym atencyjny. Wręcz ma tendencję do usuwania się w cień. Chyba, że ma do czynienia z obiektem swojej obsesji, wtedy napiera na kogoś z pełną siłą.
- Pisząc, całkowicie traci poczucie czasu. Najlepiej tworzy mu się nocą, kiedy świat zewnętrzny cichnie i nie musi już tak intensywnie pilnować własnej fasady. Nie lubi także, gdy ktoś zagląda mu przez ramię podczas pisania.