ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Czuł się trochę, jakby robił coś nielegalnego.
   W sumie od niecałego miesiąca, jego życie przypominało fabułę filmu sensacyjnego, chociaż pozbawione było wybuchów i strzelanin, za co był niesamowicie wdzięczny. Nie tak dawno temu, bo zaledwie kilka lat wstecz, oglądał film z Melissą McCarthy, w którym to zmieniała się ze zwykłej szarej pani pracującej w którejś z agencji rządowych w pełnoprawną agentkę-szpiega. Miał wtedy może kilkanaście lat i wlepiony ze swoją twarzą w ekran laptopa, zastanawiał się, jak to było zostać agentem i to na dodatek szpiegiem. Film, chociaż komediowy, całkiem nieźle obrazował to, co robiło się, by zostać takim szpiegiem i że jedną z rzeczy, którym się poddawano, była zmiana tożsamości. Wtedy było to zaskakująco intrygującą rzeczą, o której pewnie myślał wiele razy po zakończeniu seansu.
   Przenosząc się w teraźniejszość, nie sądził, że kiedykolwiek przyjdzie mu wcielić się w podobnego bohatera. Oczywiście nie musiał biegać, strzelać i szpiegować kogokolwiek, jednak zdążył poznać tajniki tego, jak wygląda zmiana osobowości. I okazało się, że film, z którego śmiał się, zawierał wiele prawdy. Bo rzeczywiście, podczas szukania i kreowania odpowiedniej tożsamości, starało się wybrać taką, która jednocześnie była prosta do odegrania, ale jednocześnie zwykła i niewyróżniająca się. Jeszcze jako Arthur, nowojorski lekarz-rezydent w jednym z większych szpitali, przyszły kardiolog mógł osiągnąć wszystko. Doskonale wiedział, jaki miał cel, co chciał zrobić i jak miało wyglądać jego życie. Siedząc w szarym pokoju, wśród specjalistów i psychologów, musiał odpowiadać na serię pytań, być prześwietlanym pod najróżniejszymi kątami i został zmuszony do odkrywania wszystkich, nawet najbardziej intymnych szczegółów dotyczących swojego życia. Musiał zanurzać się we wspomnienia, o których nawet on, posiadacz pamięci fotograficznej, musiał sobie przypominać.

   Czy znasz jakieś języki obce? Łacinę.

   Czy masz problemy z alkoholem? Papierosami? Hazardem? Nie, nie i nie.

   Ilu miałeś partnerów seksualnych? Z iloma ludźmi się spotykałeś? Ciężko powiedzieć, gdy tak na mnie patrzycie.

   Czy masz znajomych poza Stanami Zjednoczonymi? Nie wydaje mi się.

   Czy potrafisz śpiewać? Grać na instrumentach? Tak, na kilku.

   Czy jesteś wierzący? Chodzisz do kościoła? A skąd to pytanie? Nie…

   Czuł się, jakby rozkładano jego ciało i osobowość na czynniki pierwsze. Jakby rozbijano jego atomy i próbowano z nich ułożyć coś zupełnie nowego. Miał nawet spotkania ze stylistami i chirurgiem, który miał zrobić mu operację nosa. Arthur musiał zniknąć nie tylko z Nowego Jorku, ale też ze świata. Po kilku tygodniach jego nowa tożsamość była wykreowana. Można się spodziewać, że ciężko jest stworzyć biografię, która zawierałaby dwadzieścia kilka lat doświadczenia, jednak nic bardziej mylnego. Wszystko co otrzymał, to trzy teczki. W jednej zawarte były jego nowe dokumenty, dowód kanadyjski, zaświadczenie o obywatelstwie, informacje o jego wykształceniu, paszport… wszystko na nowe personalia. W drugiej teczce były dokumenty mówiące o tym, jak będzie wyglądało jego życie od teraz – to czym miał się zajmować, co powinien robić i czego unikać. W trzeciej, najgrubszej, były informacje o tym, kim był Harry Dillion, mężczyzna, w którego od tego dnia miał się wcielać.
   A więc został aktorem na scenie życia. Wydawało mu się to dość poetyckie, chociaż nie bardzo. Nie chciał odgrywać ról, bo chciał dokładnie czegoś innego. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie dano mu zbyt wiele czasu by ze wszystkim się oswoić. Zaledwie trzy dni później stał już na lotnisku ze swoją matką, gdzie widzieli się po raz ostatni, bo kobieta wysłana była do Vancouver a on do Toronto.
   Na miejscu, już jako nowy wikary-organista Harry Dillion przez całe dnie zajmował się zamiataniem marmurowych podług kościoła. Musiał zapomnieć o tym, kim był, bo chociaż proboszcz został wtajemniczony w całą sprawę, to poinstruowano go, że nie mógł poruszać tego tematu na plebani. Ogólnie nie wolno było im o tym rozmawiać, więc ich relacja była… dziwna i wszelkie poruszanie tej konkretnej rozmowy odbywało się jedynie za pomocą spojrzeń i kiwnięć głową. Proboszcz był wyrozumiały i o dziwo Harry całkiem go polubił.
   Co innego było z agentem, który został mu przydzielony. Bo jak się okazało, ktoś musiał go pilnować.
   No i właśnie czekał na przyjazd samochodu. Siedział na ganku i gapił się w ekran telefonu, bo nic innego, lepszego nie miał do roboty. Czuł się, jakby robił coś nielegalnego, bo wszystko odbywało się w tajemnicy, a późna pora nie pomagała. Okolica była już ciemna, większość z ludzi pewnie już smacznie spała, a ci, którzy tego nie robili, z pewnością nie siedzieli z twarzami przy oknach, zastanawiając się, po co nowy wikary wsiada do czarnego, samochodu w samym środku nocy.
   Pojazd w końcu podjechał, a Harry posłusznie podszedł, otworzył drzwi i wsiadł do środka.
   – Dziwne to wszystko… – powiedział na przywitanie.

javier perez
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
46 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw w Toronto Police
Awatar użytkownika
what a wicked game we play.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Miesiąc wcześniej

Arthur Graines

Tylko to imię i nazwisko rozbrzmiewało w głowie Javiera Pereza, odkąd przekroczył próg komisariatu. Kolejny assignment, którego nikt nawet nie próbował przedstawić mu jako czegoś interesującego. Jakby miał za mało obowiązków na co dzień, teraz musiał jeszcze, kurwa, odgrywać jakąś pieprzoną niańkę i pilnować, żeby Graines nie odwalił niczego głupiego. Żadnych spontanicznych wycieczek, żadnych telefonów do dawnych znajomych, żadnego wychylania się ponad tłum. Javier miał upewnić się, że mężczyzna grzecznie siedział na dupie i udawał kogoś, kim nie był. Brzmiało jak robota idealna dla świeżaka, a nie dla człowieka z jego doświadczeniem, - Teraz nazywa się Harry Dillion - oznajmiła prowadząca śledztwo, przesuwając w jego stronę cienką teczkę. - Od teraz będzie organistą w St. John’s Anglican Church. Upewnij się, że nie zwraca na siebie uwagi i że dobrze mu się tam żyje. Nie chcemy ryzykować żadnych akcji, gdyby nagle stwierdził, że tęskni za Nowym Jorkiem. - Javier zerknął na teczkę, ale nawet jej nie otworzył. Przeciągnął się leniwie za biurkiem, splatając dłonie za karkiem, po czym wypuścił powietrze przez nos. - Wolałbym, żebyście wybrali kogoś młodszego - mruknął. - Nie chcę na stare lata zajmować się jakimś gówniarzem i sprawdzać, czy przypadkiem nie robi mu się smutno na widok pocztówki z Manhattanu. - Pani Crawford uniosła brew, wyraźnie niewzruszona jego marudzeniem. Po chwili parsknęła śmiechem i oparła dłonie o krawędź biurka. - Detektywie Perez, może od razu powinienes przejść na emeryturę, skoro nie potrafisz wykonywać swoich obowiązków, huh? - Spojrzał na nią spod lekko przymrużonych powiek, po czym w końcu sięgnął po teczkę. - Kusząca propozycja - rzucił, otwierając ją bez większego entuzjazmu. - Ale wtedy nie miałby kto wykonywać za was całej brudnej roboty. - Na pierwszej stronie znajdowało się zdjęcie mężczyzny.

Harry Dillion.

Hiszpan prychnął pod nosem. Arthur Graines mógł zmienić imię, miasto, pracę, a nawet sposób, w jaki układał włosy, mówił, ale ludzie nie przestawali być sobą tylko dlatego, że ktoś wydrukował im nowe dokumenty. Prędzej czy później zawsze popełniali jakiś błąd... a wtedy to Javier miał być tym, który posprząta cały ten pierdolony bałagan.

No cóż.. bring it on, eh?

Dzisiaj

Chwycił termos wypełniony gorącą kawą i wsiadł do auta, będąc cholernie niepocieszonym tym, że znowu musiał jechać na zwiady do Dilliona. Mężczyzna działał mu na nerwy. Javier nie potrafił nawet dokładnie określić dlaczego, ale od samego początku nie mógł się do niego przekonać. Może chodziło o sposób, w jaki ten na niego patrzył, a może po prostu o fakt, że od miesiąca był zmuszony regularnie sprawdzać, czy przypadkiem nie zatęsknił za dawnym życiem i nie postanowił zrobić czegoś wyjątkowo głupiego. Nie udało im się złapać żadnego szczególnego kontaktu. Nie było między nimi tej swobody, która zazwyczaj pojawiała się po kilku wspólnie spędzonych godzinach. Każda rozmowa wydawała się wymuszona, każde pytanie odbijało się od kolejnej krótkiej odpowiedzi, a cisza panująca w samochodzie z każdym spotkaniem stawała się coraz bardziej niezręczna.
Zresztą, czym on się przejmował? Miał go pilnować i chronić, a nie się z nim zaprzyjaźniać.
Podjechał pod kościół w przeciągu jakichś dwudziestu minut i zatrzymał samochód przy chodniku. Dostrzegając znajomą sylwetkę siedzącą na ganku, opuścił szybę i wychylił się lekko w jego kierunku. - Wskakuj - rzucił, nawet nie siląc się na żadne powitanie. Poczekał, aż Dillion zajmie miejsce pasażera, po czym ponownie ruszył. Jak zwykle nie zdradził mu, dokąd jechali. Po prostu zabierał go na kolejną przejażdżkę po Toronto, pokazując mu miejsca, które jego zdaniem mogłyby zainteresować człowieka przyzwyczajonego do życia w Nowym Jorku. Za każdym razem próbował znaleźć coś nowego. Restaurację, park, kawiarnię, muzeum albo jakąś pieprzoną atrakcję turystyczną, byle tylko Dillion nie siedział w swoim mieszkaniu i nie fantazjował o nowojorskich bajglach, swoich znajomych, poprzedniej karierze oraz życiu, do którego nie miał już prawa wrócić. - Co jest dziwne? - zapytał w końcu Javier, unosząc brew i ponownie spoglądając na niego. - Coś cię niepokoi?

Dillion
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Wskoczył więc posłusznie do samochodu. Otworzył drzwi z lekkim kliknięciem. Otworzyły się dość płynnie. Nie znał się jednak na samochodach na tyle dobrze, by stwierdzić, czy pojazd, którym jeździł policjant należał do tych lepszych czy może gorszych, ale prawda była taka, że nie interesowało go to. Nie przykładał większej uwagi do samochodów, bo uważał, że tak długo jak jeździły i przenosiły go z jednego miejsca na drugie, to są wystarczające. Był człowiekiem bardziej praktycznym, niż wygodnym. Chociaż tego drugiego również potrzebował.
   Zapiął się pasami, bo bezpieczeństwo było istotne. Zresztą nie chciał łamać przepisów w policyjnym samochodzie. Chociaż z pewnością byłaby to niezła historia do opowiadania w przyszłości. W sumie to, gdyby czuł się nieco pewniej, to mógłby się pokusić o takie zachowanie. Chciał jednak zachować się normalnie. Okoliczności w których poznał mężczyznę i okoliczności ich dzisiejszego spotkania nie były sprzyjające do żartów.
   Usiadł, opierając się wygodnie o siedzenie. Nie odezwał się od razu. Wciąż nie wiedział, jak miał rozmawiać z mężczyzną i wyczuwał, że nie było między nimi nici porozumienia, czemu się w sumie nie dziwił i nie miał mu za złe. Zostali na siebie skazani i to na dodatek przez okoliczności, które żadnemu z nich nie odpowiadały, więc nie dziwiło go to, że nie zaczęli swojej znajomości od dobrej strony. Harry starał się jednak nie pogarszać sytuacji, nawet jeśli Javier tak go odbierać.
   – No to – machnął ręką w kierunku przedniej szyby, w odpowiedzi na jego pytanie. – W sensie, że tak to teraz wygląda – powiedział, zastanawiając się, jak najlepiej ma to wszystko wyjaśnić, bo nie chciał znowu narzekać, nawet jeśli narzekanie było jedyną rzeczą, którą miał w głowie i najgorsze w tym wszystkim było to, że Javier był jedyną osobą, przy której mógł robić to tak otwarcie i który mógł mu coś na ten temat powiedzieć. Dotychczas bowiem jedynie myślał o tym wszystkim, co go spotkało. Czasami obawiał się nawet mówić na głos swoich myśli, nawet jeśli wiedział, że jest sam. Paranoja rozrastała się w nim niczym nieleczona choroba. – W sensie nie każdy wsiada do obcych samochodów w środku nocy… czuję się, jakbyśmy planowali morderstwo albo napad na bank – zaśmiał się lekko pod nosem. Nie wiedział, czy Javier był oswojony z takimi sytuacjami, a nawet jeśli nie to i tak wracając z nich, powracał do własnego domu, rodziny i życia, na które pracował od urodzenia, podczas gdy Harry powracał do udawania kogoś, kim w rzeczywistości nie był.
   – Nie, jest okej – przyznał. – Wino mszalne też mi już zaczęło smakować – uśmiechnął się. Była to kolejna próba zażartowania ze swojej sytuacji. Wino zawsze mu smakowało, bez znaczenia w jakiej postaci ono było. Mógł jednak przyznać, że powoli zaczął przyzwyczajać się do swojej nowej sytuacji, do kościoła i proboszcza, u którego mieszkał. Nie wiedział, czy kiedykolwiek pozwoli sobie na to, by zapuścić tutaj korzenie na stałe, bo ciągle w jego głowie kryła się myśl, że jednak będzie mu dane wrócić do domu.
   Spojrzał na mężczyznę. Zaskakujące było, że nic o nim nie wiedział, pomimo tego, że policjant wiedział o nim wszystko. Jedyne co wiedział to jego imię i nazwisko, a wszystkie pozostałe rzeczy były jedynie domysłami, które snuł, żeby przestać czuć się niekomfortowo w jego towarzystwie.
   – Słyszałem, że czasami można tu zobaczyć zorze polarne – zagaił.

javier perez
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
46 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw w Toronto Police
Awatar użytkownika
what a wicked game we play.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Upił łyk kawy i zacisnął jedną dłonią kierownicę, wyprowadzając ich na główną ulicę i po prostu jadąc przed siebie. Smak kawy rozprowadził się po jego ustach, a gdy ją przełknął, upił jeszcze malutkiego łyczka i odstawił termos na swoje miejsce. Czekał, co młody odpowie, i po prostu dał mu chwilę, żeby się wygadał. Nie poganiał go, tylko raz po raz zerkał na niego kątem oka, jednocześnie pilnując drogi. W pewnym sensie ciekawiło go, co jeszcze Dillion miał do powiedzenia, zwłaszcza że z każdą kolejną rozmową wydawał się odsłaniać trochę więcej. Swoją drogą, Javier nie był człowiekiem, który był aż nadto rozgadany, przynajmniej z początku, kiedy się go poznawało. Raczej lubił po prostu ciszę, słuchać innych ludzi, ich poglądów, a w tym czasie spokojnie formować sobie własną opinię na ich temat i zdecydować, czy w ogóle byli warci strzępienia sobie na nich języka. No co? Już taki był. Ale jak się rozgadał, to się rozgadał, serio. Zwłaszcza po trzech kieliszkach wódki.

Ayyyayyyayy... - Harry, już nie jesteśmy sobie obcy, no nie? - uniósł brew, uśmiechając się pod nosem. - A morderstwo albo napad na bank raczej nie wchodzą w grę w twoim przypadku... i moim - Parsknął cicho i pokręcił głową z niedowierzaniem, bo przecież brzmiało to tak surrealnie. On glina, Harry świadek objęty ochroną, a teraz nagle mieliby together turn evil and go against the world? To nie był żaden Batman i Robin bs w wersji evil. - Znając twoje szczęście, potknąłbyś się przy pierwszej lepszej okazji i jeszcze by nas złapali. - Skręcił w kolejną ulicę, unosząc kącik ust. Nie chciał, żeby Harry myślał, że nie dało się z nim pożartować czy jakoś luźniej porozmawiać, chociaż no... Javier zdecydowanie potrafił sprawiać wrażenie chłodnego. Zerknął na niego, parskając śmiechem pod nosem na komentarz o winie mszalnym. Dobra, Dillion nawet miał poczucie humoru. - A czym się różni od tego sklepowego? - zapytał z czystym zainteresowaniem. Raczej nie był osobą, która piła wino, ale zawsze po części go to ciekawiło.

Zatrzymał się na czerwonym świetle, kiedy nagle jakiś koleś wybiegł przed maskę samochodu i zaczął w nią walić. - Cholera jasna - burknął pod nosem, naciskając klakson. Tamten wystraszył się i momentalnie odskoczył, po czym gdzieś uciekł. - Wjechaliśmy w złą dzielnicę, roi się tutaj od ćpunów - mruknął, zerkając w prawo i lewo, żeby tylko zaraz kolejny nie zespawnował się im przed samochodem. Kiedy zapaliło się zielone, ruszył dalej, jadąc prosto. - Zorze polarne są tutaj bardzo rzadkie. W ciągu całego roku mógłbyś zobaczyć je może tyle razy, ile można policzyć na palcach jednej ręki, chociaż w dobrym sezonie zdarza się nawet kilkanaście razy - Samemu zdarzyło mu się zobaczyć ją kilkukrotnie i cholera, było to coś pięknego.- Jesteś głodny? - zapytał, zatrzymując samochód przy dinerze. Niby było to pytanie, ale w pewnym sensie brzmiało bardziej jak stwierdzenie. Wyłączył silnik, odpiął pasy i zerknął na młodego - Spróbujesz porządnego kanadyjskiego śniadania. Nie ma niczego lepszego niż takie w środku nocy. - Parsknął śmiechem, wyszedł z samochodu i zatrzasnął za sobą drzwi, po czym ruszył w kierunku Fran’s Restaurant. Serwowali tam zajebiste śniadania od 1940 roku.

To chyba musiało coś znaczyć, eh?


Dillion
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Początkowo obecność Javiera mu przeszkadzała. Głównie dlatego, że nie znał go na tyle dobrze, by odpowiednio się przed nim otworzyć. Nie potrafił się odnaleźć w tej nowej sytuacji, a w szczególności nie potrafił uznać Javiera jako człowieka, przed którym mógł się otworzyć. Nie wiedział, w czym był ten problem. Oczywiście mógł obstawiać fakt, że nie znali się zbyt dobrze, a okoliczności ich poznania nie sprzyjały ich relacji. Bo w sumie zostali na siebie po części skazani i chociaż Harry wiedział, że tak to się skończy, to nikt nie mógł przygotować go na poziom dyskomfortu, który czuł podczas ich pierwszych spotkań. Brakowało im tej naturalności i lekkości, którymi odznaczały się relacje zawarte w normalnych okolicznościach. Nie kwestionował tego, że był zmuszony do kontaktów z mężczyzną, bo wiedział, czemu one służyły. Nikt też nie rozkazywał mu tego, by stawać się jego przyjacielem, bo nie to było celem ich spotkań. Harry miał więc problem, żeby się otworzyć i zacząć rozmawiać na tematy inne niż to, co go spotkało. Dopiero z czasem przyszła do niego śmiałość w mówieniu o innych rzeczach. Mało jednak mówił o sobie i o tym, jak wyglądało jego życie w Nowym Jorku. Z resztą zakładał, że Javier wiedział o tym już dość sporo z dokumentów, które na pewno mu dostarczono zanim przyjął rolę jego opiekuna.
   – No nie wiem… – odpowiedział. Owszem, po części Javier miał rację, bo znali się już nieco. Nie miał jednak zamiaru udawać, że byli sobie bliscy, bo Harry nic nie wiedział o mężczyźnie poza zdawkowymi informacjami takimi jak jego imię, to czym się zajmuje i jaką kawę lubił pić. Nie rozmawiali o jego życiu, więc Dillion nie wiedział, czy mężczyzna miał jakąś rodzinę, a nie przyglądał mu się na tyle dobrze, by wyłapać, czy nosił na palcu obrączkę. Nie miał też pewności co do tego, jakim człowiekiem był.
   Widzieli się zaledwie kilka razy, a ich spotkania zawsze przebiegały w dość luźnej, aczkolwiek w jego opinii sztucznej atmosferze, jakby jedna i druga strona chciały zachowywać się przyjaźnie, ale nie wiedziały jak. Harry również zaczął tę całą znajomość od złej strony, bo od razu na pierwszym spotkaniu zaczął narzekać na wszystko, co go spotkało. Uznał wtedy, że Javier od tego właśnie jest, jednak prawda była taka, że mężczyzna nie był jego terapeutą ani psychologiem, by chłopak mu się zwierzał ze swoich problemów i przemyśleń. Interesowało go to, czy wszystko jest z nim okej i czy nie zaczyna sprawiać problemów, które mogłyby my zagrozić. Dillion musiał się upominać, że nie byli znajomymi ani przyjaciółmi, a jedynie musieli współpracować w ciągu tych kilkudziesięciu minut, które ze sobą spędzali. Było to okrutne albo mogło się takim wydawać, ale przecież taka właśnie była prawda.
   – Nie jestem idiotą – powiedział, patrząc na niego. No bo nie był. Nie był ofermą, która nie potrafiła poradzić sobie z jakimiś rzeczami. Był cholernym lekarzem i obiecującym kardiochirurgiem, który ciągle był w stanie załatać każdą żyłę i tętnicę i to w taki sposób, że nie byłoby po tym absolutnie żadnego śladu. Miał olbrzymi talent, którego niestety nie będzie mu dane już wykorzystać. Uważał więc, że byłby bardziej niż kompetentny by uskutecznić morderstwo czy napad na bank. Jedyne, co stało mu na przeszkodzie to brak chęci by trafić do więzienia.
   – Nie wiesz, że zakazany owoc smakuje najlepiej? – zagaił patrząc na jego odbicie w lusterku. Uśmiechnął się i pokiwał głową. Podobała mu się ta zmiana tematu, bo sprawiła niemal natychmiast, że poczuł się rozluźniony. – To najtańsze marketowe wino, jakie można dostać, ale coś w samym fakcie, że siedzi zamknięte pod kluczem sprawia, że zyskuje na smaku – zauważył, unosząc palec w górę zupełnie jakby obwieszczał jakąś objawioną prawdę.
   Widok osoby uderzającej o maskę samochodu go wystraszył, bo w nocnej ciszy był całkowicie niespodziewany i raczej każdy odskakuje w takich chwilach intuicyjnie. Widok ludzi pod wpływem alkoholu nie zaskoczył ani nie przeraził go wcale. Był w końcu nowojorczykiem, więc widoki takie znał niemal od dziecka.
   – Prawie poczułem się jak w domu – mruknął cicho, śledząc naćpanego mężczyznę wzrokiem, gdy ten odchodził. Zaskoczyło go to, że w sumie nie spotkał w mieście zbyt wielu narkomanów czy też osób pod wpływem alkoholu, no ale nigdy też nie zapuszczał się w podejrzane dzielnice. A przynajmniej tak mu się wydawało. Pewnym było jednak to, że odkąd pojawił się w Toronto jego życie było spokojne i nudne. Mogło więc dziwić niektórych, że nie chciał, by to się zmieniało.
   – Wiesz no… w Nowym Jorku jedyne zorze, jakie można zobaczyć, to te neonowe… zresztą tam nawet widok gwiazd jest rzadkością – przyznał lekko, rozpamiętując. Tęsknił za tymi kolorowymi światłami i nieustannych hałasem i dźwiękiem syren alarmowych czy też okazjonalnych wystrzałów z broni.
   – Jasne, możemy coś zjeść – stwierdził. Co prawda nie był głodny, ale uznał, że zmiana scenerii ich rozmów wyjdzie im na dobre.

javier perez
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. John's Anglican Church”