Samochód sunął przez ulice Toronto w tym samym, monotonnym rytmie, w jakim zawsze kończyły się jego intensywne dni na planie. Neon reklam odbijał się w szybie, mieszając się z odblaskami mokrego po niedawnym deszczu asfaltu, ale Art ledwo to rejestrował. Siedział z tyłu, z telefonem w dłoni, oczy zmęczone od studyjnych lamp, powieki ciążące bardziej, niż chciał się do tego przyznać nawet przed samym sobą. Mimo to wciąż przewijał ekran, kciukiem przesuwając kolejne powiadomienia, niemal automatycznie.
Uśmiechnął się do ekranu, gdy w końcu otworzył Instagram. Jego najnowszy post, wrzucony niedbale wczoraj wieczorem między jednym ujęciem a drugim, zdążył rozejść się po internecie z prędkością, która nawet jego, przyzwyczajonego do takich viralowych zajawek, wciąż potrafiła zaskoczyć. Liczba polubień rosła na jego oczach; cyfry zmieniały się co kilka sekund. Komentarze od kilku naprawdę znanych osobistości – ludzi, których nazwiska widniały na plakatach przy salach kinowych, nie tylko na billboardach przy autostradzie – cieszyły najbardziej. Coś w tym zawsze podbudowywało jego już i tak wybujałe ego. Jakby to była twarda, policzalna waluta, dowód, że wciąż się liczył, wciąż istniał w sposób, w który dostrzegały go tysiące fanów i nie tylko oni.
–
Udany dzień na planie zdjęciowym – rzucił w końcu do siedzącego naprzeciwko asystenta, głosem stłumionym zmęczeniem, jednak nie odrywając wzroku od telefonu. –
Chociaż liczyłem na trochę więcej od Scotta przy tej konfrontacji w kuchni. Jego reakcja w drugim ujęciu wyglądała, jakby czytał swoje kwestie po raz pierwszy.
Asystent, młody mężczyzna z podkrążonymi oczami świadczącymi o równie męczącym dniu, oderwał się na moment od własnego urządzenia. Planował kalendarz na najbliższe dni, pełen spotkań, wywiadów oraz dokrętek na planie.
–
Reżyser wydawał się zadowolony z całości – odparł ostrożnie, jakby ważył słowa. –
Ale rozumiem, o co ci chodzi. Może w montażu to jeszcze podrasują.
–
Jeśli nie, to fani zjedzą go żywcem – mruknął Art, kręcąc głową. –
A ja będę musiał wysłuchiwać komentarzy o tym, jak to chemia między nami wypada sztucznie, mimo że robiłem, co mogłem. Nie chcę oberwać za jego partactwo.
–
Twoja gra była jak zawsze ponadprzeciętna – zapewnił asystent, tym razem z większym przekonaniem, jakby wyczuł, że to właśnie te słowa aktor chciał usłyszeć. –
Widziałem powtórkę z kamery. Jeśli ktoś zbierze hejt za tę scenę, to na pewno nie ty. Fani i tak cię pokochają w nowych odcinkach tak, jak zawsze.
Art skinął głową, przyjmując te słowa z ulgą, zbyt zmęczony, żeby drążyć temat dalej, zbyt śpiący, żeby zawracać sobie głowę czymś, co jeszcze nie stanowiło realnego problemu – a może po prostu zbyt przyzwyczajony do tego rodzaju pocieszeń, żeby zastanawiać się, ile w nich było prawdy, a ile wyuczonej roli, którą jego ekipa odgrywała równie dobrze, jak on sam przed kamerą. Odłożył telefon na kolana, opierając głowę o zagłówek i mimowolnie przymykając oczy, choć wiedział, że jazda nie potrwa długo.
Samochód zwolnił, skręcając w stronę jego apartamentowca w Financial District, i w końcu zatrzymał się przy krawężniku z cichym piskiem opon. Kierowca wysiadł pierwszy, obchodząc auto, żeby otworzyć mu drzwi z tą samą manierą co zawsze. Art wygramolił się na chodnik, poprawiając kurtkę na ramionach, mrużąc oczy na jaskrawe, sztuczne światło padające z lobby budynku. Mężczyzna, który pełnił nocną zmianę przy wejściu, przywitał go skinięciem głowy, jak co wieczór o tej porze, ze sztywną gotowością człowieka przyzwyczajonego do ciągłej rutyny.
Asystent wysiadł z drugiej strony, żegnając się z aktorem krótkim skinieniem głowy.
–
Do jutra. Ósma rano, nie zapomnij.
–
Jasne, jasne – rzucił Art, machając ręką od niechcenia, patrząc, jak tamten znika w stronę własnego samochodu zaparkowanego kilka metrów dalej, zostawiając go samego na chodniku.
I wtedy ktoś na niego wpadł.
Nie zdążył się nawet zirytować, zanim usłyszał chaotyczny słowotok o skąpych bogaczach i wyrzucanych śmieciach, wypowiedziany głosem chłopaka, który patrzył na niego z mieszaniną strachu i desperacji.
–
Słucham? – mruknął zaskoczony, obserwując, jak na twarzy nieznajomego miesza się zdziwienie z ulgą, bo nikt go z miejsca nie zaatakował. Zauważył coś jeszcze – brak jakiegokolwiek rozpoznania jego osoby w tych zagubionych oczach. Żadnego błysku, żadnego
o mój Boże, to przecież ty, do którego był tak przyzwyczajony, że nie wyobrażał sobie żadnej innej reakcji na jego postać. To było niecodzienne. Prawie niepokojące w swojej rzadkiej obecności.
Gdy adrenalina po zderzeniu zaczęła opadać, Art przyjrzał mu się przez dłuższy moment – ładna twarz, ale zaniedbana, ubrany w ciuchy, które swoje czasy świetności miały już za sobą. Coś w tym widoku, zamiast wywołać typową dla niego wściekłość na punkcie naruszonej przestrzeni osobistej, tylko go zaintrygowało.
Jego ochroniarz – rosły mężczyzna koreańskiego pochodzenia, którego Rattanakosin widywał codziennie, ale którego imienia nigdy nie zapamiętał – wystrzelił do przodu, próbując wcisnąć się między nich, jakby chłopak w każdej chwili mógł wyciągnąć nóż i poważnie go zranić.
–
Wyglądam ci na ochroniarza? – burknął aktor w stronę obcego, unosząc brew z niezadowolenia, z tym samym znużeniem, które towarzyszyło mu przez cały wieczór.
Ochroniarz zawahał się, nie do końca pewien, czy powinien coś zrobić z intruzem, czy Arthit może go zna i chce z nim porozmawiać. Odsunął się jednak na bok, wciąż gotowy zareagować, ale już nie zasłaniając widoku swoimi szerokimi plecami. Aktor przeniósł spojrzenie z powrotem na zdecydowanie młodszego od niego mężczyznę, wciąż trzymającego swój worek zdobyczy jak coś, co lada moment ktoś wyrwie mu z rąk.
–
Kto w ogóle pozwolił zbliżyć mu się do budynku? – zapytał, tym razem z czymś bliższym niedowierzaniu niż zdenerwowaniu, jakby zmęczenie nieco przytłumiło jego impulsywny charakterek. Pytanie to skierował w stronę odźwiernego.
Oscar Malone