Ciepło i miękkość kobiecego ramienia, muskające go w przelocie, tchnęły w niego ż y c i e. To prawdziwie, wydarte z żebra ciała i skwapliwie bronione przez niego w każdym kolejnym ruchu, gdy zamiast odsunąć się od niej, rozkoszował się chwilą tego motylego dotyku. Jakby bał się, że to już ostatnia taka łagodność w jej towarzystwie; ostatni przejaw przypadku i jednoczesnej bliskości, na jaki może dzisiaj
liczyć.
A nie powinien przecież liczyć na nic.
Była jego uczennicą, musiał powtórzyć to sobie w głowie raz jeszcze. Atrakcyjną wprawdzie, ale dla niego wciąż nieosiągalną — pozostawała bowiem w zasięgu jego dłoni i wzroku, ale normy społeczne stawiały między nimi znaczną granicę dystansu, której nie mógł i nie chciał przekroczyć. Wtedy, być może, straciłaby całe swoje piękno. Urok tkwił w niedostępności. Gdyby była tak zupełnie i do nagości jego; gdyby odkryłby jej ciało, jak odkrywał właśnie umysł, stałaby się ledwie oblubienicą, gdy w tym momencie wydawała mu się absolutną i odurzającą jego zmysły
czystością.
(Nawet jeśli lwia część tej refleksji miała swoje źródło w jego tendencji do idealizowaniu ludzi, szczególnie kobiet).
Przypominała mu wdzięcznego ptaka, zamkniętego w klatce, którego uwodzicielski śpiew niósł się echem po ścianach pokoju, nigdy jednak nie wibrował tuż przy uchu. Tak samo jak jego skrzydła nigdy nie docierały pod opuszki. W głowie Richardsona nie mogła być
czyjaś w dosadnym znaczeniu. Nie tak do końca. Mogła być jednak na piedestale. Gotowa do podziwiania jej i dalszego chłonięcia łuny jej uroku.
Choć zupełnie nie dawał temu wyrazu, obecność dziewczyny odciskała na nim wyraźne piętno.
Pierwsze jego zainteresowanie zyskała kilka tygodni temu, gdy przypadkiem natrafił na jej teksty. To jednak zbieżność okoliczności sprawiła, że byli dzisiaj w stanie wejść w relację między mentorem, a podopieczną, udając, że kieruje nimi tylko to, tj. potrzeba poprawienia jej warsztatu, gdy naprawdę…
…egoizm popychał go w zupełnie innym kierunku.
Wciąż nieznanym, ale niebezpiecznym.
Sprawiała, że rodziły się w nim dokładnie te instynkty, które wszędzie indziej starał się wyciszać, jak skłonność do obsesyjnego patrzenia na nią i chęć poznania jej dogłębnie, od powierzchni pierwszego wrażenia po podszewkę rozwijającej się wciąż znajomości. Kiedy więc
wreszcie nadażyła się okazja, by poznać ją od tej bardziej intymnej strony — ogołocić ją z pierwszej, prywatnej myśli — pozwolił jej mówić. Sam przy tym położył przedramiona luźno na kolanach, by z ukosa zerknąć na jej spokojną twarz, równie miękką co wypowiadane przez nią słowa.
—
A czy to nie jest ta najwygodniejsza część tworzenia? Nawet jeśli odkryjesz siebie, możesz ukryć tę prawdę za fikcją.
Słowa trafiły w sedno.
Chociaż mówił do niej, tak naprawdę wspominał przy tym o sobie, co tym bardziej potęgowało siłę tego pokrzepienia. Brzmiało to wiarygodnie i nieco przy tym poufale, gdy uśmiechnął się do niej szczerze, bezwstydnie. Dłonie Lenny’ego przesunęły się przy tym niezobowiązująco po udach. Wyprostował jednocześnie plecy i starł z wnętrza dłoni pot oraz gorąc dzisiejszego spotkania. Rozgrzewała go sama myśl o tym, że otwierał przed sobą młody, chłonny umysł, oraz ekscytowała go myśl o tym, co mogli dziś osiągnąć. Razem, przy wzajemnej współpracy.
Wilgotne palce łatwo mógł jednak wytłumaczyć zbyt ciepłym ubiorem, nieadekwatnym jak na letnią jeszcze pogodę, co było znacznie prostsze niż przyznanie, że myśli o niej tak przedmiotowo, i jednocześnie z taką intensywnością. Tak dosadnie i tak często. Jakby była piekielnie interesującą go książką, gotową do przejrzenia, przeczytania i ostatecznie... zapamiętania lub porzucenia jej.
—
Możesz utrzymać w rozmowie z czytelnikiem, że ton wypowiedzi i nastrój, który budujesz, zależny jest od bohatera, nie od Ciebie — dodał kwieciście, mniej jednoznacznie, niż chwilę temu. —
Chyba, że boisz się nie oceny czytelnika, a stricte mojej?
Dłoń mężczyzny, jeszcze chwilę temu położona na własnych spodniach, tym razem podniosła się do góry, by w prostym geście uspokojenia opaść na jej drobne ramię.
—
Homo sum, humani nihil a me alienum puto. Człowiekiem jestem, i nic co ludzkie nie jest mi obce — wyjaśnił od razu, patrząc bezpośrednio na nią. Przetłumaczył również zdanie... tak na wszelki wypadek, gdyby nie znała tej sentencji. Jednocześnie dawał jej wyraźny sygnał tego, że ciężko go odstraszyć.
Wzrok przez cały ten czas gładził delikatne krawędzie cudzej twarzy, ostatecznie pochłaniając w horyzoncie spojrzenia obręcz jej oczu.
Giselle Hastings-Wells