Napięcie mogło wspiąć się po katakumbach wypowiadanych przez nich głosek, zginąć w czeluściach taktycznego milczenia lub spłynąć po nich bezpowrotnie. Zamiast tego, dziwnym przypadkiem ocierało się o każdy z tych punktów, nie zagrzewając sobie miejsca na dłużej
nigdzie konkretnie. Naprzemiennie czuł, jak intensywność emocji rozpływała się w siatce jego gorących naczyń, i jak oddalała się od niego, prawie z tą samą cyklicznością, co nadbrzeżna fala, obijająca się o kanty lądu. Z tą różnicą, że kopuła jego czaszki — która najwyraźniej stanowiła brzeg dla natężonej atmosfery między nimi — chwytała w pamięć głowy każdy z tych powrotów.
Chłonął jej obecność, aurę którą rozsiewała wokół siebie i cały wachlarz wątpliwości, które w nim rodziła, zadając trafne pytania lub dotykając szczególnie newralgicznych punktów jego własnej osoby. Nawet teraz, dopasowując do niego rolę bacznego obserwatora, trzymała się blisko tematu, którego zwykle unikał i jaki skutecznie zdawał się osuwać w cień przez większość jego interakcji z ludźmi. Wynoszenie tej kwestii na piedestał rozmowy było czymś nowym. Prawie odświeżającym i jednocześnie cholernie rozpraszającym.
Przez moment można było dostrzec jak kącik ust Lennarta drga w uśmiechu, nie mogąc zdecydować się co do tego, czy sytuacja ta bardziej go bawi, czy napina jego mięśnie w krępacji. Zaraz jednak westchnął cicho, rozluźniając usta.
—
Mówię głosem pisarzy. To najlepsi obserwatorzy świata, Giselle.
Głos łagodnie przeciął trakt chwilowego milczenia z jego strony z niewinnego chuchnięcia powietrza, wyścielonego dłużącą się ciszą, zamieniając się w kolejne lakoniczne, ale trafne wyjaśnienie, będące obroną dla jego zachowania.
Bycie pisarzem było idealną przykrywką dla wszystkich jego przewinień. Wszystkich, poza jednym: płaskim obrazem powszechności, który rozsiewał wokół siebie (zresztą na swój temat), ukrywając absolutnie wszystkie inne, głębsze warstwy własnej osobowości. Jakby samo ich dotknięcie mogło stworzyć wyraźne pęknięcie na raz zbudowanym filarze kłamstw.
Zgodnie z tą refleksją, kwestię ilości twarzy u siebie samego świadomie przemilczał. Kiwnął za to głową zaraz po wskazaniu akapitu na ekranie, potwierdzając, że dokładnie o ten mu chodziło. Poprawka jednak nie nastąpiła. Nie drgnęły ani jej palce na klawiaturze, ani wzrok kobiety, którego ciężar i ciepło czuł na profilu twarzy.
Parę sekund zawieszenia pod ostrzałem jej uwagi zapewne spaliłoby dziewicę w rumieńcu, jego przyprawiło natomiast o chęć ruchu i reakcji, gdy przesunął spojrzeniem wpierw po monitorze, potem po jej drobnych dłoniach, a następnie wolną, leniwą ścieżką prześlizgnął się kawałek po kawałku wzwyż do jej oczu, aż krzyż ich uwagi zbiegł się ze sobą.
Tęczówki Giselle wyrażały fascynację. Coś, co dostrzegł w niej już wcześniej, gdy wziął ją za aspirującą pisarkę, a co teraz dopiero nabierało prawdziwych kolorów, okazując się wychodzić ponad czyste, autorskie zainteresowanie.
Relacja ta umykała wszelkim normom, uciekała przed rozsądkiem i oczywistością, gdy rozmowa z sekundy na sekundę stawała się coraz bardziej prywatna, a coraz mniej przy tym mentorska, jednostajna i prosta.
—
Może interesuje mnie i jedno, i drugie? — uśmiechnął się pokrzepiająco, w gruncie rzeczy zdając sobie sprawę z niewystarczalności odpowiedzi. To rozwiązanie było zbyt banalne, i zupełnie niepasujące do złożoności świata, w jakim żyli oboje, a już na pewno takiego, w jakim żył Lennart Richardson — pisarz czuły na detale.
—
To ludzie mimo wszystko interesują mnie najbardziej. To w ich doświadczeniach i wielowarstwowości leżą najciekawsze historie — odniósł się do pierwszej części, nie poprzestając na niej —
Jednocześnie rzeczywiście możesz mieć wrażenie, że patrzę na ludzi, jak na idee… bo to coś, na czym buduje się książki. Czytelnicy nie chcą zbytniej drobiazgowości, nie rozumieją jej. Nie zawsze. Dlatego przy pisaniu wolę opierać się na archetypach. Na sprawdzonych schematach tego, co wydaje im się — czytelnikom — bliższe i ludzkie. Nawet jeśli to nie wszystko.
Pomimo pobłażliwości, z jaką wypowiadał się o czytelnikach, wierzył w ich kompetencje i w rozumienie czytanej literatury, zdawał sobie jednak sprawę z tego, że tworzenie treści skupionej na absolutnie każdym szczególe, odbierało książce ducha i charakter. Ludzie nie chcieli czytać
wszystkiego. Chcieli czytać to, co najbardziej interesujące, chwytliwe i angażujące. A archetypy, ujęte w odpowiedni sposób, takie właśnie były. Idee, które przyświecały ludziom i bohaterom, również miały w sobie tę niezaprzeczalną siłę, że pozostawały jednocześnie na tyle proste, by dać się ująć, i na tyle złożone, by móc je dowolnie interpretować.
Idee i archetypy w efekcie nie ograniczały więc kreatywności czytelnika, a to sprawiało, że były znacznie ciekawsze, niż nużące czasem detale.
Tymczasem wieczór gęstniał, a słowa anegdoty o wykładowcy ze studiów wypełniły przestrzeń osobliwym poczuciem intymności. Lenny wiedział, że Giselle mówi o nim — nie udawał, że może być inaczej, choć jednocześnie nie odezwał się w tym temacie wcale. Niepodobnie do niego, przeskakiwał dzisiaj często nad niektórymi kwestiami, jak nad materializującymi mu się pod butami kałużami, nie chcąc wdepnąć w coś, co pozostawiłoby w ich rozmowie wyraźny ślad.
Sprawiał jednocześnie wrażenie, jakby kolejne minuty ich spotkania wymykały się spod cugów powściągliwości, gdy zamiast ściągnąć usta w lubieżnie fałszywym uśmiechu, pozwolił sobie na cichy, choć szczery śmiech.
Bawiło go to, z jaką trafnością uderzała w struny tematów, których nikt nigdy nie ruszył. I fakt, że sam zaprosił ją do własnego świata, proponując mentoring. Najbardziej jednak poruszała go jej wrażliwość i płynność, z jaką poruszała się między poszczególnymi tematami, nie plamiąc ich żalem, gdy każdy z nich spalał się w ogniu męskiego milczenia. Może w imię tej właśnie cierpliwości i kobiecej determinacji, gotów był pozbyć się choć jednej cegiełki tajemnicy, którą wlepił w rdzeń własnego, nieodgadnionego ciała.
—
Chcesz znać jedną z moich twarzy? — spytał z pozoru niezobowiązująco, pozwalając przy tym, by dźwięk zamykanego laptopa stał się pauzą dla jego pytania. Sam w tym czasie wyprostował się w kanapie, opierając się na poduszce po jej stronie, nachylając się nieznacznie tylko w jej kierunku.
—
Nie piję od kilkunastu lat. Przestałem w momencie, w którym zbrzydł mi widok ojca, zalanego w trupa kolejny raz.
Wypowiedź ta była jednocześnie wyznaniem i odpowiedzią na pytanie Giselle. Jednostajność głosek nie wydarła jednak z niego wyraźnej emocji – ani złości, ani żalu.
—
Myślisz, że to coś, czego w swojej historii nie zaakceptowałem? — spytał przekornie, ciekaw, czy dziewczyna trafi z odpowiedzią, uśmiechając się jednocześnie na moment przed zbliżeniem ust do ucha dziewczyny.
—
Umiem dobrze spędzać czas bez alkoholu… Spill me the tea — dodał znacznie ciszej, nie tylko wskazując na wybrany napój, ale również sugerując jednoznacznie kierunek, w którym mógł się z nią poruszyć w tej rozmowie.
Giselle Hastings-Wells