Huk był ogłuszający - szkoda tylko, że nie przynosił ze sobą żadnego rodzaju otrzeźwienia.
Świat został zamknięty w dziwnej bańce, w której rzeczy działy się bardzo szybko, a jednocześnie ona sama poruszała się skrajnie wolno.
Wydawało jej się, że była już wystarczająco
nisko, że nic jej już nie mogło grozić. Gwałtowne zepchnięcie ją jeszcze niżej wyprowadziło ją z błędu w jednym, pełnym bólu zgięciu się w pół, rękach uniesionych w górę w płonnej próbie obrony przed kolejnymi odłamkami szkła.
Krzyk znów uwiązł jej w gardle gdy nagłe przyśpieszenie samochodu wbiło jej plecy w fotel, jej drżące dłonie desperacko chwyciły się fotela, jakby mógł w jakikolwiek sposób zagwarantować jej bezpieczeństwo. Głupia myśl w tyle głowy przypomniała jej, że
potrzebowała pasów.
Druga zastanawiała się, dlaczego w ogóle go ostrzegła.
Przecież musiała wyłącznie z kimś p o r o z m a w i a ć.
-
Co robisz? - to samo pytanie nieustannie przedzierało się przez wszystko inne, co mogłaby powiedzieć. Nie było w nim logiki, a ona tkwiła w tym błędnym punkcie między świadomością a utratą przytomności, w której w i e d z i a ł a, że nie mówi niczego z sensem, ale nie potrafiła powstrzymać słów przed wydostawaniem się z jej ust. -
Zatrzymaj się.
U c i e k a ł a.
Tkwiąc w samochodzie, uciekała przed
własnymi ludźmi. Przed agentami, przed policją, cholera - nie miała pojęcia, przed kim konkretnie, ale widziała błysk błękitnych lamp i znów czuła się jak w t e d y.
Jak miesiąc temu, dwa miesiące, trzy lata i pół pieprzonego roku bycia po niewłaściwej stronie. Przecież już po niej nie była. Przecież już wróciła.
Z jej gardła wydarł się urwany krzyk gdy pocisk przemknął niedaleko jej głowy, uderzając w lusterko, odrywając je od samochodu choć przecież przed sekundą w nie patrzyła.
-
Zabijesz nas - rzuciła, zapominając o ranie, którą miała uciskać, o koszulce, która już leżała gdzieś na ziemi. Nagle czuła się
bezużyteczna, pomiatana przez gwałtowne ruchy samochodów, wepchnięta w fotel pasażera, półprzytomna, niezdolna do wpłynięcia na swój los w żaden sposób.
Nie powiedziała już jednak, że powinien się zatrzymać.
Pochyliła się do przodu, ignorując ból, chwilowo wyparty przez krążącą w jej żyłach adrenalinę. Otworzyła schowek w miałkim poszukiwaniu broni, czegoś, czegokolwiek, dzięki czemu mogłaby stać się
użyteczna.
Czegoś, dzięki czemu mogła
przeżyć.
Jej ręka zagłębiła się w schowku, szukając schowka ukrytego pod tapicerką. Był mały, nieistotny, niemal o nim zapomniała. W jego wnętrzu chował się drobny klucz do opaski, którą miał na nodze.
Już wcześniej nie ufała agencji, choć nie w ten sposób.
Nie ufała, że ktokolwiek inny miał wystarczającą determinację by upewnić się, że Visser pozostanie zamknięty. Nie ufała nikomu poza sobą w kwestiach jego położenia, nagięła zasady, zabrała klucz zamiast zostawiać go w centrali. Zostawiła w samochodzie, nie chcąc, by dostał się w jego łapska - nie mógł być przy niej, tam, gdzie mógłby go zabrać.
Czy to dlatego ją ścigali?
-
Visser - wypowiedziała z trudem, tak, jak z trudem wyprostowała się, z przedmiotem zamkniętym w dłoni, wciąż niezdecydowana, czy powinna mu go dać. Wciąż niepewna, czy to w ogóle mogło coś zmienić. Gdy uniosła się znad schowka, dostrzegła most, do którego zaczęli docierać. -
Visser - powtórzyła, z rosnącą desperacja, widząc błysk błękitu na moście. Nie rozumiała, dlaczego się nie zatrzymywał. Dlaczego
przyśpieszał. -
Robin.
Jak w transie wpatrywała się w blokadę, nim jej wzrok ześlizgnął się na rozmazane, rosnące cyfry ich prędkości, a potem na jego skupiony wzrok, dłonie zamknięte na kierownicy. Zupełnie nowy, żywy strach zawładnął jej ciałem gdy usłyszała jego słowa, tak absurdalne, że przez dobrą sekundę i parę przejechanych przez nich metrów nie myślała, że wypowiedział je na poważnie.
-
W basenie - odpowiedziała sucho, w marnej próbie upewnienia się, że żartował, że to była jakaś forma jego paskudnego poczucia humoru pasującego do ogólnie paskudnej osobowości. -
Oszalałeś - dodała, głośniej, gdy strach tchnął w jej ciało zupełnie nowe pokłady sił. Jej ręka znów wystrzeliła do męskiego ramienia, zacisnęła się na nim w próbie zwrócenia na siebie uwagi, powstrzymania go. -
Nie!
Huk, uderzenie. Jej dłoń z uporem zaciskająca się na kluczu, druga z równą desperacją trzymająca jedyne, czego mogła się trzymać wewnątrz samochodu. Serce podjeżdżające do gardła w nagłym stanie nieważkości.
Drugie uderzenie.
C i e m n o ś ć.
Zachłysnęła się powietrzem gdy zimna woda uderzyła ją w twarz, otrzeźwiając. Utrata przytomności przypominała małą śmierć, z której wyrwała ją ręką bezlitosnego Boga wyłącznie po to, by obudziła się w wypełnionym wodą samochodzie.
Nie widziała niczego. Nie widziała nawet j e g o, w ciemności lodowatej toni przeciskając się przez okno pozbawione wybitej pociskami szyby. Jej ciało reagowało odruchowo, automatycznie, napędzane palącym uczuciem w płucach, w których z n ó w brakowało jej powietrza.
Potrzebowała tylko o d d e c h u.
Gdy jej ciało przebiło się przez taflę wody, tlen wdarł się do jej płuc z takim impetem, że zaniosła się kaszlem. Oczy łzawiły, piekły od wody, w której nigdy nie potrafiła uchylić powiek niezależnie od tego, czy woda była słodka, czy słona. Włosy lepiły się do jej twarzy jak wyłowione z dna wodorosty.
Wyczuła jego obecność obok.
Jej ciało znów zareagowało odruchowo, wyciągając ku niemu ręce, szukając jedynej podpory, która była w stanie pomóc jej utrzymać się na powierzchni. Ich sylwetki były niemal niewidoczne w mroku nocy i cieniu rzucanym przez potężny most, szukała go po omacku. Jej ręce ślizgały się po nagiej skórze, nie znajdując materiału, którego mogłyby się chwycić.
-
Weź to - wychrypiała, z dłonią tak mocno zaciśniętą wokół klucza, że wrzynał się w jej wnętrze. Znalazła jego dłoń, wiedząc, że musiał wyłączyć ten pieprzony lokalizator nim choćby pomyślą o tym, by płynąć do brzegu.
Ale zawahała się.
Chłód wlewał się w jej ciało przez każdą z powstałych w nim ran. Ledwo wypłynęła na powierzchnię, ledwo trzymała się na powierzchni. Jej umysł z każdą chwilą walczył o utrzymanie odzyskanej przytomności.
Spojrzała na własną dłoń, zmuszając palce do rozwarcia się. Chwyciła klucz pewniej, w ostatnim przebłysku jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego powstrzymując się przed oddaniem mu go
ot tak. Zamiast tego zawisł nad powierzchnią, w każdej chwilo mogąc zniknąć w jej lodowatej toni.
-
No me dejes - szepnęła, usiłując w półmroku dojrzeć jego twarz, znaleźć na niej potwierdzenie, któremu będzie musiała zaufać. -
Proszę.
Nie mając żadnej innej opcji.
death shows more mercy