Yonaka przez kilka sekund wpatrywała się w ścianę, jakby samym spojrzeniem mogła zmusić stworzenie po drugiej stronie do ujawnienia się. Kiedy w snopie światła latarek pojawiły się kolejne pary oczu, poczuła przede wszystkim ulgę. Nie triumf. Nie satysfakcję.
Ulgę.
Szopy były zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż demony. Jeden z nich w końcu wysunął łeb z wykopanej w ścianie dziury. Był niewielki, ale najwyraźniej nadrabiał rozmiarem charakteru. Nastroszył sierść, wyszczerzył zęby i wydał z siebie przeciągłe, ostrzegawcze syczenie. Kiedy któryś z łowców zrobił ostrożny krok w jego stronę, zwierzę odpowiedziało niskim warkotem.
Yonaka natychmiast uniosła dłoń.
—
Nie podchodźcie.
Szop wyglądał na gotowego do obrony własnego terytorium przed całą ekipą, nawet jeśli oznaczałoby to rzucenie się na znacznie większego przeciwnika. Yonaka przyjrzała się dziurze, śladom drapania i zwierzęciu. Wszystko nagle zaczęło mieć sens: awaria, chrobotanie i dziura w ścianie. Nie duch, żaden demon z piekła rodem. Szop. Spojrzenie demonolożki mówiło wystarczająco dużo. Tłumaczenie oczywistości? Zbyteczne.
Wydawało się, że najgorsze już minęło. Napięcie powoli zaczęło schodzić z całej grupy. Ktoś opuścił latarkę, ktoś inny wypuścił powietrze, które najwyraźniej od kilku minut trzymał w płucach, a wtedy… Taissa zaczęła się śmiać. Najpierw wydukała krótkie parsknięcie. Potem zaczęła zanosić się coraz głośniej. W końcu jej śmiech odbił się od ścian piwnicy tak donośnie, że sam szop wyraźnie uznał go za sygnał do natychmiastowej ewakuacji. Cofnął się gwałtownie, lecz znieruchomiał. Spojrzał na Taissę, potem na resztę L.A.A.N.S.iarzy, Yonakę i Effie, i tyle mu wystarczyło. Najwyraźniej i dla niego ta noc jawiła się wystarczająco absurdalnie, bo odwrócił się i ruszył w stronę
piekielnej dziury.
Yonaka zdążyła tylko zmrużyć oczy. Coś poruszyło się w cieniu prędko. Zdecydowanie zbyt szybko, aby to był kolejny szop.
—
Co tam je—
Nie zdążyła dokończyć. Z ciemności wysunęło się coś długiego, obłego. W świetle latarki, odbijającym się od zaśniedziałego lusterka gdzieś na kredensie, błysnęły kremowo-żółte łuski a chwilę po nich — zębiska.
Szop pisnął.
Yonaka zamarła. Dłoń pozostała uniesiona w połowie gestu. Rozszerzone oczy śledziły ruch węża, ale przez pierwszą sekundę jej twarz nie wyrażała absolutnie niczego. Jakby umysł potrzebował chwili, żeby w ogóle zaakceptować to, co widzi. Boa dopadł szopa. Dopiero wtedy Yonaka gwałtownie wciągnęła powietrze.
—
Co do—
Przez pomieszczenie przeszedł zbiorowy krzyk. Aaron cofnął się tak gwałtownie, że niemal wpadł na stojącego za nim Phila.
—
O, KURWA! — Phil zaklął i odruchowo uniósł latarkę wyżej. —
To jest boa!
—
Wiem, że to jest boa! — wydarł się Aaron, szarpiąc za poły flanelowej koszulki kolegi. —
Ale skąd?! Skąd, kurwa?!
Taissa przestała się śmiać w jednej chwili.
—
Ja pierdolę…
Yonaka nadal milczała. Patrzyła. Szop i boa w jednym domu. Przed chwilą była niemal pewna, że rozwiązali zagadkę. Miała już w głowie prosty ciąg przyczynowo-skutkowy, który pasował do wszystkiego. Teraz ten ciąg właśnie przestał istnieć. Palce jednej ręki zacisnęły się jej na materiale kurtki, ale nawet tego początkowo nie zauważyła. Całą uwagę pochłaniało to, co działo się kilka metrów dalej. Wąż zaczął owijać ciało wokół swojej ofiary. Piski szopa rozdzierały pomieszczenie na drobne. Yonaka przełknęła ślinę, ale coś jej to utrudniało. Zorientowała się, że zaciska drugą dłonią własne gardło. W brzuchu zacisnął się węzeł.
—
To jest… — Urwała. Jeszcze raz: —
To jest boa. — Powiedziała to niemal bezgłośnie, jakby samo nazwanie zwierzęcia miało sprawić, że sytuacja stanie się odrobinę bardziej logiczna. Nie stała się. Zrobiła pół kroku do tyłu, wpadając na poręcz przy ścianie.
Aaron najwyraźniej odzyskał głos szybciej od niej:
—
CO MY TU, KURWA, MAMY?!
Phil nie odrywał wzroku od węża.
—
Valak… — wycedził drżącymi ustami.
—
Co?
—
Valak. Markiz węży.
—
Phil, błagam cię, kurwa!
—
No co?! Patrz na to! Czerowne ślepia! Czerwone, kurwa! Nie jebana akwamaryna! Czerwień piekielna!
Taissa, zamiast odpowiedzieć, wskazała latarką w stronę węża. Stłumiony rechot wydostał się z jej klatki z całą mocą.
—
To Szatan.
Yonaka zamknęła oczy tym razem na nieco dłużej. Wzięła powolny oddech. Jeden. Drugi… Kiedy je otworzyła, wąż nadal tam był. Rozpościerał szczęki coraz szerzej, aby pochłonąć szopa większego od niego w obwodzie.
—
To nie jest Szatan. — Zabrzmiała znacznie mniej pewnie, niż by sobie tego życzyła. —
To jest boa dusiciel. — Spojrzała na pozostałych. —
I nie mam pojęcia, skąd się tutaj wziął.
Ostatnie zdanie wybrzmiało chyba gorzej niż wszystkie żarty o demonach. Yonaka przez cały wieczór była tą osobą, która miała znaleźć wyjaśnienie, a tymczasem przyznała, że go nie ma. Ani krztyny racjonalnego przebiegu zdarzeń.
Boa zacisnął splot. Piski szopa stały się krótsze i coraz słabsze. Coś chrupnęło. Głośno, ale stłumione. Dochodziło z wnętrza węża. Wszyscy odwrócili wzrok tylko na sekundę.
—
Nikt nie podchodzi — powiedziała stanowoczo, choć szok wciąż odbijał się gdzieś z tyłu zgłosek. —
Absolutnie. Ale. To. Nikt. — Jeszcze raz omiotła dziurę w ścianie. Wróciła do szopa — jego wiotczejących powoli tylnych łap i ogona w paszczy boa. Dopiero teraz dotarło do niej, jak absurdalnie szybko sytuacja wymknęła się poza wszystko, co przed chwilą uważała za racjonalne. —
Dobra… To jest pierwszy raz, kiedy naprawdę nie chcę mieć racji.
Aaron pokiwał głową zdecydowanie zbyt szybko. Phil również. Taissa zacisnęła szczękę.
—
Nikt niczego tutaj nie dotyka — powiedziała cicho. —
I nikt nie wkłada rąk do tej dziury. — Tym razem nie było w jej głosie ani grama ironii, tylko nieznośne napięcie. I bardzo szczere pragnienie, żeby tej nocy już absolutnie nic więcej nie wypełzło z żadnej ściany domu Effie Granger.
Effie Granger