36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Te dwa słowa wypowiedziane przez Navarro wystarczyły, żeby rozsypane dotąd elementy zaczynaly się układać w wyjątkowo niewygodną całość. Adres znali wyłącznie ludzie z agencji; napastnicy weszli bez ostrzeżenia i natychmiast otworzyli ogień, jakby nie zamierzali nikogo przesłuchiwać ani zabierać ze sobą – z wiedzą do kogo i po kogo wchodzą. Posiłki, chociaż wezwane, nigdy się nie pojawiły. Tworzyło to bardzo brzydki obrazek, a on nie miał tendencji do dramatyzowania.
A teraz jeden z agentów, jak mniemał, postanowił zadzwonić. Nie przyjechać; nie wysłać ludzi. Zadzwonić. Dlatego coraz trudniej było mu uwierzyć, że brak faktycznej interwencji po stronie agencji, był tylko przykrym i dość niefartownym przypadkiem.
— Jeśli to agencja to nie odbieraj — powiedział twardo. Sięgnął wolną dłonią do telefonu, zanim jej palce zdążyłyby opaść na ekran; nie oderwał przy tym drugiej ręki od prowizorycznego opatrunku; i odwrócił telefon ekranem do podłogi. — Gdyby chcieli ci pomóc, nikt nie dzwoniłby po trzydziestu dwóch minutach — stwierdził, spoglądając na nią. — Wiedzą, gdzie jesteś. Wiedzą, że potrzebujesz wsparcia, Navarro.
Wciąż mógł to być tylko przypadek – niedopełnienie procedur, opóźnienie albo ludzki błąd w postaci przeoczenia. Szkopuł w tym, że o takie potknięcia mógłby podejrzewać jakikolwiek inny biznes niż federalnych; a on sam od wielu lat nie wierzył już w przypadki pojawiające się dokładnie wtedy, gdy komuś próbowano wpakować kulę w głowę.
— Sprawdzają, czy odbierzesz i czy muszą wysłać tu kogoś, żeby dokończył robotę.
Przez chwilę przyglądał się Biance, szukając na jej twarzy właściwie sam nie wiedział czego. Zaprzeczenia, być może; kolejnej kąśliwej uwagi, która udowodniłaby mu, że nadal uważała swoich ludzi za bardziej godnych zaufania niż jego. Navarro jednak wyglądała tragiczni.
Powinien odczuwać satysfakcję. Jeszcze kilka dni wcześniej zapewne z przyjemnością patrzyłby, jak Navarro przekonuje się, ile naprawdę była warta lojalność ludzi, którym ufała. Byłaby to odpowiednio paskudna forma sprawiedliwości, niemal tak samo paskudna jak to, co sama zrobiła jemu.
Nie poczuł jednak niczego podobnego.
Być może dlatego, że nie patrzył już na agentkę Navarro.
— Wstajemy, Bianca — oznajmił, nie pozostawiając jej przestrzeni na wyrażenie sprzeciwu. Bez miękkości w głosie. — Tutaj nikt po ciebie nie przyjedzie. Przynajmniej nie po to, żeby ci pomóc.
A potrzebowała pomocy. Materiał koszulki, którym uciskał ranę, z każdą chwilą nasiąkał coraz głębszym szkarłatem. Odbezpieczył broń i wsunął ją niedbale do tylnej kieszeni spodni. Bez dalszych słów, bez pytania o zgodę, bezwzględnie wykorzystując jej osłabienie, którego dowody rozlewały się po podłodze i brudziły mu dłonie, wsunął jedno ramię pod jej kolana, drugie za plecy i podniósł ją z zakrwawionej podłogi. Własne żebra zaprotestowały tępym bólem, a rozcięty nadgarstek zapiekł pod ciężarem jej ciała.
— Strasznie ciężka jesteś — rzucił, sprzecznie z tym, co czuł na ramionach. Jej ciężar, chociaż istniejący, był nieznaczny.
Jej telefon został na podłodze, odwrócony ekranem do dołu. Jeżeli ktokolwiek zamierzał szukać Navarro po jego sygnale, urządzenie miało zatrzymać go w mieszkaniu przynajmniej na kilka dodatkowych minut. Opaska na kostce zdradzała wyłącznie jego położenie, ale nie mówiła niczego o kobiecie, którą zabierał ze sobą – zresztą, w głowach agencji najpewniej taka sytuacja nie miałaby miejsca.
Na klatce schodowej wciąż panowała cisza. Zszedł bez zatrzymywania się, przy każdym stopniu czując ciężar Bianki nie tyle w ramionach, ile w obolałych żebrach i rozciętym nadgarstku. Trzymał ją jednak pewnie, nawet kiedy krew z przesiąkniętego materiału zaczęła brudzić również jego skórę.
Przy samochodzie wyszarpnął kluczyki z kieszeni i otworzył drzwi pasażera. Ułożył Navarro na fotelu, odchylił oparcie, a następnie docisnął jej dłoń do prowizorycznego opatrunku, przytrzymując ją tam przez chwilę.
Zaufanie Ortedze pozostawało najgorszą decyzją, jaką podjął od wielu lat. Wracanie się po Navarro i zabieranie jej ze sobą miało wszelkie predyspozycje, aby zająć drugie miejsce.
— Znasz jakiegoś lekarza? Kogoś komu ufasz, ale nie jest z tej twojej zasranej agencji? Cokolwiek?
Godverdomme
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Prawda powoli osadzała się na jej otumanionym bólem i paniką umyśle.
Walczyła z nią. Uparcie podejmowała walkę z góry skazaną na przegranie ponieważ nie rozumiała dlaczego.
Była w stanie zrozumieć to, że być może nie powinni zostawiać jej samą z Visserem w tym zapchlonym mieszkaniu. Rozumiała też, że jeśli wezwała wsparcie, powinno się tu już zjawić, dawno temu powinni przekroczyć próg i jej p o m ó c. Pojmowała, że jeśli dzwonili, to coś poszło kurewsko nie tak, choć nie wiedziała po której stronie.
Ale d l a c z e g o mieliby ją porzucić?
Dlaczego po tym, jak poświęciła tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni swojego własnego życia na rzecz nowego, agencja odwróciłaby się od niej plecami? Dlaczego po tym, gdy doprowadziła sprawę do końca, gdy nie popełniła żadnego błędu, spisaliby ją na straty?
To nie miało ż a d n e g o sensu.
Wpatrywała się w jego dłoń, odwracającą telefon spodem do góry, jakby dzięki temu to wszystko miało stać się prostsze.
Pragnęła go odebrać. Pragnęła z r o z u m i e ć.
Jakaś jej część przeszukiwała ostatnie. tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem pieprzonych dni w poszukiwaniu błędu, który popełniła, który mógłby to usprawiedliwić. Pozostała mknęła po ostatnich czterech, które upłynęły odkąd jej własne życie zostało jej zwrócone, w poszukiwaniu lampek ostrzegawczych, śladów, które mogłyby ją doprowadzić do poszukiwanego przez nią sensu.
- Jaką robotę? - wyrwało jej się, głosem pełnym wysiłku. Powietrze wokół niej znów stało się rzadkie, nie dostarczało jej tlenu, którego potrzebowała. Jej oddechy stawały się coraz częstsze, słowa kosztowały więcej niż przed chwilą. - To musi być błąd.
Może to kartel. Może La Sinaloa wyśledziła jego położenie i zajęła się wysłanym do mieszkania oddziałem. Może jej polecenie nie przedarło się przez agenta, który uciął sobie drzemkę. Może utknęli w pieprzonych korkach.
M u s i a ł o istnieć jakieś racjonalne wytłumaczenie. Nie była w stanie przyjąć tego, co oferował jej Visser - bo nie zgadzało się z jej światopoglądem, nie miało też żadnych podstaw.
Poza tym, że wykrwawiała się na podłodze przydzielonego jej przez agencję mieszkania z dzwoniącym telefonem zamiast podstawioną pod klatkę karetką.
- Nie - wydarło się z jej gardła z wysiłkiem, w reakcji na jego słowa, a może na dłonie, niespodziewanie wsuwające się pod jej uda. Krzyk utknął w jej gardle gdy ból rozdarł jej ciało, jej postrzeloną talię i ranne plecy. Zamiast niego, była zdolna jedynie wciągnąć powietrze ze świstem i zamrugać, zmuszając świat do powrócenia w miejsce, które na moment zalało się ciemnością.
- Zostaw mnie - warknęła, jej szyja wygięła się boleśnie gdy wzrok pozostał utkwiony w leżącym na ziemi telefonie. Nagle znajdowała się wyżej, nagle czuła na swoim ciele gorąco obcego ciała, a jej telefon był poza zasięgiem.
Musiała go odebrać. Musiała zadzwonić. Musiała się dowiedzieć, co się tak naprawdę stało, ponieważ c o ś musiało to wszystko spowodować.
- Jesteś pieprzoną świnią - szepnęła, w jakiejś pierwotnej, zaszytej w niej głęboko irytacji, którą wywołały jego słowa - choć czy były istotne w kontekście krwi, którą zostawiały jej dłonie na męskiej klatce piersiowej, od której usilnie próbowała się odepchnąć?
Denerwowało ją to. Dlaczego była tak słaba?
Dlaczego mógł ją po prostu p o d n i e ś ć i zabrać tam, gdzie uważał to za stosowne? Gdzie była jej broń? Zaraz, gdzie był jej pieprzony t e l e f o n? Czy on tam został?
Była przekonana, że dalej słyszy tę wibrację, dźwięk wypalił się na jej umyśle, wybrzmiewał w ciszy pomiędzy kolejnymi krokami odbijającymi się echem od klatki schodowej.
Jej ciało było odrętwiałe gdy nagle znalazła się w fotelu kierowcy. W myślach rozbrzmiewał protest, którego nie miała siły zwerbalizować. Nie rozumiała, dlaczego nagle znalazła się w samochodzie. Dlaczego jej palce mrowiły w tym nieprzyjemnym odczuciu.
Dlaczego zadawał jej takie pytania.
Przez myśl przemknął jej cały szereg ludzi. Lucia, która zawsze składała ludzi gdy wracali z jakichś akcji w kartelu. Nate, bezczelnie podrywający wszystkie agentki, które przewijały się przez jego gabinet.
Przerażenie wpełzło do jej serca w następnym uderzeniu. Żadna z tych osób nie była teraz dla niej dostępna.
Żadna z tych osób by jej nie przyjęła.
I choć w tyle jej głowy błysnęła Francine, która mogłaby jej pomóc, może mogłaby ją opatrzyć, nie potrafiłaby jej tego zrobić. Francine była niewinna, była całkowicie oderwana od tego świata a przy tym - nieświadoma każdego z żyć, które prowadziła Navarro.
- Zostaw mnie. - odpowiedziała cicho, w y m i j a j ą c o, bo dla niej odurzonego umysłu to wcale nie było odpowiedzią samą w sobie. W jakiejś absurdalnej, pokrętnej logice nie chciała by wiedział, że nie miała zupełnie nikogo. Jej brwi zmarszczyły się gdy myśli powoli docierały do pytania, które powinna zadać od samego początku. - Dlaczego wciąż tu jesteś?

a taste of my own medicine
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zostaw mnie.
Domme trut, ik heb het verdomme geprobeerd..
Zatrzasnął drzwi po jej stronie, odcinając kolejny, słaby protest, a następnie obszedł maskę samochodu. Dopiero kiedy znalazł się za kierownicą, pozwolił sobie na głębszy oddech. Ból rozszedł się po żebrach niemal natychmiast i był wystarczająco dotkliwy, żeby na moment zesztywniał, zanim całkowicie opadł plecami na fotel.
Navarro nie odpowiedziała na jego pytanie.
Nie był w stanie założyć, czy po prostu znała nikogo, czy jednak nie zamierzała mu powiedzieć. W innych okolicznościach poświęciłby chwilę na ustalenie, która z tych możliwości była prawdziwa; teraz wystarczył mu sposób, w jaki wymijająco kazała się zostawić. Każdy kto posiadał jakąkolwiek sensowną alternatywę zwykle po nią sięgał, zamiast wykrwawiać się na cudzym fotelu.
Głupia jak but.
Przeniósł spojrzenie na jej dłonie. Jedna z nich nadal spoczywała na prowizorycznym opatrunku, chociaż ucisk widocznie stawał się coraz słabszy. Sięgnął do niej, poprawiając ułożenie jej palców i dociskając je mocniej do nasiąkniętego materiału.
— Jeżeli przestaniesz uciskać ranę, to cię w końcu zostawię, Navarro — oznajmił spokojnie — tyle że w kostnicy.
Puścił jej dłoń dopiero wtedy, gdy miał pewność, że utrzyma ją na miejscu, po czym wsunął kluczyk do stacyjki. Zatrzymał się jednak w połowie tego ruchu, kiedy światła innego samochodu pojawiły się na końcu ulicy i przesunęły po zaparkowanych pojazdach, na chwilę zalewając wnętrze ich auta bladym blaskiem. Visser znieruchomiał, pozostawiając kluczyk w tej samej pozycji. W pierwszym odruchu pomyślał, że był to jeden z mieszkańców; pora nie wykluczała późnego powrotu. Ciemny sedan zwolnił przed budynkiem, minął jedno wolne miejsce, potem drugie, i zatrzymał się niemal dokładnie naprzeciwko wejścia. Kierowca wyłączył światła, a chwilę później również silnik.
Nie podobało mu się to zatrzymanie. Nie było szczególnie podejrzane oceniane samo w sobie, ale c z u ł pod własną skórą, że coś było nie tak. A w swej niekrótkiej historii pracy dla kartelu nauczył się, że przeczucia rzadko go myliły.
Drzwi sedana otworzyły się niemal jednocześnie i wysiadło dwóch mężczyzn. Żaden nie miał na sobie munduru ani niczego, co jednoznacznie wskazywałoby, kim byli, lecz obaj wciąż wyglądali równie niepasująco na tle zaniedbanej elewacji budynku, który opuścił z Navarro.
Mężczyźni ruszyli w stronę budynku i za pomocą klucza otworzyli drzwi.
Wrócili po niespełna czterech minutach. Poruszali się podejrzanie szybciej, w kontraście do kroku, w jakim przekraczali próg. Visser ostrożnie uchylił szybę.
— Nie ma ich — powiedział jeden z nich do telefonu. Odwrócił się bokiem do ulicy, spoglądając na okna budynku. — Navarro też nie.
Zapadła krótka cisza.
— Wszyscy trzej są martwi.
Mężczyzna przeszedł kilka kroków w stronę sedana, słuchając odpowiedzi. Jego wzrok raz jeszcze przesunął się po stojących wzdłuż ulicy samochodach, lecz nie zatrzymał się na żadnym z nich na dłużej.
— Jej telefon został w mieszkaniu — dodał. — Nie. Vissera też nie ma.
Visser przesunął się bliżej broni, choć zdawał sobie sprawę, że w przypadku ich odkrycia jeden pistolet, jego obolałe żebra i półprzytomna kobieta na fotelu pasażera nie tworzyły szczególnie imponującej przewagi. Nie ruszył się jednak, wewnętrznie ciekaw dalszego przebiegu rozmowy.
— Spokojnie, znajdę ją — powiedział mężczyzna. — Vissera także. — Odwrócił się w kierunku samochodu, jednak jeszcze do niego nie wsiadł. Jego kompan czekał już w środku, a silnik pracował, sprawiając że rozmowa była znacznie trudniejsza do podsłuchania. — To tylko drobna niedogodność, sir. Za chwilę będzie po problemie i wciąż nikt niczego nie będzie podejrzewał. — Otworzył drzwi po stronie pasażera.
— No popatrz, chyba jednak nie utknęli w korku — rzucił sarkastycznie, przyciszonym głosem, przez cały czas nie spuszczając wzroku z mężczyzny. — To co? Chcesz im teraz pomachać?
still not convinced?
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ledwo odnotowała to, co usiłował jej przekazać. W jej głowie plecy, którymi opierała się o fotel były równie wielkim, o ile nie większym problemem - pulsująca rana w jej brzuchu wydawała się głębsza, ale też przyczyniała się do postępującego zaniku jej zdolności do przejmowania się.
Dopiero gdy wyczuła jego dłoń na własnej spojrzała w dół, dostrzegając przesiąknięty materiał jego własnej koszulki. Wzmocniła chwyt, na tyle, na ile była w stanie wywierając nacisk, choć jej usta zacisnęły się w wąską linię od impulsu bólu, który przemknął przez odrętwiałe tkanki. Dopiero w kontraście z gorącem jego palców zorientowała się, jak jej własne ciało się wychłodziło.
Zamarła, dostrzegając parkującego suwa i wysiadających z niego mężczyzn. Nie była w stanie dostrzec ich twarzy, byli zbyt daleko, a jej oczy zbyt opierały się potrzebie skupienia na czymkolwiek, co znajdowało się w oddali. Patrzyła więc na dłoń Vissera gdy sięgał do stacyjki, bądź gdy opuszczał nieco szybę, wpuszczając do środka chłodne powietrze wraz ze słowami, których nie chciała słyszeć.
Znała jeden z tych głosów. Jej nieprzytomny umysł nie potrafił przywołać z pamięci, do kogo należał, a jej ciało osunęło się nieco w fotelu w dół - czy też ze zmęczenia, potrzeby pozostania schowaną czy tej podświadomej chęci odsunięcia się od tego, co insynuował siedzący z nią mężczyzna, a co osadzało się na jej sercu coraz to większym ciężarem.
D l a c z e g o?
Rozumiałaby, dlaczego chcieliby wyeliminować j e g o. Popełnił w swoim życiu tak wiele grzechów i narobił sobie tak wielu wrogów, że prawdopodobnie trudno byłoby mu określić, kto konkretnie chciałby go zamordować. Visser oddychał kartelem, w którym usłużnie pracował, żył jego przekonaniami, był ręką osób, które do dziś pozostawały nieuchwytne. Z r o z u m i a ł a b y dlaczego ktoś chciałby go wyeliminować, zresztą, czy nie rozmawiali na temat tego typu ewentualności gdy przydzielali ją zarówno w formie zabezpieczenia, jak i ochrony?
Ale dlaczego o n a?
- Dużo krwi jak na trzy ciała. Jedno z nich było ranne. - zniekształcony, odległy głos docierał do niej z daleka. Nie widziała już suwa, zsunięta w fotelu, z dłonią desperacko przyciśniętą do rany, głową wciśniętą w róg między siedzeniem a szkłem drzwi. Jej wzrok bezmyślnie zatrzymał się na profilu Vissera, choć myśl gorączkowo usiłowały odnaleźć w tym wszystkim sens. - Pewnie wykorzystał sytuację i ją zaatakował. Jeśli uciekła, raczej nie zaszła zbyt daleko. - zsunęła się jeszcze niżej, jeszcze centymetr, nie chcąc, by ktokolwiek ją dostrzegł. Gdzieś w odmętach jej stłumionej bólem osobowości odnotowała, że nikt nie przewidział, że to o n a mogłaby skrzywdzić j e g o. - Albo ten chory skurwiel zabił ją i pozbył się ciała. Tak czy inaczej, znajdziemy ich.
I wtedy coś ją t k n ę ł o.
W połowie drogi jej wzroku, opadającego od męskiego profilu przez jego klatkę piersiową w dół, w rytm opadających powiek. Dostrzegła krwawy ślad jego nadgarstku, ślad po kajdankach, które mu założyła. Fala strachu przemknęła nagle przez jej klatkę piersiową, jej powieki rozwarły się, dłoń wypuściła materiał koszulki i zamiast tego, sięgnęła do jego ręki.
- Robin - wydusiła z siebie, oplatając jego przedramię palcami, z których każdy zostawiał po sobie krwawy ślad. Zacisnęła je mocniej, na tyle, na ile była w stanie, zmuszając go, by na nią spojrzał. - Lokalizator.
Obręcz na jego nodze, wciąż nadająca jego położenie - położenie, które sprawdziłaby jako pierwsze, gdyby była na ich miejscu. I zaledwie jedno uderzenie serca później, tym razem z bolesną dokładnością usłyszała kolejne słowa tkwiącego w progu drzwi samochodowych mężczyzny.
- Tak, otrzymałem współrzędne, si... - głos służbisty wybrzmiał donośnie jak nigdy wcześniej - a wraz z nim moment, w którym urwał. - Zaraz.
Powietrze wydarło się z jej płuc w nagłym wydechu gdy, nie wiedząc do końca dlaczego, znów szarpnęła jego rękę, znów pociągnęła ją do siebie, choć brakowało jej sił, by móc faktycznie go przesunąć.
- Padnij. - ten sam, rozdzierający ból odebrał jej głosu mocy w połowie słowa gdy pociągnęła go mocniej, byle tylko się schował, byle nie tkwił po prostu przed kierownicą.
Ogłuszający terkot karabinu maszynowego zatopił wszystko to, co chciała powiedzieć dalej. Skuliła się w fotelu, chowając pod natłokiem kul i roztrzaskanej szyby, której odłamki wpadały do środka, znów plątały się w jej włosach, niezdolnych do uwolnienia od tych pieprzonych kawałków przetopionego piasku.

i am your little inconvenience
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie musiała powtarzać. Na sygnał padnij Visser szarpnął ją w dół, samemu pochylając się nad kierownicą dokładnie w chwili, w której pierwsza seria rozerwała tylną szybę. Szkło posypało się na fotele, we włosy Navarro i opadła na jego nagą skórę, a jeden z pocisków przeszedł przez zagłówek w miejscu, gdzie jeszcze przed momentem znajdowała się jego głowa. Zaklął po holendersku i przekręcił kluczyk. Silnik ich nie zawiódł i odpowiedział od razu.
— Trzymaj się nisko — warknął.
Wrzucił wsteczny, nie mając nawet luksusu, aby sprawdzić, co stało za nimi. Tył samochodu uderzył w metalowy kosz, przepchnął go ze zgrzytem, zanim ten przewrócił się i zatrzymał się na innym samochodzie.
Wrzucił pierwszy bieg i ruszył, skręcając kierownicą, na własnej skórze sprawdzając słuszność twierdzenia jesus take the wheel. Salwa z karabinu werżnęła się ze stukotem ciągłą linią w bok samochodu, gdy minęli a g e n t ó w.
Dopiero wtedy wynurzył się zza deski rozdzielczej i skręcił samochód, c u d em, w ostatniej chwili, rozmijając się z przeszkodą na drodze. Najwyraźniej Jezus posłuchał.
Zielona dioda na opasce dozoru mrugała spokojnie, niemal bezczelnie, brutalnie uświadamiając ich, że niedogodność nie była chwilowa. Światło, które odbiło się w lusterku wstecznym tylko to potwierdziło.
Lokalizator był problemem. Dużym. W dodatku takim, którego nie mógł rozwiązać w tej chwili samodzielnie, bez odpowiednich narzędzi pod ręką.
Pierwszy pocisk przebił klapę bagażnika. Następny rozbił lewe lusterko, a trzeci roztrzaskał tylną szybę i ze świstem przeciął przestrzeń pomiędzy zagłówkami. Przejechał przez skrzyżowanie na czerwonym, przecinając drogę nadjeżdżającemu samochodowi. Klakson rozdarł przestrzeń za nimi; chwilę później dołączył do niego zgrzyt metalu, gdy ścigający otarli się o jego tył, ale nie zatrzymali.
Visser odbił pomiędzy dwa pasy, przeciął linię wyłączoną z ruchu i zmusił kierowcę dostawczaka do gwałtownego hamowania. W bocznym lusterku zobaczył, jak ciemny pojazd omija przeszkodę, wjeżdżając częściowo na chodnik.
Koniecznym było, aby wydostali się z Toronto. W centrum miasta to była kwestia chwil, zanim do pościgu dołączą kolejne pojazdy i zacznie się prawdziwa obława. Inna sprawa, że w centrum miasta funkcjonariusze nie powinni sobie pozwolić na tak bezpośrednie otwarcie ognia, ale nie chciał testować, jak uprzejma jest Kanada.
Ciemna maska sedana znalazła się niebezpiecznie blisko ich zderzaka, a Visser wcisnął hamulec. Kierowca odbił jednak w lewo, próbując uniknąć uderzenia, równając się z nimi. Hoelender oddał dwa strzały, jednak te rozbiły tylko szybę od strony pasażera. Zakręcił kierownicą, uciekając w boczną uliczkę.
Dość szybko minęli ostatnie zwarte zabudowania. Szersza droga pozwoliła tamtym zrównać się z nimi, a mężczyzna siedzący po stronie pasażera wychylił broń przez pozbawione szyby okno. Visser szarpnął kierownicą i uderzył bokiem w ich samochód, zanim lufa zdążyła ustawić się pod właściwym kątem. Metal zawył przeraźliwie, gdy samochody się starły. Oba pojazdy przez kilka sekund przepychały się na drodze.
Niebieskie światła we wstecznym lusterku zwiastowały nadciagające posiłki. Za znacznie bardziej problematyczny uznał nieruchomy, błękitny odcień, który zaczął wyłaniać się naprzeciwko nich, po drugiej stronie pokonywanego przez nich mostu. Błysk w ciągu kilku sekund urósł do znaczenia blokady policyjnej. Rozciągnięte pomiędzy radiowozami kolczatki zapowiadały koniec trasy.
Visser przez kilka sekund przerzucał spojrzenie pomiędzy blokadą, sedanem i rosnącymi w lusterku niebieskimi światłami, próbując odnaleźć rozwiązanie, które nie kończyło się od razu śmiercią albo ponownym trafieniem do aresztu. Nie znalazł żadnego. Jedyne miejsce, którego funkcjonariusze nie zdążyli zabezpieczyć, znajdowało się po prawej lub lewej stronie drogi, chociaż dostępu do niego broniła metalowa barierka, a za nią nie było już niczego poza ciemnością.
— Mam nadzieję, że umiesz pływać — rzucił do Navarro.
Zwolnił na tyle, aby sedan wysunął się przed nich, po czym uderzył w jego tył i posłał go w stronę ustawionych na moście radiowozów. Sam natomiast skręcił w przeciwnym kierunku i wcisnął gaz, zanim zdążył rozsądnie przemyśleć własny pomysł. Samochód wjechał na krawężnik, a chwilę później uderzył przodem w barierkę. Metal wygiął się pod pędem i ciężarem pojazd, wyrwał z mocowań i przez krótką chwilę zatrzymał ich na samej krawędzi mostu. Później puścił. Tylne koła oderwały się od asfaltu, niebieskie światła zniknęły ponad dachem, a samochód poleciał przodem w stronę ciemnej tafli wody.
seems like i'm your ride or die
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Huk był ogłuszający - szkoda tylko, że nie przynosił ze sobą żadnego rodzaju otrzeźwienia.
Świat został zamknięty w dziwnej bańce, w której rzeczy działy się bardzo szybko, a jednocześnie ona sama poruszała się skrajnie wolno.
Wydawało jej się, że była już wystarczająco nisko, że nic jej już nie mogło grozić. Gwałtowne zepchnięcie ją jeszcze niżej wyprowadziło ją z błędu w jednym, pełnym bólu zgięciu się w pół, rękach uniesionych w górę w płonnej próbie obrony przed kolejnymi odłamkami szkła.
Krzyk znów uwiązł jej w gardle gdy nagłe przyśpieszenie samochodu wbiło jej plecy w fotel, jej drżące dłonie desperacko chwyciły się fotela, jakby mógł w jakikolwiek sposób zagwarantować jej bezpieczeństwo. Głupia myśl w tyle głowy przypomniała jej, że potrzebowała pasów.
Druga zastanawiała się, dlaczego w ogóle go ostrzegła.
Przecież musiała wyłącznie z kimś p o r o z m a w i a ć.
- Co robisz? - to samo pytanie nieustannie przedzierało się przez wszystko inne, co mogłaby powiedzieć. Nie było w nim logiki, a ona tkwiła w tym błędnym punkcie między świadomością a utratą przytomności, w której w i e d z i a ł a, że nie mówi niczego z sensem, ale nie potrafiła powstrzymać słów przed wydostawaniem się z jej ust. - Zatrzymaj się.
U c i e k a ł a.
Tkwiąc w samochodzie, uciekała przed własnymi ludźmi. Przed agentami, przed policją, cholera - nie miała pojęcia, przed kim konkretnie, ale widziała błysk błękitnych lamp i znów czuła się jak w t e d y.
Jak miesiąc temu, dwa miesiące, trzy lata i pół pieprzonego roku bycia po niewłaściwej stronie. Przecież już po niej nie była. Przecież już wróciła.
Z jej gardła wydarł się urwany krzyk gdy pocisk przemknął niedaleko jej głowy, uderzając w lusterko, odrywając je od samochodu choć przecież przed sekundą w nie patrzyła.
- Zabijesz nas - rzuciła, zapominając o ranie, którą miała uciskać, o koszulce, która już leżała gdzieś na ziemi. Nagle czuła się bezużyteczna, pomiatana przez gwałtowne ruchy samochodów, wepchnięta w fotel pasażera, półprzytomna, niezdolna do wpłynięcia na swój los w żaden sposób.
Nie powiedziała już jednak, że powinien się zatrzymać.
Pochyliła się do przodu, ignorując ból, chwilowo wyparty przez krążącą w jej żyłach adrenalinę. Otworzyła schowek w miałkim poszukiwaniu broni, czegoś, czegokolwiek, dzięki czemu mogłaby stać się użyteczna.
Czegoś, dzięki czemu mogła przeżyć.
Jej ręka zagłębiła się w schowku, szukając schowka ukrytego pod tapicerką. Był mały, nieistotny, niemal o nim zapomniała. W jego wnętrzu chował się drobny klucz do opaski, którą miał na nodze.
Już wcześniej nie ufała agencji, choć nie w ten sposób.
Nie ufała, że ktokolwiek inny miał wystarczającą determinację by upewnić się, że Visser pozostanie zamknięty. Nie ufała nikomu poza sobą w kwestiach jego położenia, nagięła zasady, zabrała klucz zamiast zostawiać go w centrali. Zostawiła w samochodzie, nie chcąc, by dostał się w jego łapska - nie mógł być przy niej, tam, gdzie mógłby go zabrać.
Czy to dlatego ją ścigali?
- Visser - wypowiedziała z trudem, tak, jak z trudem wyprostowała się, z przedmiotem zamkniętym w dłoni, wciąż niezdecydowana, czy powinna mu go dać. Wciąż niepewna, czy to w ogóle mogło coś zmienić. Gdy uniosła się znad schowka, dostrzegła most, do którego zaczęli docierać. - Visser - powtórzyła, z rosnącą desperacja, widząc błysk błękitu na moście. Nie rozumiała, dlaczego się nie zatrzymywał. Dlaczego przyśpieszał. - Robin.
Jak w transie wpatrywała się w blokadę, nim jej wzrok ześlizgnął się na rozmazane, rosnące cyfry ich prędkości, a potem na jego skupiony wzrok, dłonie zamknięte na kierownicy. Zupełnie nowy, żywy strach zawładnął jej ciałem gdy usłyszała jego słowa, tak absurdalne, że przez dobrą sekundę i parę przejechanych przez nich metrów nie myślała, że wypowiedział je na poważnie.
- W basenie - odpowiedziała sucho, w marnej próbie upewnienia się, że żartował, że to była jakaś forma jego paskudnego poczucia humoru pasującego do ogólnie paskudnej osobowości. - Oszalałeś - dodała, głośniej, gdy strach tchnął w jej ciało zupełnie nowe pokłady sił. Jej ręka znów wystrzeliła do męskiego ramienia, zacisnęła się na nim w próbie zwrócenia na siebie uwagi, powstrzymania go. - Nie!
Huk, uderzenie. Jej dłoń z uporem zaciskająca się na kluczu, druga z równą desperacją trzymająca jedyne, czego mogła się trzymać wewnątrz samochodu. Serce podjeżdżające do gardła w nagłym stanie nieważkości.
Drugie uderzenie.
C i e m n o ś ć.
Zachłysnęła się powietrzem gdy zimna woda uderzyła ją w twarz, otrzeźwiając. Utrata przytomności przypominała małą śmierć, z której wyrwała ją ręką bezlitosnego Boga wyłącznie po to, by obudziła się w wypełnionym wodą samochodzie.
Nie widziała niczego. Nie widziała nawet j e g o, w ciemności lodowatej toni przeciskając się przez okno pozbawione wybitej pociskami szyby. Jej ciało reagowało odruchowo, automatycznie, napędzane palącym uczuciem w płucach, w których z n ó w brakowało jej powietrza.
Potrzebowała tylko o d d e c h u.
Gdy jej ciało przebiło się przez taflę wody, tlen wdarł się do jej płuc z takim impetem, że zaniosła się kaszlem. Oczy łzawiły, piekły od wody, w której nigdy nie potrafiła uchylić powiek niezależnie od tego, czy woda była słodka, czy słona. Włosy lepiły się do jej twarzy jak wyłowione z dna wodorosty.
Wyczuła jego obecność obok.
Jej ciało znów zareagowało odruchowo, wyciągając ku niemu ręce, szukając jedynej podpory, która była w stanie pomóc jej utrzymać się na powierzchni. Ich sylwetki były niemal niewidoczne w mroku nocy i cieniu rzucanym przez potężny most, szukała go po omacku. Jej ręce ślizgały się po nagiej skórze, nie znajdując materiału, którego mogłyby się chwycić.
- Weź to - wychrypiała, z dłonią tak mocno zaciśniętą wokół klucza, że wrzynał się w jej wnętrze. Znalazła jego dłoń, wiedząc, że musiał wyłączyć ten pieprzony lokalizator nim choćby pomyślą o tym, by płynąć do brzegu.
Ale zawahała się.
Chłód wlewał się w jej ciało przez każdą z powstałych w nim ran. Ledwo wypłynęła na powierzchnię, ledwo trzymała się na powierzchni. Jej umysł z każdą chwilą walczył o utrzymanie odzyskanej przytomności.
Spojrzała na własną dłoń, zmuszając palce do rozwarcia się. Chwyciła klucz pewniej, w ostatnim przebłysku jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego powstrzymując się przed oddaniem mu go ot tak. Zamiast tego zawisł nad powierzchnią, w każdej chwilo mogąc zniknąć w jej lodowatej toni.
- No me dejes - szepnęła, usiłując w półmroku dojrzeć jego twarz, znaleźć na niej potwierdzenie, któremu będzie musiała zaufać. - Proszę.
Nie mając żadnej innej opcji.

death shows more mercy
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Najgorsze decyzje rzadko wyglądały źle od samego początku.
Zwykle posiadały kilka logicznych punktów, pomiędzy którymi rozciągała się ogromna przepaść wypełniona ryzykiem, nieuwzględnionymi okolicznościami i zwykłą głupotą.
D e s p e r a c j a pozwalała to wszystko dostrzec, a później wykonać pierwszy krok.
Visser po raz pierwszy spotkał się z nią kilka miesięcy po rozpoczęciu pracy dla kartelu, kiedy znajdował się jeszcze na jednym z najniższych szczebli organizacji. Nauczył się, że czasami desperacja była też podszeptem jedynego najsensowniejszego rozwiązania, którego umysł nie chciał brać pod uwagę tylko dlatego, że nie mieściło się w ramach standardowej definicji bezpieczeństwa. I kłóciło się ze zdrowym rozsądkiem.
Zimno zacisnęło się wokół jego klatki piersiowej i wdarło pod skórę, odbierając czucie w palcach. Uderzenie o taflę wyrzuciło całe powietrze z jego płuc, a ciężar samochodu pociągnął go w dół razem z wodą wlewającą się do środka przez rozbite szyby. Wydostał się przez okno i przez kilka sekund płynął ku pojedynczym błyskom niebieskiego światła.
Wynurzył się niedaleko Navarro.
Pierwszą rzeczą, którą dostrzegł po przetarciu zalanych wodą oczu, był niewielki klucz zaciśnięty pomiędzy jej palcami. Dopiero później poczuł dłonie przesuwające się po jego nagiej skórze, szukające miejsca, którego mogłyby się przytrzymać. Nie zareagował na dotyk, wpatrując się w kawałek metalu, który powinien znajdować się w rękach jednego z agentów albo leżeć bezpiecznie zamknięty w centrali.
Cały czas miała go pod nosem.
Mógł zakończyć problem zielonej diody prowadzącej funkcjonariuszy prosto do n i e g o.
Dopiero kiedy usłyszał wypowiedzianą po hiszpańsku prośbę, oderwał spojrzenie od klucza.
Zacisnął zęby, bynajmniej nie z chłodu.
Nie miała p r a w a go o to prosić. Nie ona, która przez tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni pozwalała mu wierzyć w osobę, która istniała wyłącznie tak długo, jak długo była jej potrzebna. To ona z o s t a w i ł a go pierwsza.
Sięgnął po klucz i wyszarpnął go z jej dłoni.
— Fuiste t ú quien m e dejó primero — powiedział. Chłod zamknął zarówno w tonie głosu jak i spojrzeniu, które zatrzymał na jej twarzy. Ż a d n a z rzeczy, które wydarzyły się od ich wyjścia z mieszkania, nie wymazywała tego, co zrobiła. Nawet głupie przekazanie mu klucza. Tym bardziej, że w i e d z i a ł, że nie robiła tego dla niego. Dla siebie samej.
Nabrał powietrza i zanurzył się, pozostawiając jej ramię przewieszone przez swój bark. Odnalazł opaskę na kostce dopiero po chwili. Zdrętwiałe palce minęły się z niewielkim zamkiem za pierwszym razem, a przy drugiej próbie klucz niemal wyślizgnął się z jego dłoni. Mechanizm ustąpił pod mocniejszym szarpnięciem. Zielona dioda zamrugała spokojnie pod wodą, a potem zaczęła powoli oddalać się i niknąć w mętnej wodzie.
Kiedy ponownie wynurzył głowę, zaczerpnął kolejnego, urwanego oddechu.
I pewnie mógłby ją z o s t a w i ć. Zrobić to, co powinien był zrobić już w budynku – porzucić agentkę Navarro. Ale mimo wszystko wciąż widział w niej Ortegę i nie potrafił przestać.
— Pero yo no soy tú — Jeszcze nigdy nie udało mu się, bez szczególnego starania, zamknąć tyle jadu w tak krótkim zdaniu. Dopiero wtedy otoczył ją ramieniem i przyciągnął ją mocno do siebie, przejmując ciężar jej ciała coraz słabiej utrzymującego się na powierzchni.
Gdy jasny snop światła przeciął wodę niedaleko nich, zatrzymał się i pozwolił, żeby nurt zniósł ich głębiej pod most. Słyszał nad sobą głosy funkcjonariuszy, częściowo zagłuszane przez syreny i szum wody. Podchwycił kobietę stabilniej, kierując ich w stronę porośniętego nasypu po przeciwnej stronie.
— Tylko mi teraz, kurwa, nie odpływaj.
Dno odnalazł pod stopami dopiero kilka metrów od brzegu. Kamienie osunęły się pod podeszwami, kiedy próbował stanąć, przez co na moment ponownie zanurzył ich oboje głębiej, ale nie wypuścił jej. Nie z o s t a w i ł. Zacisnął ramię mocniej wokół jej ciała i ruszył dalej, najpierw brnąc przez wodę sięgającą klatki piersiowej, później pasa, aż w końcu mógł przejąć cały jej ciężar i niemal wyciągnąć ją na porośnięty mokrą trawą nasyp.
you got a lot of nerve but not a lot of spine
stop the bleeding
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”