Przeczytał pierwszą wiadomość od kobiety trzy razy, zanim w ogóle na nią odpowiedział.
Rissa. To imię, którego dawno nie widział wypisanego na ekranie telefonu, wywołało w nim dziwną mieszankę zaskoczenia i czegoś, czego nie potrafił jeszcze nazwać. Nie sądził, że kiedykolwiek jeszcze się odezwie. Nie po tym, jak to wszystko się skończyło. Nie po latach ciszy, którą sam w pewnym sensie wywołał, choć wtedy nie potrafił tego dostrzec tak wyraźnie, jak dziś.
Byli ze sobą wystarczająco długo, żeby nazwać to prawdziwym związkiem, a nie jakimś przelotnym zauroczeniem z licealnych lat. Kochał ją. Naprawdę, na tyle, jak bardzo potrafił kochać nastolatek przekonany, że ma przed sobą całe życie, żeby wszystko poukładać tak, jak trzeba. Byli sobie bliscy w sposób, który wydawał mu się wtedy oczywisty, niezniszczalny. Problem polegał na tym, że zawsze, odkąd sięgał pamięcią, stawiał swoje marzenia ponad wszystko inne. Ponad przyjaźniami, ponad rodziną, w końcu ponad nią.
Kiedy skończyła się szkoła średnia i wstąpił do akademii, związek, który wcześniej wydawał się fundamentem jego codzienności, zaczął po cichu schodzić na dalszy plan. Nie stało się to nagle. To był powolny, niemal niezauważalny proces, składający się z setek małych zaniedbań, które osobno nie znaczyły nic, a razem zbudowały między nimi przepaść nie do pokonania. Pamiętał te dni aż za dobrze – siedział na zajęciach z prawa karnego, telefon wibrował w kieszeni, a on odpisywał jednym słowem, czasem dwoma:
zaraz,
później,
jestem zajęty, nie odrywając wzroku od notatek. W rozmowach można było wyczuć jego zniecierpliwienie, gotowość powrotu do książek, a czasem nawet złość, bo opowiadała mu o swoich problemach, gdy siedział nad jakimś trudnym tematem. Pamiętał, jak umawiali się na kawę, a on co dziesięć minut patrzył na zegarek, bo za czterdzieści pięć musiał wrócić na strzelnicę. Pamiętał wieczory spędzone nad podręcznikami procedury karnej, kiedy telefon leżał obok, nieodebrany, aż w końcu przestawał dzwonić.
Praktyki. Zajęcia. Szkolenia fizyczne o piątej rano. Egzaminy, które musiał zdać najlepiej, bo tylko najlepsi trafiali do wydziałów, na których naprawdę chciał odbywać praktyki. Cała jego świadomość, cała energia, którą kiedyś dzielił między nią a swoimi ambicjami, zaczęły płynąć w jedną stronę. Stał się typowym kadetem – takim, o jakich mówiło się z podziwem albo politowaniem, w zależności od tego, kogo się zapytano. Kimś, kto jadł śniadanie w biegu, kto zapamiętywał artykuły z kodeksów zamiast rocznic, kto potrafił przez trzy tygodnie nie zapytać drugiej osoby, jak się czuje, bo sam był zbyt pochłonięty tym, żeby udowodnić coś sobie i wszystkim wokół. Nie robił tego ze złośliwości. Po prostu wtedy wydawało mu się, że to właściwa kolejność rzeczy – najpierw kariera, potem wszystko inne. Nie zauważył, kiedy
potem przestało w ogóle uwzględniać Nerissę.
Teraz, około siedmiu lat później, stał na parkingu przed St. John's Anglican Church i choć mieli się tutaj spotkać po raz pierwszy po latach, pojawił się w tym miejscu z zupełnie innego powodu.
W poprzedniej sprawie, którą prowadził, kilka wątków uporczywie się ze sobą nie zgadzało. W papierach szpitalnych figurowała jedna data zgonu, w zeznaniach świadków padała inna, a w aktach koronera trzecia, różniąca się od obu poprzednich o prawie tydzień. Coś tu śmierdziało, i to nie w metaforycznym sensie. Postanowił sprawdzić to osobiście, zanim złoży kolejny wniosek, który mógłby zostać odrzucony z powodu braku spójności oraz dowodów na to, by ponownie otworzyć sprawę. Nagrobek miał dać mu jasną odpowiedź.
Nie dał.
Data wyryta w kamieniu nie zgadzała się z żadną z trzech wcześniejszych wersji. Czwarta możliwość. Cree poczuł ten znajomy, nieprzyjemny ucisk w karku, który zawsze towarzyszył mu, gdy sprawa zaczynała pachnieć czymś większym niż zwykłym urzędniczym niedopatrzeniem.
Grabarz, z którym się wcześniej umówił, czekał na niego przy jednej z bocznych alejek, oparty o taczkę, z twarzą człowieka, który od lat obserwował to samo miejsce w niezmiennym rytmie i niewiele go już dziwiło. Rozmowa toczyła się z pozoru swobodnie, ale Valentine drążył każde pytanie z tą samą precyzją, jaką stosował na przesłuchaniach – nie wprost, nie oskarżycielsko, tylko okrężnie, jakby przypadkiem. Mężczyzna przyznał, że zlecenie otrzymał w pośpiechu. Że zapłacono mu z góry, gotówką, więcej niż zwykle. Że nie pytał o szczegóły dotyczące trumny ani jej zawartości, bo praca ta nie polegała na zadawaniu pytań, tylko na kopaniu i zasypywaniu tych, którzy już odeszli.
Detektyw już wcześniej podejrzewał, że zwłoki mogły pochodzić z zupełnie innej sprawy niż ta oficjalnie zamknięta – albo, co gorsza, że ofiara mogła zostać pochowana żywcem, wcześniej nafaszerowana środkami, które miały zapewnić, że nie obudzi się za wcześnie. Jego podejrzenia, że to rodzina mogła maczać palce w całej tej przedziwnej mistyfikacji, rosły z każdą kolejną informacją wyciągniętą od mężczyzny. Kością niezgody mógł stać się spadek, którym zmarły nie zamierzał się dzielić z niewdzięcznymi krewnymi, którzy przez lata pchali go coraz bliżej krawędzi, aż w końcu, gdy słowa przestały wystarczać, zepchnęli go w jej objęcia. Tylko nie tak, żeby dało się im to przypisać. Przyczyna śmierci była równie niejasna, jak jej data. Na sekcję nie zezwolono. Ciało nigdy nie trafiło do publicznej kostnicy. Nikt poza zakładem pogrzebowym i rodziną nie widział nieboszczyka.
Zadawał więc kolejne pytania, czasem zbaczając na te prywatne, by nieco zamieszać, nie zdradzając, ile już wiedział ani czego się domyślał, obserwując, jak grabarz przestępuje z nogi na nogę, jakby sam czuł, że stąpa po zbyt cienkim lodzie. Valentine nie miał pojęcia, czy mężczyzna mógł być zamieszany w całą tę sprawę, więc musiał działać z podstępem. Nie mógł zdradzić zbyt wiele, by nie wykoleić własnych starań.
Gdzieś z tyłu głowy, między jednym pytaniem a drugim, jego myśli wracały do dzisiejszego spotkania. Nie potrafił zdecydować, jak powinien się zachować po tylu latach. Kiedyś mocno ją zranił – wiedział to; nie musiał sobie tego tłumaczyć na nowo. Ale minęło sporo czasu, a ona nie prosiła teraz o pogodzenie się ani o naprawienie tego, co między nimi nie wyszło. Chciała jego pomocy. I zamierzał jej udzielić. Rzeczowo, profesjonalnie, bez rozpamiętywania przeszłości. Choć tyle mógł dla niej zrobić po tym, jak ją wtedy potraktował.
Powolnym krokiem ruszyli w stronę bramy cmentarza, mijając rząd zaniedbanych krypt, których kamień pociemniał od wilgoci i czasu. Gdzieś wysoko, na gałęzi uschniętego drzewa, wrona wydała z siebie chrapliwy, przeciągły skrzek, jakby protestowała przeciwko ciszy panującej wokół. Kilka alejek dalej starsza para krzątała się przy jednym z grobów, ostrożnie układając świeże kwiaty obok tych, które zdążyły już zwiędnąć.
Wtedy ją dostrzegł.
Mocno się zmieniła – inne włosy, bardziej kobieca sylwetka, to samo spojrzenie, lecz obdarte z nastoletniej niewinności – a mimo to rozpoznał ją niemal natychmiast, zanim jeszcze porządnie zdążył jej się przyjrzeć. Nie uśmiechnął się. Nie był zadowolony, że ją widzi, przynajmniej nie w tym prostym, pozytywnym znaczeniu tego słowa. Poczuł raczej niepokój, ten sam rodzaj napięcia, jaki zawsze towarzyszył mu przed wejściem do pomieszczenia, w którym czekał ktoś, kto krzywdę sam kiedyś komuś wyrządził.
Pożegnał się z grabarzem, dziękując mu krótko za poświęcony czas, a mężczyzna, niespiesznym krokiem człowieka, który już dawno przestał się gdziekolwiek spieszyć, zniknął gdzieś głębiej między rzędami nierównych nagrobków.
Cree wziął kilka głębszych wdechów, próbując rozluźnić momentalnie zaciśnięte gardło i ruszył w stronę kobiety. Nie miał pojęcia, jak zacząć tę rozmowę. Nie miał scenariusza, żadnej gotowej formułki, choć przez całą drogę na cmentarz próbował sobie coś takiego w głowie ułożyć. Czuł na sobie ciężar tego, jak się rozstali, cały ten bagaż, którego nigdy nie zdążyli porządnie rozpakować. Postanowił jednak, że nie pozwoli przeszłości dyktować mu, jak ma się zachować po latach.
Podszedł bliżej, zatrzymując się kilka kroków od niej.
–
Cześć – powiedział w końcu, prosto, bez ozdobników, z których był dobrze znany. –
Mam nadzieję, że nie musiałaś na mnie zbyt długo czekać.
Nerissa Whitelaw