Wiedziano, że nie można było mu przeszkadzać. Marcus lub Leif — w zależności od tego, który znajdował się obok — znali powód niedyspozycji swojego zleceniodawcy, lecz nie musieli zadawać pytań. Ich zadaniem było utrzymanie go przy życiu, jednak nic więcej. Raphael wyraźnie zaznaczył to jeszcze przed zamknięciem się w swoich pokojach; nie chciał lekarza, rozmów, telefonów ani ludzi krążących wokół niego z tą charakterystyczną mieszaniną troski i ciekawości, której nie znosił bardziej niż samej słabości. Chciał, aby świat po prostu o nim zapomniał. Na kilka godzin. Na noc. Może na dzień. Nie wiedział, jak długo miała trwać podobna sytuacja, ponieważ w chwili, gdy zamknął oczy, czas przestał być czymś, co posiadało dla niego znaczenie. Pamiętał tylko początek: ciężar w kończynach, spowolnienie myśli, tę osobliwą miękkość, która pojawiała się pod czaszką, kiedy lek zaczynał odbierać kolejne fragmenty świadomości. Potem nie było już nic. Nie sen w zwyczajnym znaczeniu tego słowa, lecz pustka tak zupełna, że po przebudzeniu nie potrafił odtworzyć nawet jednej ciągłej sekwencji. Jakby ktoś wyjął kilka dni z kalendarza i pozostawił po nich wyłącznie białą przestrzeń. Wiedział natomiast, że przez ten czas Marcus czasami siedział przy nim, kiedy jego stan zdawał się zbyt ryzykowny, sprawdzając oddech, reakcję organizmu, upewniając się, że ciało nadal wykonywało najprostsze czynności bez jego udziału. Raphael nie chciał o tym myśleć. Nie interesowało go aktualnie, kto czuwał, kto dzwonił, kto pytał i kto czekał za drzwiami. Chciał po prostu być sam. Chciał odzyskać tę najbardziej podstawową własność człowieka, jaką była możliwość pozostawania we własnym ciele bez świadków.
Wybudzając się naprawdę, początkowo był więc zawieszony pomiędzy dezorientacją a całkowitym brakiem panowania nad własnym organizmem. Świadomość wracała nierówno, falami. Najpierw pojawiło się oddychanie. Potem ciężar głowy. Potem dotyk materaca pod plecami i chłód powietrza na nagim torsie. Dopiero po dłuższej chwili przypomniał sobie, gdzie był. A nawet wtedy nie był tego całkowicie pewien. Przez kilka sekund Toronto, Paryż i jego własny dom znajdowały się w jego pamięci obok siebie, jakby odległość między nimi nie miała żadnego znaczenia. Próbował przypomnieć sobie, kiedy właściwie przyjechali. Wczoraj? Przedwczoraj? Kilka godzin temu? Nie potrafił. Miał wrażenie, że ostatnim wydarzeniem, które pamiętał z absolutną pewnością, był moment, w którym zamykał oczy. Wszystko późniejsze pozostawało pustą przestrzenią. Dopiero kolejne minuty pozwalały odzyskiwać częściowy rezon, choć ciało wyraźnie pozostawało kilka kroków za świadomością. Mięśnie były ciężkie i sztywne, jak po wielogodzinnym pozostawaniu w jednej pozycji. Kiedy spróbował poruszyć nogą, poczuł nieprzyjemne napięcie w łydce i udzie. Kiedy uniósł rękę, miała przez moment tę obcą bezwładność kończyny, która budziła w nim irytację. Najgorsze było jednak to, że nie potrafił ufać własnej równowadze. Leżał kilka dni. Wiedział to teraz niemal bez konieczności sprawdzania godziny. Organizm mówił mu to wszystkimi możliwymi sposobami: suchością w ustach, ciężarem głowy, sztywnością stawów, osłabieniem i tym dziwnym wrażeniem, że serce przy zmianie pozycji musiało przez moment przypomnieć sobie, jak szybko powinno pracować.
Dlatego wstanie z łóżka okazało się znacznie większym wyzwaniem, niż chciałby przyznać. Najpierw usiadł. Zatrzymał się. Stopy opadły na podłogę, lecz przez chwilę nie miał odwagi przenieść na nie całego ciężaru ciała. Posadzka była chłodna. Czuł ją pod podeszwami, a jednak ten prosty bodziec wydawał się zaskakująco odległy, niemal nierzeczywisty. Pochylił głowę i odczekał, aż pulsowanie za oczami trochę się cofnie. Potem wstał. Natychmiast świat przechylił się w bok. Nie gwałtownie, nie w sposób, który pozwoliłby mu nazwać to zawrotem, lecz wystarczająco mocno, aby dłoń automatycznie zacisnęła się na krawędzi łóżka. Przez kilka sekund stał bez ruchu. Oddychał głęboko, próbując odzyskać stabilność. W głowie miał ciężką, pulsującą obręcz, rozchodzącą się od skroni ku potylicy. Każdy krok wydawał się wymagać osobnej decyzji. Było w tym coś niemal absurdalnego. Raphael Valencourt, który potrafił wejść do pomieszczenia i w ciągu kilku sekund ocenić ludzi, układ przestrzeni, możliwe zagrożenia i hierarchię obecnych, teraz potrzebował kilku chwil, żeby upewnić się, czy był w stanie przejść kilkanaście metrów bez oparcia.
Nie chciał, aby Glass to zobaczyła.
Ta myśl była prostsza od wszystkich pozostałych i właśnie dlatego zwyciężyła. Nie zamierzał pozwolić, żeby Prowadząca zobaczyła jego słabość, nawet jeżeli sama obecność jej w pokoju była już naruszeniem granicy, której normalnie nie pozwoliłby przekroczyć. Szedł więc powoli, lecz starał się nadać temu tempu pozór zamierzonego spokoju. Na tyle, na ile był w stanie. W słabej ciemności kontury mebli pozostawały rozmyte, a jego wzrok, nawet przez okulary, potrzebował czasu, żeby właściwie oceniać odległości. Każdy kolejny krok stawiał ostrożnie. Nie spieszył się, ponieważ pośpiech mógł zakończyć się czymś, czego nie zamierzał jej ofiarować: widokiem własnego ciała bezradnie osuwającego się na podłogę.
Dotarł do miejsca, w którym jedna z części ściany wyglądała jak element dekoracyjnego wykończenia. Nacisnął ją dłonią. Mechanizm ustąpił pod naciskiem i fragment ściany odsunął się, ujawniając przejście do ukrytej łazienki. Raphael wszedł do środka.
Chcesz, żebym wyszła?
-
Jak wolisz — odparł jedynie. Nie miał siły zastanawiać się nad jej pytaniem. Nie nad jego treścią, nie nad intencją, nie nad tym, dlaczego w ogóle znajdowała się w jego sypialni po dniach jego nieprzytomności. Wszystkie te kwestie mogły poczekać. Aktualnie istniało tylko ciało, które domagało się podstawowych rzeczy z brutalnością pozbawioną jakiejkolwiek elegancji: wody, powietrza, pionowej pozycji, odpoczynku. Organizm był przeciążony, a głowa pulsowała bólem przypominającym cierniową koronę zaciśniętą wokół czaszki. W ustach miał taką suchość, że język niemal przyklejał mu się do podniebienia. Przełknął ślinę i poczuł nieprzyjemne drapanie w gardle.
Światło łazienki zapaliło się automatycznie, kiedy tylko wszedł głębiej w pomieszczenie. Raphael natychmiast zmrużył oczy. Łazienka była zupełnie inna od ciemnej sypialni: jasna, niemal teatralna, z zielonymi ścianami pokrytymi dekoracyjnym motywem roślin, ptaków i drobnych kwiatów. Ozdobne złocenia, stare meble i lustro nad komodą sprawiały, że pomieszczenie wyglądało bardziej jak prywatny salon któregoś z dawnych arystokratów niż miejsce przeznaczone do zwyczajnych, intymnych czynności. Po lewej stronie znajdował się kominek, pośrodku dominowała ciężka wanna, a jasna posadzka odbijała światło tak mocno, że przez pierwszych kilka sekund nie był w stanie patrzeć przed siebie. Całość była niemal groteskowo piękna. Zbyt piękna jak na człowieka, który ledwo stał.
Do wanny szedł niemal centymetr po centymetrze. Jedną ręką dotykał kolejnych powierzchni, bardziej dla pewności niż rzeczywistej potrzeby. Kiedy wreszcie dotarł do kranu, palce raz po raz ślizgały mu się po uchwycie. Nie miał siły na irytację. W końcu przekręcił go właściwie i strumień wody popłynął z wyraźnym, jednostajnym szumem.
Pozostał jeszcze przez moment oparty o wannę i patrzył na wodę. Nie wiedział, ile czasu minęło. Kilkanaście sekund? Minuta? Pięć minut? Czas nie posiadał już właściwej skali. Mógłby równie dobrze stać tam przez godzinę. I właśnie ta świadomość sprawiła, że w końcu się poruszył.
Dotarł do umywalki i zwiesił głowę. Oparł dłonie na jej krawędzi. Chłód ceramiki był niemal przyjemny. Zamknął oczy, próbując uspokoić oddech, po czym dopiero po dłuższym momencie podniósł spojrzenie. Lustro oddało mu człowieka, którego przez pierwszą sekundę nie rozpoznał. Twarz była blada, wyraźnie zmęczona. Włosy pozostawały w nieładzie, skóra miała niezdrowy, pozbawiony koloru odcień, a oczy wyglądały inaczej niż zwykle. Źrenice były wyraźnie rozszerzone wciąż jeszcze przyzwyczajone do ciemności sypialni i światła łazienki. Patrzył na siebie długo, próbując ocenić własny stan z takim samym chłodem, z jakim oceniałby cudzą kondycję. Nie podobało mu się to, co widział.
Przesunął językiem po wyschniętych wargach.
-
Marcus? - rzucił za siebie. Głos zabrzmiał słabiej, niż zamierzał. W panującej ciszy, przerywanej jedynie szumem wody, Glass musiała doskonale go usłyszeć.
Oparł się ciężko o ścianę przy zlewie. Jeden łokieć osunął się na umywalkę. Wtedy poczuł skurcz w żołądku. Nagły, głęboki, niemal niezależny od jego woli. Zamarł. Zacisnął szczękę, próbując przeczekać falę mdłości, lecz ta wróciła mocniej. Pochylił się gwałtowniej nad umywalką.
Zwymiotował żółcią. Przez chwilę nie było w nim niczego poza odruchem. Oparł obie dłonie o krawędź umywalki i czekał, aż skurcz minie. Gardło zapiekło go natychmiast, a w oczach pojawiły się łzy, których nawet nie próbował wycierać. Oddychał przez usta, ciężko i płytko, słuchając własnego oddechu oraz nieustannego szumu wody. Czoło oparło się o chłód zlewu, dając tylko na chwilę ulgę.
Potem uniósł głowę. Spojrzał ponownie w lustro, w którym odbijał się zegar zawieszony na ścianie z automatycznie regulowaną datą. I dopiero teraz, po raz pierwszy od przebudzenia, naprawdę zrozumiał, że nie przespał jednej nocy. Przespał trzy dni. A ciało, które przez te trzy dni miało odpoczywać, właśnie wystawiało mu rachunek za każdą z tych godzin.
Sadie Glass