Nie rejestrował tego, co działo się wokół niego. Nie dlatego, że nie miał żadnej wiedzy, żadnej świadomości, żadnego punktu zaczepienia, dzięki któremu mógłby jeszcze powiedzieć sobie:
jestem tutaj, wiem, co się dzieje. Świadomość istniała. Była gdzieś pod powierzchnią, nieprzyjemnie żywa, lecz poruszała się z taką powolnością, jakby przedzierała się przez gęstą, czarną wodę. Wszystko docierało do niego dopiero po kilku długich sekundach. Najpierw pojawiał się bodziec, później jego rozpoznanie, a dopiero na samym końcu — jeżeli w ogóle — możliwość reakcji. Słowa mogły zostać wypowiedziane i zniknąć w przestrzeni, zanim zdołał zrozumieć ich znaczenie. Dotyk pojawiał się na jego skórze, zanim był w stanie ustalić, skąd pochodził. Dźwięki nie układały się w ciągłość, lecz w pojedyncze, oderwane fragmenty: szum wody, własny oddech, jakiś głos, odległe skrzypnięcie, a potem znowu cisza. Nie mógł reagować o czasie. Nie mógł dać odpowiedniej odpowiedzi w momencie, w którym sytuacja jej od niego wymagała. Najgorsze było jednak to, że doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Rozumiał własną bezradność, a świadomość bezradności była niemal gorsza od niej samej.
Czuł, jak ciało przestawało należeć do niego w tym prostym, oczywistym sensie, w jakim powinno należeć do człowieka. Wiotkie, ciężkie, słabe, reagowało z opóźnieniem albo nie reagowało wcale. Raphael próbował poruszyć palcami i przez moment nie był pewien, czy rzeczywiście to zrobił. Próbował napiąć mięśnie nóg, lecz sygnał zdawał się rozpływać gdzieś pomiędzy świadomością a kończynami. Miał wrażenie, że jego organizm wykonywał czynności według własnego, niezależnego od niego programu, a on sam został zredukowany do obserwatora uwięzionego wewnątrz własnej czaszki. Zupełnie jakby umierał po trochu z każdą kolejną mijaną sekundą, nie w gwałtownym, dramatycznym akcie, lecz poprzez stopniowe wycofywanie się rzeczy, które jeszcze chwilę wcześniej uważał za oczywiste: równowagi, siły, ostrości widzenia, pewności ruchu. Nie wiedział, kiedy miał zapaść się całkowicie. Ta niewiedza była najgorsza. Nie sama możliwość utraty przytomności, lecz świadomość, że nie potrafił przewidzieć momentu, w którym jego umysł przestanie być wystarczająco przytomny, aby jeszcze cokolwiek kontrolować.
Nie wiedział więc, że dłonie wspierające jego ciało należały do Glass. Nie słyszał, kiedy weszła do łazienki. Jej obecność pojawiła się w jego świadomości dopiero wtedy, kiedy stała się fizycznym faktem: ciężarem czyjegoś ramienia, naciskiem palców, ciepłem znajdującym się zbyt blisko jego skóry. Wszystko inne zagłuszał własny ból umysłu, tępy i pulsujący, obejmujący czaszkę niczym metalowa obręcz zaciskana coraz mocniej przy każdej próbie podniesienia głowy. Próbował skupić wzrok, lecz obraz rozpływał się natychmiast. Pomieszczenie było jednocześnie zbyt jasne i zbyt odległe. Zielone ściany, złote ornamenty, wanna, lustro — wszystko istniało, ale nic nie pozostawało w jednym miejscu. Kontury przesuwały się względem siebie, jakby ktoś wprawił łazienkę w powolny obrót.
Dopiero po czasie zarejestrował zsuwające się z nosa okulary. Poczuł ich ciężar na policzku, a potem chłód wilgoci na twarzy. Nie wiedział, kto go dotykał. Mógł to robić on sam. Równie dobrze mógł to być ktoś inny. W tej chwili różnica wydawała się pozbawiona znaczenia. Wszystko było zbyt ciężkie i zbyt niepoukładane, żeby można było nadać temu właściwe nazwy. Spróbował nabrać powietrza głębiej, lecz nawet ten prosty ruch wydawał się wymagać wysiłku. Ciepło włosów, które przez chwilę znalazło się przy jego twarzy, zniknęło, odsunięte gdzieś do tyłu, i Raphael odetchnął cicho, niemal z ulgą. Przez moment miał absurdalne wrażenie, że kosmyki zabierały mu tlen. Wiedział, że to niedorzeczne. Nie miał jednak siły poprawiać własnego rozumowania.
Wtedy dotarły do niego słowa. Nie od razu. Najpierw tylko głos, pozbawiony znaczenia, potem pojedyncze dźwięki, które dopiero po kilku sekundach zaczęły układać się w sens.
Ale najpierw musisz coś dla mnie zrobić. Usiądziemy na podłodze, dobrze?
Usiądziemy.
Słowo powróciło do niego z opóźnieniem.
Podłodze.
Jeszcze później.
Dobrze?
Przez moment chciał odpowiedzieć, lecz nie wiedział właściwie, co miał powiedzieć. Nie miał już energii na sprzeciw. Nie miał energii nawet na tę charakterystyczną dla siebie potrzebę odzyskania kontroli. Kolana zaczęły się pod nim zginać od własnego ciężaru i z jego gardła wydobyło się tylko krótkie:
-
Hmm.
Nie oznaczało zgody. Nie oznaczało odmowy. Nie było niczym. Przyznaniem, że słyszał, choć nie potrafił już odpowiednio zareagować. Nie zamierzał walczyć. Nie zamierzał zaprzeczać. Po prostu poddawał się kontroli znajdującej się przy nim osoby. A może
osoby nie było właściwym słowem. Przez chwilę przemknęła mu myśl, że może wciąż był sam. Może Glass w ogóle nie istniała. Może była jedynie kolejnym elementem tego dziwnego, rozpadającego się snu, który rozpoczął się trzy dni wcześniej i z którego jego umysł nie potrafił jeszcze właściwie wyjść.
Osadzenie na twardej podłodze powinno pomóc. Tak przynajmniej podpowiadał mu rozsądek, który wciąż gdzieś istniał, choć był coraz bardziej oddalony. Powinien poczuć stabilność. Powinien przestać walczyć z równowagą. Powinien móc oprzeć plecy o coś twardego i pozwolić, aby świat przestał się przesuwać. Nie przestał. Pomieszczenie nadal obracało się wokół niego. Powoli, nieubłaganie, bez żadnego punktu, którego mógłby się uchwycić. Nudności powracały falami. Żołądek kurczył się boleśnie, jakby próbował pozbyć się wszystkiego, co jeszcze w nim pozostało. Raphael przełknął ślinę, lecz natychmiast poczuł pieczenie w gardle.
Próba utrzymania przytomności była niczym. Nie miał już właściwie żadnego planu. W głowie latały mu jedynie urwane myśli o tym, co zrobił.
Po co to zrobiłem? Pytanie powróciło raz, drugi, trzeci, lecz za każdym razem odpowiedź rozpadała się, zanim zdążyła się pojawić. Pamiętał tabletki. Pamiętał decyzję. Pamiętał własną dłoń. Pamiętał świadomość, że chciał przestać czuć. Nie potrafił jednak przypomnieć sobie, co dokładnie chciał w ten sposób uciszyć.
Zdawało mu się, że powinien coś powiedzieć. Może chciał powiedzieć jej, żeby wyszła. Może chciał zapytać, kto ją tutaj wpuścił. Może chciał zawołać Marcusa. Żadne słowo nie przeszło przez gardło. Zamiast tego obraz przed oczami rozjechał się jeszcze bardziej. Lustro podwoiło swoją powierzchnię, złota rama rozpłynęła się w świetle, a zielone ściany zdawały się oddalać, jakby łazienka nagle stała się ogromna. Raphael zamknął oczy. Natychmiast zrobiło się gorzej. Świat nie przestał wirować tylko dlatego, że go nie widział.
W pewnym momencie poczuł, że ktoś go podnosi. Nie wiedział kiedy. Nie wiedział jak. Nie potrafił nawet powiedzieć, czy rzeczywiście oderwał stopy od podłogi. Przez chwilę otworzył oczy. Nieprzytomnym, nieostrym spojrzeniem dostrzegł przed sobą sylwetkę Marcusa. Znajomy kształt ramion. Znajomy sposób poruszania się. Obok niego, za plecami, przez krótką sekundę pojawiła się jeszcze jedna sylwetka.
Glass. Słowo pojawiło się w jego głowie z niezwykłą wyrazistością.
Glass. Może je wypowiedział. Może tylko pomyślał. Nie był już w stanie rozróżnić jednej możliwości od drugiej. Nie, gdy powitała go ciemność nieprzytomności, a wszystko wokół zgasło.
—18:30—
Obudził się ponownie. Tym razem nie musiał od razu walczyć z pytaniem, gdzie się znajdował. Wiedza wróciła wcześniej niż siła. Pamiętał pokój, rozpoznawał ciężkie zasłony, ornamenty na ścianach, wysokie łóżko i charakterystyczny układ mebli. Pamiętał Toronto. Pamiętał podróż z Paryża. Pamiętał wiadomość od Gospodarza. Pamiętał nawet własną decyzję o zażyciu leków. Nie wszystkie szczegóły układały się jeszcze w idealnie ciągłą sekwencję, lecz nie była to już czarna pustka. Raczej księga, której brakowało kilku stron, ale której tytuł i większość rozdziałów pozostawała mu znana.
Leżał w czystej pościeli, ubrany w świeżą koszulę i spodnie od piżamy. Materiał pachniał delikatnie aromatem, który kojarzył mu się z Bliskim Wschodem — czymś cięższym od zwykłego detergentu, z nutą drewna, przypraw i czegoś niemal kadzidlanego. Zapach był przyjemny, choć przez chwilę wydał mu się niemal zbyt intensywny. Jego zmysły nadal pozostawały nadwrażliwe. Każdy szczegół docierał do niego wyraźniej, niż powinien: szelest prześcieradła, chłód powietrza na dłoni, własny oddech.
Zasłony były rozsunięte na całą szerokość. Światło kończącego się dnia przesuwało złote refleksy po ścianach. Raphael przez chwilę patrzył na nie bez ruchu. Nie musiał pytać o godzinę, żeby zrozumieć, że musiało być późne popołudnie. Po kilku sekundach jego wzrok zatrzymał się na aparaturze stojącej obok łóżka. Ciche, regularne piknięcie monitora. Przewód. Kroplówka. Rzeczy, których obecność mówiła mu więcej niż jakiekolwiek wyjaśnienie.
Zmarszczył lekko brwi. Czyli jednak jego stan był na tyle poważny, że ktoś uznał za konieczne pozostawienie przy nim monitorowania i nawodnienia. Nie podobało mu się to. Nie dlatego, że nie rozumiał potrzeby. Właśnie dlatego, że ją rozumiał, ale i tak nie zamierzał nic z tym zrobić.
Przesunął spojrzenie dalej. Dopiero wtedy zauważył sylwetkę po swojej lewej stronie. Blondynka siedziała na dużym fotelu, prawdopodobnie przyniesionym z któregoś z sąsiednich pomieszczeń. Głowę i ramiona opierała o materac jego łóżka. Spała. Ciemne oczy Valencourta patrzyły na nią przez dłuższą chwilę.
Glass. Tym razem nazwisko nie było przypuszczeniem. Nie było majakiem ani fragmentem rozpadającej się świadomości. Rozpoznał ją bez najmniejszego problemu. Tak samo jak Marcusa.
Zamknął oczy. Było mu ciężko, lecz tym razem ciężar znajdował się gdzie indziej. Umysł odzyskał już wystarczającą klarowność, aby rozumieć sytuację, analizować ją i zadawać pytania. Ciało natomiast wciąż pozostawało daleko w tyle. Mięśnie były słabe, jakby należały do kogoś, kto dopiero uczył się ich używać. Nie czuł jednak tej wcześniejszej bezradności. Wiedział, że to minie.
Otworzył powieki ponownie. Tym razem spojrzał w drugi koniec pokoju. Marcus siedział pod oknem. Nieruchomy. Milczący. Obserwujący. Raphael skinął mu tylko głową. Benińczyk odpowiedział równie dyskretnie. Nie było potrzeby rozmowy. Obaj rozumieli, że samo wybudzenie nie oznaczało jeszcze powrotu do normalności.
Raphael rozejrzał się jeszcze raz. Jego sypialnia zmieniła się w małą salę szpitalną. Aparatura, kroplówka, przygotowane środki, fotel przy łóżku. Na stoliku obok znajdowało się jedzenie. Nietknięte. Zatrzymał na nim wzrok, a potem spojrzał na Glass. Nie wiedział, jak długo czuwała przy nim. Nie wiedział, czy jadła wcześniej, czy może od wielu godzin siedziała tutaj, czekając na jego przebudzenie. Było w tym coś irytującego. I coś, czego nie chciał jeszcze nazywać.
-
Miałaś jeść - odezwał się cicho, nie czując już tej okrutnej suchości w ustach. Nie wiedział, czy Glass go usłyszała, ale po raz pierwszy od trzech dni Raphael mówił nie do pustki. Mówił do rzeczywistego człowieka.
Sadie Glass