Art usłyszał o wypadku od rodziców, tak jak zwykle dowiadywał się o wszystkim, co dotyczyło rodziny – z drugiej ręki, przez telefon, w pośpiechu między jednym spotkaniem a drugim. Początkowo się nie przejął. To była w końcu praca Sarina – ryzykowna, czasem brutalna, coś, czego nigdy do końca nie rozumiał, ale co jego brat wybrał sam, świadomie, po odejściu z policji. Ale gdy w rozmowie padło słowo
postrzał, a zaraz po nim
szpital, coś się w nim zmieniło. Coś zaskoczyło, jakby ktoś wcisnął przycisk, o którego istnieniu nie miał pojęcia. Rodzice jednak nie zdradzili mu nic więcej. Kilka zdań, tyle samo niepokoju, ile chłodnej rzeczowości, z jaką jego matka zawsze przekazywała najtrudniejsze wiadomości.
Nie był najbardziej rodzinnym gościem. Słabo sobie radził w tej materii jeszcze zanim stał się sławny, a gdy blask fleszy stał się jego codziennością, bliscy zeszli na dalszy plan. Nigdy się ich nie wstydził. Nie miał problemu z tym, skąd pochodził. Nie było to jednak nic, co podbijało jego statystyki ani nic, co sprawiało, że stawał się jeszcze bardziej lubiany. Rodziło to jednak mnóstwo pytań, na które po prostu nie chciał odpowiadać. Nie planował szukać wymówek.
Brat w pewnym sensie był jego oczkiem w głowie. Choć kontakt mieli słaby i spotykali się tylko na rodzinnych wydarzeniach, takich jak pogrzeb, wciąż był dla niego ważny. Martwił się o niego. To nie była tylko akceptacja starszego mężczyzny w jego życiu, ale realna potrzeba posiadania kogoś takiego blisko. Sarin zawsze był dla niego dobry. Nie była to jedna z tych braterskich relacji pełnych rywalizacji i wzajemnej niechęci. Art czuł się za dzieciaka zaopiekowany. Jeśli ktoś zaczepiał go w szkole, starszy Rattanakosin zawsze przychodził z pomocą. Gdy rodzice pracowali, on zapewniał mu towarzystwo, uczył go jeździć na rowerze i jak nie bać się ciemności.
Największy rozłam nastąpił, gdy starszy z braci przeniósł się do Kanady. Nie dość, że Arthit był zbyt skupiony na karierze, żeby utrzymywać lepsze relacje z Innem, to na domiar złego tamten wyjechał tysiące kilometrów od domu, a drugi nie miał nawet zamiaru porządnie się pożegnać. Nie pojechał na lotnisko, żeby go odprowadzić – był wtedy zajęty. Zawsze znajdował coś ważniejszego. Tęsknił za nim, ale był też na niego zły. Znał przecież jego marzenia. Pamiętał wszystkie sprzeczki z rodzicami, które odbijały się także na nim, nieco młodszym, obserwującym to wszystko z boku. To wszystko sprawiło, że ten wyjazd Sarina stał się w pewnym sensie łatwiejszy, ale też zaogniło niechęć, która na dobre zmaterializowała się między nimi. Nigdy nie odwiedził brata w Toronto, nawet jeśli promocja jakiegoś filmu czy singla odbywała się w Kanadzie. Jakoś nigdy o tym nie pomyślał. Może wciąż czuł żal.
O własnej przeprowadzce nie poinformował starszego brata. Wiedział, że ten w końcu się dowie – był w końcu osobą publiczną, a na domiar złego Sarin był detektywem. Niewiele się jednak wydarzyło od tego czasu. Nieraz był bliski zadzwonienia, ale odpuszczał w ostatnim momencie. Jeden nie odwiedzał drugiego. Nie był nawet pewien, czy starszy Rattanakosin znał jego adres. Nigdy w końcu nikomu z rodziny go nie zdradził. W kontakcie
na wypadek nagłej sytuacji miał wpisanego swojego menedżera.
Pod wskazany adres podjechał – a raczej został przywieziony przez kierowcę – swoim czarnym SUV-em, o którym opinia publiczna nie miała pojęcia. Lubił mieć jeden samochód poza zasięgiem kamer. Czasem ta anonimowość była mu naprawdę potrzebna. Nie przyjechał w towarzystwie ochroniarza ani agenta. Był sam. Zupełnie niepodobnie do niego.
Gdy stanął przy drzwiach, nie był pewien, czy powinien zadzwonić, czy może zapukać. Nie wiedział, jak się zachować, co powiedzieć ani jak zareagować na człowieka, którego nie widział więcej niż kilka razy w ciągu ostatnich czternastu lat. Wziął jednak głęboki wdech i nadusił przycisk.
–
Sawadee khap i tobie, P'Inn – rzucił, wyraźnie mniej zaskoczony niż jego brat. –
Nie zachowuj się, jakbyś zobaczył ducha.
Wparował do mieszkania, jak gdyby nigdy nic. Bez zaproszenia, bez żadnego
czy mogę wejść. Rozejrzał się po pierwszym pomieszczeniu i musiał przyznać, że Sarin miał gust. Nie mieszkał źle. Chyba dobrze mu płacili w tej prywatnej agencji.
–
Widzę, że jesteś w świetnej formie. Gdy rodzice poinformowali mnie o twoim wypadku kilka dni temu, myślałem, że długo stamtąd nie wyjdziesz. A tu proszę.
Sarkazm aż kipiał z jego wypowiedzi. Miał też dla niego bardzo tajski podarunek – kosz pełen owoców, kupiony w pośpiechu, ale starannie ułożony, bo niczego innego nie wymyślił.
–
No, co? Nie przywitasz się, jak należy, ze swoim braciszkiem?
Odłożył prezent na ziemię i rozłożył ręce w geście oczekującym, że ten go przytuli. Było to coś zupełnie do niego niepodobnego, ale w tej chwili, stojąc w przedpokoju w mieszkaniu brata, którego, zdawało mu się, prawie nie znał, poczuł, że nie ma nic przeciwko temu, by przez chwilę stać się kimś innym, niż kim był na co dzień przed kamerą.
Sarin Rattanakosin