31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

five
win first and then go to war
Obrazek

Nie wiedział, kiedy zrozumiał, że miał otwarte oczy. Być może oczy otworzyły się znacznie wcześniej, a świadomość dopiero teraz zdołała przedostać się przez gęstą, lepką warstwę snu, który nie przypominał odpoczynku, lecz raczej miejsce, do którego człowiek zostawał wtrącony i z którego po przebudzeniu musiał wydostać się własnymi siłami. Ciemność zasłoniętych kotar szczelnie blokowała jakiekolwiek światło mogące wpaść do wnętrza pomieszczenia. Nie była to jednak zwyczajna nocna ciemność. Raphael znał ciemność nocy, znał ją z domów położonych daleko od miast, z zamkniętych samochodów prowadzonych leśnymi drogami, z pomieszczeń, w których światło gasło na życzenie człowieka stojącego po drugiej stronie drzwi. Ta była inna. Gęsta, niemal materialna, przyklejona do ścian, mebli i ciężkich fałd zasłon, tak że przez pierwszych kilka sekund miał wrażenie, iż leży nie w swoim łóżku, lecz gdzieś pod ziemią, w przestrzeni pozbawionej okien i czasu.
Odetchnął. Powoli. Powietrze dostało się do płuc z nieprzyjemną łatwością, jakby ciało przez wiele godzin zapomniało, że oddychanie było czynnością, której nie trzeba było wykonywać świadomie. Leniwie obrócił się na twardym materacu, a ruch ten wywołał w nim krótkie, głuche pulsowanie gdzieś za oczami. Nie był to ból. Jeszcze nie. Raczej ciężar, przypomnienie, że poprzedniego wieczoru świadomie przekroczył granicę między zwykłym zmęczeniem a snem wywołanym medycznym środkiem, który miał uciszyć organizm skuteczniej, niż potrafił zrobić to własną wolą. Pamiętał tabletki. Pamiętał szklankę wody. Pamiętał, że przez chwilę siedział na brzegu łóżka i patrzył na swoje odbicie w czarnym ekranie telefonu, zastanawiając się, czy człowiek może przyzwyczaić się do tego, że nawet odpoczynek wymagał od niego zastosowania przemocy wobec własnego umysłu. Potem pamięć urywała się niemal elegancko. Bez sceny końcowej. Bez zamknięcia kurtyny. Po prostu zniknęła.
Uniósł głowę o kilka centymetrów i natychmiast pożałował tego ruchu. Pokój zakołysał się w sposób subtelny, lecz wystarczający, aby musiał zacisnąć szczękę i zamknąć oczy. Czuł chłód na nagim torsie. Kołdra zsunęła się gdzieś poniżej bioder, pozostawiając mu tylko spodnie od piżamy. Przywykł do ubrań jako do kolejnej warstwy kontroli: koszula, marynarka, zegarek, buty, wszystko miało swoje miejsce i funkcję. Teraz miał na sobie jedynie miękkie spodnie, a jego ciało, którego nie musiał przed nikim tłumaczyć, było pozbawione wszystkich tych drobnych znaków społecznej przewagi, które w ciągu dnia czyniły z niego Raphaela Valencourta, człowieka posiadającego nazwisko, stanowisko i określone miejsce w szeregu. W ciemności pozostawał po prostu człowiekiem leżącym na łóżku. I może właśnie dlatego przez krótką chwilę nie chciał otworzyć oczu ponownie. Pomyślał, że istniała pewna ironia w tym, iż człowiek całe życie budował wokół siebie twierdzę, a potem potrzebował chemii, aby choć na kilka godzin przestać jej pilnować.
Ułożył prawe przedramię na twarzy, zupełnie jakby zasłaniał się przed światłem, lecz nic nie było. Ani blasku, ani poranka, ani nawet tej bladej poświaty, która zwykle przeciskała się przez szczeliny pomiędzy ciężkimi kotarami. Zamiast niej wyobraził sobie sufit. Wiedział, gdzie powinien znajdować się każdy jego element. Nad nim, w tej absolutnej czerni, wisiał jasny żyrandol, którego kryształy w ciągu dnia łapały promienie wpadające przez wysokie okna i rozbijały je na dziesiątki, setki drobnych refleksów. Nigdy nie lubił go szczególnie, choć pamiętał, że jako dziecko długo patrzył na jego odbicia na wypolerowanej posadzce. W ciemności wyobraźnia oddawała mu go jednak z niemal obsesyjną dokładnością: ramiona, kryształy, metal, ornamenty. Wiedział nawet, gdzie powinien pojawić się pierwszy promień, gdyby pozwolić porankowi wedrzeć się do środka. Tam, gdzie nie dostrzegał niczego, znał wszystko. I właśnie to poczucie było bardziej niepokojące od samej ciemności.
Przekręcił głowę w stronę okna. Nie widział go, ale wiedział, że było tam, za grubą warstwą materiału. Pokój był niemal dokładnie taki, jak zawsze: symetryczny, monumentalny, przesadnie piękny, a przez to pozbawiony czegoś, co zwykli ludzie nazywali przytulnością. Marmurowe kolumny, ciężkie dekoracyjne tkaniny, ciemne meble ustawione po obu stronach przestrzeni, lustra i ornamenty, które w świetle dnia tworzyły obraz niemal teatralny. Łóżko pod baldachimem wyglądało bardziej jak relikt dawnego dworu niż miejsce, w którym człowiek miał rzeczywiście spać. W tej chwili jednak cała ta architektura przestała być widzialna. Pozostała jedynie w jego pamięci.
Nie wiedział, jak długo spał. Mogło minąć parę godzin, mogła minąć cała noc, a po tym, jak długo ciało pozostawało pod wpływem leku, przez moment nie ufał nawet własnemu poczuciu czasu. Toronto powinno być za drzwiami, ze swoim zimnym powietrzem, odległym ruchem samochodów i światłem miasta, lecz nic z tego nie docierało do jego świadomości. Przez krótką chwilę nie wiedział nawet, czy rzeczywiście znajdował się w Kanadzie. Nazwy miejsc pojawiały się w jego głowie jak etykiety przyklejane do przedmiotów, których nie można było zobaczyć. Paryż. Samolot. Toronto. Hotel. Posiadłość. Noc. Wszystko mogło być prawdą, a jednocześnie nic nie posiadało ciężaru rzeczywistości. Ten stan przypominał mu coś, czego nauczył się dawno temu: że najbardziej skuteczną formą zamknięcia nie była ściana, lecz odebranie człowiekowi pewności, gdzie właściwie się znajdował. W opisach przemocy i kontroli, które czasem przewijały się przez lektury traktujące o traumie, sekretach i mechanizmach podporządkowania, powtarzał się motyw człowieka tracącego orientację, własną chronologię, poczucie tego, co było przed chwilą, a co wydarzyło się dawno temu. Nie potrzebował znać teorii, żeby rozumieć podstawową zasadę: człowiek bez pewności co do czasu stawał się łatwiejszy do przesunięcia w dowolnym kierunku.
Poruszył palcami. Najpierw lewej dłoni, potem prawej. Sprawdził, czy drżenie ustąpiło. Nieznaczne. Prawie niezauważalne. Mimo to zauważył je. Raphael zawsze zauważał rzeczy, które inni mogliby uznać za nieistotne. Właśnie dlatego przez lata nauczył się nie ufać własnemu ciału bardziej niż własnemu rozumowi. Ciało zdradzało. Ciało pamiętało. Ciało reagowało szybciej niż człowiek zdążył nadać reakcji znaczenie. Umysł natomiast można było ćwiczyć, dyscyplinować, karać, oszukiwać, przekonywać. Był bardziej posłuszny. A jednak teraz to ciało, ciężkie i opóźnione, mówiło mu prawdę, której nie chciał słyszeć: poprzedniej nocy był bezbronny.
I wtedy ją poczuł.
Nie usłyszał kroków. Nie usłyszał oddechu. Nie skrzypnęła podłoga. Nie poruszyła się klamka. Nic nie zdradziło jej obecności, a jednak świadomość Raphaela, już niemal całkowicie wyrwana ze snu, nagle skupiła się na jednym punkcie pomieszczenia. Po lewej stronie. Nieco dalej od łóżka. W miejscu, którego nie był w stanie zobaczyć.
Przez kilka sekund leżał nieruchomo.
Pierwszą reakcją nie był strach. Strach wymagałby pewności. To było coś bardziej pierwotnego: irytacja zmieszana z chłodnym zainteresowaniem. Ktoś wszedł do jego prywatnych pokoi. Ktoś zrobił to, kiedy spał. A jeśli nie słyszał wejścia, oznaczało to, że albo człowiek ten potrafił poruszać się wyjątkowo cicho, albo Raphael był pod wpływem środka wystarczająco długo, by nie zarejestrować momentu, w którym drzwi się otworzyły. Obie możliwości były nieprzyjemne. Żadna nie była przypadkowa.
Nie spieszył się. W jego świecie pośpiech był przyznaniem się do przewagi przeciwnika. Przez moment skupił się na absolutnej czerni, jakby samo myślenie o niej mogło zmusić ciemność do oddania tego, co ukrywała. Nic.
Wtedy odezwał się:
- Co tu robisz?
Własny głos zabrzmiał mu obco. Niski, zachrypnięty, leniwy, pozbawiony tej precyzji, którą zwykle posiadał. Słowa zdawały się ginąć w przestrzeni pozornie pustego pokoju, lecz było to błędne założenie. Nie musiał mówić tego głośno. Czuł jej obecność. Prowadzącej. Znajdującej się w jego prywatnych pokojach. W jego ciemności.
I dopiero wtedy pomyślał o czymś, co sprawiło, że całe senne otępienie zaczęło ustępować lekkiej irytacji: jeśli pozwoliła sobie wejść tutaj, podczas gdy spał, nie zrobiła tego po to, żeby go obudzić. Przyszła, zanim otworzył oczy. A to oznaczało, że czekała. Oczywiście, że czekała...

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pierwszego dnia ją odesłano.
Drugiego dnia ją odesłano.
Trzeciego dnia nie dała się odesłać.
Powinna się cieszyć - im dłużej pozostawał nieprzytomny bądź inaczej nieosiągalny, tym większą miała swobodę. Nie mógł zlecić jej absurdalnego obowiązku, jeśli wcale go nie było. Nie mógł jej gnębić, dokuczać ani ignorować, jeśli wcale go nie było. Jeśli jednak wcale go nie było…
Sadie znajdowała się w nieznośnie nijakiej przestrzeni pomiędzy starym życiem, a nowym układem. Nie była ani sobą sprzed sprzedaży dwudziestej pierwszej - sobą, która każdy dzień mogła podporządkować wyłącznie sobie samej, ani sobą po sprzedaży - sobą, która istniała by zadowalać Właściciela jednoczesną nieobecnością i obecnością na każde skinienie. W tej próżni doskwierała jej pustka, a jedyną osobą która nieznośnie ją wypełniała, pozostawał on.
Była tym wnioskiem zirytowana. Potem zafascynowana. Wreszcie zaniepokojona, zarówno jego stanem jak i swoją nań reakcją. Powinno być jej wszystko jedno, jeśli nie potrafiła wykrzesać w sobie odrobiny ulgi czy radości - ale nie było. Podejrzliwa natura blondynki zaczęła składać informacje w ciąg, który niepokoił. Używki stały się jasnym wytłumaczeniem. Choć nigdy nie posądzałaby Valencourta o purytanizm, gdy trzeciego dnia personel powtórzył tę samą śpiewkę o niedostępności, stopy odmawiały cofnięcia się do końca korytarza i jej własnej sypialni. Wtargnęła do komnaty ciemności bez planu i bez wymówki, która mogłaby uchronić ją od kary. W piżamie i z kubkiem kawy w dłoni - paskudnie idealnym, skompletowanym z porcelanową zastawą. Z takiego naczynia kawa w domu nie mogła smakować dobrze - ale Sadie Glass musiała wybierać bitwy do stoczenia, żeby nie polec na wszystkich frontach.
Usiadła na kanapie, którą ewidentnie projektowano do funkcji ozdobnej. Z komfortem nie miała nic wspólnego, o użytkowniku nie myślano raczej wcale - próbowała znaleźć sobie wygodną pozycję, lecz wszystkie przypominały o wieku starczym (wieku zaokrąglanym do trzydziestki) w innym miejscu. Próby położenia się na boku łupały w krzyżu, próby siedzenia atakowały szczuplejsze niż przedtem pośladki. Po turecku nie, bo drewno spod tapicerki atakowało każdą kostkę. Na leżąco nie, bo nie było gdzie oprzeć szyi.
Kilka razy udało jej się przymknąć oczy na tyle, by stracić orientację w czasoprzestrzeni i otworzyć je z przerażeniem, że przegapiła coś ważnego. Sprawdzała, czy oddychał.
Nie przekraczała jednak niewidzialnej granicy, którą sama wytyczyła z geodezyjną wprawą pomiędzy przestrzenią przy drzwiach a główną przestrzenią sypialni.
Musiało minąć kilka godzin zanim jakkolwiek drgnął, a jej ciało zareagowało na ledwo słyszalny szelest pościeli pierwszą oznaką spokoju od siedemdziesięciu dwóch godzin.
Nie odzywała się. Nie kręciła na tym narzędziu tortur, które tylko udawało mebel. Czekała, a ciemność skrywała najprostszy z kobiecych uśmiechów. Nie było w nim ani pobłażania, ani rozbawienia, ani nawet ulgi - powitanie.
Nie zauważyła momentu, w którym Właściciel stał kimś znajomym. Stałym elementem jej dnia, jeśli nie fizycznie, to w świecie myśli. Pytaniem i odpowiedzią. Udręką i odpoczynkiem.
Znoszenie go było jedną z trudniejszych rzeczy, jakie Sadie Glass musiała zrobić za życia… Ale bez tego wyzwania dni dłużyły się niemiłosiernie bez celu, bez sensu. Należało położyć temu kres.
I potencjalnie zapobiec obturacyjnemu bezdechowi sennemu.
Pozwoliła sobie zaistnieć w tej przestrzeni dopiero wywołana do tablicy. Poruszyła się na kanapie, rozprostowała nogi i kręgosłup, notując uszczerbek na zdrowiu wywołany wielogodzinnym oczekiwaniem na jaśniepana. Na własne życzenie - nie mogła się skarżyć. Wstała i błądząc w kompletnej ciemności podeszła parę kroków; wyostrzony wzrok nie zastępował znajomości układu pomieszczenia, więc nieopatrznie kopnęła krawędź łóżka. Przeszkoda zatrzymała ją na kilka sekund, gdy zaciskała usta w wąską kreskę i wyklinała w myślach wszelkie świętości - lecz nie pokonała jej uporu w dążeniu do celu.
A celem było upewnienie się, że będzie żył wystarczająco długo żeby gnębić ją do czasu końca trzymiesięcznej współpracy, którą wybrali w grze Gospodarza.
Usiadła na brzegu materaca, a łagodny wzrok szukał w ciemności konturów, które zdążyła już poznać tak dobrze. Raphael wydawał się nie pasować do panującej w pomieszczeniu czerni. Miał zbyt delikatne rysy; niemalże chłopięce. Takie, które pasowały do zapachu wakacji.
Paragraf trzeci, punkt drugi — odpowiedziała cicho. W harmonii z procesem wybudzania, któremu nie sprzyjał jej zwyczajowy próg ekstrawertyzmu.
Pracownik otrzymuje prawo do wykonywania pracy merytorycznej odpowiadającej jej kwalifikacjom.
Pozwoliła ciszy zawisnąć między nimi w gęstym i ciężkim nastroju przesadnie zdobionej nory. Na kilka chwil. Tyle, by kolejne słowa dojrzały na języku.
Sprawdzałam, czy oddychasz. Przestraszyłeś mnie kilka razy.

raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Wylatywali z Paryża wieczorem tego samego dnia, w którym otrzymali wiadomość od Gospodarza. Raphael właściwie nie potrzebował niczego więcej poza jednym szczegółem, który od pierwszego przeczytania utkwił mu w pamięci z irytującą precyzją: mężczyzna miał wyraźną uwagę w śledzeniu podróży swojej Prowadzącej. Nie było w tym nic szczególnie spektakularnego, a jednak właśnie takie drobiazgi interesowały go najbardziej, ponieważ ludzie zdradzali się nie wtedy, kiedy próbowali coś powiedzieć, lecz wtedy, kiedy uznawali pewne rzeczy za niewarte ukrywania. Wzmianka o jej stanie — o tym, że nadal żyła, że jej istnienie pozostawało czymś, co Gospodarz uważał za istotne i warte odnotowania — oznaczała przynajmniej jedno: nie był całkowicie pewien, jaki naprawdę potrafił być Valencourt. Być może wysłana propozycja została sporządzona jeszcze przed Aukcją, przygotowana według jakiegoś wcześniej ustalonego schematu i przeznaczona dla każdego, kto znalazł się w określonej sytuacji; być może Gospodarz posiadał już wtedy wystarczająco dużo informacji, aby przewidzieć możliwość pojawienia się Raphaela. A może przeciwnie — każde słowo zostało dopisane później, już z myślą o nim, już po tym, jak nazwisko Valencourt zostało zestawione z osobą, której nie powinien był w ogóle mieć przy sobie. Nie mógł tego wiedzieć. Wiedział jednak to, iż dobór słów sam w sobie nie był jednak przypadkowy. Tego był pewien. Ludzie, którzy naprawdę mieli władzę, rzadko pozwalali sobie na przypadkowe zdania. Jeszcze rzadziej pozwalali sobie na przypadkowe informacje.
Oznaczało to również, że Gospodarz opierał się na przesłankach dostępnych szerszemu ogółowi — przynajmniej pozornie. Nie wchodził do domu Raphaela. Nie dysponował, o ile było mu wiadomo, człowiekiem znajdującym się w jego najściślejszym otoczeniu, kimś, kto mógłby przekazywać szczegóły z wnętrza jego prywatnego świata. Nie miał swoich szpiegów w najbliższym kręgu albo, co było możliwością znacznie ciekawszą, nie zamierzał przyznawać się do ich istnienia. Raphael potrafił żyć z pierwszą wersją. Druga była znacznie bardziej nieprzyjemna. Władza nie zawsze polegała przecież na tym, żeby wiedzieć wszystko. Czasem wystarczyło stworzyć w człowieku podejrzenie, że ktoś może wiedzieć wszystko, a następnie pozwolić mu samemu wypełnić pustkę. To była jedna z najstarszych metod kontroli: nie trzeba było budować ściany, jeżeli człowiek sam zaczął wyobrażać sobie jej wysokość.
Podczas lotu niewiele o tym mówił. Nie dlatego, że przestało go to interesować. Przeciwnie. Po prostu nie widział powodu, aby wypowiadać na głos myśli, które wciąż układały się w jego głowie w niedoskonały jeszcze wzór. Patrzył przez okno na ciemniejące niebo i pozwalał, aby kolejne światła pod nimi znikały w oddali. Prowadząca znajdowała się niedaleko, ale jej obecność nie dawała mu spokoju. Sam fakt, że Gospodarz zwracał uwagę na jej podróż, czynił z niej coś więcej niż element układu, w którym wcześniej próbował ją umieścić. Była zmienną. A zmienne były nieprzewidywalne.
Potem było Toronto, zmęczenie, noc i wreszcie pokój, który przyjął go swoją znajomą, ciężką ciemnością. Pamiętał jeszcze moment, w którym zamknął drzwi i pozwolił sobie przestać myśleć. Pamiętał lekarstwo. Nie chciał nawet nazywać go w myślach po imieniu, ponieważ nazwanie rzeczy czyniło ją zbyt konkretną, a on nie potrzebował dodatkowego przypomnienia, że jego własne ciało przestało być dla niego wystarczającym narzędziem odpoczynku. Połknął dawkę, popił wodą i czekał, aż ciężar pojawił się najpierw w kończynach, potem za oczami, a w końcu gdzieś głębiej, w tej części świadomości, która przez większość życia odmawiała mu prawa do zupełnego wyłączenia. Sen przyszedł gwałtowniej, niż się spodziewał.
Teraz jednak leżał w ciemności i próbował zebrać zmysły. Słyszał ją. Najpierw bardzo cicho. Ledwie uchwytny szmer materiału, kiedy zmieniła pozycję. Potem dźwięk kroków, tak delikatnych, że przez chwilę nie był pewien, czy naprawdę je słyszał, czy też jego umysł, wychodzący dopiero z chemicznej mgły, sam je sobie dopowiedział. Dopiero kiedy materac ugiął się nieznacznie, nie miał już wątpliwości. Ktoś usiadł na jego łóżku.
Na jego łóżku. Ta drobna różnica miała znaczenie.
Nie odsunął się. Nie otworzył oczu natychmiast. Pozwolił jej siedzieć, pozwolił ciszy trwać, ponieważ cisza była dla niego czymś znacznie bardziej użytecznym niż pytanie zadane zbyt wcześnie. W ciszy człowiek zaczynał się zastanawiać, czy powinien był coś powiedzieć. W ciszy zdradzał więcej niż podczas rozmowy. Raphael nauczył się tego dawno temu i teraz nie zamierzał pozbywać się tej przewagi tylko dlatego, że jego głowa wciąż była ciężka, a ciało reagowało z opóźnieniem.
W końcu się odezwała, a jej odpowiedź była na tyle nieprzekonująca, że prawie się uśmiechnął.
- Yhym - mruknął bez przekonania, nawet nie próbując udawać, że jej wierzy. Podejrzewał zresztą, że ona sama nie wierzyła w tę durnotę, którą właśnie próbowała mu sprzedać. Nie miał jednak ochoty jej tego wypominać. Jeszcze nie. Chciał większego spokoju. Większej przestrzeni na ciszę. Przede wszystkim zaś chciał, żeby mózg przestał zachowywać się tak, jakby ktoś nalał mu do środka ołowiu.
Odetchnął i przez kilka dłuższych chwil pozostał nieruchomo. Wreszcie po kilku długich chwilach wsparł się na ramieniu. Ruch był powolny. Prawą ręką sięgnął w stronę szafki nocnej — w ciemność. Znał jej kształt na pamięć. Wiedział, gdzie powinien znaleźć się włącznik, podobnie jak człowiek znał położenie własnych palców. Musiał tylko odnaleźć go w ciemności. Pierwsza próba była nieudana. Palce przesunęły się po chłodnej powierzchni drewna. Druga również. W końcu natrafił na niewielki przełącznik.
Delikatna lampka nocna zapaliła się, a światło przecięło ciemność z niemal brutalną skutecznością. Raphael zmrużył oczy. Przez moment wszystko było zbyt jasne. Nie w sensie rzeczywistej jasności, lecz kontrastu. Po tak długim czasie spędzonym w całkowitej ciemności nawet niewielka lampa wydawała się niemal oślepiająca. Zobaczył najpierw fragment sufitu, potem ciężkie zdobienia, kolumnę, kawałek ściany, krawędź mebla. Pokój powracał do istnienia stopniowo, jakby ktoś budował go przed nim z pojedynczych elementów.
Dłoń powędrowała dalej. Okulary. Nie znalazł ich od razu. Przesunął palcami po szafce, wyczuł telefon, zegarek, szklankę, a dopiero później chłodną oprawkę. Chwycił ją i założył. Dopiero wtedy świat odzyskał ostrość. I dopiero wtedy zobaczył ją wyraźniej. Prowadząca siedziała na skraju materaca.
Raphael przez kilka sekund nic nie mówił. Patrzył na nią zza szkieł, jeszcze z tą ciężką, niemal leniwą świadomością człowieka wyrwanego ze snu, ale jego umysł pracował już znacznie szybciej. Rejestrował jej obecność, odległość, pozycję, sposób, w jaki siedziała. Wszystko. Nawet jeżeli sam nie wiedział jeszcze, dlaczego.
Przesunął wnętrzem dłoni po twarzy, jakby ten prosty gest mógł zetrzeć z niej resztki snu. Palce zatrzymały się na szczęce. Przez chwilę patrzył przed siebie, czując jeszcze echo chemicznego ciężaru w mięśniach. - Godzina? - spytał w końcu, biorąc pościel i odsuwając ją z siebie w ostatecznym geście. Nogi zsunął z materaca na ziemię. Głos nadal miał niski i zachrypnięty, ale już nie senny. Teraz był tylko zmęczony.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie mogła tego zweryfikować, ale kobieca intuicja rzadko zawodziła. Sytuacja wyglądała dość jednoznacznie - przez trzy dni nikt nie zainteresował się tym, co się z nim działo. Nie na tyle, by przyjść i obejrzeć denata własnymi oczami.
Personel mógł interesować się tym, czy trzeba mu podać posiłek i wymienić ręczniki. Rodzina mogła interesować się tym, czy robił to, czego od niego żądali. Zobowiązania zawodowe mogły zapełniać wiadomości i skrzynkę mailową z jednym, wspólnym oczekiwaniem - coś zrób, coś powiedz, coś podpisz. Wszystkie te próby sprawdzenia gdzie i w jakim stanie znajdował się Valencourt miały wspólny mianownik: domagały jego decyzji, ruchu, działania.
Nie potrafiła na ten moment wskazać jednej osoby, która zainteresowałaby się nie tym co może dostać, lecz tym, czego potrzebował on.
Nie porównywała ich statusu i dźwiganej na barkach odpowiedzialności - nie było czego. Wyobrażała sobie objętość zobowiązań, którym musiał sprostać. Rozumiała potrzebę snu, choć nie rozumiała tak samo dobrze potrzeby medycznie indukowanej śpiączki, po której i tak budził się jak ofiara zderzenia z żeliwną patelnią. Nie musiała jednak rozumieć, by interesować jego stanem.
Nie był jej potrzebny do niczego konkretnego. Nie miała pytań do zadania, próśb do dyplomatycznego przedstawienia ani planów, w które chciała go zaangażować. Była obok, bo nikogo innego nie było. W jej świecie był to obraz smutny. Samotny. Raphael mógł pragnąć właśnie tego - braku towarzystwa, odcięcia się i wyłączenia z życia, lecz to nie zmieniało niczego z jej perspektywy.
Kilkadziesiąt godzin niepokoju wymagało osobistej uwagi Prowadzącej.
Uspokoiła się dopiero, gdy wszystko wróciło do normy. Raphael był tak samo nietowarzyski jak zawsze, nie miała zastrzeżeń co do jego pulsu i wówczas jej obecność w sypialni stała całkowicie zbędna.
Piętnaście po dwunastej — odpowiedziała zerknąwszy na zegarek, który dopiero przy świetle lampki stał dla niej czytelny. Oznaczało to, że spędziła w oczekiwaniu ponad dwie godziny, ale poświęcony czas i dyskomfort były warte rezultatu. Nie miała wątpliwości co do braku zrozumienia. Nie była naiwna. Wyobrażała sobie, że albo już zaczął - albo zaraz zacznie wyliczanie w głowie wszelkich strategii, które mogły doprowadzić ją do tego miejsca. Uwzględni w tym Gospodarza, siedem teorii spiskowych, cztery diagnozy chorób i zaburzeń psychicznych oraz nieskończenie wielu graczy powiązanych z Wielkim Planem i Konsylium. Wszystko w jego głowie musiało być przypisane do czegoś, mieć drugie dno, trzecie znaczenie.
Wiedziała, że nie wpadnie na to najważniejsze - troskę, która przekraczała bariery codziennych niesnasek.
Człowiek - zdrowy, prawdziwy człowiek - składał się z mnogości. Mieścił w sobie ambiwalencję. Niechęć mogła współistnieć z odczuwaniem braku. Podejrzliwość mogła współistnieć z tęsknotą. Nie musiały to być intensywne i wzniosłe sprawy bohatera dramatu.
Wystarczyło, że prym wiodły odruchy człowieczeństwa, aniżeli wyrachowane plany i wykalkulowane strategie.
Jej intencją nie było odebranie prywatności. To pozostawało efektem ubocznym decyzji, której nie potrafiła nie podjąć. Jeśli preferował pozostać sam, nie zamierzała nalegać na pozostanie. Jedynym, na czym jej zależało, było jego bezpieczeństwo - choć dopóki on był bezpieczny, jej niebezpieczeństwo rosło wykładniczo. Patrzyła na niego w słabym świetle lampki i nie czuła ciężaru popełnionego błędu. Nie żałowała swojej obecności, jednocześnie akceptując, iż obecność mogła dobiec końca właśnie w tym punkcie.
Wszystko inne mogło zaczekać. Praca, pogróżki mamy Valencourt, wspólny posiłek. Sadie Glass nie odczuwała pośpiechu operacyjnego - jedynie potrzebę towarzyszenia, którą zaspokoiła przekroczeniem progu sypialni.
Przeniosła spojrzenie na swoje ręce schowane pod luźnym materiałem koszuli; szczupłe nogi tonące w satynowych spodniach piżamy. Było w tym wszystkim coś satysfakcjonująco spójnego: pokaz romansu w Luwrze poskutkował plotkami. W plotki uwierzono na tyle, by sprowokować reakcję zarówno matki Valencourta jak i przełożonego Prowadzącej. Jeśli w posiadłości funkcjonowało fałszywe ogniwo, obserwujące ich w naturalnym środowisku, reakcja Sadie na trwającą niedostępność Raphaela potwierdzała narrację, którą próbowali sprzedać całemu światu. Nie to było jej celem, ale przypadkowo wygenerowanym skojarzeniem, które łączyło punkty realizowanego planu w ciągłą narrację.
Prowadząca uważała narrację za niezbędną.
Sadie Glass nie potrzebowała jej wcale, by chcieć zaopiekować kimś, kto po trzech dniach samotności i głębokiego snu wciąż był wykończony.
Chcesz, żebym wyszła?

raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Wiedziano, że nie można było mu przeszkadzać. Marcus lub Leif — w zależności od tego, który znajdował się obok — znali powód niedyspozycji swojego zleceniodawcy, lecz nie musieli zadawać pytań. Ich zadaniem było utrzymanie go przy życiu, jednak nic więcej. Raphael wyraźnie zaznaczył to jeszcze przed zamknięciem się w swoich pokojach; nie chciał lekarza, rozmów, telefonów ani ludzi krążących wokół niego z tą charakterystyczną mieszaniną troski i ciekawości, której nie znosił bardziej niż samej słabości. Chciał, aby świat po prostu o nim zapomniał. Na kilka godzin. Na noc. Może na dzień. Nie wiedział, jak długo miała trwać podobna sytuacja, ponieważ w chwili, gdy zamknął oczy, czas przestał być czymś, co posiadało dla niego znaczenie. Pamiętał tylko początek: ciężar w kończynach, spowolnienie myśli, tę osobliwą miękkość, która pojawiała się pod czaszką, kiedy lek zaczynał odbierać kolejne fragmenty świadomości. Potem nie było już nic. Nie sen w zwyczajnym znaczeniu tego słowa, lecz pustka tak zupełna, że po przebudzeniu nie potrafił odtworzyć nawet jednej ciągłej sekwencji. Jakby ktoś wyjął kilka dni z kalendarza i pozostawił po nich wyłącznie białą przestrzeń. Wiedział natomiast, że przez ten czas Marcus czasami siedział przy nim, kiedy jego stan zdawał się zbyt ryzykowny, sprawdzając oddech, reakcję organizmu, upewniając się, że ciało nadal wykonywało najprostsze czynności bez jego udziału. Raphael nie chciał o tym myśleć. Nie interesowało go aktualnie, kto czuwał, kto dzwonił, kto pytał i kto czekał za drzwiami. Chciał po prostu być sam. Chciał odzyskać tę najbardziej podstawową własność człowieka, jaką była możliwość pozostawania we własnym ciele bez świadków.
Wybudzając się naprawdę, początkowo był więc zawieszony pomiędzy dezorientacją a całkowitym brakiem panowania nad własnym organizmem. Świadomość wracała nierówno, falami. Najpierw pojawiło się oddychanie. Potem ciężar głowy. Potem dotyk materaca pod plecami i chłód powietrza na nagim torsie. Dopiero po dłuższej chwili przypomniał sobie, gdzie był. A nawet wtedy nie był tego całkowicie pewien. Przez kilka sekund Toronto, Paryż i jego własny dom znajdowały się w jego pamięci obok siebie, jakby odległość między nimi nie miała żadnego znaczenia. Próbował przypomnieć sobie, kiedy właściwie przyjechali. Wczoraj? Przedwczoraj? Kilka godzin temu? Nie potrafił. Miał wrażenie, że ostatnim wydarzeniem, które pamiętał z absolutną pewnością, był moment, w którym zamykał oczy. Wszystko późniejsze pozostawało pustą przestrzenią. Dopiero kolejne minuty pozwalały odzyskiwać częściowy rezon, choć ciało wyraźnie pozostawało kilka kroków za świadomością. Mięśnie były ciężkie i sztywne, jak po wielogodzinnym pozostawaniu w jednej pozycji. Kiedy spróbował poruszyć nogą, poczuł nieprzyjemne napięcie w łydce i udzie. Kiedy uniósł rękę, miała przez moment tę obcą bezwładność kończyny, która budziła w nim irytację. Najgorsze było jednak to, że nie potrafił ufać własnej równowadze. Leżał kilka dni. Wiedział to teraz niemal bez konieczności sprawdzania godziny. Organizm mówił mu to wszystkimi możliwymi sposobami: suchością w ustach, ciężarem głowy, sztywnością stawów, osłabieniem i tym dziwnym wrażeniem, że serce przy zmianie pozycji musiało przez moment przypomnieć sobie, jak szybko powinno pracować.
Dlatego wstanie z łóżka okazało się znacznie większym wyzwaniem, niż chciałby przyznać. Najpierw usiadł. Zatrzymał się. Stopy opadły na podłogę, lecz przez chwilę nie miał odwagi przenieść na nie całego ciężaru ciała. Posadzka była chłodna. Czuł ją pod podeszwami, a jednak ten prosty bodziec wydawał się zaskakująco odległy, niemal nierzeczywisty. Pochylił głowę i odczekał, aż pulsowanie za oczami trochę się cofnie. Potem wstał. Natychmiast świat przechylił się w bok. Nie gwałtownie, nie w sposób, który pozwoliłby mu nazwać to zawrotem, lecz wystarczająco mocno, aby dłoń automatycznie zacisnęła się na krawędzi łóżka. Przez kilka sekund stał bez ruchu. Oddychał głęboko, próbując odzyskać stabilność. W głowie miał ciężką, pulsującą obręcz, rozchodzącą się od skroni ku potylicy. Każdy krok wydawał się wymagać osobnej decyzji. Było w tym coś niemal absurdalnego. Raphael Valencourt, który potrafił wejść do pomieszczenia i w ciągu kilku sekund ocenić ludzi, układ przestrzeni, możliwe zagrożenia i hierarchię obecnych, teraz potrzebował kilku chwil, żeby upewnić się, czy był w stanie przejść kilkanaście metrów bez oparcia.
Nie chciał, aby Glass to zobaczyła.
Ta myśl była prostsza od wszystkich pozostałych i właśnie dlatego zwyciężyła. Nie zamierzał pozwolić, żeby Prowadząca zobaczyła jego słabość, nawet jeżeli sama obecność jej w pokoju była już naruszeniem granicy, której normalnie nie pozwoliłby przekroczyć. Szedł więc powoli, lecz starał się nadać temu tempu pozór zamierzonego spokoju. Na tyle, na ile był w stanie. W słabej ciemności kontury mebli pozostawały rozmyte, a jego wzrok, nawet przez okulary, potrzebował czasu, żeby właściwie oceniać odległości. Każdy kolejny krok stawiał ostrożnie. Nie spieszył się, ponieważ pośpiech mógł zakończyć się czymś, czego nie zamierzał jej ofiarować: widokiem własnego ciała bezradnie osuwającego się na podłogę.
Dotarł do miejsca, w którym jedna z części ściany wyglądała jak element dekoracyjnego wykończenia. Nacisnął ją dłonią. Mechanizm ustąpił pod naciskiem i fragment ściany odsunął się, ujawniając przejście do ukrytej łazienki. Raphael wszedł do środka.
Chcesz, żebym wyszła?
- Jak wolisz — odparł jedynie. Nie miał siły zastanawiać się nad jej pytaniem. Nie nad jego treścią, nie nad intencją, nie nad tym, dlaczego w ogóle znajdowała się w jego sypialni po dniach jego nieprzytomności. Wszystkie te kwestie mogły poczekać. Aktualnie istniało tylko ciało, które domagało się podstawowych rzeczy z brutalnością pozbawioną jakiejkolwiek elegancji: wody, powietrza, pionowej pozycji, odpoczynku. Organizm był przeciążony, a głowa pulsowała bólem przypominającym cierniową koronę zaciśniętą wokół czaszki. W ustach miał taką suchość, że język niemal przyklejał mu się do podniebienia. Przełknął ślinę i poczuł nieprzyjemne drapanie w gardle.
Światło łazienki zapaliło się automatycznie, kiedy tylko wszedł głębiej w pomieszczenie. Raphael natychmiast zmrużył oczy. Łazienka była zupełnie inna od ciemnej sypialni: jasna, niemal teatralna, z zielonymi ścianami pokrytymi dekoracyjnym motywem roślin, ptaków i drobnych kwiatów. Ozdobne złocenia, stare meble i lustro nad komodą sprawiały, że pomieszczenie wyglądało bardziej jak prywatny salon któregoś z dawnych arystokratów niż miejsce przeznaczone do zwyczajnych, intymnych czynności. Po lewej stronie znajdował się kominek, pośrodku dominowała ciężka wanna, a jasna posadzka odbijała światło tak mocno, że przez pierwszych kilka sekund nie był w stanie patrzeć przed siebie. Całość była niemal groteskowo piękna. Zbyt piękna jak na człowieka, który ledwo stał.
Do wanny szedł niemal centymetr po centymetrze. Jedną ręką dotykał kolejnych powierzchni, bardziej dla pewności niż rzeczywistej potrzeby. Kiedy wreszcie dotarł do kranu, palce raz po raz ślizgały mu się po uchwycie. Nie miał siły na irytację. W końcu przekręcił go właściwie i strumień wody popłynął z wyraźnym, jednostajnym szumem.
Pozostał jeszcze przez moment oparty o wannę i patrzył na wodę. Nie wiedział, ile czasu minęło. Kilkanaście sekund? Minuta? Pięć minut? Czas nie posiadał już właściwej skali. Mógłby równie dobrze stać tam przez godzinę. I właśnie ta świadomość sprawiła, że w końcu się poruszył.
Dotarł do umywalki i zwiesił głowę. Oparł dłonie na jej krawędzi. Chłód ceramiki był niemal przyjemny. Zamknął oczy, próbując uspokoić oddech, po czym dopiero po dłuższym momencie podniósł spojrzenie. Lustro oddało mu człowieka, którego przez pierwszą sekundę nie rozpoznał. Twarz była blada, wyraźnie zmęczona. Włosy pozostawały w nieładzie, skóra miała niezdrowy, pozbawiony koloru odcień, a oczy wyglądały inaczej niż zwykle. Źrenice były wyraźnie rozszerzone wciąż jeszcze przyzwyczajone do ciemności sypialni i światła łazienki. Patrzył na siebie długo, próbując ocenić własny stan z takim samym chłodem, z jakim oceniałby cudzą kondycję. Nie podobało mu się to, co widział.
Przesunął językiem po wyschniętych wargach.
- Marcus? - rzucił za siebie. Głos zabrzmiał słabiej, niż zamierzał. W panującej ciszy, przerywanej jedynie szumem wody, Glass musiała doskonale go usłyszeć.
Oparł się ciężko o ścianę przy zlewie. Jeden łokieć osunął się na umywalkę. Wtedy poczuł skurcz w żołądku. Nagły, głęboki, niemal niezależny od jego woli. Zamarł. Zacisnął szczękę, próbując przeczekać falę mdłości, lecz ta wróciła mocniej. Pochylił się gwałtowniej nad umywalką.
Zwymiotował żółcią. Przez chwilę nie było w nim niczego poza odruchem. Oparł obie dłonie o krawędź umywalki i czekał, aż skurcz minie. Gardło zapiekło go natychmiast, a w oczach pojawiły się łzy, których nawet nie próbował wycierać. Oddychał przez usta, ciężko i płytko, słuchając własnego oddechu oraz nieustannego szumu wody. Czoło oparło się o chłód zlewu, dając tylko na chwilę ulgę.
Potem uniósł głowę. Spojrzał ponownie w lustro, w którym odbijał się zegar zawieszony na ścianie z automatycznie regulowaną datą. I dopiero teraz, po raz pierwszy od przebudzenia, naprawdę zrozumiał, że nie przespał jednej nocy. Przespał trzy dni. A ciało, które przez te trzy dni miało odpoczywać, właśnie wystawiało mu rachunek za każdą z tych godzin.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miękkie i naiwne serduszko Sadie Glass współodczuwało ból drania, który kompletnie na to nie zasługiwał. Patrzyła na ociężałe kroki, na sylwetkę desperacko próbującą ukryć kłopoty z równowagą i musiała użyć całej swojej siły, by pozostać w miejscu. Chciała uszanować jego decyzję, by wyjść. Chciała uszanować prywatność łazienki, której nikt nie powinien nigdy przekraczać bez entuzjastycznej zgody. Chciała zachować się uczciwie wobec mężczyzny, który nie był teraz w pełni świadomy i przytomny i być może nie potrafił bardziej stanowczo wyprosić jej z pomieszczenia. Wbijała drobne pięści w materac, palce boleśnie zaciskając na komplecie pościeli. Obserwowała w pełnej gotowości do biegu i chwycenia lecącej na podłogę sylwetki - a jednocześnie nie dawała sobie prawa do wykonania żadnego ruchu. Impas bolał tak, jak bolało obserwowanie drugiego człowieka w tym stanie.
Nie miało znaczenia kim był, co zrobił. Nie katalogowała w myślach jego grzechów. Przykrość rozrywała jej wrażliwość na strzępki. Nikt nie powinien cierpieć w ten sposób.
Wysublimowanym biczem autodestrukcji.
Wiedziała już dobrze, co się działo. Na tyle dobrze, by nie mieć wątpliwości co do decyzji, którą Valencourt podjął sam. To nie pomagało Sadie odwrócić się i wyjść. Nie pomagała świadomość, że to nie był pierwszy raz, i na pewno nie ostatni. Gdyby tylko mogła…
Spiralę myśli przerwał dźwięk wymiotów. Dreszcz przeszedł całe jej ciało, atakując wszystkie zakończenia nerwowe wzdłuż kręgosłupa. Powstrzymywała się od interwencji kiedy ledwo stał na nogach, ale jego objawy pogarszały zamiast polepszać. Toczyła wojnę z własną moralnością. Nie bała się jego gniewu, gdy odzyska sprawczość. Nie bała się kary. Bała się zdradzenia własnych wartości. Bała się stania kobietą, która przekraczała granicę nieprzekraczalne.
Wstała.
Konieczność zrobienia czegoś wbrew drugiemu człowiekowi zemdliła ją równie skutecznie, co leki Raphaela. Jeśli jednak miała zdecydować pomiędzy jego preferencjami, a jego potłuczoną czaszką na kafelkach, wybierała naruszenie tego pierwszego i zapobieganie temu drugiemu. Poruszała się tak szybko, że nie zarejestrowała nawet drogi do łazienki.
Znalazła przy nim niemal natychmiast. Nie był dla niej teraz ani Właścicielem, ani Przełożonym, ani Raphaelem Valencourtem. Nie był nawet mężczyzną. Był człowiekiem w zapaści zdrowotnej, który w chwili kryzysu słabo mamrotał imię pracownika.
Tak, jakby nikt nie miał zaopiekować nim za nic.
Stanęła za nim, a rękoma sięgnęła do przodu. Był od niej wyższy i cięższy, zatem instynktownie korzystała z przewagi praw fizyki, jaką dawało bezpieczne zamknięcie go pomiędzy damskim ciałem a solidnym meblem. Oboje mogli się czegoś przytrzymać i - jeśli konieczne - spowolnić upadek i kontrolować jego przebieg. Sprawnym ruchem odkręciła zimną wodę. Zmoczyła obie dłonie, które następnie przykładała do twarzy mężczyzny by przynieść chociaż odrobinę ulgi w dyskomforcie. Trzymała go przy tym pewnie i mocno, by nie chwiał niebezpiecznie. Zmoczyła jeden z drobnych ręczników do rąk, wycisnęła nadmiar wody i ponownie złożyła w staranny prostokąt, by prowizoryczny opatrunek chłodzący przytrzymać przy jego czole. Swoje własne ruchy i jego reakcje obserwowała w lustrzanym odbiciu, nie miała jednak czasu zawieszać się w obrazie na dłużej. Delikatnie, z troską przeczesała poplątane włosy palcami, zaczesując loki do tyłu, by nie przeszkadzały. Odsunęła zagubione kosmyki przyklejone do czoła. Nie zostawiała przestrzeni na ociąganie się. Jeśli już zdecydowała, kroki tej decyzji miała realizować sprawnie. Przyświecał jej przy tym nadrzędny cel zwrócenia mężczyźnie godności.
Nie wątpiła w to, jak ktoś o jego statusie i sposobie bycia mógł przeżyć moment słabości w towarzystwie kogokolwiek. Współczuła mu tak głęboko, że gdyby mogła zagwarantować wymazanie tego epizodu z pamięci, zrobiłaby to. Niestety nie było to możliwe. Nie została przy nim jednak po to, by upokorzyć poprzez bycie świadkie - została po to, by pomóc mu wrócić do siebie. Zimnego, bezczelnego siebie. Jeśli w takiej wersji czuł się godnie, to do odzyskania tej godności dążyli razem.
Ona mogła to zobaczyć, bo dla niej zobaczywszy nie zmieniło się nic. Świat zaś widzieć tego nie miał prawa, ponieważ dla świata zmieniłoby się wszystko.
To było sedno różnicy pomiędzy relacją z człowiekiem, a funkcjonowaniem w systemie.
Team development jednak było wyśmienitym pomysłem.
Znajdę Marcusa — szepnęła łagodnie w bezpiecznym dystansie od ucha, które niechętnie przyjmowało bodźce. — Ale najpierw musisz coś dla mnie zrobić. Usiądziemy na podłodze, dobrze? — to nie była propozycja, bo Sadie nie ufała jego koordynacji ruchowej. Odsunęła się nieznacznie, pewnie chwyciła ramię i pomogła obniżyć do poziomu, na którym nie mógł zrobić sobie poważnej krzywdy. Dopiero oparty o mebel bądź kawałek ściany mógł zostać na kilka minut sam. Kucnęła przed nim i raz jeszcze skontrolowała parametry - reakcje źrenic, rytm oddechu, temperaturę ciała. Nic nie wskazywało na to, że straci przytomność w następnych minutach. Wiedziała jednak, że musi się spieszyć, zatem łazienkę i sypialnię opuściła ruchem tornada, które szuka ofiar. Najciszej jak potrafiła zamknęła za sobą drewniane drzwi, by nie zaatakować go zbędnym hałasem.
Pierwszą lepszą pokojówkę poprosiła o przywołanie Marcusa - jakikolwiek system łączności posiadali - i przygotowanie kilku wersji lekkostrawnego śniadania aby oczekiwało gotowe, wraz z karafką świeżej wody. Kiedy w korytarzu dostrzegła ciężkie kroki Gizmo, jej krew zawrzała. Spojrzenie uległo gwałtownej zmianie; łagodność kobiecej opieki i czułość gestów ustąpiły miejsce wściekłości bulgoczącej niczym siarka na dnie piekła. Zmrużyła oczy celując w niego poziomem niesmaku, dezaprobaty i gniewu, które wymagały bezzwłocznego wypowiedzenia.
To TWOJA wina — warknęła. Jej głos był podniesiony, choć pozostawał w zakresie nerwowego szeptu. Nie chciała, by Raphael musiał jej słuchać, natomiast Gizmo nie miał wyboru. Musiał przyjąć na siebie serię emocjonalnych ciosów ubranych w wyrzut, który spływał z jej języka jak najbardziej naturalny odruch na świecie. — Jestem przerażona poziomem twojej niekompetencji. Jesteś ochroniarzem, na litość boską! Nie zawsze oznacza to ochronę przed psychopatą z karabinem albo mającą metr pięćdziesiąt Prowadzącą! — grzmiała z pasją i przekonaniem kogoś gotowego rozszarpać ofiarę za zbrodnie przeciwko jej terytorium.
Raphael Valencourt emocjonalnie do niego należał. Przynajmniej w tej chwili. — Nawet się nie waż tłumaczyć rozkazami. Czasami są idiotyczne i wymagają zakwestionowania. Na przykład wtedy, kiedy idiota robi sobie krzywdę — jej moralność wykluczała ślepe podążanie za hierarchią i poleceniami. Nie potrafiłaby stać, patrzeć i nie reagować gdy Raphael tnie ręce nożem od łokcia po nadgarstek, jeśli akurat zapowiedział że tego chce i że nikt nie ma prawa mu przerywać. Do tępego dostosowywania się do poleceń dobre były owce. Zaganiane przez psa pasterskiego, bezmyślnie biegające na wszystkie strony. Sadie Glass miała do tego okragle minus dwieście procent predyspozycji.
Jej głos uniósł się słyszalnie.
To sukinsyn, ale nasz sukinsyn. Trzeba o niego dbać, kiedy nie dba sam o siebie. To nie jest trudne. Nie powinieneś był dopuścić do tej sytuacji. I nie obchodzi mnie to, że on jest z ciebie zadowolony.
Dłoń spoczęła na klamce, zwiastując koniec reprymendy, której nie miała prawa wygłaszać. Sama je sobie dawała. — Ja nie jestem. A teraz wejdziesz do środka i dokonasz pierdolonego cudu, żeby się ocknął i miał siłę mnie nienawidzić.
Ustąpiła o krok, ale nie podążyła za ochroniarzem od razu. Pozostała przy drzwiach przez minutę, może dwie. Wystarczająco, by ochłonąć i nie wracać do łazienki z tym samym gniewem.
Musiał zostać na korytarzu, zanim Sadie ponownie zajęła miejsce przy osłabionym Valencourcie. Nie przeszkadzała Gizmo w czynnościach, które miał podjąć. Jeśli Raphael o niego prosił, miał ku temu powody.
Jednocześnie nie pozostawiała obu mężczyznom wątpliwości: zmartwienie uwydatniało każdą z mimicznych zmarszczek.
Nie potrafiła odejść.

raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Nie rejestrował tego, co działo się wokół niego. Nie dlatego, że nie miał żadnej wiedzy, żadnej świadomości, żadnego punktu zaczepienia, dzięki któremu mógłby jeszcze powiedzieć sobie: jestem tutaj, wiem, co się dzieje. Świadomość istniała. Była gdzieś pod powierzchnią, nieprzyjemnie żywa, lecz poruszała się z taką powolnością, jakby przedzierała się przez gęstą, czarną wodę. Wszystko docierało do niego dopiero po kilku długich sekundach. Najpierw pojawiał się bodziec, później jego rozpoznanie, a dopiero na samym końcu — jeżeli w ogóle — możliwość reakcji. Słowa mogły zostać wypowiedziane i zniknąć w przestrzeni, zanim zdołał zrozumieć ich znaczenie. Dotyk pojawiał się na jego skórze, zanim był w stanie ustalić, skąd pochodził. Dźwięki nie układały się w ciągłość, lecz w pojedyncze, oderwane fragmenty: szum wody, własny oddech, jakiś głos, odległe skrzypnięcie, a potem znowu cisza. Nie mógł reagować o czasie. Nie mógł dać odpowiedniej odpowiedzi w momencie, w którym sytuacja jej od niego wymagała. Najgorsze było jednak to, że doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Rozumiał własną bezradność, a świadomość bezradności była niemal gorsza od niej samej.
Czuł, jak ciało przestawało należeć do niego w tym prostym, oczywistym sensie, w jakim powinno należeć do człowieka. Wiotkie, ciężkie, słabe, reagowało z opóźnieniem albo nie reagowało wcale. Raphael próbował poruszyć palcami i przez moment nie był pewien, czy rzeczywiście to zrobił. Próbował napiąć mięśnie nóg, lecz sygnał zdawał się rozpływać gdzieś pomiędzy świadomością a kończynami. Miał wrażenie, że jego organizm wykonywał czynności według własnego, niezależnego od niego programu, a on sam został zredukowany do obserwatora uwięzionego wewnątrz własnej czaszki. Zupełnie jakby umierał po trochu z każdą kolejną mijaną sekundą, nie w gwałtownym, dramatycznym akcie, lecz poprzez stopniowe wycofywanie się rzeczy, które jeszcze chwilę wcześniej uważał za oczywiste: równowagi, siły, ostrości widzenia, pewności ruchu. Nie wiedział, kiedy miał zapaść się całkowicie. Ta niewiedza była najgorsza. Nie sama możliwość utraty przytomności, lecz świadomość, że nie potrafił przewidzieć momentu, w którym jego umysł przestanie być wystarczająco przytomny, aby jeszcze cokolwiek kontrolować.
Nie wiedział więc, że dłonie wspierające jego ciało należały do Glass. Nie słyszał, kiedy weszła do łazienki. Jej obecność pojawiła się w jego świadomości dopiero wtedy, kiedy stała się fizycznym faktem: ciężarem czyjegoś ramienia, naciskiem palców, ciepłem znajdującym się zbyt blisko jego skóry. Wszystko inne zagłuszał własny ból umysłu, tępy i pulsujący, obejmujący czaszkę niczym metalowa obręcz zaciskana coraz mocniej przy każdej próbie podniesienia głowy. Próbował skupić wzrok, lecz obraz rozpływał się natychmiast. Pomieszczenie było jednocześnie zbyt jasne i zbyt odległe. Zielone ściany, złote ornamenty, wanna, lustro — wszystko istniało, ale nic nie pozostawało w jednym miejscu. Kontury przesuwały się względem siebie, jakby ktoś wprawił łazienkę w powolny obrót.
Dopiero po czasie zarejestrował zsuwające się z nosa okulary. Poczuł ich ciężar na policzku, a potem chłód wilgoci na twarzy. Nie wiedział, kto go dotykał. Mógł to robić on sam. Równie dobrze mógł to być ktoś inny. W tej chwili różnica wydawała się pozbawiona znaczenia. Wszystko było zbyt ciężkie i zbyt niepoukładane, żeby można było nadać temu właściwe nazwy. Spróbował nabrać powietrza głębiej, lecz nawet ten prosty ruch wydawał się wymagać wysiłku. Ciepło włosów, które przez chwilę znalazło się przy jego twarzy, zniknęło, odsunięte gdzieś do tyłu, i Raphael odetchnął cicho, niemal z ulgą. Przez moment miał absurdalne wrażenie, że kosmyki zabierały mu tlen. Wiedział, że to niedorzeczne. Nie miał jednak siły poprawiać własnego rozumowania.
Wtedy dotarły do niego słowa. Nie od razu. Najpierw tylko głos, pozbawiony znaczenia, potem pojedyncze dźwięki, które dopiero po kilku sekundach zaczęły układać się w sens. Ale najpierw musisz coś dla mnie zrobić. Usiądziemy na podłodze, dobrze?
Usiądziemy.
Słowo powróciło do niego z opóźnieniem.
Podłodze.
Jeszcze później.
Dobrze?
Przez moment chciał odpowiedzieć, lecz nie wiedział właściwie, co miał powiedzieć. Nie miał już energii na sprzeciw. Nie miał energii nawet na tę charakterystyczną dla siebie potrzebę odzyskania kontroli. Kolana zaczęły się pod nim zginać od własnego ciężaru i z jego gardła wydobyło się tylko krótkie:
- Hmm.
Nie oznaczało zgody. Nie oznaczało odmowy. Nie było niczym. Przyznaniem, że słyszał, choć nie potrafił już odpowiednio zareagować. Nie zamierzał walczyć. Nie zamierzał zaprzeczać. Po prostu poddawał się kontroli znajdującej się przy nim osoby. A może osoby nie było właściwym słowem. Przez chwilę przemknęła mu myśl, że może wciąż był sam. Może Glass w ogóle nie istniała. Może była jedynie kolejnym elementem tego dziwnego, rozpadającego się snu, który rozpoczął się trzy dni wcześniej i z którego jego umysł nie potrafił jeszcze właściwie wyjść.
Osadzenie na twardej podłodze powinno pomóc. Tak przynajmniej podpowiadał mu rozsądek, który wciąż gdzieś istniał, choć był coraz bardziej oddalony. Powinien poczuć stabilność. Powinien przestać walczyć z równowagą. Powinien móc oprzeć plecy o coś twardego i pozwolić, aby świat przestał się przesuwać. Nie przestał. Pomieszczenie nadal obracało się wokół niego. Powoli, nieubłaganie, bez żadnego punktu, którego mógłby się uchwycić. Nudności powracały falami. Żołądek kurczył się boleśnie, jakby próbował pozbyć się wszystkiego, co jeszcze w nim pozostało. Raphael przełknął ślinę, lecz natychmiast poczuł pieczenie w gardle.
Próba utrzymania przytomności była niczym. Nie miał już właściwie żadnego planu. W głowie latały mu jedynie urwane myśli o tym, co zrobił. Po co to zrobiłem? Pytanie powróciło raz, drugi, trzeci, lecz za każdym razem odpowiedź rozpadała się, zanim zdążyła się pojawić. Pamiętał tabletki. Pamiętał decyzję. Pamiętał własną dłoń. Pamiętał świadomość, że chciał przestać czuć. Nie potrafił jednak przypomnieć sobie, co dokładnie chciał w ten sposób uciszyć.
Zdawało mu się, że powinien coś powiedzieć. Może chciał powiedzieć jej, żeby wyszła. Może chciał zapytać, kto ją tutaj wpuścił. Może chciał zawołać Marcusa. Żadne słowo nie przeszło przez gardło. Zamiast tego obraz przed oczami rozjechał się jeszcze bardziej. Lustro podwoiło swoją powierzchnię, złota rama rozpłynęła się w świetle, a zielone ściany zdawały się oddalać, jakby łazienka nagle stała się ogromna. Raphael zamknął oczy. Natychmiast zrobiło się gorzej. Świat nie przestał wirować tylko dlatego, że go nie widział.
W pewnym momencie poczuł, że ktoś go podnosi. Nie wiedział kiedy. Nie wiedział jak. Nie potrafił nawet powiedzieć, czy rzeczywiście oderwał stopy od podłogi. Przez chwilę otworzył oczy. Nieprzytomnym, nieostrym spojrzeniem dostrzegł przed sobą sylwetkę Marcusa. Znajomy kształt ramion. Znajomy sposób poruszania się. Obok niego, za plecami, przez krótką sekundę pojawiła się jeszcze jedna sylwetka.
Glass. Słowo pojawiło się w jego głowie z niezwykłą wyrazistością.
Glass. Może je wypowiedział. Może tylko pomyślał. Nie był już w stanie rozróżnić jednej możliwości od drugiej. Nie, gdy powitała go ciemność nieprzytomności, a wszystko wokół zgasło.

18:30

Obudził się ponownie. Tym razem nie musiał od razu walczyć z pytaniem, gdzie się znajdował. Wiedza wróciła wcześniej niż siła. Pamiętał pokój, rozpoznawał ciężkie zasłony, ornamenty na ścianach, wysokie łóżko i charakterystyczny układ mebli. Pamiętał Toronto. Pamiętał podróż z Paryża. Pamiętał wiadomość od Gospodarza. Pamiętał nawet własną decyzję o zażyciu leków. Nie wszystkie szczegóły układały się jeszcze w idealnie ciągłą sekwencję, lecz nie była to już czarna pustka. Raczej księga, której brakowało kilku stron, ale której tytuł i większość rozdziałów pozostawała mu znana.
Leżał w czystej pościeli, ubrany w świeżą koszulę i spodnie od piżamy. Materiał pachniał delikatnie aromatem, który kojarzył mu się z Bliskim Wschodem — czymś cięższym od zwykłego detergentu, z nutą drewna, przypraw i czegoś niemal kadzidlanego. Zapach był przyjemny, choć przez chwilę wydał mu się niemal zbyt intensywny. Jego zmysły nadal pozostawały nadwrażliwe. Każdy szczegół docierał do niego wyraźniej, niż powinien: szelest prześcieradła, chłód powietrza na dłoni, własny oddech.
Zasłony były rozsunięte na całą szerokość. Światło kończącego się dnia przesuwało złote refleksy po ścianach. Raphael przez chwilę patrzył na nie bez ruchu. Nie musiał pytać o godzinę, żeby zrozumieć, że musiało być późne popołudnie. Po kilku sekundach jego wzrok zatrzymał się na aparaturze stojącej obok łóżka. Ciche, regularne piknięcie monitora. Przewód. Kroplówka. Rzeczy, których obecność mówiła mu więcej niż jakiekolwiek wyjaśnienie.
Zmarszczył lekko brwi. Czyli jednak jego stan był na tyle poważny, że ktoś uznał za konieczne pozostawienie przy nim monitorowania i nawodnienia. Nie podobało mu się to. Nie dlatego, że nie rozumiał potrzeby. Właśnie dlatego, że ją rozumiał, ale i tak nie zamierzał nic z tym zrobić.
Przesunął spojrzenie dalej. Dopiero wtedy zauważył sylwetkę po swojej lewej stronie. Blondynka siedziała na dużym fotelu, prawdopodobnie przyniesionym z któregoś z sąsiednich pomieszczeń. Głowę i ramiona opierała o materac jego łóżka. Spała. Ciemne oczy Valencourta patrzyły na nią przez dłuższą chwilę.
Glass. Tym razem nazwisko nie było przypuszczeniem. Nie było majakiem ani fragmentem rozpadającej się świadomości. Rozpoznał ją bez najmniejszego problemu. Tak samo jak Marcusa.
Zamknął oczy. Było mu ciężko, lecz tym razem ciężar znajdował się gdzie indziej. Umysł odzyskał już wystarczającą klarowność, aby rozumieć sytuację, analizować ją i zadawać pytania. Ciało natomiast wciąż pozostawało daleko w tyle. Mięśnie były słabe, jakby należały do kogoś, kto dopiero uczył się ich używać. Nie czuł jednak tej wcześniejszej bezradności. Wiedział, że to minie.
Otworzył powieki ponownie. Tym razem spojrzał w drugi koniec pokoju. Marcus siedział pod oknem. Nieruchomy. Milczący. Obserwujący. Raphael skinął mu tylko głową. Benińczyk odpowiedział równie dyskretnie. Nie było potrzeby rozmowy. Obaj rozumieli, że samo wybudzenie nie oznaczało jeszcze powrotu do normalności.
Raphael rozejrzał się jeszcze raz. Jego sypialnia zmieniła się w małą salę szpitalną. Aparatura, kroplówka, przygotowane środki, fotel przy łóżku. Na stoliku obok znajdowało się jedzenie. Nietknięte. Zatrzymał na nim wzrok, a potem spojrzał na Glass. Nie wiedział, jak długo czuwała przy nim. Nie wiedział, czy jadła wcześniej, czy może od wielu godzin siedziała tutaj, czekając na jego przebudzenie. Było w tym coś irytującego. I coś, czego nie chciał jeszcze nazywać.
- Miałaś jeść - odezwał się cicho, nie czując już tej okrutnej suchości w ustach. Nie wiedział, czy Glass go usłyszała, ale po raz pierwszy od trzech dni Raphael mówił nie do pustki. Mówił do rzeczywistego człowieka.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wyszła dopiero, gdy działania podejmowane przy Raphaelu przybrały charakter stricte medyczny. Wejście do łazienki było dla niej trudne, lecz w ostatecznym rozrachunku uzasadnione wystarczająco. Towarzyszenie przełożonemu, gdy nieznane osoby nakłuwały jego żyły i podpinały do prądu rząd szpitalnych maszyn podpowiadało zaś, że należy się wycofać. Nie całkowicie, i nie na zawsze. Na tyle, by eksperci mogli wykonywać swoją pracę i jak najszybciej, najskuteczniej przynieść pacjentowi ulgę. Nie była gwiazdą całego zamieszania, nie trzeba jej było przepychać. Z zamieszania usunęła się sama, oddając mężczyźnie tyle prywatności, ile mógł zachować.
W tym czasie sama wzięła prysznic. Krótki, niemający w sobie nic z relaksu. Gorąca woda parzyła jej skórę, ale zauważyła to zbyt późno by zapobiec zaczerwienieniom. Myślami była cztery pomieszczenia dalej, po drugiej stronie korytarza. Emocjami również. Piana szamponu w oczach nie szczypała tak bardzo jak niewiedza, co dokładnie działo się i jakie decyzje podejmował wezwany zespół.
Racjonalnie potrafiła wytłumaczyć sobie, że wiedzieli o jego stanie zdrowia i relacji z używkami odpowiednio wiele by reagować adekwatnie. Racjonalność znajdowała się jednak poza zasięgiem zmartwionej blondynki. Zachowywała dystans, bo tak nakazywała jej własna interpretacja moralności, dobra i zła. Tak rozumiała uczciwość. Nie oznaczało to jednocześnie, że dystans był dla niej łatwy.
Męczyła się okrutnie. Kręciła pomiędzy ścianami własnej sypialni. Przebrała w dość swobodny, ale codzienny strój, by nie brylować pośród wszystkich gości posiadłości w porannej piżamie. Nawet praca nie pomogła rozproszyć jej na tyle skutecznie, by psychiczny ciężar na moment ustąpił.
Wyczekiwała zgody na powrót. Potwierdzenia, że zakończono to, co należało do ochroniarza, lekarza, pielęgniarza, i wszystkich innych osób opłaconych w celu dostarczenia konkretnej usługi. Wówczas miały się otworzyć drzwi dla kogoś, kto wcześniej w tym systemie nie istniał.
Kogoś, kto nie miał żadnego służbowego powodu by towarzyszyć. Kogoś, kto nie mógł wymienić kroplówki, mógł zaś poprawić poduszkę pod głową zanim pacjent zdążył pomyśleć, że jest mu niewygodnie. Kogoś, kto był bo chciał być.
A Sadie Glass prawie biegła, gdy Marcus niemożliwie okrutną godzinę później zapukał do jej drzwi. Przynajmniej tyle mógł zrobić - nie była jednak ani trochę mniej rozczarowana i zła. W zmęczonej głowie wciąż dudniło to samo pytanie: co byłoby, gdyby nie jej idiotyczny upór w łamaniu zasad? Gdyby dała się wyprosić, gdyby zignorowała swój niepokój nieobecnością Valencourta?
Nie miała nigdy się o tym przekonać. Dokładnie tę filozofię negocjowała w pracowniczym kontrakcie: hierarchia nie zwalnia z odpowiedzialności samodzielnego myślenia. System mógł mieć zasady. Raphael mógł jej wysłać maila z listą paragrafów. Aukcja określała parametry bycia i niebycia Prowadzącej. Ale moralność Sadie była silniejsza od podporządkowania autorytetom. Kiedy sytuacja tego wymagała, sama ustalała która z zasad jest dla niej ważniejsza.
Na to nie był przygotowany ani system, ani Valencourt. A Prowadząca nie zdawała sobie nawet sprawy, jak niebezpiecznie nowe jest jej podejście.
Zajęcie miejsca przy łóżku śpiącego pacjenta było dla niej tak samo oczywiste jak przestrzeganie służbowych deadline’ów. Tak samo naturalne jak sprawdzanie wszelkiej dokumentacji dwukrotnie przed wysłaniem. Nie istniała w jej głowie alternatywna wersja. Nie miała prawa istnieć. Z progu pomieszczenia zebrała spojrzeniem najważniejsze informacje o tym, czego nie widziała. O sprzętach, stanie śpiącej królewny (odkąd był bezpieczny, żart trzymał jej się nieco lepiej) i fotelu, którego wcześniej w sypialni nie było. Odchyliła głowę by spojrzeć na Gizmo. Wciąż była zbyt wściekła, by podziękować za sympatyczny gest - ale dobre wychowanie nie pozwalało jej zignorować całkiem jego wkładu w ratowanie nieprzytomnego Valencourta. Otrzymał od Prowadzącej krótkie skinienie głową, nim spojrzenie znów złagodniało, ukierunkowane na spokojnej i umęczonej twarzy Raphaela.
Natychmiast usiadła obok. Poprawiła rurkę jednej z kroplówek, którą musiał zagiąć nieświadomym ruchem. Po męskich wargach sztyftem rozprowadziła balsam o waniliowym zapachu, żeby nie popękały i nie bolały gdy wstanie. Okulary, które wcześniej ochlapała interwencją przy umywalce, dokładnie wyczyściła z nieregularnych kropeczek ściereczką alkoholową. Do szklanki nalała wody, żeby była gotowa dokładnie wtedy, gdy pacjent na nią wskaże.
Czekała. Jej uwagi nie odebrała ani dostawa jedzenia, ani Gizmo siedzący nieruchomo po drugiej stronie pomieszczenia. Nie miała ze sobą książki ani telefonu, nie liczyła wzorów na wytapetowanych ścianach ani rzęs mężczyzny, tak uroczo rzucających cień gęstego wachlarza na blade i zapadnięte policzki. Jej czas i zainteresowanie należały do niego nawet, jeśli nie korzystał. Nawet, jeśli nie był tego świadomy.
Nie szukała wdzięczności. Aprobaty. Poklasku. Nie uciekała przed gniewem i karą.
Była, bo chciała być.
Czasami - jak próbowała to Valencourtowi wytłumaczyć - ludzie robili rzeczy, które nie kalkulowały im się wcale. Tylko dlatego, że czuli.
Sadie Glass czuła tego dnia kulminację kilkudziesięciu godzin oczekiwania. Było to dużo wrażeń zamknięte w małym ciele - gdy zaufała, że specjaliści wykonali swoją pracę odpowiednio dobrze i Raphael powoli dochodził do siebie, musiała zamknąć oczy przynajmniej na chwilę. W duchu uśmiechnęła się lekko do samej siebie - zawsze skarżyła na niski wzrost, jednak teraz pozwalał idealnie zmieścić w objęciach ramy fotela. Nie planowała snu, ale potrzeba niedożywionego, owładniętego emocjonalną bombą atomową ciała była silniejsza. Nie pamiętała momentu, w którym ciąg myśli ustał ani tego, w którym przytuliła policzek do materaca.
Była zdziwiona nie mniej, niż sam Valencourt, gdy zaczęły do niej wracać pojedyncze przebłyski świadomości. Sylaby wypowiadane głosem, na który tak czekała.
Nie od razu zrozumiała ich znaczenie. Nie od razu przyjęły kształt, który mogła zinterpretować jakkolwiek. Zamrugała leniwie usiłując wyostrzyć wzrok, zarejestrowała ból karku i łopatek spowodowane absurdalną pozycją, a zaś uniosła głowę by spojrzeć w kierunku z którego dochodziły dźwięki.
Nie przepuściła naturalnego, błyskawicznego uśmiechu przez filtr zawodowej uprzejmości. Pozwoliła jasnym tęczówkom rozbłysnąć zachwytem, ramionom opaść w wyrazie ulgi, gdy powoli się prostowała. Do oczu napłynęły nieproszone łzy, które natychmiast otarła wierzchem dłoni, ale lekko rozchylone wargi pozostawały niewinnie roześmiane.
Jeśli wracał do żywych punktując jej niesubordynację, to wszystko było dobrze. A tego Sadie Glass pragnęła nade wszystko.
Pociągnęła nosem walcząc ze wzruszeniem, o którym nie zdążyła nawet zdecydować. Organizm reagował tak, jak chciał reagować, a zmęczona i obolała blondynka nie przejmowała się tym wystarczająco, by korygować zachowanie. Nawet Gizmo i jego przenikliwe spojrzenie nie mogły zepsuć jej tego momentu.
Odetchnęła. Trochę smutno, trochę radośnie, trochę jak ktoś, kto rzeczywiście dawno nie jadł.
Z tak zaciśniętym żołądkiem nie było to fizycznie wykonalne.
Przed oczami Sadie Glass rozpoczął się pokaz kadrów minionych godzin. Podkrążone oczy Raphaela, bezwładna sylwetka, chwiejny krok, wymioty w umywalce, próba siadania na podłodze. Obrazy przelatywały przed jej oczami szybko, brutalnie, przypominając o tym, że dobry finał wymagał złożenia ofiary z zasad. W klatce piersiowej kłuło poczucie winy. Nie wiedziała, czy pamiętał. Ona pamiętała. I mimo, że zrobiłaby to wszystko raz jeszcze, czuła się podle z przekroczeniem granicy kogoś, kto nie miał siły się przed nią obronić. Dobre intencje i ocena ryzyka nie łagodziły moralnego kaca.
Dlatego spojrzała to na jedzenie, to na pacjenta, a skrucha na delikatnej buzi zajmowała miejsce początkowej radości.
Przepraszam — szepnęła. To było jedyne słowo, które powinna wypowiedzieć do kogoś, kto nawet w pełni zdrowia nie przepadał za jej głosem. Przepraszała za zaniedbanie posiłków, której wymagał od niej przełożony. Przepraszała za to, co widziała, a czego nie chciał jej pokazywać.
Przepraszała za głowę na materacu i za każdą decyzję, której mógł nie aprobować. Przeprosiny były szczere. Przekonanie o właściwych wyborach również. Ambiwalencja musiała wystarczyć im obojgu. — Przepraszam — powtórzyła. Była nim tak zaaferowana, że nic na eleganckiej zastawie nie zachęcało do przeżuwania i połykania. Jedzenie kojarzyło z tekturą, a gryzienie tektury z odruchem wymiotnym. Zależało jej jednak na tym, by on zjadł cokolwiek i dlatego nie mogła z nim walczyć o własne posiłki.
Chciałam zjeść z tobą.
Dłonie wycofała z przestrzeni, którą mógł uważać za prywatną. Osiadły bezradnie na szczupłych udach. Na grubej, jasnobrązowej wełnie o szerokich oczkach. Na swetrze, który przywiozła z Paryża.
Jeśli bardzo się skupiła, przy dekolcie nadal pachniał Właścicielem.

raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Gdy Sadie poruszyła się, a z jej gardła wydobyły się słowa przeprosin, Raphael zauważył kątem oka, że Marcus wstał z fotela i skierował się do wyjścia. Nie poświęcał mu więcej uwagi. Nie musiał. Jeżeli wychodził, robił to z jakiegoś powodu, a Valencourt nie zamierzał teraz tracić koncentracji na czymkolwiek, co działo się poza łóżkiem. Jego uwaga, choć wciąż osadzona w osłabionym ciele, była już wystarczająco przytomna, aby wybierać to, co rzeczywiście chciał obserwować. Tym czymś była Glass. Jej duże oczy zaczęły błyszczeć w sposób, którego nie widział u niej wcześniej. Przez pierwszą sekundę pomyślał o łzach, lecz zaraz potem odrzucił tę interpretację. Nie. To nie było cierpienie. Nie ten rodzaj emocji, który widywał u ludzi, kiedy próbowali ukryć ból i jednocześnie liczyli na to, że ktoś go zauważy. Jej twarz mówiła coś zupełnie innego. Uśmiech, choć niewielki, pozostawał prawdziwy. W oczach było coś jeszcze — ulga, może radość, może coś, czego nie potrafił natychmiast nazwać. I właśnie ta niejasność zatrzymała jego uwagę.
Nigdy go nie przepraszała. Przynajmniej nie w sposób, który miałby dla niego znaczenie. Jeżeli przeprosiny pojawiały się wcześniej, zwykle były elementem wymiany, reakcją na konkretne działanie, czasem świadomą strategią. Teraz jednak powiedziała to dwa razy. Jeden raz po drugim. Bez targowania się. Bez próby przemycenia pod tym czegoś, co mogłoby zostać wykorzystane przeciwko niemu albo na jej własną korzyść.
To było dziwne. A Raphael nie lubił rzeczy dziwnych.
- Czemu płaczesz? - spytał, przyglądając się jej uważnie. Nie podniósł głosu. Nie było potrzeby. Mówił ciszej niż zwykle, ponieważ nawet rozmowa wymagała od niego większego wysiłku, niż chciałby przyznać. Gardło wciąż miał suche, ciało pozostawało ciężkie, a każdy dłuższy ruch powodował tę nieprzyjemną świadomość, że organizm nie wrócił jeszcze do pełnej sprawności. Umysł natomiast działał już znacznie lepiej. I właśnie dlatego mógł pozwolić sobie na obserwację.
Chciałam zjeść z tobą.
Patrzył na nią jeszcze przez chwilę. To zdanie było tak absurdalne, że przez moment nie znalazł właściwej odpowiedzi. Oczywiście rozumiał jego dosłowne znaczenie. Nie rozumiał natomiast, dlaczego miało być dla niej argumentem. Wspólne jedzenie było elementem ich ustaleń, owszem. Pamiętał. Pamiętał także, że sam jej to narzucił. Nie oznaczało to jednak, że wymagał od niej siedzenia głodnej przy łóżku przez cały czas, kiedy jego organizm postanowił urządzić sobie trzydniową przerwę od rzeczywistości. Co więcej, w jego ocenie była to jedna z tych sytuacji, w których literalne trzymanie się zasady prowadziło do absurdu. Jeżeli miał być przez trzy dni nieprzytomny, nie mogła przecież oczekiwać, że nakaz zatrzymywał rzeczywistość w miejscu i uczynił z jej posiłków coś zależnego od jego świadomości. Nie mógł jeść z nią, kiedy nie był przytomny. Nie mógł dotrzymać tej części umowy, ponieważ fizycznie nie był w stanie jej wykonać.
A ona mimo wszystko siedziała tutaj. I nie jadła. Nie zauważył, jak brwi zsunęły się lekko ku sobie, a między nimi uwidocznił się mars. - Nie kłam - poinstruował. Nie powiedział tego ostro. Nie miał nawet wystarczająco dużo siły, aby zabrzmieć tak, jak zwykle. Była to raczej spokojna korekta, próba skierowania jej z powrotem ku temu, co uważał za racjonalne. - Nie zawsze przecież będę obok - zaznaczył. To było oczywiste. A jednak musiał to powiedzieć.
Nie mógł jej pilnować. Nie chciał jej pilnować. Nie taki był sens tego, co między nimi ustalili. Jeżeli naprawdę chciała większej niezależności, musiała nauczyć się funkcjonować również wtedy, kiedy nie znajdował się w jej pobliżu. Nie rozumiał, dlaczego właśnie teraz, w chwili, kiedy dał jej więcej swobody, zachowywała się tak, jakby jego nieobecność była czymś, czego należało unikać.
W dodatku sytuacja była absurdalna w jeszcze jeden sposób. Raphael nie pamiętał, czy wcześniej jadła. Nie wiedział, ile czasu spędziła w jego pokoju. Nie wiedział nawet, jak długo siedziała przy jego łóżku. Pamiętał jedynie poszczególne obrazy z momentów wybudzania: łazienkę, mdłości, Marcusa, jej obecność, ciemność. Reszta była poszarpana. Teraz jednak, kiedy świadomość wracała do niego coraz pełniej, zaczynał dostrzegać konsekwencje tych trzech dni. Czyste ubrania. Czysta pościel. Aparatura. Kroplówka. Jedzenie przygotowane na stoliku. Glass śpiąca w fotelu przy jego łóżku.
To wszystko tworzyło pewien obraz. Obraz, który wcale mu się nie podobał. Nie dlatego, że ktoś się nim zajmował. Opieka była praktyczna. Jeżeli jego ciało wymagało nadzoru, należało go zapewnić. To było proste. Niepokoiła go natomiast motywacja znajdująca się poza praktycznością. Glass nie musiała tutaj siedzieć. A jednak siedziała.
Jego spojrzenie opadło na jej sweter. Rozpoznał go niemal natychmiast. Ten sam. Ten, który miała na sobie ostatnim razem w Paryżu. Przez moment zatrzymał wzrok na materiale, ale w żaden sposób tego nie skomentował. Nie zapytał, dlaczego nadal go nosiła. Nie powiedział niczego, choć jego umysł zarejestrował szczegół i odłożył go gdzieś na później. Raphael zawsze uważał, że informacje nie musiały być natychmiast wykorzystywane. Czasami wystarczyło je posiadać.
Powoli podniósł wzrok. Wrócił do jej twarzy. Nie potrafił odczytać wszystkiego, co się na niej znajdowało. To irytowało go bardziej, niż powinno. Nie dlatego, że była dla niego zagadką — każdy człowiek był do pewnego stopnia zagadką — lecz dlatego, że tym razem nie był pewien, czy problem znajdował się w niej, czy w nim. Może po prostu jego własny umysł nadal nie pracował na pełnych obrotach. Może trzy dni chemicznego snu zostawiły w nim coś więcej niż osłabienie mięśni. Może nadal brakowało mu tej ostrości, którą zwykle posiadał.
Oparł głowę z powrotem na poduszce. Ruch kosztował go więcej, niż chciał pokazać, ale w końcu zamknął oczy na krótką chwilę, a kiedy je otworzył, spojrzenie skierował ku górze. Kryształowy żyrandol wisiał nad łóżkiem. A on przez moment obserwował jego konstrukcję. Światło kończącego się dnia wpadało przez odsłonięte okna i rozszczepiało się na drobnych kryształach, rzucając na jasny sufit delikatne refleksy. Jeszcze niedawno podobny widok byłby dla niego czymś całkowicie neutralnym. Teraz, po trzech dniach spędzonych w ciemności, wydawał się niemal przesadnie wyraźny.
- Mogłaś wybrać co innego, zamiast głodzić się przez następne trzy miesiące. - Wypowiadał te słowa ze spokojem. Nie było w tym groźby. Była raczej konsternacja. Bo mogła przecież wytargować coś innego. Mogła wynegocjować oddzielenie się od niego i nie musiałaby okazywać swojego niezadowolenia niszczeniem własnego ciała. Wolność. Większą niezależność. Cokolwiek. Przecież właśnie tego chciała. Pamiętał ich rozmowy. Pamiętał jej argumenty. Pamiętał kontrakt, który miał uporządkować ich relację i odebrać jej przynajmniej część tej bezwarunkowej zależności, którą wcześniej między nimi ustanowiono. Sam podpisał dokument zaraz po jego sporządzeniu i zostawił go w jej rękach.
Jeżeli więc chciała niezależności, otrzymała możliwość jej uzyskania. Chciała, mogła wyjść. Mogła jeść, a nie głodować na złość jego interesom. Do tego siedziała obok jego łóżka. Głodna. W jego głowie pojawiło się coś na kształt niedowierzania. Nie rozumiał, co robiła. Nie rozumiał, po co. I może właśnie dlatego pytanie, które zadał później, nie dotyczyło już jedzenia.
Trzy dni wcześniej być może nie byłby zdolny dostrzec różnicy pomiędzy jednym gestem a drugim. Teraz pamięć wracała wystarczająco dobrze, aby ponownie przywołać wszystko, co wydarzyło się przed jego zaśnięciem. Wróciła również świadomość kontraktu, jego zapisów i tego, co miało się zmienić. Jeżeli dokument rzeczywiście został podpisany, powinien znajdować się w jej posiadaniu. Jeżeli nie został podpisany, wszystko, co właśnie uznawał za obowiązujące, mogło być tylko założeniem.
Przez chwilę patrzył na sufit bez słowa.
- Podpisałaś? - Głos zabrzmiał ponownie w pokoju. Tym razem pytanie było krótkie, rzeczowe i pozbawione wszystkiego, co mogłoby je złagodzić. Raphael czekał. Nie dlatego, że odpowiedź była mu obojętna. Właśnie dlatego, że zaczynała mieć znaczenie.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie rozumiała jego niezrozumienia.
Przez krótką chwilę zapomniała, że to jego bijące serce to tylko podpucha, i że w rzeczywistości pod spodem nie kryło się nic. Mógł być piekielnie inteligentny, tego mu nie odmawiała. Miał natomiast karygodne braki w inteligencji emocjonalnej. Nie rozpoznawał tego, z czym nie obcował. Czego nie doświadczał. Na co nie było w jego życiu miejsca ani potrzeby.
Wiedziała. Wiedziała, że będzie szukał logiki w tym, co w swojej naturze nie było ani trochę logiczne. Że będzie analizował, szukał spisku i kwestionował motywacje.
Tym razem wyjątkowo jej to nie przeszkadzało.
Im bardziej lawirował w swoich spekulacjach i desperackim drążeniu do jego wersji prawdy, tym bardziej zrelaksowana zapadała w miękkim fotelu. Przypominał siebie. B y ł sobą. Taki doprowadzał ją do szału, ale taki nie martwił jej stanem zdrowia. Takiego wolała: wystarczająco zdrowego, by podejrzewać ją o wszystkie najgorsze rzeczy i zasadzkę na jego życie.
A przecież Marcus wyszedł. Wyszedł - z jakiegokolwiek powodu tego nie zrobił, pozwolił Raphaelowi i Sadie na prywatną rozmowę. Jeśli zaś pozwolił na prywatną rozmowę, wykluczył ryzyko planowanego przez nią zamachu na dziedzica rodu Valencourtów.
Być może miał w tym jakiś udział wrzask Sadie, by wskrzesił tego zaćpanego padalca.
Żeby miał siłę mnie nienawidzić. nie zapomniała. Nie żałowała.
W dłoń chwyciła szklankę wody, lecz nie dla siebie. Wyciągnęła ją ku mężczyźnie, jednak poza podstawowym, humanitarnym gestem pozostała w obrębie fotela. Nie narzucała się. Mógł nawet przekonywać, że nie jest spragniony. Oferowała, bo jej waniliowy balsam i kroplówki nie wystarczyły, o czym wciąż przypominały suche wargi i blada cera, lekko sina i widocznie mniej jędrna. Mogła pomagać, chciała pomagać, ale nie w roli zmuszającego do czegokolwiek tyrana.
W każdej chwili mógł ją wyprosić. Wiedział o tym dobrze. A ponieważ odzyskał wystarczająco energii by mówić i licytować się z nią o słuszności podjętych decyzji, Sadie wiedziała, że miał też możliwość kazać jej wyjść - w przeciwieństwie do poranka.
To wystarczyło, by pozostała w miejscu przynajmniej w tej chwili.
Wzruszyłam się — i ramionami, bo organizm powoli odnajdywał spokój i równowagę otoczony tą samą bezczelną uwagą, do której przytomny Raphael zdążył ją przyzwyczaić. — Nie zadawaj pytań, jeśli nie chcesz dostać odpowiedzi. To frustrujące — pouczyła. — Powiedziałam prawdę, kiedy obudziłeś się po dwunastej: sprawdzałam, czy oddychasz i trochę mnie przestraszyłeś. Mówię prawdę teraz: chciałam spędzić z tobą czas przy posiłku. W porządku, jeśli chciałeś usłyszeć coś innego - ale to nie ma związku z moją prawdomównością — wyjaśniła.
Dopiero po wypowiedzeniu ostatniej sylaby zrozumiała, że nie był to najlepszy moment na rozmowy - że ciąg słów z jej ust musiał być dla niego jeszcze bardziej bolesny, niż dotychczas. Potrzebowała wypunktowania nieścisłości w jego narracji, żeby milczenie nie zostało odebrane jako potwierdzenie przyłapania na wykroczeniu - ale jednocześnie karciła się w myślach za dywagowanie w obecności kogoś, kto dopiero odzyskiwał przytomność.
Westchnęła ciężko.
To był dla niej długi dzień. Stresujący i męczący. Wystarczyło jej wiedzieć, że Raphael czuje się na tyle dobrze, by czepiać jedzenia - ale jedzenie było ostatnim, co chciała teraz omawiać.
Przecież nie widziała w swoich nawykach żadnego problemu. Owszem, wyszczuplała ostatnio, ale sukienki dawno nie wyglądały na niej tak dobrze. Owszem, było jej trochę mniej w miejscach które kojarzono z kobiecością, ale było jej również mniej w miejscach, które chciała oddać w ręce chirurga plastycznego. Nie jadła tak często, ale wciąż jadła, a anorektyczki nie jedzą wcale - z tak żelaznymi argumentami nie można było dyskutować.
Ona nie dyskutowała. Ilekroć stała przed lustrem czuła się bardziej zbliżona do kanonu piękna, któremu musiała sprostać. Ilekroć wymiotowała, czuła się bardziej w kontroli własnego ciała, życia i szczęścia. Nie robiła nikomu krzywdy. Nie działała na celową szkodę Gospodarza ani Raphaela.
Jednak t e n wspólny posiłek był czymś, czego chciała. Czymś towarzyskim, aniżeli realizacją zawartej umowy o pilnowaniu regularności posiłków. Chciała usiąść z nim przy stole, albo postawić tacę z paroma talerzykami na materacu obok jego słabego ciała, i pobyć w pobliżu. Tak jak robili to znajomi - bez drugiego dna, bez podtekstu. Chciała czegoś prawdziwego - to już ustalili. Wspólne jedzenie było najbardziej prawdziwym budowaniem relacji w większości kultur na świecie.
On sprowadzał wszystko do spalonych kalorii, spożytego białka i tego, jak przekładały na fizyczną atrakcyjność fikcyjnej kochanki. Ona szukała momentu budowania więzi, normalnego pośród strachu i chaosu minionego dnia.
Nie mówili o tym samym.
Nie głodzę się — zaprzeczyła. Jej wyobrażenie o głodzeniu było inne. Jej kryteria progu głodzenia także. Nie musiała go oszukiwać - wierzyła w drastycznie odmienne kryteria oceny kobiecego żywienia i sylwetki. — Jadłam wczoraj i przedwczoraj. Kuchnia to potwierdzi. Nie czekałam aż się obudzisz żebyś kazał mi jeść — pokręciła głową. — Rano chciałam zjeść z tobą śniadanie. Potem ci się pogorszyło, martwiłam się, więc nie miałam apetytu. Nie wiem kiedy zasnęłam. Nie kryje się za tym żadna wielka historia.
Poza tym, że cały dzień nią był, ale tego Sadie Glass nie mogła zobaczyć z tak bliska.
Z bliska doskwierały tylko detale.
Chciał jej utuczonej - tak to widziała i nie rozumiała dlaczego. W jakimś zakresie musiała się dostosować, dopóki pozostawała jego podwładną. Jeśli częścią jej pracy był modeling, zleceniodawca miał prawo oczekiwać określonych wymiarów - w tym wypadku większych. Dlatego nawet jeśli okazywała niechęć, nawet jeśli niektóre dni kończyły z głową skierowaną w dół, próbowała sprostać. Próbowała pokonać wizję tego, co sama widziała przed lustrem i przełykać kolejne kęsy. Jednak nie tego dotyczył dzisiejszy wybór.
W żadnym punkcie dnia nie podjęła świadomej decyzji, by odmówić sobie posiłku. Z rana sama zamówiła śniadanie dla obojga, aby Raphael nie musiał czekać, kiedy o nie poprosi. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że będzie potrzebna medyczna interwencja, ale intencja jedzenia w towarzystwie była, i była uczciwa.
Tak samo uczciwie zapomniała zainteresować się porcelanową zastawą gdy nieprzytomny i podpięty do maszyn Raphael kradł całą jej uwagę i energię.
Podpisałam — zawahanie w jej głosie wynikało z niezrozumienia dlaczego pytał o to w tej chwili i dlaczego uważał to za istotne na tyle, by poruszać gdy wciąż odzyskiwał energię. Nie siedziała w fotelu w swojej zawodowej roli. Nie przyszła załatwiać z nim żadnych spraw, negocjować warunków ani inaczej wykorzystywać okresu niedyspozycji.
Nie wierzyła, że mógł tego nie dostrzec. Że nie odczytywał tego z wielkich oczu Bambi, w których strach mieszał z ulgą i iskierkami zadowolenia. Nie ukrywała niczego. Nie odgrywała żadnej roli. Pozwalała mu czytać z otwartej księgi i nie sądziła, że właśnie ta całkowita otwartość wywoła w nim więcej dociekliwości i obaw, niż wszystkie perfekcyjnie odgrywane r o l e, które oglądał w jej wydaniu.
To zwyczajnie nie miało sensu.
Usiłowała zatem powrócić do tego, co miało, by nie zwariować.
Nie musimy rozmawiać.


raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
ODPOWIEDZ

Wróć do „#115”