ODPOWIEDZ
37 y/o
For good luck!
188 cm
Anastezjolog w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is not the sound of a new man
Or crispy realization
It's the sound of the unlocking and the lift away
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

03.

Po kilku tygodniach pracy w Mount Sinai Harris zaczął już rozpoznawać pewne twarze. Nie znał jeszcze wszystkich nazwisk, nie pamiętał, kto dokładnie był na którym oddziale i nadal zdarzało mu się zatrzymać na korytarzu na sekundę dłużej, próbując przypomnieć sobie, czy mijana właśnie osoba była chirurgiem, internistą czy może kimś z administracji. Ale przynajmniej przestał być całkowicie obcy.

Miał już swoich ludzi do krótkich rozmów między dyżurami, kilka znajomych twarzy przy kawie i nawet mniej więcej wypracowany sposób omijania największego tłoku w kantynie.

Tego dnia jednak najwyraźniej nie dało się ominąć niczego.
Kantyna była pełna. Przy jednym stoliku ktoś przeglądał dokumentację między kolejnymi kęsami obiadu, przy innym dwie pielęgniarki rozmawiały zdecydowanie zbyt energicznie jak na godzinę, o której większość ludzi powinna raczej milczeć i próbować odzyskać siły. Gdzieś przy wejściu ekspres do kawy syczał, a kolejka przesuwała się w ślimaczym tempie.
Harris odebrał swój obiad, rozejrzał się po sali i już miał zacząć szukać wolnego miejsca, kiedy zauważył znajomą twarz. Casimira siedziała przy jednym ze stolików, najwyraźniej już w połowie swojego posiłku.

Poznali się niespełna tydzień wcześniej, w jednym z tych przypadkowych momentów, które w szpitalu potrafiły przerodzić się w znajomość szybciej niż planowane przedstawienie. Harris potrzebował kilku minut na omówienie pacjenta z kimś z medycyny ratunkowej, a Casimira akurat kończyła zmianę. Zamiast krótkiej, czysto zawodowej wymiany zdań skończyło się na kilku dodatkowych minutach rozmowy, kawie wypitej w pośpiechu i odkryciu, że najwyraźniej całkiem dobrze się ze sobą dogadują.
Od tamtej pory zdążyli minąć się jeszcze kilka razy na korytarzach. Czasem wystarczyło krótkie „hej”, czasem kilka zdań pomiędzy jednym telefonem a drugim. Nie była to jeszcze przyjaźń ani nawet szczególnie bliska znajomość, ale zdecydowanie przestała być tylko kolejną twarzą wśród setek ludzi pracujących w szpitalu.
Dlatego teraz Harris nie zastanawiał się długo.
Podszedł do stolika i zatrzymał się przy wolnym krześle.
Zajęte? – Nie czekając specjalnie na odpowiedź, odstawił tacę i usiadł naprzeciwko niej. – Świetnie. W takim razie właśnie uratowałaś mi lunch.
Sięgnął po sztućce, po czym zerknął na jej talerz. – Chociaż teraz zaczynam się zastanawiać, czy nie popełniłem błędu. Wygląda na to, że znalazłaś coś jadalnego. – Uniósł wzrok znad własnego obiadu. – Jakim cudem?



Casimira Gardner
38 y/o
For good luck!
168 cm
lekarz medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Ratuje życia wszystkie, oprócz swojego.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#1

Dzisiejszy dyżur dłużył jej się niesamowicie. Od dawna nie miała już tak nudnego dnia. Zazwyczaj coś się działo, a przeróżnych przypadków, które trafiały na SOR nie dało zliczyć się na palcach obu dłoni, a dziś? Totalnie nic. Kilka pacjentów z grypą spowodowaną pogarszającą się pogodą. Nawet kilka przypadków przeziębienia, które coraz więcej hipochondryków myliło z wirusem i już pakowali się do trumny, choć to ich zachowanie było niezaprzeczalnie kolejnym do niej gwoździem.
Cieszyła się więc, kiedy w końcu mogła odsapnąć na przerwie. Tak naprawdę jej dyżur dobiegał już końca, ale jakoś zgłodniała i stwierdziła, że nie będzie czekać i przekąsi coś w kantynie. Zwłaszcza, że roiło się w niej akurat od znajomych, bo wybiła godzina lunchu, a że Casimira uwielbia ludzi to tym bardziej nie mogła odmówić sobie takiego miejsca.
Wybrała w miarę możliwości najsensowniejszą opcję posiłku, przy okazji wymieniając kilka spostrzeżeń ze znajomymi, po czym udała się z nimi do stolika. Niestety nie dotrzymali jej zbyt długo towarzystwa, ponieważ większość z nich wpadło tylko napić się kawy, czy przekąsić coś na szybko. Pożegnała więc swoich dotychczasowych kompanów i długo nie musiała czekać na kolejnego.
Zaśmiała się, słysząc słowa Harrisa, który nawet nie czekał na jej odpowiedź odnośnie miejsca, tylko po prostu je zajął.
- Dlaczego? - Spytała, nie za bardzo wiedząc o co mu chodzi.
Długo na odpowiedź czekać nie musiała. On chyba nawet nie usłyszał jej pytania, ponieważ właśnie kończyła połykać kęs tortilli, którą rzeczywiście jako ostatnią udało jej się dorwać. - Widzisz, mój drogi, kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi. - Skwitowała i wzruszyła ramionami, po czym wzięła kolejny kęs swojego dania, jak gdyby chcąc zrobić mu na złe?
Choć chyba wcale nie miała tego na myśli. Zrobiła to bez zastanowienia, po prostu wciąż była głodna.
- Co słychać? Jak dzień? Intensywny, czy równie nudny, co mój? - Zagaiła, uśmiechając się krzywo, kiedy już połknęła zawartość swojej buzi i popiła ją pomarańczowym sokiem.

Harris L. Morgan
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Rośka
37 y/o
For good luck!
188 cm
Anastezjolog w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is not the sound of a new man
Or crispy realization
It's the sound of the unlocking and the lift away
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spojrzał na jej tortillę, potem na własny talerz. Nie wyglądało to jak szczególnie skomplikowany posiłek, ale po kilku tygodniach pracy w Mount Sinai zaczynał rozumieć, że znalezienie czegoś względnie jadalnego w odpowiednim momencie wymagało pewnej wiedzy. Albo szczęścia. Najlepiej obu.
Czyli jednak są jakieś zasady – stwierdził. – Dobrze wiedzieć. Przez ostatnie kilka tygodni najwyraźniej po prostu przychodziłem o złej porze.
Wziął kolejny kęs, niespecjalnie przejmując się tym, że rozmowa toczy się przy okazji jedzenia. W szpitalu i tak trudno było zachować jakiekolwiek pozory normalnego lunchu. Ludzie przychodzili tutaj z telefonami przy uchu, dokumentacją pod pachą albo z miną kogoś, kto właśnie przypomniał sobie o czymś pilnym dokładnie trzy minuty po tym, jak usiadł.
Dzień? – powtórzył jakby potrzebował sekundy, żeby sobie przypomnieć. – Całkiem normalny. Kilku zaplanowanych pacjentów, trochę papierologii, trochę ludzi, którzy bardzo chcieli ze mną porozmawiać dokładnie wtedy, kiedy miałem coś innego do zrobienia.
Kąt jego ust drgnął.
– Czyli standard.
Tak naprawdę nie miał na co narzekać. Bywały dni zdecydowanie gorsze. Po latach pracy w szpitalu nauczył się nie traktować spokojniejszego dyżuru jak powodu do rozczarowania. Wręcz przeciwnie. Jeśli przez kilka godzin nic nie wymagało od niego biegania z jednego końca oddziału na drugi, był skłonny uznać to za całkiem udany dzień.
Upił łyk czarnej kawy i skrzywił się lekko.
No dobrze. Kawa zdecydowanie nie jest już po mojej stronie.
Odstawił kubek i spojrzał na Casimirę. – Właściwie przyszedłem tutaj z prostego powodu. Jeśli teraz nie zjem, następny posiłek wypadnie mi gdzieś pomiędzy kolacją a śniadaniem.
Na moment przeniósł wzrok na ludzi siedzących przy pozostałych stolikach. Ktoś właśnie wstał, zostawiając niedojedzony obiad, ktoś inny jadł jedną ręką, drugą przewijając coś w telefonie. Typowa szpitalna przerwa, która właściwie nigdy nie wyglądała jak prawdziwa przerwa.
Ale przynajmniej ty miałaś spokojny dzień. – Wrócił spojrzeniem do niej. – To chyba dobrze, bo tym, co opowiadałaś ostatnio, chyba należy ci się jeden nudny dyżur. – Przekręcił głowę na bok przypominając sobie ilość noszy, które były wnoszone na SOR, kiedy parę dni wcześniej został poproszony o konsultację. Zapamiętał zamieszanie i to jaką projekcję głosu mają lekarze medycyny ratunkowej. Jego wlasna byla umiarkowana... Zazwyczaj siedział w ciszy przy ekranie upewniając się, że jego pacjent śpi. – Chociaż podejrzewam, że jeśli jutro znowu będzie tak spokojnie, wszyscy zaczną się zastanawiać, gdzie jest haczyk.

Casimira Gardner
38 y/o
For good luck!
168 cm
lekarz medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Ratuje życia wszystkie, oprócz swojego.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chyba sama Casimira nie nazwałaby tego zasadami. Po prostu, prawo dżungli. Tak jak w dzikim, zwierzęcym świecie, tak i tu, na szpitalnej stołówce trzeba było liczyć się z tym, że im później się przyjdzie, tym gorszy posiłek do wyboru nam zostanie. Wzruszyła więc tylko ramionami, nie widząc sensu by mówić coś więcej. Wciąż jednak delikatnie się uśmiechała. Zacznijmy może od tego, że ona bardzo rzadko miała inny wyraz twarzy, niż uśmiech. No dobra, chyba że musiała powiedzieć pacjentowi, że nie zostało mu zbyt wiele czasu, bo jest śmiertelnie chory, albo o czymś podobnym zmuszona była poinformować rodzinę, czy też bliskich kogoś kto spoczywał na szpitalnym łóżku.
- Eh, ta papierologia mnie wykończy... - Skwitowała przekręcając teatralnie oczyma, wciąż kontynuując jedzenie.
W szpitalu zazwyczaj nie było mowy na spokojny posiłek, czy też pogawędkę, więc rzeczywiście brunetka czerpała garściami z tego nudnego dnia i cieszyła się, że dosiadł się do niej właśnie Harris, z którym mogła zamienić choćby kilka zdań.
- Przyznam szczerze, że ja już się zastanawiam gdzie jest ten haczyk i uparcie zaczynam go szukać, bo naprawdę jest dziś na SORze wyjątkowo spokojnie. - Tu zrobiła duże oczy i zaczęła rozglądać się dookoła, jak gdyby rzeczywiście czegoś szukała.
Ostatecznie utkwiła wzrok w zegarku i widząc, że zostały jej jeszcze zaledwie niecałe dwie godziny, uśmiechnęła się sama do siebie. Nie to, żeby nie lubiła swojej pracy. Wręcz przeciwnie. Ale, lubiła kiedy coś się działo. Takie nudne dni ją dobijały. Lubiła biegać z jednego końca szpitala na drugi i "wymieniać" się z oddziałami swoimi pacjentami, a dziś? Oddała chyba tylko kogoś ze złamaną ręką na chirurgię i starszego pana na neurologię z podejrzeniem udaru, który zapewne i tak okaże się fałszywym alarmem.
- O której kończysz? - Spytała, wracając spojrzeniem na swojego rozmówcę.

Harris L. Morgan
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Rośka
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”