Wieczór w końcu zaczął przypominać wieczór, a nie kolejną pozycję na liście rzeczy do odhaczenia. Dopiero kiedy dom ucichł, ostatnie kroki dzieci przestały być słyszalne na schodach, a w kuchni zostało tylko ciepłe, przygaszone światło, Clea poczuła, że naprawdę może zwolnić. Cały dzień był pełen drobiazgów, które osobno nie znaczyły właściwie nic, ale zebrane razem potrafiły człowieka porządnie zmęczyć. Strzelnica, zakupy, gotowanie, dzieci, pranie, sprzątanie, odkładanie rzeczy na miejsce, przypominanie sobie o rzeczach, o których wszyscy inni zdążyli zapomnieć. Nawet podczas obiadu trudno było jej całkowicie odpuścić — wystarczyło, że coś stało nie tam, gdzie powinno, żeby automatycznie to poprawiła. Taki już miała charakter. Dom mógł być pełen ludzi, rozmów i bałaganu, a ona i tak gdzieś z tyłu głowy miała listę rzeczy, które jeszcze należało zrobić. Teraz jednak lista mogła poczekać. Przesunęła palcami po krawędzi blatu, upewniając się zupełnie bez potrzeby, że nie została na nim żadna mokra plama. Dopiero wtedy odpuściła. W zmywarce powoli kończył się cykl, pranie było rozwieszone, kuchnia wyglądała przyzwoicie, a reszta domu mogła sobie spokojnie poradzić bez jej nadzoru przez kilka godzin. To ostatnie było chyba najtrudniejsze. Clea potrafiła znaleźć sobie zajęcie nawet wtedy, kiedy absolutnie nie było takiej potrzeby. Gdyby ktoś zapytał ją kilka godzin wcześniej, czy ma jeszcze coś do zrobienia, bez większego problemu wymieniłaby przynajmniej pięć rzeczy. Teraz natomiast spojrzała na kuchnię i po raz pierwszy od dawna pomyślała, że naprawdę nie musi już niczego poprawiać.
Otworzyła lodówkę i przez moment zawahała się przed półką z napojami. W końcu wyjęła piwo, które wcześniej kupili dla Renoira, a zaraz potem sięgnęła po swoją butelkę wina. Drogiego, oczywiście. Skoro już miała spędzić wieczór w domu i rzeczywiście odpocząć, mogła przynajmniej zrobić to porządnie. Butelkę postawiła na blacie, a następnie zerknęła na cztery piwa, które zostały w opakowaniu. Cztery. Jej wzrok zatrzymał się na nich odrobinę dłużej. Cztery musztardy. Cztery śmietany. Teraz cztery piwa. Przez chwilę miała ochotę się roześmiać. Dzisiejsze zakupy zaczynały wyglądać jak jakiś bardzo dziwny eksperyment społeczny, w którym ich małżeństwo miało udowodnić, ile rzeczy można wrzucić do koszyka, zanim człowiek przy kasie zacznie żałować wszystkich swoich życiowych decyzji.
—
Wiesz, że jak się tak nad tym zastanowić, to te zakupy były trochę niepokojące? — odkręciła butelkę wina i nalała sobie do kieliszka. Nie za dużo. Tyle, żeby rzeczywiście było przyjemnie, a nie żeby następnego dnia musiała się zastanawiać, po co właściwie tak szybko opróżniła butelkę. Kieliszek przez chwilę pozostał w jej dłoni, kiedy spojrzała na zakupione wcześniej zapasy.
—
Cztery musztardy, cztery śmietany... — zrobiła krótką pauzę —
Zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie próbujemy przygotować się na jakąś katastrofę gospodarczą. — upiła łyk wina i oparła się wygodniej o blat. Smak był dokładnie taki, jakiego oczekiwała. Dobry, głęboki, trochę zbyt dobry jak na zwykły wieczór w kuchni, ale właśnie dlatego zdecydowała się go kupić. Czasami można było wydać więcej pieniędzy tylko po to, żeby później usiąść w ciszy i mieć poczucie, że człowiek zrobił coś dla siebie. A dzisiejszy dzień zdecydowanie na to zasługiwał. Strzelnica wróciła do niej w myślach niemal od razu. Nie sam wynik, chociaż ten oczywiście nadal trochę ją uwierał. Bardziej cała ich dziecinna rywalizacja, która z każdą kolejną rundą robiła się coraz mniej poważna. Jedenaście punktów. Tyle dokładnie zabrakło jej do zwycięstwa. Niby niewiele, a jednak wystarczająco dużo, żeby Renoir dostał argument, którym zapewne zamierzał ją męczyć jeszcze przez najbliższe kilka dni. Zwłaszcza po tym, jak bardzo spodobało mu się tytułowanie go
panem nadinspektorem. Clea uśmiechnęła się pod nosem. To akurat zamierzała wykorzystać.
—
Właściwie powinnam ci chyba pogratulować jeszcze raz. — uniosła kieliszek odrobinę wyżej, jakby wznosiła toast —
Za wielkie zwycięstwo. Jedenaście punktów przewagi. Wynik, który z pewnością przejdzie do rodzinnych annałów. — brzmiała przy tym tak poważnie, że sama ledwo powstrzymała uśmiech. Wzięła kolejny łyk wina, pozwalając sobie przez chwilę po prostu stać i niczego nie robić. Bez prania. Bez sprzątania. Bez sprawdzania, czy dzieci przypadkiem czegoś nie zostawiły. Bez myślenia o tym, co będzie jutro. Przynajmniej przez kilka minut. Potem jednak przypomniała sobie coś jeszcze.
—
Chociaż jest jedna rzecz, której nadal nie rozumiem. — odstawiła kieliszek i skrzyżowała ręce na piersi —
Te twoje trzydzieści trzy punkty. — kącik ust drgnął jej w rozbawieniu —
Bardzo ciekawy wynik. Szczególnie biorąc pod uwagę, jak pewny siebie byłeś później. — nie zamierzała robić z tego wielkiej sprawy. Właściwie właśnie dlatego ją to bawiło. Przegrała i doskonale o tym wiedziała, ale skoro Renoir tak bardzo lubił swoje statystyki, to chyba musiał się liczyć z tym, że żona od czasu do czasu przeprowadzi własną analizę danych. Sięgnęła po butelkę i dolała sobie odrobinę wina, po czym spojrzała na nią z miną osoby, która właśnie wpadła na wyjątkowo ważny pomysł.
—
Może powinnam zacząć prowadzić ci osobną tabelę. — tym razem uśmiech był już wyraźniejszy. —
Wyniki ze strzelnicy, czas potrzebny na zakupy, liczba kupionych musztard, śmietan i innych absolutnie niezbędnych produktów... — zawiesiła głos, przyglądając mu się przez moment znad kieliszka. Pomysł, który przed chwilą rzuciła dla żartu, zaczynał jej się podobać coraz bardziej, zwłaszcza że można było go przecież odpowiednio rozszerzyć —
I oczywiście statystyki pozostałych dziedzin życia. Skoro już tak lubimy liczby. — to ostatnie powiedziała zupełnie spokojnie, choć kącik jej ust uniósł się odrobinę wyżej. Nie trzeba było nawet mówić wprost, o jakie dziedziny chodziło. Wystarczyło pozostawić trochę miejsca na domysły. Clea doskonale wiedziała, że czasami właśnie to działało najlepiej. Odstawiła kieliszek na blat, ale nie odsunęła się od niego. Zamiast tego poprawiła luźno opadające pasmo włosów, a potem ponownie spojrzała w jego stronę. W spojrzeniu pojawiło się coś zaczepnego, ten charakterystyczny błysk, który zwykle oznaczał, że żart jeszcze się nie skończył.
—
Właściwie mogłabym być bardzo skrupulatna. — dodała —
Data, godzina, wyniki... ocena wykonania. Wszystko profesjonalnie. Bez taryfy ulgowej, panie nadinspektorze. — upiła kolejny łyk wina, jak gdyby właśnie powiedziała coś zupełnie niewinnego. Dopiero po chwili pozwoliła sobie na mały uśmiech —
Chociaż przy niektórych pozycjach chyba musiałabym prowadzić osobną rubrykę na wymówki. — nie wytrzymała i parsknęła cichym śmiechem. Przez moment jeszcze obracała kieliszek w dłoni, obserwując przez szkło odbijające się w nim światło kuchennej lampy. Po całym dniu wreszcie nie musiała się spieszyć. Mogła stać tutaj, pić swoje wino i zwyczajnie drażnić człowieka, który najwyraźniej zbyt łatwo dawał się sprowokować.
—
Tylko ostrzegam, panie nadinspektorze. — powiedziała po chwili, tym razem ciszej, z rozbawieniem wyraźnie słyszalnym w głosie. —
Jeżeli zaczniemy prowadzić takie statystyki, może się okazać, że dzisiejsze jedenaście punktów przewagi wcale nie będzie pana największym osiągnięciem. — przez chwilę pozwoliła, żeby ostatnie słowa zostały między nimi. Potem uniosła kieliszek do ust, a kiedy napiła się wina, na jej twarzy wciąż błąkał się ten sam, zdecydowanie zbyt niewinny uśmiech.
Renoir Delacroix