Miles W. Waits
— Miles, daj spokój z tym sojuszem plemników do typa, którego nie znasz — odparła od niechcenia Cece, wpatrując się w mężczyznę odrobinę dłużej. Ten związek nauczył ją przede wszystkim jednego, czego już nie chce w kolejnych. Była to niesamowicie ważna dla niej wiedza, której nic poza czystym związkiem nie mogło jej zrekompensować
— byłam dla niego bardziej błyskotką, niż partnerką — stwierdziła finalnie Marquis, wpatrując się dłużej w Waitsa. Za tymi słowami kryło się tak wiele. Bardziej chciał się nią chwalić, niż próbował ją zrozumieć. To jej przeszkadzało. Potrzebowała wsparcia na wielu płaszczyznach, a musiała dbać i wychowywać go jak dziecko.
— Nie zaprzeczam — wszystko było po coś, a każdy człowiek którego spotykaliśmy, miał własną unikalną historię. Mógł ją nam przekazać, nauczyć czegoś nowego. Związki bywały kruche z wielu powodów. Czasami okazywało się po tych dwudziestu latach, że to po prostu nie było to, że ktoś inny lepiej, by o nas zadbał. To było normalne. Jak dwudziestolatek ma wiedzieć, czego potrzebuje do końca własnego życia? Ludzie się zmieniali, a wraz z nimi potrzeby
— ty mi sprawiasz radość bułkami i Britney — nie potrzebowała komicznej koszulki, by to wiedzieć. Po prostu przy niej był, kiedy go potrzebowała. Nawet w momentach kompletnej porażki, takiej jaką właśnie przeżywała w tym momencie. Przy Milesie wszystko wydawało się być łatwiejsze.
Przez ułamek sekundy nie wiedziała, co powinna mu powiedzieć. Nic jej nie pasowało, a wszystko wydawało się zbyt... błahe?
— Może dlatego żyjemy we dwoje? — spytała dosyć nieśmiało. Wpierw patrzyła na niego badawczym wzrokiem, próbując wybadać jego reakcję. Tylko po to by po paru sekundach spuścić wzrok. Niby oni mieliby być razem? Nigdy jej takie myśli nie przychodziły aż do tego jednego, krótkiego momentu.
— Hmm... — szczerze nie miała zielonego pojęcia, co powinna powiedzieć. Musiało być mu ciężko, normalne zerwania bywały dramatami, a co dopiero rozwody
— czyli budujesz swoje życie na nowo? — dopytała bardziej z czystej ciekawości. Nie miał za wielu znajomych. Nigdy nikogo nie widziała, ani nie słyszała. Jedynie jego byłą. Widziała. Słyszała. Cokolwiek się wydarzyło, musiało go to dalej mocno boleć.
— Jakby ktoś mnie napadł, przyszedłbyś pierwszy z odsieczą — to był zdecydowany plus tych cienkich ścian. Jeśli cokolwiek by się u niej działo, przyszedłby z odsieczą. Mogła na niego liczyć pod tak wieloma aspektami, że sama była tym zadziwiona
— mój prywatny policjant — zaakcentowała, po czym złapała się, jak to mogło zabrzmieć. Pokręciła głową. Nie powinna w żaden sposób przekraczać jego barier. Byli przecież przyjaciółmi, prawda?
— A zastanawiałeś się... — zaczęła dosyć nieśmiało. Nie chciała wyjść na taką, co się wtrąca. Nigdy nie ingerowała w uczucia faceta, który darzy nimi inną
— dlaczego to robisz? — czuła, że to pytanie mogło być stosunkowo mocne, dla niej i dla niego. Skąd się brały te telefony? Musiał mieć w sobie nadzieję. Czuła się rozdarta, bo gdzie miałaby zmierzać? Do pomocy w pielęgnowaniu relacji, czy bardziej jej ucięciu?
— chciałabym móc Ci z tym pomóc, ale nie mam zielonego pojęcia jak — stwierdziła finalnie Cece. Mogłaby go posmarować magiczną mazią na odrzucenie byłej, ale czy to miało jakikolwiek większy sens? Pewnie że nie.Czas musiał zadziałać, samodzielnie musiał wyleczyć swoje rany.
Patrzyła na niego, jak przesuwa w jej stronę telefon. Zdążyła nawet wziąć go do rąk, ale czy mogła go pozbawić? Był niemal symboliczny.
— Nie usunę — odpowiedziała w końcu, odsuwając telefon w jego stronę. Nie lubiła się mieszać w nieswoje sprawy. Unikała takich konfliktów, z którymi nie czuła się w porządku
— nie stawiaj mnie między sobą, a twoją żoną — pewnie i by usunęła jej kontakt, ale nie chciała być tą, która stała na drodze do szczęścia Milsa. Sam musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chce dalej o nią walczyć, a ona nie miała zamiaru robić tego zamiast niego
— chcesz, to zrób to sam — sama odwróciła wzrok. Czuła się tak, jakby miała do końca pogrzebać resztki jego związku i szczęścia z obcą dla niej kobietą
— możesz też... przychodzić do mnie, jak chcesz do niej dzwonić — zaproponowała finalnie, próbując złapać z nim kontakt wzrokowy. Cokolwiek miałoby się wydarzyć, wtedy mogłaby go w stu procentach wspierać, kibicować. Niebo by się załamało, a ona stałaby przy jego boku.
— Spokojnie, oddasz mi w naturze — parsknęła krótko, ale po chwili zrozumiała, że ten żart nie do końca był na miejscu
— znaczy... we wspólnym spędzaniu czasu — dopowiedziała finalnie, unosząc delikatnie kąciki swoich ust.
— kotki są dobre na wszystko! — zwłaszcza gdy mieli obok siebie takie cudownego kompana, który wskoczył by położyć się w nogach policjanta. Piękny widok ludzi ciężko pracujących.
— Bo jesteś kochanym misiem i nie lubisz gadów — stwierdziła bez większego zawahania
— zdecydowanie puchon. Jesteś jak oni. Pracowity, sprawiedliwy, uczciwy oraz lojalny — mogła na niego liczyć i miał w sobie to poczucie sprawiedliwości, których innym brakło. Koty nagradzać, a gady omijać.
— a może ślizgonka? Nie tylko krukoni są mądrzy — stwierdziła, unosząc oba kąciki swoich ust do góry. Faktycznie w ten sposób to funkcjonowało jej zdaniem. Chociaż była krukonką, tylko nie chciała się przyznać do ujawnienia.
— Pomyślisz o wszystkim — rzuciła, odbierając od niego piwo i upijając z niego porządnego łyka. Sama tylko zaczęła się zastanawiać, dlaczego oparła się o ramię Waitsa. Musiało być jej tak wygodniej, tylko oto chodziło
— która scena zrobiła na Tobie największe wrażenie? Mnie ta z łódkami — stwierdziła, gdy ich wspólny seans się rozpoczął
— chciałabym, żeby ktoś zrobił ze mną to samo na randce, ale w trochę bardziej romantycznym obliczu — delikatnie się rozmarzyła. W środku zawsze była niepoprawną romantyczką, cokolwiek by się nie działo później.