Większość ludzi była przewidywalna. Nie dlatego, że byli prości w sensie braku inteligencji — Raphael nigdy nie uważał inteligencji za warunek konieczny przewidywalności — lecz dlatego, że prawie każdy człowiek posiadał w sobie jakiś niedosyt, a niedosyt był jedną z najłatwiejszych rzeczy do wykorzystania. Jedni pragnęli pieniędzy, inni nazwiska, jeszcze inni dostępu do ludzi, których samo pojawienie się w ich telefonie potrafiło otworzyć drzwi zamknięte dla setek innych. Byli tacy, którzy chcieli seksu, podziwu, poczucia własnej wyjątkowości, potwierdzenia swojej męskości albo kobiecości, poczucia przynależności do czegoś większego niż oni sami. Czasem wystarczało im nawet to, żeby ktoś ważniejszy spojrzał na nich przez kilka sekund dłużej niż na pozostałych. Raphael od dziecka obserwował te mechanizmy z osobliwą fascynacją, choć wówczas nie potrafił jeszcze nadać im nazw. Wiedział tylko, że ludzie zawsze czegoś chcieli. A skoro czegoś chcieli, można było przewidzieć ich następny ruch.
Świat, w którym dorastał, opierał się właśnie na takich ludziach — łaknących wpływów, dostępu, pieniędzy i znaczenia, nieczyniących niczego bez powodu. Czerpali korzyść ze wszystkich ruchów, jakie wykonywali, nawet jeżeli korzyść ta była tak odległa, że dla postronnego obserwatora w ogóle nie istniała. Raphael nauczył się więc nie pytać przede wszystkim
co ktoś zrobił, ale
co otrzymał w zamian. To drugie pytanie było zazwyczaj znacznie bardziej użyteczne. Człowiek mógł kłamać na temat własnych intencji. Mógł udawać altruizm, lojalność, miłość, przyjaźń, nawet poświęcenie. Znacznie trudniej było ukryć strukturę korzyści, która pojawiała się po jego decyzji. Dlatego ludzie wydawali mu się jednocześnie przebiegli i prości. Potrafili budować skomplikowane intrygi, lecz prawie zawsze wokół tej samej pustki. Chcieli być bogatsi. Ważniejsi. Bezpieczniejsi. Bardziej pożądani. Bardziej potrzebni. Chcieli mieć wpływ na innych, ponieważ wpływ dawał im złudzenie, że świat nie może ich zranić bez pozwolenia.
Rozumiał tę zasadę bardzo wcześnie. Zbyt wcześnie.
Pamiętał siebie jako chłopca stojącego przed istotnymi sylwetkami dorosłych, którzy patrzyli na niego nie jak na dziecko, lecz jak na coś, co można było wykorzystać. Sprzedany przez własną rodzinę recytował wiersze po francusku. Prowadził rozmowy po niemiecku. Płakał po angielsku. Języki zmieniały się zależnie od pomieszczenia, człowieka i celu, jaki należało osiągnąć, lecz oczekiwanie pozostawało zawsze takie samo. Miał być posłuszny. Miał dobrze wyglądać. Miał odpowiadać wtedy, kiedy pytano, i milczeć wtedy, kiedy jego głos przestawał być komuś potrzebny. Czasami czuł własną krew wypełniającą usta. Czasami posoka należała do kogoś innego. Wspomnienia nie zawsze zachowywały chronologię, lecz zachowywały zapachy: alkohol, perfumy, drewno, ciężkie tkaniny, metaliczny posmak krwi. Zachowywały również ręce. Dłonie na ramionach, karku, plecach. Dłonie prowadzące go tam, gdzie miał stanąć.
Nigdy nie musiał długo zastanawiać się, czego od niego chciano. Posłuszeństwa. To było najprostsze. Nie był przecież chłopcem. Przynajmniej nie dla nich. Był rzeczą, a rzeczy należało sprawdzać. Testować. Ocenić ich funkcjonowanie. Zobaczyć, ile wytrzymają, zanim przestaną być użyteczne. W świecie, z którego pochodził, wartość człowieka była zadziwiająco podobna do wartości przedmiotu: zależała od tego, ile można było z niego uzyskać. Raphael zrozumiał to szybciej, niż ktokolwiek chciałby przyznać.
Jak wtedy z Cassandrą, gdy mieli po siedem lat. Do dziś pamiętał absurdalność własnego dziecięcego przekonania, że coś zostało wówczas przypieczętowane. Że ich łzy, obecność dorosłych, słowa wypowiadane nad ich głowami i cały ten ciężar ceremonialności oznaczały coś trwałego. Że istniała jakaś rzeczywistość, której nie można było odwołać tylko dlatego, że dwoje dzieci nie rozumiało, dlaczego właśnie ich wybrano. Wtedy jeszcze wierzył, że skoro dorośli mówili poważnie, ich słowa musiały mieć znaczenie. Później nauczył się, że dorośli również byli tylko ludźmi. A ludzie mieli interes.
Teraz ta sama zasada powracała do niego, kiedy patrzył na Glass. Czuł lekki dotyk jej dłoni na swoich plecach. Delikatny, niemal ostrożny. Dziewczyna, która do niedawna znajdowała się w jego sferze jedynie jako jedna z wielu figur widywanych raz do roku. Prowadząca Aukcję. Kobieta, której nazwisko znał, ale której istnienie pozostawało dla niego niemal abstrakcyjne. Potem stała się konkretna. Stała się Glass. Tą, którą zakupił. Tą samą, która krzyczała z bólu w piwnicach Whale Cay. Tą samą, która później krzyczała na niego w Paryżu. I tą samą, która teraz patrzyła na niego oczami zbyt dużymi, żeby wydawały się rzeczywiste.
To właśnie ją próbował zrozumieć. Nie dlatego, że nagle pojawiła się w nim potrzeba poznania jej wnętrza. Raphael nie posiadał takiego odruchu. Raczej dlatego, że jej zachowanie nie pasowało do modelu, który przez całe życie uważał za niezawodny.
Jeśli tak zdecydujesz, umówię się na przedłużenie i zagęszczenie.
Jeśli moje obecne proporcje nie są dla ciebie atrakcyjne, postaram się je zmienić.
Przez chwilę tylko na nią patrzył. Nie chodziło o to. Naprawdę nie chodziło o to. Gdyby miał siłę, prawdopodobnie wywróciłby oczami, lecz nawet tak prosty gest wydawał mu się teraz ryzykowny. Organizm nadal przypominał mu o swojej słabości przy każdym ruchu.
-
Nie chodzi o twoją atrakcyjność - odparł w końcu. Brzmiał ciszej, niż chciał. Nie miał ochoty tłumaczyć jej oczywistości, a tym bardziej nie miał ochoty wchodzić w rozmowę, w której każdą jego uwagę można było błędnie zinterpretować jako ocenę jej wyglądu. Nie pytał o to. Nie interesowała go estetyka. Interesował go fakt. -
Masz być zdrowa. W tym momencie nie jesteś.
To było wszystko. A jednak patrząc na nią, miał wrażenie, że słowa nie wystarczyły. Jej ciało mówiło mu coś, czego ona nie wypowiadała. Było w nim zmęczenie, którego nie potrafiła ukryć, nawet jeżeli próbowała. Raphael znał ten rodzaj maskowania. Sam robił to przez większość życia. Człowiek mógł kontrolować twarz, głos, postawę, lecz ciało zawsze pozostawało mniej posłuszne.
Zamilkł. Poczuł nagły napływ słabości. Ciężar rozlał się po ramionach, a serce przyspieszyło, jakby nawet siedzenie wymagało od niego zbyt wiele. Wycofał się i ponownie pozwolił plecom oprzeć się o poduszki. -
Potrzebuję cię zdrowej, Glass - wyjaśnił dobitniej. Powieki zaczynały mu ciążyć. -
Nie wymalowanej - dodał ciszej.
To było ważne rozróżnienie. W przyszłości mogła przecież istnieć przestrzeń dla całej reszty. Zabiegi kosmetyczne, odpowiedni wygląd, ubrania, cała ta warstwa zewnętrzna, którą świat ludzi takich jak on traktował niemal jak drugi język. Wiedział, że odpowiednia powierzchowność potrafiła otwierać drzwi. Wiedział, że wygląd mógł być narzędziem równie skutecznym jak pieniądze czy nazwisko. Nie odrzucał tego. Nie miał powodu. Ale narzędzie musiało działać.
A aktualnie potrzebował od niej czegoś zupełnie innego. Zdrowia. Pamięci. Umysłu. Słabość jej ciała nie była dla niego kwestią estetyki. Była przeszkodą. Ryzykiem. Zmienną, której nie potrafił kontrolować, a która mogła w każdej chwili wpłynąć na wszystko pozostałe. I właśnie dlatego tak bardzo irytowała go jej próba przesunięcia rozmowy na atrakcyjność. Była to odpowiedź na inne pytanie niż to, które zadał.
Raphael przymknął oczy. Czuł, że mógłby zasnąć, gdyby pozwolił sobie na jeszcze kilka minut bezczynności.
Przynajmniej nie teraz. Nie teraz, ponieważ wiedział, że później nadejść miały momenty, w których zabiegi kosmetyczne miały mieć swoje zastosowanie. Mogły dodać jej animuszu, zmienić sposób, w jaki sama siebie postrzegała, nadać jej siłę wynikającą nie tylko z wnętrza, ale również z tego, co widziała w lustrze. Valencourt rozumiał znaczenie takich rzeczy. Wiedział, że człowiek czasami potrzebował zobaczyć na zewnątrz coś, co chciał odnaleźć wewnątrz. Ale nie teraz. Nie w zaciszu domu w Toronto. Tutaj wszystko opierało się na jej umyśle i pamięci. Na tym, co zauważała. Na tym, co zapamiętywała. Na tym, co potrafiła połączyć. Na tym, czego nie mówiła.
Ciało mogło być słabe. Jego własne było tego najlepszym dowodem. Trzy dni nieprzytomności odebrały mu część siły, której wcześniej nawet nie zauważał. Ale słabość fizyczna nie musiała oznaczać słabości człowieka. Była tylko ograniczeniem. Tymczasowym. Umysł pozostawał czymś innym. I właśnie dlatego, mimo ciężkich powiek i coraz wolniejszego oddechu, Raphael wciąż próbował myśleć. Ona. Gospodarz. Kontrakt. Aukcja. Decyzje. Ludzie. Interesy. Wszystko musiało mieć powód. Zawsze miało. A jeśli nie potrafił jeszcze odnaleźć powodu, oznaczało to jedynie, że brakowało mu odpowiedniego fragmentu układanki. Nie że układanki nie było.
Gdy zaczęła mówić, senność mijała. Nie gwałtownie, lecz niemal niezauważalnie, jak mgła ustępująca przed świtem; jeszcze przed chwilą ciężkie powieki ciągnęły go ku bezmyślności, a teraz każde kolejne słowo Prowadzącej wyciągało go z tamtego stanu, przywracając świadomość z osobliwą, niemal bolesną ostrością. Zapadał się wszak w świat Gospodarza — w jego intrygi, rachuby i opowieść wybrzmiewającą z ust kobiety, która sama, być może, nie zdawała sobie sprawy, jak wiele odsłaniała. Słuchał jej więc bez ruchu, pozwalając, by poszczególne elementy układanki osadzały się w jego umyśle.
Milczał przez moment po tym, jak skończyła. Gospodarz przestawiał system z równowagi na zależność. Nie wystarczało mu posiadanie ludzi; potrzebował, aby ich istnienie zostało związane z jego istnieniem tak ciasno, żeby każde zerwanie więzi oznaczało dla nich utratę czegoś, czego nie potrafili już odzyskać. Świadomie zwiększał liczbę zobowiązań, mnożył długi, przysługi i konieczności, jak człowiek, który oplatał drzewo drutem, a potem cierpliwie czekał, aż drzewo samo zacznie wrastać w metal. To nie była zwyczajna dominacja. Była to hodowla zależności.
A Sadie sugerowała coś jeszcze bardziej niepokojącego. Że sama mogła być jednym z jego eksperymentów. Nie powiedziała tego wprost, lecz właśnie dlatego myśl ta miała większą wagę. Rzeczy najistotniejsze rzadko przychodziły w opowieści jako deklaracje; częściej czaiły się w przemilczeniach, w drobnych pęknięciach logicznego porządku. A ona nie była przezroczysta. Była sylwetką. Wyjątkiem od reguły. Kimś, kto z jakiegoś powodu nie pasował do kategorii, w których Gospodarz zamykał pozostałych.
Wyjątek jednak nie musiał oznaczać błędu.
-
Być może indywidualizacja jest właśnie celem - odezwał się w końcu. Obrócił tę myśl w ustach, zanim wypuścił ją na zewnątrz, jakby sprawdzał jej ciężar. -
Być może chciał stworzyć człowieka, który zacznie funkcjonować poza pierwotną rolą, a następnie obserwować, co zrobi z uzyskaną autonomią.
Zamilkł. Bo czymże innym byłaby Sadie, jeśli nie próbą odpowiedzi na pytanie, którego Gospodarz nie potrafił rozwiązać sam? Można było podporządkować człowieka, można było odebrać mu imię, historię, wybór i nauczyć go reagować na bodźce niczym zwierzę. Ale co stałoby się wtedy, gdyby stworzyć istotę, której miało się pozwolić zachować własne „ja”, a jednocześnie umieścić ją w świecie całkowicie zaprojektowanym przez kogoś innego? Czy autonomia istniała jeszcze wtedy, gdy ktoś z góry ustalił warunki, w których miała się narodzić?
To właśnie pytanie nie dawało mu spokoju. Spojrzał na Sadie. -
Chciał cię pokazać. - Słowa zawisły między nimi. -
Chciał, żeby — gdy przyjdzie czas — zabijali się o ciebie. - Ciemne spojrzenie osiadło na blondynce, prowadząc wspomnienia ich obojga ku aukcji sprzed kilkunastu dni. Nie musiał jej przypominać szczegółów. Oboje tam byli. Oboje widzieli moment, w którym wprowadzono ją jako przedmiot licytacji. Wtedy jeszcze można było wmówić sobie, że chodziło o pieniądze. O prestiż. O zwykłą żądzę posiadania. Teraz jednak tamten obraz układał się inaczej.
Przypomniał sobie twarze. Sposób, w jaki obserwowali Sadie. Ciszę, która zapadała przed kolejnymi ofertami, i to charakterystyczne napięcie, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy człowiek przestawał być człowiekiem, a stawał się możliwością. Każdy z obecnych widział w niej coś innego, lecz wszystkich łączyło jedno: chcieli mieć prawo do decyzji o jej losie. Jak wiele rekinów pragnęło jej krwi. Jak wiele z nich było gotowych zapłacić, aby móc nazwać ją swoją. Sęk w tym, że wśród rekinów znajdował się i smok.
I być może właśnie tego Gospodarz chciał najbardziej. Nie samego zwycięzcy. Nie ceny. Nie nawet Sadie. Chciał zobaczyć, co miało stać się z ludźmi, kiedy postawi się ich przed czymś, czego nie mogli posiadać bez walki. Chciał sprawdzić, czy człowiek obdarzony autonomią miał się stać dla innych obiektem pożądania, zagrożeniem, symbolem, nagrodą — czy może sam miał zacząć wybierać, komu pozwoli się zbliżyć.
A jeśli tak było, Sadie nigdy nie była pionkiem. Była planszą.
I po raz pierwszy pomyślał, że być może wszyscy, którzy znajdowali się wokół niej, również byli częścią eksperymentu. Nawet on. Szczególnie on.
Jego spojrzenie wbiło się silnie w siedzącą obok kobietę. -
Pozwolił mi wygrać?
Sadie Glass