43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Idąc za tym tropem - za tym założeniem, że w jakiejś cudownej, paralelnej rzeczywistości sprawy wyglądałyby zupełnie inaczej - Salomon posunąłby się do wysnucia jeszcze odważniejszej (i jeszcze bardziej naiwnej...) hipotezy. Kto wie, ale być może w innych warunkach, tych, w których nigdy nie było żadnego rozwodu, żadnych trudnych rozmów prowadzących do rozstaniach, i wielu, dłużących się nieznośnie lat wyrzutów sumienia i poczucia winy za to, jak rozpadło się ich wspólne życie, może nikt nawet nie wezwałby ich na żaden komisariat. Może wówczas - z dwojgiem stabilnych, kochających się, i wolnych od większych konfliktów rodziców - Aurora w ogóle nie miałaby powodów do buntu. No, nie takiego przynajmniej, który kończył się na policyjnych posterunkach. Sal uważał, że błędy są ważne w każdym procesie nauki i dochodzenia do własnych konkluzji, i nie łudził się, że ich latorośl będzie dzieckiem idealnie grzecznym i wolnym od wybryków (ba, tak szczerze mówiąc to modlił się czasem w duchu, by Ro taka nie była...), ale nie dało się ukryć, że w ostatnich miesiącach jej nieposłuszeństwo zdawało się wymykać coraz bardziej spod rodzicielskiej kontroli. Jeśli dzisiaj było to graffiti, to co miało stać się jutro? Alkohol? Narkotyki? Nastoletnia ciąża, i to taka, w której Aurora nie byłaby pewna tożsamości ojca? Był pewien, że Diane nie raz już wybiegała myślą w stronę tych katastroficznych scenariuszy. I równie silnie przekonany był, że gdyby którykolwiek z nich istotnie doszedł do skutku, Sal najbardziej obwiniałby właśnie samego siebie.
Fakty mówiły jednak same za siebie, i w dodatku o wiele głośniej od salomonowych fantazji o jakimś alternatywnym rozwoju wydarzeń. Kolczyki z pewnością kupił Diane jakiś gach, a nawet jeśli nie, to Walker na pewno nie założyła ich dla Sala. I nie u jego boku miała potem dochodzić po dzisiejszym stresie - sącząc wino ze strzelistego kieliszka, i klnąc na czym świat swoi na niesubordynację córki. Miejsce Sala zajął w jej życiu ktoś inny.


Miejsce Diane, zajął w życiu alkohol, kostropaty pies, i trzydzieścioro mniej i bardziej durnych zdolnych licealistów.

- Okay - Odruchowo, Dykman uniósł obydwie ręce w geście polubownie-poddańczym, gdy Diane zastrofowała go, że nie potrzebuje jego pomocy. Och, akurat jeśli o to chodziło, Sally miał absolutną pewność, że blondynka świetnie sobie bez niego (po)radzi. Pewnie nawet lepiej niż z nim, co było szczerym, ale bolesnym przypuszczeniem.
Zamiast wdzięczności wobec Rory, która przynajmniej doceniała, że Sal nie wybuchał gniewem w reakcji na jej wybryki, mężczyzna poczuł wyłącznie głęboki smutek, że cała ich trójka znalazła się teraz w podobnej sytuacji. W sytuacji, w której Diane i on bardziej niż zgrany zespół, przypominali dwa kompletnie sprzeczne bieguny. W sytuacji, w której w niegdyś bliskiej sobie, spójnej rodzinie, należało teraz zajmować strony, i w której z problemami nie radzono sobie z użyciem konfliktu.
- Rory, no weź... - Wyrwało mu się, jakby próbował nastolatkę powstrzymać przed wypowiedzeniem kolejnego, niepotrzebnego nikomu słowa, ale oczywiście było już za późno. Jeśli choćby przez sekundę poczuł dziś między sobą i Diane jakąkolwiek cieniutką nić porozumienia, ta pękła teraz spektakularnie, tylko zwiększając wyczuwalny między nimi dwojgiem dystans.
Dystans, w którym dodatkowo, zupełnie niespodziewanie, pojawiła się zapowiedź jakiegoś zupełnie nowego obiektu.
- Jakiego znajomego? - Sal mimowolnie zadarł głowę, wzrok z rozemocjonowanej córki przenosząc na byłą żonę. Zmarszczył brwi, jakby ostatnie stwierdzenie Diane wypowiedziała w jakimś egzotycznym, kompletnie nieznanym mu języku. Były tak niedorzeczne, że mało brakowało, a Sally parsknąłby śmiechem (i całe szczęście, że tego nie zrobił, bo Walker chyba odgryzłaby mu wtedy tę głupią łepetynę) - Diane? Od kiedy to niby masz znajomych w policji? - Zrozumiałby gdyby chodziło o uniwersytet, albo nawet o jakiś szpital, ale o służby?

A może to instynkt podpowiadał Salomonowi, że coś tutaj dziwacznie nie grało.

Diane Walker
42 y/o
For good luck!
170 cm
creator of worlds
Awatar użytkownika
i'm waiting for you, you're waiting for me; afraid of what we'll find if we let words run free
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Prawda była taka, że nic nie przerażało Diane tak bardzo jak nastoletni bunt Aurory.
Nie dlatego, że się go nie spodziewała. Wręcz przeciwnie - pamiętała własny okres dorastania z bolesną wręcz dokładnością i potrafiła uplasować w nim moment, w którym postanowiła sprzeciwić się narzuconej jej roli we własnej rodzinie, o ile nie całym społeczeństwie.
Problem polegał na tym, że jej bunt wyglądał zupełnie inaczej - ponieważ to ona była zupełnie inna.
Każdy jej dzień był ukierunkowany w stronę zawładnięcia małym skrawkiem kontroli nad swoim losem. Nie chciała słyszeć krzyków własnej matki, wydającej jej dyspozycję, dlatego nauczyła się by samej zauważać brudne naczynia w zlewie bądź dokupywać mleko, jeśli to się skończyło. Nie chciała irytować swojego chorego dziadka więc pamiętała, by o danej godzinie włączyć mu telewizję bądź podać książkę, którą chciał mieć w ciągu dnia blisko ale którą należało mu na noc zabierać, ponieważ utrudniała mu zasypianie.
Jej małym buntem było wracanie później ze szkoły by nie zdążyć zrobić tych rzeczy. Zapisywanie się na kółka, na konkursy, olimpiady. Bycie tak zajętą, by nikt nie mógł oczekiwać od niej wiele we własnym domu.
Rzecz w tym, że Rory była inna. Była dzika, nieokiełznana, w żaden sposób nieograniczona wszystkimi tymi obowiązkami, które posiadała młoda Diane. Jej życie nie było splamione chorobą ani odejściem któregoś z rodziców. Miała tyle wolności, ile Walker pragnęła mieć za młodu i choć to dzięki niej częściowo ich córka ją posiadała, jednocześnie sprawiało to, że nie dostrzegała w niej niektórych cech samej siebie.
W chwilach takich jak ta, dostrzegała w niej za to Salomona.
Widziała go w jej uśmiechu i sposobie, w jaki wywracała oczami. Słyszała w anegdotkach, które opowiadała rano przy śniadaniu i krótkich historyjkach, którymi wypełniała tkwiącą między nimi ciszę. Czuła go teraz, w jej buntowniczym podejściu, dla którego doskonałym paliwem okazała się odziedziczona po matce determinacja.
Ich dwójka stworzyła mieszankę wybuchową - dlatego właśnie teraz znajdowali się na komisariacie, każde próbując poradzić sobie z tą sytuacją na własny, równie nieporadny sposób.
Ona potrzebowała kontroli nad sytuacją, którą on zaś usiłował załagodzić, jednocześnie, w jej odczuciu, ją spłycając.
- Od kiedy mam znajomych w policji? - żachnęła się, natychmiast tracąc zainteresowanie córką, która, w ten z n a j o m y sposób, wywróciła oczami, przetaczając wzrokiem po suficie w wymownym geście. - Mam wielu znajomych, Sal. Nie wiem co w tym jest takiego nieprawdopodobnego.
- Znowu się zaczyna - prychnęła Rory, w perfekcyjny sposób wykorzystując ich konflikt jako tarczę, za którą się zasłaniała. Nie pierwszy raz, nie ostatni. - Wiecie co, to ja poczekam na zewnątrz, okay? Nie chce mi się tego słu...
- Zaczekasz tutaj, młoda damo, a później wrócisz z ojcem do jego mieszkania - warknęła, gdy irytacja na coraz śmielsze odzywki córki przedarła się przez chwilową złość, którą czuła do n i e g o. Oskarżycielski jej palec wytknięty był w stronę Rory na krótką chwilę nim wrócił do pierwotnego celu. - Nie wątpię, że sam masz wiele kolegów i koleżanek, Sal. Czy nie mam racji?
Pozornie w jej pytaniu nie znajdowało się nic niebezpiecznego - nic, co mogłaby wyczuć stojąca pomiędzy nimi córka. Jego waga schowana była gdzie indziej, w tym punkcie, w którym na myśl o koledze, Sal spiął się wyraźnie, a jego kąciki ust drgnęły, jakby na moment miał czelność się uśmiechnąć nim dopadła go racjonalność myślenia.

sal dykman
43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Za każdym razem, gdy Salowi udało się przebrnąć przez przydługie i nudnawe wstępy, nie zapadłszy w przypadkową drzemkę, i faktycznie zagłębił się w jedną z tych ważnych, mądrych książek o wychowaniu dzieci, natrafiał wciąż na jedne i te same stwierdzenia, które dawały mu jakieś poczucie rodzicielskiej satysfakcji. Buntowały się podobno tylko te dzieci, które mogły sobie pozwolić na luksus niesubordynacji wiedząc, że nie spotka je za to zbyt poważna kara. Szlaban? Owszem. Otrzymanie szlabanu mogło przynosić ponoć nawet jakiś rodzaj satysfakcji, że udało się zajść rodzicom za skórę na tyle, by wzbudzić w nich burzliwą reakcję. Rory faktycznie posiadała jednak zasoby, których ani Diane, ani Sal nie mieli we własnym dzieciństwie, i bynajmniej nie chodziło tutaj o finanse albo dostęp do bardziej elitarnej edukacji. Diane wychowywała się w chronicznym poczuciu (nad)odpowiedzialności, i nieustającym oczekiwaniu na katastrofę, której nie dało się powstrzymać żadną feerią najbardziej usilnych nawet starań. Gdy myślał o dzieciństwie swojej byłej żony, ogarniała go potrzeba, by cofnąć się w czasie, i choćby siłą wyciągnąć ją z tego domu, w którym zawsze było coś ważniejszego od jej własnych potrzeb. Nie kwestionował konieczności opieki nad chorym, a potem umierającym dziadkiem. Ale jednocześnie nie odbierał sobie prawa do wściekłości na dorosłych, którzy nie poświęcali młodej Diane tak potrzebnej jej uwagi. Troski. Przejawów miłości, które zawierały się w najprostszych pytaniach. Jak Ci minął dzień, kochanie? Co to znaczy, że szkoła była "w porządku"? Tak, obiecuję, że będę na przedstawieniu. Nie, zostaw. Nie musisz się o to martwić.
W adolescencji samego Sally'ego dominował zupełnie inny rodzaj niedoboru. Permanentne poczucie niezrozumienia, jakby z ludźmi, z którymi dzielił nie tylko nazwisko, ale i fizjonomię (bo wszyscy Dykmanowie byli tak samo jaśni, z idyllicznym w barwie błękitem tęczówek i słomianym złotem włosów, z jasną cerą i ledwie dostrzegalnymi cętkami piegów, które odzywały się tylko w letnich miesiącach; wysocy i smukli, ale nie słabi, z racji na konieczność pracy na ranczu zanim na dobre nauczyli się choćby pisać), nie potrafił się porozumieć, choć przecież mówili teoretycznie dokładnie tym samym językiem. Nawet gdyby zatem próbował im wygarnąć, i opowiedzieć o tym, jak się czuje, z każdym kolejnym rokiem życia utrwalało się w nim przekonanie, że i tak nie zostanie zrozumiany. Nie tak naprawdę, dogłębnie. I może stąd brał się ten jego kompulsywny pęd do wiedzy; wyjazd na studia, doktorat. Przeświadczenie, że chyba nawet z kosmitami łatwiej byłoby mu się ostatecznie dogadać niż z jego własnym ojcem albo braćmi.
Fakt zatem, że Rory pozwalała sobie na krnąbrność i wyskoki jak dzisiejszy, brał zatem w zasadzie za dobrą monetę. Jego własny ojciec puściłby go z torbami, gdyby Sally kiedykolwiek wylądował na komisariacie. A Diane? Z posterunku policji chyba musiałaby odebrać się sama.
- Nie podważam prawdopodobieństwa - Postawił się odruchowo, bo przecież podobne stwierdzenia były jego przysłowiową wodą na młyn - Oczywiście, że zdaję sobie sprawę, że statystycznie rzecz ujmując, będziesz miała znajomych. Pewnie nawet więcej niż ja, biorąc pod uwagę, że mieszkasz bardziej centralnie, i nie wypierd... wyrzucili cię z miejsca pracy, które było twoim głównym źródłem międzyludzkich relacji, Diane - Wyprodukował się. Nie złośliwie, nie gniewnie. Po prostu stwierdzał fakty, oczywiste i w jego przekonaniu niepodważalne - Z tego co pamiętam, nigdy jednak nie ciągnęło cię do kręgów... Mundurowych. Stąd to zdziwienie.
Boże, po co on jej się w ogóle tłumaczył? Rory miała rację. Znowu się zaczynało. Sal niemal fizycznie czuł, jak traci kontrolę nad własnym intelektem, i podstawiony pod metaforyczną ścianą, daje się porwać emocjom. Tym w dodatku, których kompletnie nie rozumiał.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - Powiedział szczerze, chociaż sam poczuł reakcję własnego ciała: to szarpnięcie kącika warg w reakcji na poprzednie słowa kobiety. Czuł się jednocześnie zazdrosny, jak i zaplątany w jakiś dziwny rodzaj satysfakcji, której źródła nie potrafił umiejscowić ani we własnym ciele, ani we własnym umyśle - Więc jakbyś mogła bardziej dosłownie... A potem owszem - Przeniósł na moment spojrzenie w stronę stojącej obok nastolatki - Ciebie, młoda damo, czeka odsiadka w ojcowskim mieszkaniu, i szlaban na imprezy do końca życia.
Albo przynajmniej do osiemnastki.

Diane Walker
42 y/o
For good luck!
170 cm
creator of worlds
Awatar użytkownika
i'm waiting for you, you're waiting for me; afraid of what we'll find if we let words run free
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie rozumiała, dlaczego zachodził tak głęboko za jej skórę. Dlaczego mu pozwalała.
Byli ze sobą tak długo, Walker zdążyła pojąć, że w większości przypadków słowa opuszczające usta Dykmana nie miały nic wspólnego z tym, jakie miał w danej chwili intencje. Wiedziała, że w chwilach takich jak ta, potrafił komunikować się na swój własny sposób, który łatwo było odebrać jako wyraz złej woli - ale czy nie spędzili lat swojego związku, dochodząc do porozumienia? Poznając ten język, jej język, jego język, tworząc własny, z pomocą którego mogli się porozumiewać bez ścian stworzonych przez hipotetyczne istnienie złych intencji?
Gdy jeszcze łączyły ich małżeńskie więzy, to ten trzeci język, którym komunikowali się nawet bez słów, pozwalał jej interpretować poprawnie słowa Dykmana.
A gdy ten język w przeciągu ośmiu lat rozłąki zaniknął, straciła w nim biegłość, zastąpiła go obojętność. Przysłowiowe machnięcie ręką, świadomość tego, że ta krótka interakcja jest tylko tym - krótką rozmową, po której Dykman wróci do własnego mieszkania, zniknie na kolejne kilka dni nim niechybnie obowiązek zajmowania się córką znów ich połączy. Dlatego odpuszczała.
Nie rozumiała, dlaczego teraz nie potrafiła.
- Och, dziękuję, że przypominasz mi o swoim wypierdoleniu z pracy. Jakże mogłabym o tym zapomnieć, Sal? - warknęła, w skrajnym przeciwieństwie porozumienia. Wiedziona swoimi ułożonymi włosami, kolczykiem, który wciąż tkwił w jego dłoni, a może wspomnieniem dotyku męskiej dłoni na szyi, w tym punkcie, w którym zawsze lubiła czuć, jak błądzą jego palce. - Twoja nowa robota nie dostarcza ci wystarczającej ilości kontaktów międzyludzkich? Myślałam, że bardzo ją lubisz.
Prychnięcie, które wydarło się z jej ust stało w całkowitym zaprzeczeniu treści, którą miały nieść.
Zupełnie podświadomie, chwyciła się strzępów wspomnień - tego języka, który przecież znała, którego znajomość wykorzystała by wypowiadać się l e p i e j. Teraz używała go niczym broni, świadoma tego, gdzieś z tyłu głowy, że jej wściekłość była niewspółmierna do tego, co mówił.
- Mamo, robisz oborę - syknęła młoda Dykmanówna, którą Diane skrzętnie zignorowała. Chwyciła nawet ją za ramię, delikatnie, ostrożnie, odwracając w stronę drzwi prowadzących do wyjścia z komisariatu jakby byli w jakiejś pieprzonej kreskówce i ten jeden gest mógł nadać dziewczynie wystarczająco impetu, by opuściła tę konwersację.
- Może gdybyś próbował zawalczyć w swoim życiu o cokolwiek, wciąż miałbyś swoją robotę, Sal. A wraz z nią bardzo dużo koleżanek i kolegów - syknęła we frustracji, chwytając się mocniej swojej torebki, zapominając nawet o tym kolczyku - choć nie o jego zapachu, wciąż atakującym jej nozdrza, przypominającym o wszystkim, czego już nie było, co nie istniało i nie miało prawa wydarzyć się w przyszłości. - Nie możesz narzekać na bycie rozjechanym jeśli jedyne, co robisz, to kładziesz się na środku ulicy - wytknęła, sama już nie mając świadomości tego, w którym momencie jej słowa przestały dotyczyć szczegółu, a zaczęły krążyć po o g ó l e.
Odwróciła się na pięcie, spojrzeniem skanując korytarz i próbując przeanalizować, w którym przejściu zniknął Perez.
- Miłego gnicia w fotelu przed telewizorem, Sal - mruknęła, przesuwając po nim spojrzeniem przez ramię. - Rory ma matematykę do odrobienia - dodała, z niewypowiedzianym przydaj się do czegoś porzuconym za sobą gdy skierowała się do korytarza, pragnąc znaleźć się jak najdalej od n i e g o.

sal dykman
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”