35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej odpowiedź stanowiła wręcz katalogowy cios, który powinien go zniechęcić.
Bo czy nie usiłował wyciągnąć z niej choćby bazowej informacji wyłącznie po to, by natrafić na ścianę? Czy nie okazało się jasnym, że nie chce zdradzić mu czegoś równie bezużytecznego w kontekście relacji towarzyskich jak jego umiejętność tańca?
Czy nie dostrzegła rzuconego przez niego wyzwania i świadomie go nie zignorowała, cofając się z powrotem na ten bezpieczny dystans, w którym operowała przez zdecydowaną większość ich krótkiej relacji?
A jednak jej słowa wdarły się do jego umysłu wraz ze znaczeniem, które natychmiast im przypisał.
Ponieważ istniała reszta, jak i istniał czas, w którym miałby prawo ją odkryć.
Ponieważ choć każdego dnia przez ostatni tydzień trzymał się kurczowo świadomości tego, że nigdy więcej ją nie zobaczy, dzisiejszy wieczór był całkowitym zaprzeczeniem tej postawionej przez niego tezy - a to, co powiedziała, obietnicą czegoś więcej.
Czegoś, czego nie powinien się czepiać kurczowo, co powinien zignorować. Haze była kobietą sprzeczności, lecz nawet gdyby nią nie była, dopuszczanie jej tak blisko siebie było błędem. Analizował to, mielił w swojej głowie spoglądając na nią - w tym czasie jego palec znów przesunął się po gładkiej powierzchni plastra, który mu przykleiła.
Idiota.
- Zwykle wyciąganie z ludzi informacji wychodzi mi nieco lepiej - odpowiedział z ociąganiem, wcześniej obserwując, jak nakładała im porcję, jemu zaś nakładając zdecydowanie więcej, z jakby większą uwagą i skrupulatnością, niż nakładała sobie. - Można powiedzieć, że jest to moja specjalność.
Odebrał od niej podany widelec, spoglądając na przyrządzony obiad. Jego przemoknięta koszula zdążyła częściowo wyschnąć, lecz w ciele wciąż tkwił pozostawiony przez burzę ziąb. Sam zapach ugotowanego przez nią obiadu doprowadzał do obłędu, lecz jego skupienie wciąż potrafiło uciekać ku niej. W stronę kobiety, która go przygotowała, prędzej niż ku zawartości talerza - nawet, gdy w jego żołądku burczało na samą myśl wykorzystaniu podarowanego mu widelca.
- Z ciebie nie potrafię wyciągnąć niczego - westchnął, sięgając również po podstawione mu naczynie i zabierając się do jedzenia.
Było coś z grubsza innego w obiedzie, który nie powstał na zapleczu restauracji, a został przyrządzony w zaciszu domowego domu.
Może to przyprawy, których używała, jej znajomość sprawdzonych przepisów lub składniki, które miała w lodówce. A może to jej dłonie, te same, które sięgały do jego policzka chusteczką, które pokazywały mu, jak pokroić pieprzoną cebulę, a które stworzyły to, co znalazło się w tej chwili w jego ustach.
Może to pora dnia, fakt tego, że nie jadł żadnego obiadu bądź deszcz, który wychłodził jego ciało.
A może zwyczajnie była niesamowitym kucharzem.
Niezależnie od przyczyny, której poszukiwał jego umysł, danie rozpłynęło się na jego języku, zmuszając dłoń do pośpiesznego sięgnięcia po następny kęs. Nie wiedział, ile z nich zdążył pochłonąć nim dotarło do niego, że powinien coś powiedzieć - może trzy, może trzydzieści. Gdy jednak to zrobił, na jego twarzy wyraz zaskoczenia i zadowolenia spłynął, zmyty nonszalancką obojętnością.
- Może być - skłamał, w ten nieudolny sposób, który dało się rozpoznać na pierwszy rzut oka. Nigdy nie należał do szczególnie utalentowanych kłamców. Szczerość była jego bronią, jak i też słabym punktem wykorzystywanym przez niektórych. - To na pewno zasługa świetnie pokrojonej cebuli.

Violet Haze
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Stwierdzenie, że nie potrafił niczego z niej wyciągnąć, powinno przynieść jej ulgę. Ale nie przyniosło.
Przede wszystkim dlatego, że nie było prawdą. Znał już więcej drobnych szczegółów na jej temat, niż zamierzała mu zdradzić, kiedy po raz pierwszy pojawiła się w Rapture. Wiedział, że nie potrafiła gwizdać, bała się burzy i skończyła Stanford. Opowiedziała mu o ojcu, pozwoliła zobaczyć zdjęcie siostry i wpuściła do mieszkania, które przez ostatnie miesiące stanowiło jedyną naprawdę prywatną przestrzeń w jej życiu. Przestrzeń, w której powoli dochodziła do siebie.
Może nie udało mu się wydobyć z niej tych informacji pytaniami. W większości oddała mu je sama, po jednej, w chwilach nieuwagi albo tej coraz częstszej słabości, w której chciała, żeby wiedział o niej coś więcej. Jakże mógł twierdzić, że niewiele z niej wyciągnął, kiedy ona sama dostrzegała sposób, w jaki w pewnym momencie dostrajał swoje zachowanie do niej. Wprowadził zmiany, które stały się tak czytelne w apartamencie.
Najważniejsza rzecz nadal pozostawała bezpieczna. Nie znał prawdziwego powodu, dla którego pojawiła się w jego klubie, ani ceny, którą ktoś wyznaczył za odzyskanie jej siostry. Powinna więc potraktować jego niepowodzenie jako dobrą wiadomość. Zamiast tego poczuła jedynie lekki niepokój na myśl, że wyciąganie informacji rzeczywiście mogło być jego specjalnością.
— Może po prostu pytasz o niewłaściwe rzeczy — odpowiedziała, sięgając po własny talerz. — A może nie bierzesz pod uwagę tego, co już ode mnie wyciągnąłeś, kiedy pewnie nawet nie zamierzałeś.
Wcześniejsza myśl odbierała jej część apetytu. Jadła powoli, pozwalając, żeby uwaga zatrzymała się na tym, co robił Vincent. Nie musiała czekać długo na ocenę i nie musiał jej wypowiadać na głos. Widziała jak pierwszy kęs zniknął, po nim następny, a chwilę później kolejny. Patrzyła, jak jego widelec niemal natychmiast wraca na talerz, chociaż Monroe nadal nie powiedział ani słowa.
Aż w końcu z każdym kolejnym ruchem trudniej było jej powstrzymać zadowolenie. Teoretycznie gotowanie nigdy nie stanowiło dla niej szczególnego osiągnięcia; a mimo to obserwowanie, jak przygotowane przez nią jedzenie znikało w podobnym tempie, poruszało w niej tę prostą potrzebę, przez którą od początku nałożyła mu większą porcję.
Dopiero kiedy wyraźnie przypomniał sobie, że wypadałoby skomentować obiad zatrzymała widelec w połowie drogi do ust, słuchając tej jego wyjątkowo oszczędnej oceny. Następnie opuściła spojrzenie na jego talerz, z którego zdążyła już zniknąć całkiem pokaźna część zawartości.
— Oczywiście — przytaknęła z pełną powagą. — Widzę, jak bardzo się męczysz, jedząc go wyłącznie z uprzejmości. Doceniam twoje poświęcenie, prawdziwy z ciebie gentleman. — Pozwoliła sobie, żeby kąciki jej ust drgnęły w drobnym uśmiechu. — Dobrze, że chociaż wyciąganie informacji wychodzi ci lepiej niż kłamanie — dodała, opuszczając spojrzenie na swoją porcję.
Kiedy przypisał całą zasługę cebuli, spojrzała na nierówne kawałki widoczne pomiędzy makaronem. Jeden z nich, wyraźnie większy, nabiła na własny widelec i uniosła, oglądając ze wszystkich stron, tak jakby rzeczywiście próbowała ocenić jego wkład w całe to danie.
— To musi być ten — zdecydowała. — Od początku wyglądał na szczególnie utalentowany.
Zjadła kawałek, pozwalając sobie wreszcie na uśmiech. Ciężar wcześniejszych myśli co prawda nie zniknął, ale na moment odsunął się wystarczająco daleko, żeby znów mogła skupić się na znajdującym przed nią człowieku, który próbował wmówić jej, że obiad zaledwie nadawał się do jedzenia, jednocześnie pochłaniając go tak, jakby od wielu godzin nie miał niczego w ustach.
— Ale widzę, że od drugiej wojny światowej niewiele się u ciebie zmieniło — zauważyła, pamiętając jego wcześniejsze wyjaśnienie dotyczące dzieciństwa. — Zwolnij, Monroe. Nikt nie zabierze ci talerza. — Zawiesiła głos, unosząc ostrzegawczo widelec. Zmrużyła przy tym, wielce groźnie, oczy. — No, chyba że jeszcze raz obrazisz kucharkę. Wtedy stracisz nie tylko talerz, ale i oko
starving war victim
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Skuteczność w wyciąganiu informacji w dużej mierze zależała od obranej metody.
Żadna z tych, którymi się posługiwał nie obejmowała znalezienia się w mieszkaniu ofiary by wspomóc ją, nawet w ten drobny, żałosny sposób w gotowaniu - a później wspólnym zjedzeniu posiłku. Żadna nie zakładała skaleczenie o tarkę od sera i otrzymanie absurdalnego plastra z wymalowanym wzorem dinozaurów, ani tym bardziej pozwolenia kobiecie jej go sobie założyć.
Wątpił, by Haze kiedykolwiek miała doświadczyć innych.
Może to właśnie przez to nie znał odpowiedzi na tysiące z nurtujących go pytań. A może miała rację. Może nie zadawał prawidłowych, bądź nie dostrzegał tych, na które odpowiedź już wybrzmiała.
Zorientował się, że chciałby wiedzieć tak wiele.
Chciał słyszeć brzmienie jej głosu gdy opowiadała o tych częściach swojego życia, które nie wiązały się z bolesnymi wspomnieniami. Chciał b y ć obok, gdy ich rozmowa mimowolnie w ich stronę skręcała, jej wzrok stawał się nieobecny, ciało sztywniało.
Zastanawiał się nad tym, co robiła ze swoimi czwartkowymi wieczorami teraz, gdy nie spędzała ich w Rapture.
W jaki sposób wyglądały jej poranki, jak zarabiała na życie utrzymując swoją siostrę. Co lubiła robić poza chodzeniem na górskie wycieczki i przesiadywaniem w znajomych, czterech ścianach. Jakie umiejętności posiadała poza kulinarnymi, którymi udało jej się go zaskoczyć.
Chciał zajrzeć do jej głowy i zobaczyć wszystkie te myśli, które chowały się w tyle ciemnego spojrzenia, lecz nigdy nie docierały do ust, które mogłyby je zwerbalizować.
Gdy to wszystko do niego d o t a r ł o, na moment zamarł, z widelcem w talerzu, z którego zniknęła już ponad połowa zawartości.
Było jak słoń chowający się w kącie pomieszczenia, na którego uparcie nie spoglądał przez cały ten czas lecz gdy pozwolił mu wreszcie znaleźć się w rogu swojego pola widzenia, nie potrafił go już zignorować.
Ciepło, które zagościło w jego wnętrzu nie miało wiele wspólnego z jedzeniem, które mu przygotowała - choć z pewnością to dołożyło swoją cegiełkę. Nie pamiętał, kiedy ktokolwiek w ostatnim czasie mu coś ugotował. Posiadał pieniądze, zawsze mógł zorganizować sobie posiłek najwyższej jakości, w najszybszym czasie i bez kiwnięcia palcem. Nikt tego nie podważał, wszyscy to respektowali.
- Zamierzasz w nie wpaść? - odrzucił zaczepnie, ignorując ten ścisk, od którego jego żołądek pragnął wykręcić się w supeł. Westchnął, odstawiając na blat pusty już talerz, smak przygotowanego przez nią makaronu wciąż tańczący na jego języku. - To najlepsza rzecz, jaką jadłem od dawna.
Tym razem z jego ust wydarła się szczera prawda.
I właśnie dlatego wiedział, że słonia wciśniętego w to małe mieszkanie nie był w stanie już ignorować. Lgnął do niej, do jej bliskości, do drobnych iskierek złośliwości przemykających przez zwykle oszczędną mimikę, do półsłówek i wykrętnych odpowiedzi, przez które nieustannie pragnął w i ę c e j.
Jego życie otaczał szczelny mur bezpieczeństwa i w ostatnich dniach, powoli, kawałek po kawałku, w tej ceglanej osłonie tworzyła się dziura dopasowana do jej sylwetki. Słabość, której nieobecność doprowadzała go do szału, a której nieustanna sprzeczność zajmowała jego umysł wtedy, gdy powinien skupiać się na wszystkim innym.
Haze była niebezpieczna.
- Dziękuję za obiad - zadecydował, niesiony chwilą wstrzemięźliwości, która odbiła go od blatu i przeniosła na środek kuchni - w jej rozmiarze, całe pół kroku w bok. Jego wzrok ześlizgnął się na zegarek na kuchence, choć przecież to nie on wyznaczał koniec tego hojnego zaproszenia - a jej dłonie, przygotowujące posiłek. - Swój dług za ten dzień możesz uznać za spłacony.
Sprzeciw, jaki odezwał się w jego ciele gdy to zwróciło się w stronę wyjścia przypominał sygnał ostrzegawczy. Nie było w tym miejscu niczego więcej, czego mógłby od niej wymagać. Tkwił w j e j przestrzeni.
A jednak nie chciał jej opuszczać.
- Twój samochód został odstawiony do mechanika - dodał niewinnie, choć z niewinnością nie miało to wiele wspólnego. - Zadzwoniłem gdy się przebierałaś - wyjaśnił, nim zdążyła zapytać i znów, uniósł lekko dłonie w górę w obronnym geście, jedna przyozdobiona bandażem, druga plastrem w dinozaury. - Możesz odwdzięczyć mi się nie wpadając w kłopoty przez następny tydzień.

my weak spot
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pytanie zastało ją z widelcem zatrzymanym w połowie drogi do ust i dopiero po chwili dotarło do niej, w którą stronę odwrócił jej własne słowa. Uniosła wzrok znad talerza i zmrużyła lekko oczy. Próbowała znaleźć odpowiedź dostatecznie dotkliwą, żeby zetrzeć z jego twarzy choć część samozadowolenia, ale Vincent już jadł dalej, jakby pozostawił jej zaczepkę wyłącznie po to, żeby mogła się o nią potknąć.
Wystarczyło, że wstał, a cała lekkość tej chwili zaczęła niepostrzeżenie osiadać. Jeszcze przed momentem jego obecność w jej kuchni wydawała się czymś dziwnym, zbyt dużym i niedopasowanym do przestrzeni; teraz to nagle przygotowywana przez niego pustka wyglądała niewłaściwie. Zacisnęła palce mocniej na widelcu, powstrzymując pierwszy, nierozsądny odruch znalezienia powodu, dla którego powinien zostać kilka minut dłużej.
Informację o samochodzie początkowo przyjęła krótkim milczeniem. Spojrzała na niego, później na uniesione dłonie: jedną zabandażowaną, drugą przyozdobioną dinozaurami. Powinna była zapytać, dlaczego kolejny raz zajął się czymś, o co go nie prosiła. Zamiast tego poczuła jedynie znajome już ukłucie sprzeciwu, znacznie słabsze niż wdzięczność, która przyszła zaraz po nim.
— Dziękuję — powiedziała w końcu. Szczerze i bez sprzeciwu. To też był postęp z jej strony. Zaczynała akceptować jego nadopiekuńczość. Bo inaczej nie mogłaby tego nazwać.
Przez moment wydawało jej się, że na tym skończą. Dopiero postawiony przez niego warunek sprawił, że kącik jej ust uniósł się odrobinę.
— Rozumiem, że masz zajęty grafik na ten tydzień — zauważyła zaczepnie. — Postaram się wytrzymać.
Kłopoty rzeczywiście okazały się zadziwiająco konsekwentnym elementem ich znajomości. Dostarczały powodów, dla których pojawiał się obok niej; mniej lub bardziej przekonujących wyjaśnień dla kolejnych godzin spędzanych w swoim towarzystwie. Były wygodne, ponieważ żadne z nich nie musiało wówczas przyznawać, że dokonało jakiegokolwiek wyboru.
Tyle że kiedy samochód odmówił posłuszeństwa, mogła przecież poczekać na tę pomoc drogową. Mogła się przełamać i zadzwonić po taksówkę. Mogła rozwiązać to na inne sposoby, robiąc tylko krok poza granicę własnego komfortu i obaw.
Zadzwoniła do niego.
Ta świadomość odebrała jej resztę uśmiechu. Monroe zwrócił się w stronę wyjścia, a ona pozwoliła mu zrobić pierwszy krok. Rozsądek podpowiadał, że tak właśnie powinno zakończyć się to spotkanie: zanim przyzwyczai się do jego sylwetki w swojej kuchni, głosu wypełniającego niewielkie mieszkanie i nieznośnej swobody, z jaką zajmował coraz więcej miejsca nie tylko w nim. Nie potrafiła go zatrzymać, nie odsłaniając przy tym zbyt wiele, a dzisiaj nie zostało w niej wystarczająco dużo, żeby później poradzić sobie z konsekwencjami.
Mogła jednak nie pozwolić mu odejść z błędnym przekonaniem.
Podeszła bliżej; dzieląca ich odległość zniknęła szybciej, niż zdążyła rozważyć wszystkie powody, dla których rozsądniej byłoby ją zachować. Ostrożnie ujęła jego dłoń, tę z przyklejonym przez nią dinozaurem, i przez chwilę przyglądała się kolorowemu plastrowi, nie pozostawiając sobie zbyt wiele przestrzeni na wycofanie.
— Nie zrobiłam ci obiadu po to, żeby spłacić dług — powiedziała, unosząc na niego wzrok. — Chciałam go dla ciebie zrobić. — Zdała sobie sprawę, że słowa zabrzmiały bardziej jednoznacznie, niż planowała. Nie próbowała ich jednak łagodzić. Jej palce zacisnęły się nieznacznie na jego przegubie.
Nie wiedziała, jak wyglądała większość jego dni, ale wiedziała dostatecznie dużo, by nie traktować jego bezpieczeństwa jak czegoś oczywistego. Widziała krew na jego ubraniu, broń w jego ręku i łatwość, z jaką przemoc odnajdywała go nawet wtedy, gdy to ona miała być jej celem. Świadomość, że mógł któregoś dnia zwyczajnie nie wrócić, nie była więc już abstrakcyjnym wnioskiem dotyczącym człowieka prowadzącego niebezpieczne życie. O, ironio.
— Uważaj na siebie, Vincent poprosiła. Dopiero po chwili rozluźniła palce i przesunęła opuszkiem kciuka po brzegu plastra. — Nie wszystko będę w stanie ci tym zakleić — dodała ciszej. — A zostały mi już tylko te w pterodaktyle. To akurat moje ulubione i bardzo nie chciałabym musieć ci ich oddawać.
you make me feel seen
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zawsze powtarzano mu, że rozsądek był cechą, którą albo się posiadało, albo nie. Na podstawie jego obecności, bądź braku, segregowano ludzi na tych kierujących się logiką i tych impulsywnych, podejmujących głupie decyzje nie zważając na czyhające po drugiej stronie konsekwencje.
Życie nauczyło go jednak, że rozsądek był płynny.
Był zasobem, który pojawiał się lub znikał w zależności od bodźców zewnętrznych. Niektórzy trzymali się go kurczowo, potrafili go zachować jak zimną krew nawet, gdy świat starał się ich z niego obedrzeć. Inni tracili go w oka mgnieniu, w jednym napływie intensywnych emocji, w jednym szaleństwie gwałtownej myśli, za którą zamiast zawahania podążał czyn.
Jego rozsądek znikał niebezpiecznie szybko.
Tkwił przy nim, gdy odstawiał naczynie i widelec, gdy dziękował za przygotowanie mu obiadu, spłatę długu, który nieustannie mu wytykała. Prowadził go gdy odbijał się od blatu stołu, gdy odwracał się w stronę wyjścia i pozwalał swoim nogom pokierować go do drzwi wyjściowych. Ponieważ wiedział, że p o w i n i e n to zrobić, że dzisiejsze zaproszenie do swojego mieszkania, uchylenie przed nim skrawka prywatnego życia było już wystarczająco hojne.
Ponieważ Haze była dla niego równie niebezpieczna, jak on był dla niej.
A jednak coś w jego ciele szarpnęło w przeciwnym kierunku gdy usłyszał szuranie krzesła i ciche kroki bosych stóp o podłogę. Niemal wyrwało się z piersi gdy zatrzymała go w miejscu, a w kontraście do działań ciała, jego serce przyśpieszyło w ten absurdalny, nieracjonalny sposób.
A rozsądek zniknął, strzaskany na milion drobnych kawałeczków gdy odwracał się, czując dotyk jej dłoni na własnej. Ostrożny, niemal wykalkulowany, a jednocześnie kompletnie nieprzemyślany - kolejny kontrast dwóch skrajnych taktyk, które przejawiała, których nie potrafił w żaden sposób wytłumaczyć.
Drobne słowa, które nie powinny nieść ze sobą żadnego wielkiego znaczenia wypełniły ciszę korytarza, w którym się zatrzymali. Wyczuwał jej palce, sunące wzdłuż kolorowego opatrunku, który, tak samo jak one, nie powinien niczego znaczyć. Skaleczył się, dała mu plaster. Pomógł jej, więc przyrządziła mu obiad.
Tyle, że wcale nie zrobiła tego w ramach spłaty żadnego długu.
Jego wzrok błądził po jej twarzy, zadartej ku górze by móc na niego spoglądać z dołu. Wielkich, sarnich oczach chowających w sobie odrobinę przekory, ożywiającej zwykle powściągliwą ciemność. Ustach wygiętych w lekkim uśmiechu, w kontraście do wypowiadanych poważnym tonem słów, które z kolei nie miały w sobie nic z powagi.
- Pterodaktyle - powtórzył za nią, jakby właśnie to był cały sens ich konwersacji, jakby w ogóle potrafił rozróżnić rodzaje dinozaurów na plastrach, które posiadała. Mierzył ją spojrzeniem, gdy echo wypowiedzianego przez nią imienia odbijało się w jego czaszce. Lubił, jak brzmiało wypowiadane jej melodyjnym głosem. - Będę musiał ci je odkupić gdy do tego dojdzie - zadecydował, podświadomie obierając formułę kiedy, nie jeśli, jakby oboje zdawali sobie sprawę z tego, że jego zapotrzebowanie na opatrunki miało nie zmniejszyć się w najbliższym czasie. - Nie chciałbym, żebyś oddawała mi coś, z czym nie jesteś gotowa się rozstać.
Pochwycił jej dłoń, tą, którą błądziła po jego własnej - uścisk był lekki gdy uniósł ją w górę. Nie odrywając spojrzenia od ciemnych tęczówek wpatrujących się w niego przez półmrok korytarza, musnął jej palce ustami, w dżentelmeński sposób, choć nigdy do dżentelmenów nie należał.
- Jeśli kiedyś zapragniesz spróbować swoich szans z politykami i wylewanym piwem, twój manager może skontaktować się z moim - dodał, lekko, wypuszczając jej palce z objęcia własnych i chwytając za klamkę z uśmiechem tańczącym na ustach - Rapture zawsze będzie miało dla ciebie miejsce.
koniec
one day we'll both regret this
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”