Hiszpański uderzył ją z zaskoczenia, choć przecież nie powinien. Wszystkie wspomnienia z poprzedniego wieczora do niej wracały, nawet jeśli robiły to w sposób chaotyczny i niepoukładany - pamiętała treść, jaką niosły za sobą jego słowa, ale nie potrafiła zidentyfikować języka, jakim się posługiwał.
Aż do teraz.
Jej rodzimy język zawsze brzmiał specyficznie w jego ustach. Zauważyła to już wcześniej, drobny akcent, który wyróżniał Vissera na tle wszystkich innych. Któregoś wieczora, gdy w jej żyłach płynęło zbyt wiele alkoholu stwierdziła, że brzmiał całkiem
seksownie.
Teraz jednak wzdrygnęła się, słysząc go.
Słyszała to wszystko już wcześniej. Wracało do niej, jak elementy układanki rozrzucone w chaosie jej myśli, które nagle wskakiwały na właściwe miejsca. Może dlatego szok na jej twarzy nie był wystarczająco przekonujący - może nie miała w sobie wystarczającej werwy, by podtrzymywać w pełni stworzone przez siebie kłamstwo.
A może nie robiło to żadnej różnicy.
Jego hipokryzja wydawała się nie mieć żadnych granic. Powody, dla których wrócił po nią, przez które miał czelność myślenia, że w jakikolwiek sposób była od niego
gorsza, przejawiały wyłącznie jego skrzywioną moralność, z którą się nie zgadzała - nawet jeśli gdzieś pod tym sprzeciwem, chowało się jedno więcej ukłucie w klatce piersiowej, niemające nic wspólnego z raną na jej ciele.
Porque eres de los míos.
Jej dłonie zacisnęły się na materiale kanapy, ból przemknął po wnętrzu jednej z nich. Rozwarła palce, odwracając ją spodem do góry - jej wzrok napotkał płytkie nacięcia, pozostawione na jej skórze przez trzymany przez nią odłamek szkła.
Z a b i ł a go.
Panika przychodziła jak fala, wymieniając się z gniewem w swojej walce o podium. Wspomnienia leżących obok niej ciał uderzyły ją z całą swoją mocą, ze smrodem krwi atakującym jej nozdrza, z tym okropnym odgłosem, który wydarł się z przebitego płuca. Z kominiarką, pod którą widziała nieobecny wzrok otwartych oczu. Mogła chociaż je zamknąć. Mogła zrobić
cokolwiek innego, okazać szacunek zmarłemu, którego własnoręcznie wysłała z tego świata na drugi.
Zamiast tego to z o s t a w i ł a.
Zamordowała kogoś i uciekła z miejsca zdarzenia. Porzuciła telefon, porzuciła swoją służbową broń - była przekonana, że porzuciła nawet odznakę, choć wciąż jej niewygodny kształt czuła w kieszeni swoich spodni. Zachowała się jak o n i.
Czy to dlatego zwrócili się przeciwko niej?
Czy
należała już do nich? Czy te trzy i pół roku przekształciły ją w kogoś, komu nie można było zaufać? Kogo trzeba było się pozbyć, kogo można było potraktować jak kryminalistę?
-
Nie jestem jedną z was - wyrzuciła, na wydechu, sprzeciw wypełnił jej mimikę, uszy pozostały głuche na wszystko to, co chowało się pod jej słowami. Na lojalność, oddanie, na coś
prawdziwego, co wytworzyło się pośród tysiąca dni kłamstwa. -
Nigdy nie byłam.
Nie zamierzała odpowiadać mu w swoim języku.
Nie chciała, by się nim posługiwał. Potrzebowała każdej możliwej bariery, która mogłaby odseparować ją od Robina Vissera, podczas gdy on z uporem usiłował sprowadzić ją do s w o j e g o poziomu.
-
Jesteś mordercą. Oszustem - wycedziła, jej ciało tężało z każdym wypowiadanym słowem, jadowity ton wkradał się w głos. -
Widziałam cię - syknęła, zmuszając swoje dłonie do wypuszczenia materiału kanapy. -
Widziałam ludzi, których zabiłeś, których odurzyłeś. Dzieci, które wyrwałeś z rąk rodzin, żony, które zabrałeś bliskim. - jej wzrok śledził z uporem ten jeden guzik, który wreszcie został zapięty, czując opór przed uniesieniem się wyżej, w stronę jego oczu. Ogień poprzedniej determinacji wciąż tlił się w jej tęczówkach, choć był zaledwie echem tego, co stanowił kiedyś. -
Twoje życie nie jest warte setek innych, które przez ciebie zostaną zrujnowane. - zadarła głowę, wreszcie unosząc na niego swój wzrok. -
Moje też nie jest.
Kłamstwo.
Wyczuła je gdy tylko opuściło jej usta. Mogła to wszystko zakończyć, mogła pozwolić, by ich życia potoczyły się innym torem
dla dobra ogółu. Mogła nie wyjmować klucza do jego lokalizatora ze schowka w samochodzie, bądź pozwolić mu zatonąć wraz z maszyną na dnie jeziora. Wiedziała, że wtedy na tym nasypie, na brzegu, na Vissera czekaliby już ludzie sprawdzający jego położenie nieustannie.
Ale wtedy musiałaby poświęcić
siebie.
Świadomość własnego tchórzostwa rozchodziła się po jej ciele jak trucizna, jednocześnie je osłabiając jak i pobudzając krążenie adrenaliny. Musiała stąd wyjść, musiała się odsunąć, musiała się z d y s t a n s o w a ć. Jej usta zacisnęły się w linię, dłonie wsparły na materiale kanapy gdy, ignorując ból rozdzierający jej ciało w pół, zsunęła się z siedzenia, chwiejnie, pokracznie stając na nogi.
-
Znajdą nas, tak czy inaczej - wychrypiała, walcząc z potrzebą skulenia się we własnym bólu, z zawrotami atakującymi jej wrażliwą głowę. -
Albo twoi ludzie, albo moi.
take your allegiance, i don't want it