29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiPłacę/Wymagam
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

#3 Noc miała być spokojna. Jedna z tych zwyczajnych nocy, kiedy Aurora mogła wreszcie odłożyć telefon na szafkę, zamknąć oczy i przez kilka godzin nie myśleć o tym, czy któryś z pracowników poprawnie wypełnił raport, czy weterynaria dostała wszystkie wyniki badań i czy rano wszystko będzie dokładnie tam, gdzie powinno być. Na terenie Toronto Zoo odbywała się nocna wycieczka szkolna, dzieci miały przeżyć swoją małą przygodę, nauczyciele pilnować swoich podopiecznych, a pracownicy zapewnić im bezpieczeństwo. Nic, co powinno wymagać od Aurory zrywania się z łóżka w środku nocy. Stróże pilnowali publicznego ogrodu dla zwierząt, kilku pracowników dbało o nocne zwierzęta, a jednak telefon wyrwał ją ze snu tak gwałtownie, że przez pierwsze kilka sekund nawet nie wiedziała, gdzie jest. Ekran rozświetlił ciemną sypialnię. Połączenie służbowe. Potem drugie. Trzecie. Tona wiadomości, w tym od dyrekcji i służb ratunkowych. Aurora sięgnęła po telefon i odebrała, mocno zaspana, ale już z nieprzyjemnym przeczuciem, że coś jest bardzo nie tak. Szeptała, nie otwierając oczu.
- Halo? Co tam?
Głos po drugiej stronie nie potrzebował wiele czasu, żeby całkowicie ją rozbudzić. Gwałtownie zerwała się z łóżka, prawie wywracając się o kapcie przy łóżku. Włamanie. Naruszone zabezpieczenia. Kilka otwartych wybiegów. Zwierzęta poza swoimi strefami. Monitoring pokazujący problemy w kilku miejscach. I przede wszystkim — ludzie nadal znajdowali się na terenie zoo. Dzieci, nauczyciele. Zimny pot przeszedł jej po plecach. Wybudziła się.
- Ile zwierząt?
Odpowiedź była tak absurdalna, że przez moment była przekonana, że źle usłyszała.

- Jak to nie wiecie? Dużo? Ile, do cholery?!
Aurora zamarła. Nie jedno. Nie dwa. Nie nawet kilka. Dziesiąt zwierząt poza wybiegami. Jej pierwszą myślą wcale nie był jednak tygrys, lew czy krokodyl. Były dzieci. Dzieci, które miały tej nocy spać na terenie zoo i które nie miały najmniejszego pojęcia, że kilka metrów, kilkaset metrów albo kilka sektorów dalej ktoś właśnie wypuścił zwierzęta z ich zabezpieczonych przestrzeni. Włamanie? Akcja zorganizowana? Na sto procent cholerni obrońcy zwierząt! Przecież w zoo nie było tak źle. Zwierzęta dostawały pokarm pod nos, żyły i były kochane. Szczególnie przez opiekunów, którzy się z nimi zżyli.

- Słuchaj mnie bardzo uważnie. Wycieczka. Natychmiast zabezpieczacie dzieci. Wszystkie grupy do najbliższych bezpiecznych, zamkniętych pomieszczeń. Nikt nie wychodzi na zewnątrz. Nauczyciele mają zostać ze swoimi grupami. Alarm 10-98, zwierzę na wolności. Zrozumiałeś?
Wstała z łóżka i już w biegu zaczęła zakładać ubrania. Była zestresowana, głos czasami jej się łamał, bo nie chodziło już tylko o to, że jakaś papuga poleciała poza teren, a o życie ludzkie. Zwierzęta same będą się bały i w takiej sytuacji będą atakować obcych.

- Chcę liczenie. Nie „większość jest”. Nie „chyba wszyscy”. Każde dziecko. Każdy nauczyciel. Każdy opiekun. Każdy pracownik. Macie wiedzieć dokładnie, ile osób jest w środku i czy kogokolwiek brakuje. Natychmiast!
Bez makijażu, włosy roztrzepane, trampki, bez nałożonych skarpet, kolorowa kocobluza do połowy ud, a pod nią tylko damskie, czarne bokserki. Nie miała czasu! Druga ręka już szukała kluczyków.

- Ochrona zamyka wejścia i wyjścia. Powiadomcie policję. Powiadomcie odpowiednie służby. Wszystkich! Niech nikt nie dotyka miejsca włamania. To jest miejsce przestępstwa.
Rozłączyła się i nie czekała długo na cokolwiek. Miała gdzieś jak wygląda. Ruszyła biegiem do samochodu, trzaskając drzwiami. Serce waliło jej jak oszalałe. Dzieci. Włamanie. Ktoś zrobił to celowo. Ktoś wszedł do zoo i otworzył wybiegi, wiedząc doskonale, co może się wydarzyć. Aurora poczuła, jak zaczyna ogarniać ją panika, ale zacisnęła zęby. Panika mogła przyjść później. Trochę się trzęsła, była wystraszona i miała ochotę płakać. Mimo wszystko, teraz była kierowniczką. Teraz ktoś musiał dowodzić.

Samochód odpalił niemal natychmiast, a Aurora ruszyła w stronę Toronto Zoo zdecydowanie szybciej, niż powinna. Nie miała zamiaru robić z siebie bohaterki. Po prostu wiedziała, że każda minuta może oznaczać różnicę między bezpiecznym zamknięciem sytuacji a kolejną tragedią. Jechała, cały czas kontrolując drogę, bo teraz każdy cień przy poboczu mógł oznaczać zwierzę. Każde gwałtowne poruszenie między drzewami mogło być czymś, czego absolutnie nie chciała zobaczyć. Nie potrzebowała kawy, zastrzyk adrenaliny robił swoje, ale mimo wszystko miała problem z widocznością, bo mimo latarni nadal gówno widziała.
Po chwili telefon zadzwonił, a Aurora szybko odebrała przystawiając go do ucha. Miała gdzieś, że może dostać mandat. Liczyło się zoo.
- Panno Swan, mamy pierwsze potwierdzenie.
- Dzieci? Bezpieczne?
Zapadła chwila ciszy.

- Są w środku. Trwa liczenie.
- Nie przerywajcie go. Chcę dokładną liczbę. Chcę, żeby policzono je ponownie. Chcę by wszyscy byli bezpieczni!
Wręcz wykrzyczała to w słuchawkę, a w oczach pojawiły się jej łzy, ale tylko tyle. Starała się być spokojna, naprawdę. Pamiętajmy, że jest też człowiekiem, który mimo ciężkiego charakteru też ma uczucia. Nawet te trudne do przyznania się.

- Proszę o spokój, panno Swan. Wszystko rozumiem. Przyjąłem.
- Nie uspokajaj mnie, do kurwy nędzy! Masz tego nie robić! Zrozumiałeś?!
Znowu się uniosła, trochę traciła fason, ale to wszystko przez stres i sytuację w której się znalazła. Jedno zwierzę można przełknąć, ale nie tak zorganizowaną akcję. Tak, to na pewno było to, bo przypadkiem tego nie można nazwać. Aurora nie wierzyła w to.

- Niech nauczyciele nie próbują wyprowadzać nikogo na zewnątrz. Mają zostać z dzieciakami. Mają zostać w bezpiecznym miejscu, rozumiesz? Jeżeli któreś dziecko płacze, panikuje albo jest w szoku, zajmuje się nim dorosły. Przydzielcie im kogoś, Padingtona, Juliette, Osmana, kogokolwiek miłego! Niech ktoś przygotuje wodę, ciepłe napoje, koce i apteczkę. Ściągnij ekipę z rannej i popołudniowej zmiany.
Rozkazywała, ale próbowała jakoś to wszystko zorganizować.

- Panno Swan, ale jest środek...
Nie skończył, bo Aurora postanowiła wejść mu w zdanie. Była pobudzona.

- Dobrze wiem, która jest godzina! Gówno mnie to obchodzi. Ściągaj wszystkich! Natychmiast!
Nie czekała na odpowiedź. Rozłączyła się. Wtedy też zauważyła ruch po swojej prawej stronie. Wcisnęła hamulec. Samochód zatrzymał się gwałtownie, a Aurora spojrzała przez szybę. Kangur. Stał przy drodze, kilka metrów od ogrodzenia, i najwyraźniej nie miał pojęcia, co robić. Przeszedł kilka kroków, zawrócił, znów ruszył wzdłuż ogrodzenia. Joe. Aurora znała go. Znała jego sylwetkę, sposób poruszania się, zachowanie. Dlatego też nie wysiadła z samochodu. Nie otworzyła drzwi. Nie próbowała go wołać. Zrobiła tylko zdjęcie i przesłała je do ochrony. Wiedziała, że w tym stanie, poza swoim środowiskiem może być agresywny i dać komuś w łeb. Po wysłaniu fotki, zadzwoniła do kogoś z ochrony.

- Kangur jest przy głównej drodze, niedaleko wejścia. Jest zdezorientowany i krąży przy ogrodzeniu. Nie podchodźcie do niego bez przygotowania. Zabezpieczcie teren i trzymajcie ludzi z dala od niego.
- Przyjęliśmy.
- Żadnego gonienia. Jeżeli jest spokojny, dajcie mu przestrzeń. W razie czego użyjcie strzałek usypiających. Przydadzą się...
Z pewnością po całej akcji zejdzie cały zapas. Będzie musiała uzupełnić wszystko, złożyć zamówienie i liczyć na to, że to co mają wystarczy. Mimo to ruszyła dalej. Im bliżej zoo była, tym bardziej zaciskała dłonie na kierownicy. Próbowała się opanować, a pozytywne myślenie, nastawienie, że i tym razem da radę, sprawiało że wracało jej trzeźwe myślenie. Budziła się, umysł zaczął nadążać. W głowie miała tylko jedną myśl: dzieci. Nie zwierzęta. Nie włamanie. Nie jej stanowisko. Jeśli zawali tę akcję to prawdopodobnie nie pozbiera się psychicznie. To, że zostanie z niczym pewnie by przebolała, bo mimo ambicji i chęci kariery, to ludzkie życie i odpowiedzialnosć, która leżała na jej barkach była zbyt duża.

Kiedy wreszcie zobaczyła światła radiowozów, straży pożarnej i służb medycznych oraz pracowników przy głównym wejściu, poczuła krótką ulgę. Tylko krótką. Wysiadła z samochodu i ruszyła prawie biegiem w stronę pierwszego napotkanego pracownika. Próbowała zachować profesjonalizm, ale ciężko było w tej sytuacji. Była w obecnej chwili połączeniem „domowej Aurory” z nutką kierowniczego stanowiska. Nie była zołzą, nie była też przemiła. Miała w gdzieś jak była ubrana, ale „świeciła” domowym strojem.
- Hank, mów. Wszystko. Gdzie są dzieci? Złapaliście jakieś zwierzę?
- Panno Swan, dzieciaki są w zabezpieczonym budynku. Widzieliśmy sporo zwierzaków, obserwujemy i próbujemy je złapać po naszemu. Bez agresji i usypiania.
- Dobrze. Złapcie je wszystkie. Ile jest dzieciaków? Stan się zgadza?
- Nadal liczymy.
Aurora spojrzała na niego tak, że mężczyzna natychmiast przestał mówić. Zacisnęła zęby i zaczęła pocierać dłonie. Było chłodno.

- To jest najważniejsza rzecz. Dzieci. Chcę wiedzieć, gdzie jest każde z nich.
Ruszyła dalej.

- Ilu nauczycieli? Ilu pracowników? Czy ktoś jest ranny?
- Na ten moment brak informacji o rannych.
- „Na ten moment” mnie nie uspokaja. Sprawdźcie to. Załatw mi też kawę, pro...
Nie dokończyła, bo była blisko powiedzenia „proszę” do pracownika. Tego nie robiła i nadal chciała to zachować. Ruszyła dalej.

W centrum dowodzenia panował chaos, ale nie taki, który wynikał z braku ludzi. Wręcz przeciwnie. Było ich wszędzie pełno. Ochrona, pracownicy, osoby odpowiedzialne za poszczególne sektory, telefony, radia, mapy, monitory. Aurora weszła do środka i natychmiast skierowała wzrok na ekrany. Puste wybiegi. Otwarte drzwi. Pracownicy poruszający się parami. Na jednym z monitorów widać było fragment ogrodzenia, na kolejnym ciemną alejkę. Na następnym pustą przestrzeń, która jeszcze kilka godzin wcześniej była zamkniętym wybiegiem. Aurora poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Dostała też kawę, której tak bardzo potrzebowała. Trochę się trzęsła, ale próbowała zachować zimną krew, jak na kierowniczkę przystało.
- Zamknąć wszystkie niepotrzebne przejścia między sektorami.
Ktoś natychmiast sięgnął po radio.

- Przyjęłam.
- Nikt nie pracuje sam. Powtarzam: nikt. Każdy zespół ma mieć kontakt radiowy. Jeżeli ktoś zobaczy zwierzę, najpierw informuje centrum, potem zabezpiecza ludzi i dopiero wtedy podejmujemy decyzję. Jeśli się wam uda to złapcie je swoim sposobem, jeśli nie to pamiętacie jak się strzela usypiaczem. Tak?
- A jeżeli zwierzę ruszy w stronę ludzi? Co wtedy?
Aurora spojrzała na niego. Nie była zła, dobre pytanie, które wymagało odpowiedzi.

- Wtedy wycofujemy ludzi. Nie robimy bohaterów. Wasze życie jest najważniejsze. Czy to jasne?
Kolejna osoba, tym razem opiekunka wybiegu dla gadów, Alice, podeszła do niej z kartkami. Dwoma. Wręczyła Aurorze, która natychmiast zerknęła na to co jest napisane na tej pierwszej. Zaczęła czytać. Lista klas, nauczycieli i gdzie są.

- Mamy pierwsze zestawienie dzieci.
- Wszystkie grupy?
- Tak.
- Każde dziecko zostało fizycznie policzone?
- Tak.
- Jeszcze raz.
Alice zawahała się. Pokręciła głową, bo nie rozumiała tego.

- Ale pani kierownik, dopiero co...
- Jeszcze raz. Odmaszerować.
Nie podniosła głosu. Nie musiała. W jej tonie było coś, co ucinało wszelką dyskusję.

- Nauczyciele mają sprawdzić listy imienne. Nie chcę samej liczby. Chcę potwierdzenia, że każde dziecko z listy znajduje się w zabezpieczonym pomieszczeniu. Pilnujcie ich. Liczcie, dopóki wam nie każę przestać. Czy to jasne?
Dopiero wtedy Aurora odetchnęła nieco spokojniej. Miała wstępną listę, ale wycieczka była zbyt duża by pozwolić sobie na jakiś błąd. Jeden błąd, jedno niepoliczone dziecko i co? Tragedia gotowa. Wciąż jednak nie miała zamiaru odpuszczać. Wzięła solidny łyk kawy i poparzyła sobie język. Zrobiła bolesną minę, ale nadal musiała kierować ludźmi.

- Jeżeli któregokolwiek nazwiska nie da się potwierdzić, dowiaduję się o tym natychmiast.
- Jasne.
Dopiero gdy poczuła,, że ludzie są zabezpieczeni, Swan sięgnęła po drugą kartkę. Tym razem była to lista zwierząt. Przez chwilę patrzyła na nią bez słowa. Wiedziała, że to będzie najgorsza część. Nie dlatego, że nie znała swoich zwierząt. Wręcz przeciwnie. Znała je aż za dobrze. Każde z nich miało własne zachowania, własne reakcje, własne potrzeby i własny sposób reagowania na stres. Nie była specjalistką, nie była jak chociażby Padington, który mógłby recytować z pamięci kiedy mandryle akurat mają ochotę na iskanie. Problem polegał na tym, że teraz około pięćdziesiąt takich indywidualnych problemów znajdowało się jednocześnie poza kontrolą. Zaczęła liczyć.

- Pięćdziesiąt... I to jeszcze nie koniec...
Powiedziała to cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek. Co najmniej pięćdziesiąt zwierząt. Dopiero teraz naprawdę dotarła do niej skala tego, co się wydarzyło. Nie pojedynczy incydent. Dobrze przeczuwała, że to zorganizowana akcja. Na sto procent. Wkurzyła się. Ktoś otworzył wiele wybiegów i zrobił to celowo. Ktoś chciał, żeby te zwierzęta znalazły się poza kontrolą. Aurora spojrzała na mapę zoo. Ogromny teren. Kilometry ścieżek, ogrodzenia, budynki, drzewa, woda, zakamarki, do których można było nie zajrzeć przez długie godziny. A gdzieś tam znajdowało się pięćdziesiąt zwierząt, które jeszcze niedawno były bezpieczne. Teraz każde z nich było osobnym problemem.

- To pełna lista? Oscar? Tak, do ciebie mówię.
Przejrzała jeszcze raz listę, a młody mężczyzna z nocnej zmiany pokręcił przecząco głową. Nie był pewny, nie odezwał się. Swan wzięła marker i podeszła do dużej mapy rozłożonej na stole.

- Masz specjalne zadanie. Przejrzyj monitoring z ochroną. Weź sobie kogoś do pomocy. Jeden patrzy w kamery, drugi i trzeci sprawdza fizycznie. Każdy wybieg, każda klatka, każdy zakamarek. Notujecie, potwierdzacie listę i dacie mi znać przez radio. Wierzę, że nic więcej nie uciekło.
Powiedziała poważnie, patrząc na chłopaka dosyć przeszywającym spojrzeniem. Westchnęła ciężko i wróciła wzrokiem do mapy, do ludzi którzy byli wokół i słuchali dalszych decyzji. Inne oddziały pracownicze były kierowane przez służby, przez policję, która też zabezpieczała teren i starała się odizolować całe zoo od cywili i reszty obywateli.

- Priorytety. Słuchajcie. Duże drapieżniki: lew, tygrys, hiena, wilk, gepard i dingo. Chcę ich lokalizację w pierwszej kolejności. Nie łapiecie ich na własną rękę. Lokalizujecie, zabezpieczacie teren i zgłaszacie. Weźcie pistolety z usypiaczem. Jeśli strażak lub policjant zaoferuje wam to nie odmawiajcie. Dla własnego bezpieczeństwa. Nic się wam nie może stać. Zrozumiano?
Ekipa zrozumiała. Niektórzy potwierdzili słownie, niektórzy tylko kiwali głową. Słuchali co mówi Aurora. Poczuła się pewniej, kawa dała jej energii. Kreśliła markerem po wybiegach dla drapieżników, teraz przeszła na inne stworzenia, które też wymagały szybkiej reakcji.

- Drugi zespół bierze gady. Krokodyl i pyton są priorytetem. Legwan, kameleon i żółw też mają zostać odnalezione, ale nie kosztem bezpieczeństwa ludzi. Uważajcie na węża, bo cholernik będzie chciał was złapać. Widzicie go, zgłaszacie i macie w pogotowiu usypiacz. Krokodyl na lądzie jest wolniejszy, ale nadal niebezpieczny.
Ta sama reakcja. Dobrze rozumieli co się dzieje. Swan nie przestawała. Kreśliła kolejne sektory dla kolejnej drużyny. Czuła zmęczenie, ale też satysfakcję i wierzyła, że jest na dobrej drodze do rozdysponowania zadań. Nie była przygotowana na to, ale w improwizacji nie była zaraz taka najgorsza. Znała procedury, znała zasady, więc mogła coś wymyślić.

- Trzeci zespół bierze pozostałe ssaki, płazy i nieloty. Nie powinno być tak strasznie, ale nie róbcie nic na siłę. Nie chcę by piętnaście ludzi biegało za jakimś tapirem.
Aurora odwróciła się w stronę ochrony. Wzięła kolejny łyk kawy i przyłożyła dłonie do kubka by je ogrzać.

- Wy zabezpieczacie zewnętrzny obwód. Jeżeli któreś zwierzę wydostanie się poza teren zoo, informacja natychmiast trafia do centrum i do policji. Czy to jasne?
- Mamy już zgłoszenie o krokodylu w kierunku centrum Toronto.
Aurora zamknęła na moment oczy. Westchnęła ciężko i ironicznie.

- Oczywiście, że mamy. Oczywiście...
Wypuściła powietrze nosem i wyciągnęła rękę po radio.

- Traktujemy to jako niepotwierdzone, ale potencjalnie poważne. Chcę dokładną lokalizację, godzinę i źródło zgłoszenia. Policja ma zostać poinformowana. Straż pożarna też.
- Przyjąłem.
- Jeszcze jedno. Nikt nie wychodzi sam. Żadnych bohaterów. Jeżeli ktoś znajdzie zwierzę, najpierw zgłasza.
Aurora spojrzała po zebranych. Po zmęczonych twarzach, dłoniach zaciskających się na krótkofalówkach i ludziach, którzy pewnie sami mieli ochotę na chwilę usiąść i złapać oddech. Tylko że nikt nie miał na to czasu. Właśnie dlatego nie chciała mówić do nich jak przełożona. Nie teraz. Teraz chciała mówić jak ktoś, kto stał obok nich, a nie nad nimi. To było dziwne, nawet dla samej Swan.

- Na koniec, posłuchajcie mnie przez chwilę. Wiem, że jest źle. Wiem, że każdy z was właśnie próbuje sobie poukładać w głowie, jak do cholery ogarnąć co najmniej pięćdziesiąt zwierząt poza wybiegami, ludzi na terenie zoo i jeszcze całą resztę tego bałaganu. Nie będę wam teraz wciskać, że będzie łatwo, bo nie będzie.
Zrobiła krótką przerwę, patrząc po kolejnych osobach. Zacisnęła mocniej kubek kawy w dłoniach. Nabrała powietrza w płucach i kontynuowała:

- Ale chcę, żebyście sobie przypomnieli jedną rzecz. Wy znacie te zwierzęta. Nie tylko z kart, raportów czy tabliczek przy wybiegach. Znacie ich zachowania. Wiecie, kiedy coś je stresuje. Wiecie, kiedy zwierzę jest przestraszone, kiedy jest agresywne, a kiedy po prostu chce znaleźć spokojne miejsce. Wiecie, jak reagują na ludzi, na głos, na jedzenie, na światło. Macie ten instynkt. Dlatego jesteście tutaj.
Uśmiechnęła się delikatnie. Wydawało się do dziwne dla ludzi, bo z reguły nie widzieli tego kierowniczki.

- Nie oczekuję od was cudów. Oczekuję, że zrobicie to, co robicie każdego dnia. Tylko dzisiaj będziecie musieli zrobić to razem. Nie musicie być odważniejsi niż zwykle. Nie musicie udowadniać, że jesteście bohaterami. Macie wrócić z tej akcji cali. Każdy z was. Każde z tych zwierząt. To jest nasz cel.
Zamilkła na moment i rozejrzała się po ludziach. Sama wierzyła w swoje słowa. Wzięła kolejny łyk kawy, a potem przechyliła kubek do końca i wlazła w siebie mocno ciepłą ciecz.

- Jeżeli czegoś nie wiecie, pytajcie. Jeżeli czegoś nie jesteście pewni, meldujcie. Jeżeli zobaczycie coś, czego nie rozumiecie, nie udawajcie, że wszystko jest w porządku. Mamy radia. Mamy zespoły. Mamy ludzi, którzy potrafią wam pomóc. Korzystajcie z nich.
Odwróciła się na chwilę w stronę mapy, wskazując na zaznaczone pola i alejki, gdzie mogą być ich podopieczni.

- Pamiętajcie, że nie ścigamy zwierząt. My je odzyskujemy. To różnica. One też są przerażone. Dla nich ta noc jest dokładnie tak samo cholernie nienormalna jak dla nas. Widziałam was przy trudniejszych sytuacjach. Widziałam, jak reagujecie, kiedy coś idzie nie tak. Widziałam ludzi, którzy potrafią zatrzymać się na sekundę, pomyśleć i zrobić dokładnie to, czego wymaga sytuacja. Dlatego wam ufam. Dlatego powierzam wam dzisiaj nasze zwierzęta.
Zacisnęła szczękę, przetarła dłonią czoło, po czym dodała już zdecydowanie:

- Mamy listę. Mamy co najmniej pięćdziesiąt zwierząt do odnalezienia. Mamy dzieci, które muszą zostać bezpieczne. Mamy ludzi, którzy na nas liczą. Więc robimy to krok po kroku. Bez paniki. Bez bohaterstwa. Bez samotnych akcji. Razem. A kiedy to się skończy, chcę zobaczyć tutaj dokładnie tych samych ludzi, których widzę teraz. Zmęczonych, wkurzonych, szczęśliwych, jakichkolwiek, ale wszystkich! Całych i zdrowych. Wtedy będziemy mogli powiedzieć, że zrobiliśmy swoją robotę.
Skinęła głową w stronę pierwszego zespołu. To samo zrobiła do pozostałych. Ładnie jej wyszło, sama była pod wrażeniem, że tak potrafi, bo jej słowa mimo wszystko płynęły z serca. Zołza, która martwi się o ludzi.

- Mamy robotę do wykonania.
Przez chwilę patrzyła na ludzi zgromadzonych wokół mapy. Zespoły dostały konkretne zadania. Ochrona zabezpieczała teren, a służby wiedziały o sytuacji. Ludzie zgromadzeni w centrum dowodzenia byli w ciężkim szoku słysząc słowa kierowniczki, bo nie spodziewali się, że potrafi tak mówić. Z reguły kończyło się na wymaganiach, a nie pochwałach, ale w takiej sytuacji uwierzyli, że słowa Aurory są prawdą i uda im się ogarnąć wszystko. Może nie jednej nocy, może nie w ciągu kilku dni, ale najniebezpieczniejsze zwierzęta trafią na swoje miejsce. Ruszyli.

Aurora też nie czekała długo. Nie miała zamiaru stać za mapą i dyrygować. Chwyciła krótkofalówkę i odnalazła wzrokiem swojego „ulubieńca”.
- Paddy, idziemy po kangura. Spróbujemy go złapać. Kręci się koło ogrodzenia.
Ruszyła w jego stronę. Sama była zmotywowana do działania.




Padington Bear
kotlet schabowy w jasnej panierce
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Jak się pisze MIŁOŚĆ? – spytał Prosiaczek. – Nie pisze się, po prostu się to czuje – odpowiedział Puchatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nocna zmiana zaczęła się zupełnie zwyczajnie. Przynajmniej na początku. O tej porze zoo miało swój własny rytm, znacznie spokojniejszy niż w ciągu dnia, kiedy alejkami przewijały się całe rodziny, wycieczki szkolne i grupy turystów. Paddy zdążył już przywyknąć do nocnych obchodów. Znał odgłosy, które za dnia ginęły w zwyczajnym gwarze. Wiedział, które drzwi potrafiły skrzypnąć przy otwieraniu, gdzie wiatr poruszał gałęziami tak, że przez chwilę przypominało to czyjeś kroki, a które zwierzęta robiły więcej zamieszania, kiedy tylko zapadła ciemność. Kilka godzin wcześniej wszystko wyglądało właśnie tak, jak powinno. Spokojnie, przewidywalnie, trochę sennie. Miał za sobą część obchodów, sprawdzenie kilku sektorów, krótką rozmowę przez radio z jednym z pracowników ochrony i kubek kawy, który zdążył wystygnąć, zanim w ogóle przypomniał sobie o jego istnieniu. Nic nie wskazywało na to, że reszta nocy będzie wyglądała zupełnie inaczej. Pierwszy komunikat nie brzmiał jeszcze jak początek katastrofy. Potem pojawił się drugi. Kolejny był już wyraźnie bardziej nerwowy. Informacja o naruszeniu jednego z zabezpieczeń sprawiła, że Paddy automatycznie odłożył to, czym zajmował się w tamtej chwili, i ruszył w stronę wskazanego sektora. Później wszystko zaczęło dziać się szybciej. Otwarte wybiegi. Brakujące zwierzęta. Ludzie próbujący ustalić, kto właściwie wszedł na teren zoo i jak długo tam był. Kolejne meldunki spływały przez radio niemal jeden po drugim, a każda następna informacja dokładała kolejny element do obrazu, który coraz mniej przypominał zwykłą awarię zabezpieczeń. Ktoś nie wszedł tu przypadkiem. Ktoś chciał, żeby zwierzęta znalazły się poza wybiegami. Najgorsze nie były nawet same zwierzęta. Paddy wiedział, że większość z nich w pierwszej kolejności będzie próbowała znaleźć miejsce, w którym poczuje się bezpiecznie. Problem polegał na tym, że tym miejscem mogło być praktycznie wszystko. Ciemny zakątek między budynkami, zarośla, droga techniczna, teren poza ogrodzeniem. Wystarczyło jedno spłoszenie, jeden samochód, przypadkowy krzyk albo grupa ludzi podchodzących zbyt blisko i sytuacja mogła wymknąć się spod kontroli. Znacznie bardziej martwiła go świadomość, że na terenie zoo wciąż znajdowali się ludzie, w tym dzieci. Każdy komunikat o kolejnej ucieczce sprawiał, że zaciskał mocniej palce na radiu.
Przez pewien czas działał razem z innymi, przekazując informacje, sprawdzając wskazane miejsca i pomagając zabezpieczyć przejścia. Nie próbował robić z siebie kogoś, kto sam rozwiąże cały problem. Trzymał się procedur, chociaż sytuacja zdecydowanie nie wyglądała jak coś, co można było zamknąć w kilku punktach instrukcji. Raz zatrzymał się przy jednym z ogrodzeń, nasłuchując przez chwilę, czy za nim nie dzieje się coś, czego nie powinien przeoczyć. Innym razem musiał zawrócić, bo przez radio pojawił się nowy komunikat. W normalną noc prawdopodobnie zirytowałby się na takie ciągłe zmiany planów. Teraz po prostu przyjmował je bez komentarza. Najpierw ludzie. Potem reszta. Ta myśl wracała do niego za każdym razem, kiedy kolejny meldunek zaczynał brzmieć coraz gorzej.
Kiedy Aurora zebrała pracowników, Paddy znalazł się wśród nich niemal automatycznie. Nie musiał pytać, po co. Wiedział, że skoro pojawiła się osobiście, sytuacja była wystarczająco poważna, żeby przerwać wszystkie mniejsze działania i zebrać ludzi w jednym miejscu. Stał trochę z boku, z radiem przypiętym do paska i latarką w dłoni, słuchając jej słów razem z pozostałymi. Nie było w jej głosie tego rodzaju pewności, która pojawiała się podczas zwykłego dnia pracy. Było napięcie, zmęczenie i pośpiech, jednak pod tym wszystkim nadal pozostawało coś, czego Paddy potrzebował w tamtej chwili najbardziej — konkret. Zamknięte budynki. Liczenie dzieci i pracowników. Żadnego chodzenia pojedynczo. Żadnych bohaterów. Informowanie przed działaniem. Zabezpieczenie najbardziej niebezpiecznych zwierząt. Kontakt z policją, strażą i medykami. Wszystko miało swoje miejsce, nawet jeśli dookoła panował kompletny chaos. Słuchał uważnie, od czasu do czasu przesuwając wzrok na innych pracowników. Nikt nie wyglądał na szczególnie spokojnego. Trudno było się temu dziwić. W zoo, które znało się od lat, nagle pojawiły się puste wybiegi i otwarte bramy, a za ogrodzeniem mogło znajdować się zwierzę, którego normalnie nikt nie spotkałby w takim miejscu. Paddy przetarł dłonią kark, po czym poprawił pasek radia. Przemowa Aurory dobiegła końca, a wraz z nią zaczęło się rozdawanie zadań.
Kiedy usłyszał swoje imię, od razu podniósł wzrok. Kangur. Joe. Ogrodzenie.
To wystarczyło.
Nie potrzebował chwili na przetworzenie informacji o tym, że właśnie jemu przypadło to zadanie. Joe nie był dla niego anonimowym zwierzęciem z listy uciekinierów. Znał jego zachowania, przyzwyczajenia i sposób reagowania na ludzi na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że po takim zamieszaniu nie powinien zakładać żadnego konkretnego scenariusza. Szczególnie jeśli ktoś wcześniej próbował go spłoszyć.
Najpierw go znajdźmy. Potem zdecydujemy, czy rzeczywiście chcemy go łapać. — odpowiedział spokojnie, podchodząc bliżej. Nie było w tym sprzeciwu wobec polecenia. Raczej ostrożność człowieka, który doskonale wiedział, że słowo „łapać” potrafi w przypadku zwierzęcia oznaczać coś zupełnie innego, kiedy jest przestraszone i znajduje się poza znanym sobie terenem. Po drodze nie robił niczego szczególnie spektakularnego. Nie było zresztą takiej potrzeby. Wystarczyło radio, latarka, strzałki usypiające i uważne obserwowanie otoczenia. Każdy kolejny krok prowadził ich dalej od miejsca, w którym zebrali się pracownicy. W oddali nadal dało się słyszeć głosy i krótkie komunikaty dobiegające z innych sektorów. Gdzieś mignęło światło latarki. Gdzieś indziej zatrzasnęły się drzwi. Zoo nocą zwykle miało w sobie coś niemal kojącego, teraz jednak każdy dźwięk wydawał się podejrzany.
Paddy zwolnił, gdy znaleźli się bliżej ogrodzenia. Uniósł dłoń, dając Aurorze znak, żeby również nie podchodziła jeszcze dalej. Przez chwilę nic nie mówił. Przesuwał światłem latarki po ziemi, aż wreszcie dostrzegł ruch. Sylwetka znajdowała się nieco dalej, przy ogrodzeniu. Joe. Pierwsze, co przyszło mu do głowy, to ulga. Drugie — że zdecydowanie nie wyglądało to tak, jakby zamierzał grzecznie wrócić do swojego wybiegu. Kangur poruszał się niespokojnie. Raz zatrzymywał się, by po chwili znów zmienić pozycję. Głowa pracowała niemal bez przerwy, uszy reagowały na dźwięki dochodzące z różnych stron. Paddy obserwował go przez kilka sekund, nie robiąc ani kroku. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zrezygnował z pomysłu natychmiastowego podejścia. Joe był mocno pobudzony. Nie wyglądał na zwierzę, które chce zaatakować, jednak całym ciałem pokazywał, że obecność ludzi nie jest mu teraz obojętna.
Nie podchodź. — zwrócił się do Aurory, a sam zatrzymał się więc dokładnie tam, gdzie stał. Latarka została skierowana niżej, żeby nie świecić zwierzęciu prosto w oczy. Odwrócił też nieco sylwetkę bokiem, zamiast stawać naprzeciwko niego. Nie chciał wyglądać jak ktoś, kto zamierza zagrodzić mu drogę. Joe potrzebował przestrzeni, a przede wszystkim poczucia, że nadal ma wybór.
Spokojnie. — odezwał się cicho, bardziej po to, żeby jego głos stał się kolejnym znajomym elementem otoczenia, niż żeby oczekiwać natychmiastowej reakcji — Nikt nie będzie cię teraz gonił. — przez moment obserwował kangura bez słowa. Potem zerknął na Aurorę — Jest mocno pobudzony. Jak zaczniemy go osaczać, pójdzie tam, gdzie będzie miał najwięcej miejsca. — sam również nie zamierzał wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Jeden krok do przodu mógł wystarczyć, żeby Joe uznał go za zagrożenie. Paddy znał zwierzęta wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że czasami najlepszym działaniem było właśnie nie robienie niczego. Poczekać. Patrzeć. Pozwolić emocjom opaść, jeśli tylko sytuacja na to pozwalała. Zrobił więc tylko niewielki ruch ręką, wskazując pozostałym, by zostali dalej. Potem znów skupił wzrok na Joe. W tej chwili nie interesowało go, kto włamał się do zoo, dlaczego to zrobił ani ile innych zwierząt znajdowało się poza wybiegami. Liczył się ten jeden, nerwowy kangur stojący przy ogrodzeniu i przestrzeń pomiędzy nimi.
Hej, Joe... — odezwał się jeszcze raz, tym samym spokojnym tonem — Pamiętasz mnie? — nie ruszył się ani o centymetr. Czekał. Przez kilka długich sekund Joe pozostawał w miejscu. Padington obserwował każdy jego ruch, nie spuszczając z niego wzroku, ale też nie próbując go przyspieszać. Kangur przekręcił lekko głowę, poruszył uszami, jakby wyłapywał dobiegające z dalszej części zoo dźwięki. Wokół wciąż było zdecydowanie za dużo hałasu — trzaski krótkofalówek, przyciszone rozmowy pracowników, pojedyncze nawoływania. Paddy zdawał sobie sprawę, że dla człowieka był to tylko chaos. Dla Joe prawdopodobnie wszystko docierało naraz. Dlatego nie zrobił nic. Stał spokojnie, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, pozwalając zwierzęciu samemu zdecydować, czy chce skrócić dystans. Przez moment nawet miał wrażenie, że Joe rzeczywiście zaczyna się rozluźniać. Głowa nie była już tak wysoko uniesiona, ruchy stały się nieco wolniejsze. Paddy przesunął ciężar ciała z jednej nogi na drugą. To był ledwie zauważalny ruch, bardziej zmiana pozycji niż krok. Joe natychmiast zareagował. Uszy poszły do tyłu, ciało wyraźnie się napięło, a wzrok zatrzymał się na Paddy'm. Mężczyzna znieruchomiał.
Dobra... — mruknął cicho, bardziej do siebie niż do niego. Nie zdążył zrobić nic więcej. Joe nagle odbił się od ziemi. Bear cofnął się gwałtownie, zupełnie odruchowo. Pierwszy krok postawił niemal w tył, drugi już zdecydowanie szybciej, kiedy kangur ruszył w jego stronę. Serce momentalnie przyspieszyło, a ręka sama uniosła się przed siebie, choć dobrze wiedział, że w razie czego nie będzie to żadna realna ochrona. Joe zatrzymał się po kilku susach. Nie doszło do kontaktu, ale dystans między nimi zrobił się zdecydowanie mniejszy. Kangur stał napięty, przodem do Paddy'ego, gotowy zareagować na kolejny ruch. Bear przez chwilę nawet nie oddychał głębiej, żeby przypadkiem nie sprowokować go czymś jeszcze. Dopiero kiedy upewnił się, że Joe nie rusza ponownie, bardzo powoli opuścił rękę.
Spokojnie. Już. — powiedział cicho — Nie będę podchodził. — zamiast próbować odzyskać poprzednią pozycję, Paddy zrobił jeszcze pół kroku w bok. Nie odwrócił się plecami i nie spuścił wzroku z kangura, dopiero wtedy zerknął na Aurorę.
To było ostrzeżenie. — powiedział spokojnie, chociaż adrenalina wciąż nie zdążyła całkiem opaść — Jeszcze jeden krok i mogłoby się zrobić naprawdę nieprzyjemnie. — przeniósł spojrzenie z powrotem na Joe. Kangur nadal był spięty, ale przynajmniej nie ruszał się z miejsca. Paddy wskazał głową wolną przestrzeń za nim.
Nie możemy go teraz otoczyć. — odezwał się po chwili — Trzeba mu zostawić jedną drogę, którą będzie mógł odejść. Jak poczuje, że zamykamy go ze wszystkich stron, po prostu ruszy przed siebie. — na moment zamilkł, nasłuchując odgłosów dobiegających zza pleców — I najlepiej, żeby nikt się teraz nie zbliżał. Żadnych krzyków, żadnego biegania. — jeszcze raz spojrzał na Aurorę. Tym razem nie ruszył się nawet o krok. Pozostał tam, gdzie stał, utrzymując bezpieczny dystans od Joe.
Możemy poczekać, aż trochę odpuści. — powiedział — Albo spróbować go skierować w stronę wybiegu. Tylko musimy najpierw ustalić, którędy chcemy go tam zaprowadzić. — po tych słowach znowu zamilkł. Joe wciąż miał go na oku, a Paddy nie zamierzał sprawdzać, jak daleko sięga jego cierpliwość.

Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiPłacę/Wymagam
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

Aurora ruszyła razem z Paddym w stronę sektora australijskiego, cały czas mając radio przyciśnięte do dłoni. Nie szła szczególnie szybko, bo przy tej ilości chaosu bieganie po zoo i wydawanie poleceń na oślep było ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę. Po drodze co chwilę zatrzymywała się na kilka sekund, żeby złapać kontakt z kolejnymi zespołami. Jedni pracownicy zabezpieczali przejścia, inni sprawdzali kolejne wybiegi, jeszcze inni zajmowali się zwierzętami, które udało się już namierzyć. Co kilka kroków Aurora zerkała na radio, nasłuchując meldunków i próbując układać sobie w głowie mapę całego zoo. Znała je na pamięć, ale w takim chaosie, głowa też ją zawodziła. Było tego zdecydowanie za dużo jak na jedną noc. Mijali kolejnych ludzi, którym Aurora rzucała krótkie polecenia, czasem nawet nie zatrzymując się na dłużej.
- Nie idźcie dalej bez potwierdzenia, że sektor jest czysty. Najpierw ludzie, potem zwierzęta.
Ktoś z ochrony potwierdził jej przez radio, że kolejny odcinek został zamknięty. Aurora skinęła tylko głową, choć nikt jej nie widział. Wciąż miała przed oczami obraz dzieci zamkniętych w bezpiecznym budynku. To było dla niej ważniejsze od każdego zwierzęcia, nawet jeżeli sama nie chciała tego głośno przyznać. Co chwilę wracała więc do tej kwestii. Liczyła, że żaden nie zagubił się przypadkiem.

- Jeszcze raz powtarzam: żadnego dziecka nie wypuszczać z budynku. Nauczyciele mają zostać z grupą. Chcę mieć potwierdzenie liczby dzieci co piętnaście minut.
Aurora odsunęła radio od ust i spojrzała przed siebie. Paddy szedł obok niej, a ona przez chwilę pozwoliła sobie na milczenie. Wokół nich nocne zoo wyglądało zupełnie inaczej niż zwykle. Zamiast spokojnych odgłosów nocnej pracy słychać było radio, krótkie komunikaty, odgłosy samochodów ochrony, światła kogutów od służb i ludzi przemieszczających się między sektorami. Gdzieś dalej ktoś właśnie zgłaszał ruch przy jednym z wybiegów. Aurora od razu podniosła radio.

- Nie podchodźcie. Obserwujcie z dystansu i dajcie mi znać, jeśli potwierdzicie gatunek. Nie chcę kolejnego zwierzęcia spłoszonego przez grupę ludzi.
Odłożyła radio i westchnęła cicho. Przez chwilę szła w milczeniu, po czym zerknęła na Paddy'ego.

- Wiesz, że jeżeli ktoś mi rano powie, że to była spokojna noc, to chyba go wyrzucę z pracy. Więc nawet nie próbuj, zrozumiałeś?
W jej głosie pojawiła się krótka, zmęczona nuta humoru, ale szybko zniknęła. Swan znowu skupiła się na sytuacji. Im bliżej ogrodzenia byli, tym bardziej zwalniali. Ostatecznie jeden z pracowników wskazał im kierunek, w którym miał znajdować się symbol Australii. Widziała go jadąc tutaj, ale mógł zmienić miejsce, mimo obserwacji. Tak też było. Aurora od razu podniosła dłoń, dając znak pozostałym, żeby zostali z tyłu. Nie potrzebowała tłumu. Wystarczyło, że ona i Paddy podejdą wystarczająco blisko, żeby ocenić sytuację. Reszta była w pogotowiu.

Wtedy go zobaczyła. Kangurek stał przy ogrodzeniu. Nie wyglądał jak zwierzę, które właśnie planowało ucieczkę na drugi koniec Toronto. Bardziej jak ktoś, kto sam nie do końca wiedział, gdzie się znalazł. Był wyraźnie pobudzony, co Aurora zauważyła, ale pewnie później niż Padington czy reszta opiekunów. Całe ciało miał napięte, a jego uwaga co chwilę przeskakiwała między nimi, Bear'em i otoczeniem. Kierowniczka zatrzymała się dokładnie tam, gdzie Paddy kazał jej stanąć. Nie zrobiła ani kroku więcej.
- Dobra. To go nie łapiemy. Jeszcze nie.
Jej głos był cichy, ale natychmiast wrócił ten ton, który kilka minut wcześniej postawił cały zespół na nogi. Nie było w nim paniki. Była decyzja. Aurora uniosła radio bliżej ust, jednocześnie nie spuszczając wzroku z kangura.

- Centrum, tu Swan. Potrzebuję natychmiast oczyścić sektor przy kangurze Joe. Wszyscy pracownicy, którzy są w zasięgu wzroku, mają się wycofać. Zostawić nam pustą przestrzeń i jedną drogę odwrotu. Bez latarek skierowanych na zwierzę, bez biegania, bez nawoływania. Zrozumiano?
Odpowiedź z radia przyszła szybko. Aurora nawet jej nie skomentowała. Zamiast tego uniosła rękę i wskazała kilku osobom znajdującym się dalej, żeby odsunęły się jeszcze bardziej. Dopiero gdy zobaczyła, że zaczynają wykonywać polecenie, spojrzała na Paddy'ego.

- Rób co musisz. Ufam ci. Macie przestrzeń.
Wskazała głową teren za zwierzęciem, ale zaraz potem zmrużyła oczy, oceniając drogę prowadzącą dalej. Westchnęła ciężko.

- Ale nie możemy pozwolić mu ruszyć gdziekolwiek. Za tobą mamy pracowników, dalej drogę techniczną, a jeszcze dalej ogrodzenie zewnętrzne. Jeżeli się spłoszy i pójdzie przed siebie, możemy mieć kolejny problem. Zakładajmy, że będzie tylko gorzej.
Sięgnęła do radia.

- Ochrona, zamknąć odcinek drogi technicznej od strony sektora australijskiego. Nie podchodzicie do kangura. Tylko zabezpieczacie trasę. Jeżeli ruszy, meldujecie kierunek i nic więcej.
Po kilku sekundach w oddali zaczęły znikać kolejne sylwetki pracowników. Głosy ucichły. Światła latarek przestały przesuwać się po terenie. Została cisza, przerywana jedynie radiem i odległymi dźwiękami nocnego zoo. Aurora powoli wypuściła powietrze. To już było coś. Joe nadal był napięty, ale przynajmniej nie miał wokół siebie kilkunastu osób. Nie chciała też, żeby Paddy próbował zrobić z tego pokaz swoich umiejętności. Znała go wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że jeżeli ktoś zna zwierzę, bardzo łatwo może wpaść w pułapkę myślenia, że skoro zna jego zachowania, to wszystko ma pod kontrolą. A tej nocy kontrola była dokładnie tym, czego nie można było sobie wmówić. Zwierzaki też nie były sob
ą.
- Zanim zapytasz... nie. Nie dostaniesz pozwolenia na robienie z siebie przynęty.
Kącik jej ust drgnął minimalnie, chociaż sytuacja zdecydowanie nie była zabawna.

- Już raz cię prawie skasował. Nie pozwolę by znowu obił ci żebra i twarz. Jest zbyt sympatyczna.
Aurora zerknęła na Joe, który nadal pozostawał w miejscu. Potem zrobiła coś, czego prawdopodobnie jeszcze godzinę wcześniej sama by się po sobie nie spodziewała. Przykucnęła kilka metrów od Paddy'ego, obniżając swoją sylwetkę, ale zachowując dystans. Kolorowa kocobluza opadła luźno na uda, roztrzepane włosy zsunęły się trochę na twarz. Przez chwilę wyglądała bardziej jak ktoś, kto właśnie wyszedł z domu po coś do sklepu, niż kierowniczka nocnej akcji ratunkowej w największym zoo w Kanadzie. Tyle że spojrzenie nadal miała skupione.

- Dalej, dasz radę...
Nie próbowała go wołać ani używać przesadnie słodkiego tonu. Po prostu pozwoliła, żeby jej głos pojawił się w tej ciszy. Jeden dźwięk więcej. Nic więcej. Po kilku sekundach zerknęła na Paddy'ego.

- Jeżeli zacznie się cofać w stronę wybiegu, nie ruszamy za nim. Chcę, żeby sam wybrał tę stronę
Zawiesiła głos, obserwując uważnie jego sylwetkę.

- Jeżeli ruszy w drugą, wtedy dopiero reagujemy. Przygotować usypiacze. Dla bezpieczeństwa...
Radio przy jej pasku zatrzeszczało. Swan podniosła je do ucha. Meldunek był krótki. Kolejny pracownik potwierdził, że sektor jest czysty, a ochrona utrzymuje ludzi poza wyznaczonym obszarem. Aurora podziękowała i od razu przekazała kolejne polecenie.

- Zostawcie otwartą tylko drogę w stronę jego wybiegu. Resztę zamknąć miękko, bez podchodzenia do niego. I żadnych syren i świateł.
Znów spojrzała na Joe. Ten poruszył lekko łbem. Aurora znieruchomiała. Może i trochę się obawiała, ale bardziej o Padingtona niż o siebie. Po prostu nie chciała dawać mu też kolejnego powodu do reakcji. Paddy miał rację. Jeden mały ruch wystarczył przed chwilą, żeby kangur przeszedł z obserwacji do gwałtownej reakcji. Teraz nie zamierzała tego powtarzać. Zamiast tego sięgnęła powoli do kieszeni kocobluzy i wyjęła telefon. Nie odblokowała go jednak od razu. Spojrzała na Paddy'ego.

- Powiedz mi coś. On ma jakiś konkretny smakołyk, na który zawsze reaguje? Coś, co kojarzy mu się z karmieniem albo z powrotem do środka? Bo jeżeli mamy go zachęcić, to wolę, żeby zrobił trzy kroki za jedzeniem, niż żebyśmy zrobili trzy kroki za nim.
Znowu radio. Ktoś zgłosił ruch w innym sektorze. Aurora zacisnęła na chwilę szczękę. Nie mogła pozwolić, żeby Joe stał się dla niej jedynym problemem. Wiedziała, że kilka kilometrów dalej ktoś może właśnie próbować znaleźć geparda, że gdzieś indziej pracownicy zabezpieczają drogę przed hieną albo wilkiem, a w centrum ktoś nadal próbuje utrzymać porządek wśród ludzi. Wszystko działo się jednocześnie.

- Zespół weterynaryjny ma być w gotowości przy sektorze australijskim, ale nie podchodzić. Jeżeli Joe ruszy w stronę ludzi albo zacznie zachowywać się agresywnie, informujecie mnie natychmiast. Jeżeli będzie możliwość spokojnego powrotu, nie używamy usypiaczy. Jeżeli nie będzie... celujcie gdzie się da by go uspać.
Krótkie potwierdzenie. Aurora odłożyła radio. To było dla niej ważne. Nie chciała używać środków uspokajających tylko dlatego, że Joe znalazł się poza wybiegiem. Był przestraszony, pobudzony i miał dookoła siebie zdecydowanie za dużo bodźców. Ostatnią rzeczą, której potrzebował, był kolejny chaos. Przez dłuższą chwilę nikt się nie poruszył.

W końcu kangur przesunął jedną łapę. Potem drugą. Aurora natychmiast przestała oddychać tak głęboko, jak wcześniej. Widać było, że coś mu się nie spodobało. Czy to jakiś dźwięk? Szelest? A może radio? Nie wiedziała, ale kangur go w pewnym momencie nie wytrzymał i ruszył na Padingtona, który był kilka metrów od niego. Była to sytuacja, której nigdy nie chciała widzieć. Zerwała się na równe nogi, prawie się wywracając.
- Paddy!
Krzyknęła. Wstrzymała nerwowo oddech, a jej żołądek wywrócił się do góry nogami. Kangur ruszył.


Padington Bear
kotlet schabowy w jasnej panierce
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Jak się pisze MIŁOŚĆ? – spytał Prosiaczek. – Nie pisze się, po prostu się to czuje – odpowiedział Puchatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słowa Aurory jeszcze przez chwilę wisiały gdzieś z tyłu jego głowy. Nie dostaniesz pozwolenia na robienie z siebie przynęty. Miała rację. Właściwie we wszystkim, co powiedziała wcześniej, miała rację. Paddy nie potrzebował, żeby ktoś przypominał mu, jak głupim pomysłem byłoby stawanie pomiędzy przestraszonym zwierzęciem a drogą, którą mogło spróbować uciec. Sam doskonale wiedział, jak szybko sytuacja potrafi wymknąć się spod kontroli.
Wiem. — odpowiedział więc spokojnie, nie odrywając wzroku od Joe — Nie będę robił z siebie przynęty. Po prostu chcę mu zostawić wybór. — zerknął przy tym krótko na przygotowaną przez Aurorę drogę w stronę wybiegu. Pustą, cichą i pozbawioną ludzi. Dokładnie taką, jakiej potrzebował teraz kangur.
Sam zrobiłbym to samo, gdybym był na jego miejscu. — dodał ciszej, jakby była to najzupełniej oczywista rzecz na świecie. Nie zamierzał zmuszać Joe do niczego. Nie po tym, jak ktoś już wcześniej odebrał mu możliwość decydowania o tym, gdzie chce być. Niewielki ruch uszu wystarczył, żeby Paddy zorientował się, że napięcie znów wzrosło. Wyprostował się odrobinę, ale nie zrobił kroku do przodu. Zamiast tego ustawił ciało bokiem, zostawiając zwierzęciu więcej przestrzeni.
Spokojnie, Joe... — odezwał się cicho. Głos nadal miał ten sam, łagodny ton, którego używał przy zwierzętach od lat — Nikt cię nie będzie gonił. — chciał powiedzieć coś jeszcze, może nawet spróbować rozładować sytuację jakimś swoim niezbyt udanym żartem, ale wtedy Joe napiął tylne nogi. Paddy zdążył jedynie pomyśleć, że to zdecydowanie nie wygląda dobrze. Kangur ruszył. Bear cofnął się odruchowo, nie odrywając od niego wzroku. Jeden krok. Drugi. Potem kolejny, szybszy, kiedy Joe gwałtownie skrócił dystans.
Hej, hej... — wyrwało mu się jeszcze, zanim tylna noga kangura uderzyła go z boku. Cios trafił wysoko, w okolice żeber. Ból pojawił się natychmiast i był tak nagły, że przez moment Padington nie był nawet pewien, czy rzeczywiście został uderzony, czy po prostu stracił równowagę. Powietrze uciekło mu z płuc. Zachwiał się, próbując odsunąć się jeszcze o krok, lecz kolana ugięły się pod nim i ciężko opadł na jedno z nich. Dłoń wylądowała na ziemi, druga zacisnęła się na boku. Przez kilka sekund nie powiedział nic. Nie dlatego, że nie chciał. Po prostu nie miał czym. Każdy wdech był krótki i płytki, a przy próbie zaczerpnięcia większej ilości powietrza coś ostro zaprotestowało pod żebrami. Paddy przymknął oczy i przeczekał pierwszą falę bólu. Dobrze. Oddychasz. To już coś. Spróbował poruszyć ramieniem. Potem ostrożnie skręcił tułów. Bolało, ale wszystko działało. Nie było krwi, nie było niczego, co wyglądałoby na oczywistą katastrofę. Tylko ten cholerny ból, który zdawał się wbijać pod żebra przy każdym głębszym oddechu. Dopiero wtedy podniósł głowę. Joe stał już dalej, nadal napięty, ale nie ruszał za nim. Paddy spojrzał na niego przez chwilę z czymś pomiędzy wyrzutem a niedowierzaniem.
No dobra... — mruknął pod nosem, łapiąc kolejny oddech — Rozumiem. Wiadomość dotarła. — nie było w tym pretensji. Raczej ciche pogodzenie się z faktem, że właśnie został dość dosadnie poinformowany o granicy, której nie powinien przekraczać. Powoli spróbował się podnieść. Oparł ciężar na dłoni, potem na nodze i wyprostował się tylko na tyle, na ile pozwalał mu bok. Syknął cicho, kiedy żebra zaprotestowały przy tym ruchu.
Jestem cały. — powiedział w stronę Aurory, choć sam nie był jeszcze do końca przekonany, czy to prawda — Tylko chyba właśnie dostałem oficjalny zakaz podchodzenia bliżej. — przez moment stał nieruchomo, jedną ręką przyciskając bok. Nie chciał, żeby Aurora podeszła. Nie chciał też, żeby ktokolwiek z personelu ruszył w jego stronę. Joe nadal obserwował każdy ruch. To, że zatrzymał się po jednym uderzeniu, było dla Paddy'ego wystarczającym sygnałem.
Panno Swan, nie podchodź. — tym razem powiedział już znacznie poważniej — nadal jest spięty. — odetchnął płytko i zerknął na kangura— To nie wyglądało jak próba pościgu. Chciał mnie odsunąć. — zrobił krótką pauzę, po czym dodał ciszej — I chyba mu się udało. — kącik ust drgnął mu ledwie zauważalnie, choć zaraz skrzywił się ponownie, kiedy ból przeszył bok przy kolejnym wdechu. Nie zamierzał jednak schodzić z miejsca. Jeszcze nie.
Ktoś może przynieść marchewkę? — odezwał się po chwili, nie podnosząc głosu. — Tę, którą zwykle dostaje. Niech jedna osoba ją przyniesie i zostawi tutaj. Bez podchodzenia do niego. — zerknął krótko w stronę Aurory. — Jeśli nadal reaguje na jedzenie, może łatwiej będzie mu przypomnieć, że zna to miejsce i że nie próbujemy go zagonić. — nie ruszył się nawet o krok. Nie chciał teraz ryzykować kolejnym gwałtownym ruchem. Joe miał przed sobą wybór i Paddy zamierzał mu go zostawić.
Powoli przeniósł ciężar ciała na drugą nogę. Żebra zaprotestowały niemal natychmiast. Skrzywił się, ale tym razem nie wydał z siebie nawet cichego syku. Nie chciał kolejnego gwałtownego dźwięku. Przez chwilę rozważał, czy powiedzieć Aurorze, że uderzenie było mocniejsze, niż początkowo sądził. Ostatecznie przemilczał to. Nie dlatego, że chciał coś przed nią ukrywać. Po prostu na ten moment nie zmieniało to niczego. Jeśli przestanie móc normalnie oddychać albo zrobi mu się słabo, wtedy powie. Na razie mógł stać.
Spojrzał na pustą przestrzeń prowadzącą w stronę wybiegu. Dopiero teraz zauważył, jak dobrze wszystko zostało przygotowane. Żadnych ludzi. Żadnych świateł. Żadnego hałasu. Tylko otwarta droga, którą Joe mógł wybrać, jeśli przestanie czuć się osaczony.
Zostawmy mu to. — powiedział po chwili. — Niech sam zdecyduje, czy chce tam wrócić. — przesunął wzrok na Aurorę i tym razem pozwolił sobie na odrobinę bardziej zmęczony uśmiech. — Skoro już zrobiłaś mu najlepszą drogę, jaką można było zrobić, szkoda byłoby ją teraz zepsuć. — cofnął się o pół kroku, ale zaraz zatrzymał się, kiedy Joe ponownie skierował w jego stronę głowę. Nie trzeba było być szczególnie bystrym, żeby zrozumieć, że nawet taki drobny ruch może być teraz za dużo. Został więc w miejscu. Dłoń znów powędrowała na bok, tym razem już zupełnie odruchowo. Pod palcami czuł jedynie napięte mięśnie i pulsujący ból. Siniak pewnie pojawi się później. Jeśli coś rzeczywiście stało się z żebrami, też dowie się później. Teraz liczył się tylko Joe.
Dajmy mu chwilę. — mruknął cicho. — Czasem to naprawdę wszystko, czego potrzeba. — Zamilkł, pozostając dokładnie tam, gdzie stał. Nie próbował już zwierzęcia wołać ani zachęcać. Nie wykonywał żadnych większych ruchów. Po prostu czekał, aż Joe sam zdecyduje, czy pójść w stronę wybiegu, czy jeszcze przez jakiś czas stać naprzeciwko ludzi, których nocne zamieszanie postawiło w samym środku jego świata.


Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiPłacę/Wymagam
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

- Paddy, ja pierdole!
Słowa wyrwały się jej zanim zdążyła je zatrzymać. Pierwszym odruchem było podejść do niego, sprawdzić, czy naprawdę nic mu nie jest, złapać go za ramię i zobaczyć, gdzie dokładnie dostał. Zrobiła nawet pół kroku, ale natychmiast się zatrzymała. Joe nadal stał kilka metrów dalej, spięty i czujny, a Aurora doskonale pamiętała, jak szybko przed chwilą potrafił skrócić dystans. Zaklęła pod nosem i cofnęła nogę, chociaż widać było, że cholernie nie podoba jej się pozostawanie w miejscu. Nie mogła podejść. Nie teraz. Nie kiedy zwierzę wciąż było pobudzone, a jeden gwałtowny ruch mógł skończyć się kolejnym atakiem.

- Nie ruszaj się.
Tym razem jej głos był już twardy, kierowniczy. Aurora przyjrzała się Paddy'emu uważnie, próbując ocenić po jego postawie i oddechu, czy sytuacja rzeczywiście wygląda tak dobrze, jak próbował ją przedstawić. Dla niej „jestem cały” nie było żadnym medycznym rozpoznaniem. Wstrzymała rękę reakcję innych. Miała do niego zaufanie, ale obawiała się, że nastąpi drugi atak.

- Przestań mi mówić, że jesteś cały. Nie jesteś lekarzem. Jeżeli boli cię przy wdechu, jeżeli zacznie ci się robić słabo albo poczujesz, że coś jest nie tak, mówisz mi natychmiast. Nie będziemy czekać, aż skończymy akcję. Jasne?
Dopiero wtedy pozwoliła sobie ponownie przenieść uwagę na Joe. Rozum podpowiadał jej, że Paddy miał rację. Kangur nie próbował go ścigać. Ruszył, uderzył, a potem się zatrzymał. To nie wyglądało jak polowanie ani próba dalszego ataku. Bardziej jak reakcja obronna, próba odsunięcia człowieka, który znalazł się zbyt blisko. Najrozsądniej było teraz dać mu przestrzeń, zostawić otwartą drogę i pozwolić mu samemu zdecydować, gdzie chce pójść. Aurora wiedziała to wszystko. Problem polegał na tym, że wiedza i emocje właśnie przestały iść ze sobą w parze. Wciąż miała przed oczami moment, w którym Paddy poleciał do tyłu. Wciąż widziała jego rękę zaciskającą się na boku i tę krótką chwilę, kiedy zabrakło mu oddechu. I cholera, wystarczyło kilka centymetrów. Kilka centymetrów wyżej i nie rozmawialiby teraz o obitych żebrach.

- Dobra. Marchewka, tak.
Aurora sięgnęła po radio.

- Potrzebuję jednej osoby z zespołu opieki. Idź po marchewki, które Joe dostaje normalnie. Tylko jedna osoba. Bez biegania, bez latarki w jego stronę, bez żadnego zamieszania. Przynosisz je tutaj, odkładasz w wyznaczonym miejscu i natychmiast się wycofujesz.
Krótka odpowiedź potwierdzająca polecenie wystarczyła. Aurora odsunęła radio od ust i od razu uniosła dłoń w stronę pozostałych pracowników. Znak „Stop”.

- Nikt więcej się nie rusza. Nie chcę tutaj kolejnego człowieka.
Potem spojrzała na Paddy'ego. Serce jej biło mocno, bo sytuacja nie należała do najprostszych, szczególnie gdy stał przed nimi agresywny kangur. Bała się o zdrowie pracownika.

- Ty szczególnie. Zostajesz dokładnie tam. Już wystarczy, że raz dzisiaj dostałeś. Nie mam zamiaru sprawdzać, czy za drugim razem Joe trafi cię w głowę.
W jej głosie nie było już nawet cienia żartu. To był rozkaz. Twardy i prosty. Paddy mógł sobie mówić, że wszystko jest w porządku, ale Aurora nie zamierzała pozwolić mu podejść ponownie. Nie po tym, co właśnie zobaczyła. Przez chwilę próbowała skupić się wyłącznie na zwierzęciu. Joe był przestraszony. Miał za sobą chaos, hałas, otwarte wybiegi, obcych ludzi, światła i nocną ucieczkę po terenie, którego nie powinien w tej chwili przemierzać. Nie chciała go dodatkowo stresować. Nie chciała też od razu sięgać po środki uspokajające. Jeśli sam wróciłby w stronę wybiegu, byłoby to najlepsze rozwiązanie. Bez pościgu. Bez kolejnego ryzyka. Bez dodatkowego stresu.

- Przygotować mi usypiacz.
Polecenie padło spokojnie, ale Aurora sama poczuła, jak zaciska szczękę. Zespół weterynaryjny zaczął przygotowywać sprzęt. Trwało to kilka sekund. Strzelać dobrze nie potrafiła, ale prosto w tors kangura powinna trafić. Chyba, że Paddy znowu coś wymyśli.

- Jeszcze nie używamy. Czekamy na marchewkę. Jeżeli sam pójdzie w stronę wybiegu, nie robimy nic.
Przez moment naprawdę wierzyła, że właśnie tak to się skończy. Że Joe za kilka minut ruszy w stronę znajomego terenu. Że Paddy pozostanie w miejscu. Że ona będzie mogła odetchnąć i wrócić do pozostałych problemów tej przeklętej nocy. Tyle że wystarczyło jedno spojrzenie na człowieka stojącego kilka metrów dalej, żeby wszystko znowu zaczęło się w niej gotować. Paddy nadal trzymał dłoń przy boku. Może próbował tego nie pokazywać, ale Aurora widziała. Widziała jego oddech. Widziała sposób, w jaki trzymał ciało. Nagle cały rozsądek, którym jeszcze chwilę temu próbowała się kierować, zaczął przegrywać z czymś znacznie prostszym. Nie chciała, żeby znowu dostał. Nie chciała ryzykować jego zdrowiem dla jednego zwierzęcia, nawet jeśli Joe był jednym z najbardziej rozpoznawalnych mieszkańców zoo. Zwierzę mogło być ważne. Cholernie ważne. Było częścią jej pracy, częścią miejsca, za które odpowiadała. Ale Paddy był człowiekiem. Jej pracownikiem. Człowiekiem, którego właśnie wysłała w ten sektor razem ze sobą. Miała co do niego plany, te bardziej egoistyczne.

- Kurwa...
Tym razem powiedziała to ciszej. Broń z usypiaczem znalazła się w jej dłoniach. Aurora uniosła ją powoli, ale jeszcze nie celowała. Sama walczyła ze sobą, żeby tego nie zrobić. Bała się broni palnej, chociaż usypiacz działał trochę inaczej. Miała lekkie drgawki na ciele, ale też wiedziała, że powinna poczekać. Wiedziała, że Joe nie zaatakował bez powodu. Wiedziała też, że wcześniejsze zachowanie zwierzęcia wskazywało bardziej na reakcję obronną niż chęć dalszej agresji. Tylko że procedury nagle przestały wyglądać tak prosto, kiedy Paddy znajdował się po drugiej stronie problemu. Sama zaczęła panikować, bo nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji. Zarządzanie zza biurka było łatwiejsze niż kryzys w jej miejscu pracy.

- Nie rób tego...
Nie wiadomo było, czy mówiła do Joe, czy do samej siebie. Kangur poruszył się. Niewiele. Ledwie zmiana pozycji. Przeniesienie ciężaru ciała. Ruch głowy. Dla kogoś stojącego z boku prawdopodobnie nic znaczącego. Dla Aurory wystarczyło. Rozważała sytuację, procenty, oceniała prawdopodobieństwo. Nie była jakoś super mocna z matematyki, ale naprawdę nie chciała ryzykować. Dłonie jej się lekko trzęsły, a zimne powietrze wcale nie pomagało jej nogom i ciału.

- Paddy, nie ruszaj się.
Jej głos stał się chłodny. Zbyt chłodny jak na kobietę, której serce waliło teraz jak oszalałe. Patrzyła na Joe, potem na Paddy'ego. Jeszcze przez sekundę próbowała znaleźć powód, żeby odłożyć broń. Jeszcze przez sekundę przypominała sobie, że trzeba zachować spokój, dać zwierzęciu przestrzeń, nie prowokować go, nie eskalować sytuacji. A potem Joe zrobił kolejny ruch. Możliwe, że po prostu chciał zrobić krok, chciał znowu zmienić pozycję, a może chciał znowu zaatakować? Nie wiedziała, bo nie pomyślała o konsekwencjach. Nie czekała na zgodę. Nie spojrzała na weterynarza. Nie poprosiła nikogo o potwierdzenie. Po prostu zobaczyła Paddy'ego, który kilka chwil wcześniej leżał na jednym kolanie, trzymając się za żebra, i wyobraziła sobie, co stanie się, jeśli następne uderzenie pójdzie wyżej. Palec nacisnął spust. Padł strzał.


Padington Bear
kotlet schabowy w jasnej panierce
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Jak się pisze MIŁOŚĆ? – spytał Prosiaczek. – Nie pisze się, po prostu się to czuje – odpowiedział Puchatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Świst wystrzału przeciął noc znacznie ostrzej, niż Paddy się tego spodziewał. Odruchowo napiął całe ciało, a dłoń niemal natychmiast wróciła do obolałego boku. Przez krótką chwilę wzrok nawet nie szukał Aurory — zatrzymał się na Joe, który nadal stał przed nim, spięty i wyraźnie czujny. Dopiero kiedy Paddy zauważył wbity w ziemię pocisk, zorientował się, że strzał minął kangura. Nie trafiła. Ulga pojawiła się na sekundę, zaraz potem ustępując miejsca nieprzyjemnemu przekonaniu, że teraz wszystko mogło zrobić się jeszcze trudniejsze. Zwierzę już wcześniej było na granicy wytrzymałości, a kolejny nagły dźwięk tylko utwierdził je w przekonaniu, że człowiek stojący naprzeciwko stanowi zagrożenie.
Nie odwracając wzroku od Joe, Paddy pokręcił lekko głową. Nie było w tym gwałtownego sprzeciwu ani złości, raczej coś znacznie bardziej stanowczego, czego trudno było nie zauważyć.
Nie strzelaj do niego drugi raz. — powiedział spokojnie, choć oddech miał płytszy niż wcześniej — Naprawdę nie trzeba Panno Swan. — dłoń nadal spoczywała na żebrach, lecz tym razem nie próbował już udawać, że wszystko jest w porządku. Każdy głębszy wdech przypominał o uderzeniu, a przy gwałtowniejszym ruchu ból rozchodził się pod bokiem tępo i nieprzyjemnie. Mimo tego nie zamierzał cofać się tylko dlatego, że zrobiło się trudno. Joe nie ruszył za nim po pierwszym kontakcie. Ostrzegł, uderzył i zatrzymał się. Dla Paddy'ego ta różnica była istotna.
On się przestraszył. — odezwał się ciszej, bardziej do Aurory niż do kogokolwiek innego — To, co zrobił wcześniej, nie wyglądało jak próba ataku. Chciał nas od siebie odsunąć. Teraz usłyszał strzał, który też nie był mu potrzebny. — nie zabrzmiało to jak wyrzut. Paddy znał Aurorę wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że nie zrobiła tego bez powodu, a widok jej drżących dłoni mówił mu więcej niż jakiekolwiek tłumaczenie. Bała się. Tego akurat nie musiał sobie dopowiadać — Wiem, że chciała mnie pani chronić. — dodał po chwili, przesuwając spojrzeniem z jej sylwetki z powrotem na Joe. — Tylko naprawdę nie chcę, żebyśmy teraz próbowali rozwiązać jego strach kolejnym strzałem.
Kiedy żebra zapulsowały mocniej, Paddy zacisnął na nich palce i przez chwilę przymknął oczy. Jeszcze niedawno pewnie powiedziałby, że nic mu nie jest, że może stać, oddychać i pracować, więc nie ma o czym rozmawiać. Tym razem jednak pamiętał jej wcześniejsze ostrzeżenie i nie zamierzał po raz kolejny udawać, że własne ciało nie ma nic do powiedzenia. To boli. Całkiem konkretnie. Samo przyznanie tego przed sobą było prostsze niż wypowiedzenie na głos. — Żebra mnie bolą. — przyznał w końcu, spokojnie i bez dramatyzowania — Nie tak, żebym nie mógł stać. Po prostu... przy głębszym oddechu daje o sobie znać. — nie oderwał się jednak od miejsca, w którym stał. Nie chciał wykonywać żadnego gwałtownego ruchu, dopóki Joe był tak napięty.
Gdzieś za nimi wciąż pozostawało radio, pracownicy i cała reszta zamieszania, które w każdej chwili mogło przedostać się tutaj jednym niepotrzebnym komunikatem. Paddy wsłuchał się przez moment w ciszę między kolejnymi głosami, po czym znów spojrzał na kangura. Marchewka miała być prostszym rozwiązaniem. Znajomym zapachem, czymś, co nie wymagało siły ani strachu.
Poczekajmy na marchewkę. — zaproponował — Jeżeli ją weźmie, będziemy wiedzieli, że nadal potrafi skupić się na czymś innym niż na nas. Wtedy wystarczy zostawić mu przestrzeń. — krótka pauza wystarczyła, żeby jeszcze raz zerknąć na ziemię, gdzie kilka metrów dalej tkwiła nieudana próba uspokojenia sytuacji — Bez kolejnych strzałów, dobrze? — tym razem pytanie było skierowane już wyraźnie do Aurory, choć Paddy nie próbował wymusić odpowiedzi.
Sam nie zrobił nawet pół kroku. Stał z lekko opuszczonymi ramionami, jedną dłonią przy boku, drugą swobodnie opuszczoną wzdłuż ciała, jakby chciał swoim zachowaniem pokazać Joe dokładnie to, czego brakowało mu przed chwilą — niczego od niego nie chcemy. Żadnego pościgu. Żadnego chwytania. Żadnej walki o kontrolę. Wystarczyło, że człowiek przestanie być kolejną rzeczą, przed którą trzeba się bronić. — Spokojnie, Joe. — powiedział cicho — Już dobrze. Nikt cię teraz nie ruszy. — nie wiedział, czy zwierzę rozumie słowa, ale ton znało znacznie lepiej niż ich znaczenie. Pozostało tylko czekać i nie zepsuć tego kolejnym ruchem.

Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiPłacę/Wymagam
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

Przez kilka następnych sekund Aurora nawet nie drgnęła. Stała z opuszczoną bronią i obserwowała Joe, który wciąż pozostawał kilka metrów dalej. Słowa Paddy'ego cały czas siedziały jej w głowie. Miał rację. Zwierzę nie zachowywało się jak coś, co poluje na człowieka. Było przestraszone, pobudzone i próbowało zwiększyć dystans. A ona przed chwilą jeszcze bardziej podkręciła jego strach. Zacisnęła szczękę i powoli wypuściła powietrze. Była zdenerwowana na samą siebie, ale stres i strach wpływał na nią bardziej niż się tego spodziewała. Po chwili skinęła głową w stronę zespołu.
- Dobra. Nikt nie strzela. Czekamy.
Pojawiła się i ona. Pomarańczowa, długa. Marchewka została położona na ziemi, a wszyscy pozostali w bezruchu. Kangur przez chwilę tylko patrzył. Najpierw na jedzenie, później na ludzi, aż w końcu ruszył powoli do przodu. Aurora odruchowo napięła ramiona, ale nie podniosła broni. Jeden krok. Drugi. Trzeci. Początkowo wszystko wyglądało dokładnie tak, jak przewidywał Paddy. Kangur zatrzymał się przy marchewce, powąchał ją i przez moment wydawało się, że napięcie rzeczywiście zaczyna schodzić. Aurora już miała uwierzyć, że tym razem wystarczyło po prostu dać mu spokój, kiedy Joe nagle podniósł łeb i spojrzał prosto na Paddy'ego. Nie na resztę zespołu. Na niego. Potem zrobił kolejny krok.

- Paddy... nie ruszaj się.
Kolejny krok był szybszy. Aurora poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Paddy nadal stał w miejscu, ale Joe zaczął skracać dystans. Nie interesowała go już marchewka. Całą uwagę skupił na człowieku, który wcześniej znalazł się najbliżej niego. Swan poczuła w głębi siebie, że to jej wina i jej błąd sprawił, że kangur zaczął być bardziej agresywniejszy.

- Spokojnie, Joe. Wyluzuj...
Po co to w ogóle mówiła? Zwierzę nie rozumiało. I tak też było. Nic nie pomogło. Kangur ruszył nagle do przodu, mocniej, szybciej.

- Paddy, odsuń się!
Aurora podniosła broń i tym razem nawet nie zastanawiała się nad decyzją. Padł strzał. Pocisk znowu minął kangura. Znowu. Przez ułamek sekundy Aurora patrzyła na zwierzę z niedowierzaniem, jakby sama nie mogła uwierzyć, że po raz drugi spudłowała, ale Joe był już za blisko, żeby miała czas na kolejną próbę. Zaczynała wątpić w swoje umiejętności i to, że jest odpowiednią osobą, która powinna dowodzić. Nie potrafiła nawet trafić w dużego zwierzaka.

- TERAZ!
Reszta zespołu zareagowała niemal natychmiast. Nie czekała na decyzję kierowniczki, a sama weszła do akcji. Kolejne strzały padły jeden po drugim, a Joe szarpnął się gwałtownie, wyhamował i po chwili osunął się na ziemię. Koniec.

Aurora opuściła broń, właściwie cisnęła ją o ziemię w złości, a jednocześnie pełna żalu i zwątpienia w to co się teraz wydarzyło. Popełniła błąd, czując jak całe napięcie schodzi z niej naraz. Przez moment patrzyła tylko na leżące zwierzę, potem przeniosła wzrok na Paddy'ego. Dopiero kiedy upewniła się, że nadal stoi, odezwała się ponownie.
- Paddy... ja... prze... pra...
Naprawdę prawie to powiedziała, naprawdę! Czuła się fatalnie, mimo wszystko nadal roztrzęsiona, ale musiała udawać, że jest dobrze. Nie mogła pozwolić by morale spadło. Nie czekając długo na odpowiedź, odwróciła się do zespołu.

- Weterynarz do kangura. Ratownik do Padingtona. Nikt więcej nie strzela bez wyraźnego polecenia. Czy to jasne?
Dopiero wtedy wróciła znowu do swojego pracownika. Stała przez chwilę wpatrzona w niego. Było jej głupio. Po ludzku. Aurora dobrze wiedziała, że nie tak powinna się zachować. Powinna zaufać Padingtonowi. Tutaj chodziło o jego życie, a nie o pracę czy zwierzę. Nie potrafiła też zrozumieć dlaczego tak się zachowywała i pękała przy każdej okazji. Owszem, Paddy był dobrym pracownikiem, ale czuła że dla każdego ze swoich „podwładnych” bylaby w stanie zrobić to samo.

Ruszyła w jego stronę. Powoli, spokojnie. Próbowała się uspokoić. Miała gdzieś, że broń leży obok, roztrzaskana. Trochę jej się nogi trzęsły i były jak z waty. Oczy zaciekły łzami. Czuła, że jest jej zimno. Naprawdę. Stres, zbyt dużo emocji. Brzuch zaczął ją nawet boleć z tego wszystkiego. Milczała. Naprawdę w głębi siebie chciała powiedzieć mu „przepraszam” ale nie potrafiła. Patrzyła się na niego w milczeniu z miną zbitego psa.

Padington Bear
kotlet schabowy w jasnej panierce
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Jak się pisze MIŁOŚĆ? – spytał Prosiaczek. – Nie pisze się, po prostu się to czuje – odpowiedział Puchatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Joe zniknął z pola widzenia Paddiego niemal natychmiast po tym, jak osunął się na ziemię, a jednak przez kilka długich sekund wzrok uparcie wracał właśnie tam. Serce nadal waliło mu zdecydowanie za szybko, oddech rwał się przy każdym głębszym wdechu, a bok klatki piersiowej pulsował tępym bólem, który po wcześniejszym uderzeniu zdążył już stać się czymś znajomym. Tym razem jednak do bólu doszło coś jeszcze — ten krótki, paskudny moment, w którym zobaczył rozpędzonego kangura i naprawdę nie wiedział, czy zdąży zrobić krok w odpowiednią stronę. Ciało napięło się samo, ręce odruchowo uniosły się przed klatką piersiową, a przez głowę przemknęła mu zupełnie niepasująca do sytuacji myśl, że tym razem naprawdę może boleć bardziej. Huk kolejnych strzałów sprawił, że na moment wszystko inne przestało mieć znaczenie. Dopiero kiedy Joe zwolnił i runął na ziemię, Bear wypuścił powietrze, którego najwyraźniej przez kilka sekund w ogóle nie nabierał. — Cholera... — wyrwało mu się cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek, kiedy dłonią ponownie przycisnął bok. Weterynarz pojawił się chwilę później wraz z resztą zespołu, a Paddy odsunął się bez protestu, kiedy tylko zobaczył, że cała uwaga została skierowana na leżącego kangura. Przez moment nawet nie zauważył, że obok niego pojawili się ratownicy. Jeden z nich przykucnął przy nim i spokojnie zapytał, gdzie dokładnie został uderzony, drugi zaczął przygotowywać podstawowy sprzęt.
W bok. Tutaj. — wskazał żebra — Dostałem tylną nogą. Raz. Dosyć mocno. — Nie próbował już udawać, że nic się nie stało, chociaż nadal wyglądał, jakby najchętniej odsunął całą sprawę na później. Ratownik zapytał o duszność, zawroty głowy, nudności, problemy z widzeniem i ból przy oddychaniu. Na większość odpowiedzi Paddy pokręcił głową, zatrzymując się dopiero przy ostatnim pytaniu.
Przy normalnym oddychaniu jest do wytrzymania. Jak nabiorę głębiej powietrza, boli. — przy badaniu syknął cicho, kiedy palce nacisnęły okolice najbardziej bolesnego miejsca, po czym natychmiast spróbował się wyprostować — Nic wielkiego. — ratownik spojrzał na niego wymownie, jakby właśnie usłyszał zdanie, które słyszał w swojej pracy zdecydowanie zbyt często. Padło podejrzenie mocnego stłuczenia żeber, być może pęknięcia jednego z nich, jednak bez dodatkowych badań nie dało się tego potwierdzić. Najważniejsze było teraz wykluczenie problemów z oddychaniem i innych objawów sugerujących poważniejsze obrażenia. Paddy słuchał, przytakując od czasu do czasu, aż wreszcie padła sugestia transportu do szpitala. Wtedy jego mina zmieniła się niemal natychmiast.
Nie. — odpowiedział spokojnie, lecz stanowczo — Nie jadę teraz. — wyjaśnienie, że powinien zostać przebadany, przyjął bez większej dyskusji, podobnie jak informację o konieczności odpoczynku i obserwacji, jednak na sam transport nie zamierzał się zgodzić — Rano pojadę. Obiecuję. — brzmiało to jak typowa obietnica człowieka, który właśnie znalazł sobie wystarczająco dużo czasu, żeby odwlec problem o kilka godzin. Ostatecznie ratownicy zgodzili się go pozostawić na miejscu pod warunkiem, że przestanie pracować fizycznie i nie będzie udawał bohatera. Dostał coś przeciwbólowego, został ponownie sprawdzony, a jeden z ratowników wyraźnie zaznaczył, że jeśli ból się nasili, pojawi się duszność, zawroty głowy albo jakakolwiek zmiana w stanie ogólnym, wtedy dyskusja o szpitalu się skończy. Paddy przytaknął z miną człowieka, który zamierza przestrzegać tych zaleceń... przynajmniej dopóki nikt nie poprosi go o coś, czego naprawdę nie będzie mógł zostawić. Dopiero wtedy spojrzał na Aurorę. Stała niedaleko, a jej twarz nie przypominała już tej samej kobiety, która jeszcze chwilę wcześniej wydawała rozkazy przez radio. Widział drżenie jej rąk, mokre oczy, napięte ramiona i broń porzuconą na ziemi. Najbardziej uderzyło go jednak to niedokończone słowo. Przepraszam. Nie musiała go wypowiadać, żeby Paddy wiedział, co chciała powiedzieć. Przez chwilę patrzył na nią bez słowa, czując, jak wcześniejsze napięcie powoli ustępuje miejsca zmęczeniu. Nie był na nią wściekły. Trudno byłoby mu być, kiedy jeszcze przed chwilą sam stał naprzeciwko rozpędzonego zwierzęcia i przez ułamek sekundy poczuł prawdziwy strach. Rozumiał, dlaczego chciała go ochronić. Rozumiał też, dlaczego teraz wyglądała tak, jakby sama nie wiedziała, co zrobić z rękami. Jednocześnie nie potrafił wyrzucić z głowy widoku Joe leżącego na ziemi.
Aurora. — odezwał się w końcu cicho, kiedy ratownik skończył sprawdzać jego parametry — Znaczy... Panno Swan. — poprawił się od razu — Popatrz na mnie. — poczekał, aż jej spojrzenie rzeczywiście zatrzyma się na nim, po czym uniósł lekko dłoń, jakby chciał pokazać jej coś zupełnie oczywistego.
Stoję. Oddycham. Żyję. Nawet żebra jeszcze mam. — kącik ust drgnął mu ledwie zauważalnie, choć przy tym ruchu twarz natychmiast skrzywiła się od bólu — Tylko następnym razem naprawdę posłuchaj mnie, kiedy mówię, że nie trzeba strzelać.
Nie było w tym oskarżenia, raczej zmęczona prośba człowieka, który nie chciał, żeby kolejna taka sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. Spojrzenie Paddiego przesunęło się potem w stronę weterynarzy zajmujących się Joe. Jeden z nich właśnie sprawdzał jego oddech i reakcję na leki, pozostali zabezpieczali zwierzę. To wystarczyło, żeby Paddy poczuł odrobinę ulgi. Joe żył. To na razie było najważniejsze. — Nie jestem na ciebie zły. — dodał po chwili, wracając wzrokiem do Aurory — Naprawdę nie. Tylko... nie chciałem, żeby to się tak skończyło. — ostatnie słowa wypowiedział ciszej, bo tym razem nie miał już potrzeby udawać, że cała sytuacja była dla niego jedynie kolejnym trudnym zadaniem podczas nocnej zmiany. Prawda była znacznie prostsza i zdecydowanie mniej wygodna — kiedy Joe ruszył na niego drugi raz, Paddy się bał. Przez krótką chwilę naprawdę bał się, że znowu go uderzy, tym razem mocniej, że przewróci się na ziemię i nie zdąży się podnieść, zanim ktoś zareaguje. Teraz adrenalina powoli schodziła, zostawiając po sobie ciężkie zmęczenie i ból, którego lek przeciwbólowy jeszcze nie zdążył całkowicie wyciszyć. Ratownik ponownie polecił mu usiąść, więc tym razem nie protestował. Usiadł ostrożnie, podpierając się jedną ręką i uważając na bolący bok, po czym zerknął jeszcze raz na Aurorę.
I przestań robić tę minę. — mruknął — Joe jest teraz z weterynarzem, ja jestem z ratownikiem. Jak na tę noc, to chyba całkiem niezły początek końca. — próba żartu była słaba, ale właśnie taka miała być. Paddy nie potrzebował wielkich słów. Wystarczyło, że Aurora przestanie patrzeć na niego jak na człowieka, którego właśnie straciła, bo przecież nadal siedział przed nią, trochę blady, trochę obolały i zdecydowanie zbyt uparty, żeby dobrowolnie pojechać do szpitala. A gdzieś pod tym wszystkim czaiła się jeszcze jedna myśl, której na razie nie zamierzał wypowiadać na głos: rano naprawdę będę musiał zrobić te badania.

Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiPłacę/Wymagam
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

Słowa Paddy’ego powinny były ją uspokoić. Naprawdę powinny. Stał przed nią, mówił, żartował, próbował zachowywać się tak, jakby wszystko było w porządku. Jakby oberwanie od kangura i cała reszta tego pojebanego wieczoru były tylko kolejną historią, którą za kilka dni będą wspominać przy kawie. Tyle że Aurora nadal nie potrafiła przełączyć się w ten tryb, w którym wszystko dało się poukładać w głowie według prostego schematu: problem, decyzja, rozwiązanie. Jeszcze chwilę temu zwierzak był na nogach, Paddy leżał przy nim na jednym kolanie, a ona sama naciskała spust, próbując powstrzymać kolejne uderzenie. Teraz kangur leżał kilka metrów dalej, weterynarz i jego ludzie byli przy nim, a Bear stał przed nią z ręką przy żebrach. Właśnie ten obraz nie chciał zniknąć. Najpierw spojrzała na Joe, obserwując weterynarza pochylającego się nad zwierzęciem, potem znowu na Paddy’ego.
Dopiero wtedy poczuła, jak bardzo boli ją żołądek. Paskudnie ją bolało! Nie był to już zwykły stres. Miała wrażenie, jakby ktoś zacisnął jej wnętrzności w pięść. Przełknęła ślinę, ale niewiele to dało. W ustach miała sucho, ręce nadal lekko jej drżały, a pod powiekami zbierało się nieprzyjemne pieczenie. Zacisnęła szczękę i odruchowo odwróciła twarz, jakby kilka sekund patrzenia w bok mogło wystarczyć, żeby odzyskać kontrolę..
Nie mogło, cholera. Coś dziwnego się z nią działo. Zrobiła jeden krok w stronę Padingtona. Potem drugi. Wtedy stało się coś, czego sama się po sobie nie spodziewała. Ramiona lekko jej opadły, dłonie rozluźniły się, a Swan przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby chciała po prostu podejść, objąć go i schować twarz w jego ramieniu. Jakby całe to napięcie, które od początku nocy trzymała w sobie zaciśnięte gdzieś pod żebrami, miało wreszcie znaleźć ujście. Przerastało ją to, serio. Nigdy nie sądziła, że doprowadzi się do takiego stanu w przeciągu jednej nocy. Zatrzymała się jednak. Jeszcze pół kroku i prawdopodobnie naprawdę by to zrobiła. Zamiast tego wzięła głębszy oddech, choć przy tym aż skrzywiła się lekko, bo żołądek ponownie ścisnęło. Opuściła ręce wzdłuż ciała i wyprostowała plecy. Zatrzęsła nadgarstkami by je rozluźnić. Twarz znów przybrała ten znajomy, chłodniejszy wyraz. Próbowała, naprawdę. Nie wychodziło jej to dobrze. Nie było idealnie. Oczy miała czerwone i mokre, a jedna z dłoni nadal delikatnie drżała. Nie mogła jej opanować. Ale była już Aurorą Blake Swan, kierowniczką. Nie kobietą, która właśnie była o włos od rozpłakania się przy pracowniku. Zebrała w sobie resztki energii na te kilka sekund stanowczości.
- Dobra. Koniec tego.
Głos zabrzmiał ciszej, niż planowała. Odchrząknęła kilka razy, czując kolce w brzuchu i spojrzała na ludzi zajmujących się kangurem.

- Weterynarz zostaje przy Joe. Chcę pełną ocenę jego stanu, zanim go gdziekolwiek przeniesiecie. Jak tylko będzie bezpiecznie, wraca do właściwego wybiegu. Zrozumiano?
Wyprostowała się, robiąc kilka kroków w stronę budynków i centrum dowodzenia. Po chwili dodała już znacznie twardszym tonem:

- Zabezpieczcie ten sektor tak, jakbyśmy spodziewali się kolejnej próby ucieczki. Sprawdzić ogrodzenia, bramy, zamki, wszystkie przejścia. Wszystko, okej? Chcę mieć pewność, że Joe nie wyjdzie ponownie i że nikt nie wejdzie do niego bez zgody opiekuna.
Zawahała się na sekundę, bo nogi się lekko pod nią ugięły. Czuła chłód, czuła się naprawdę źle, ale walczyła z tym jak mogła. Pokręciła głową by odrzucić te złe myśli i uczucia. Średnio jej to wyszło
.
- Żadnych kolejnych nerwowych decyzji. Ani z naszej strony, ani przy zwierzęciu.
Ostatnie zdanie zabrzmiało niemal jak uwaga skierowana do samej siebie. Protokoły w Toronto Zoo same podkreślają, że przy kangurach znaczenie spokojnej obecności, cichego zachowania i pozostawienia zwierzęciu przestrzeni jest niezbędne do opanowania jego agresji. Protokoły, które Swan znała na pamięć. Protokoły, których tak pilnowała i wykorzystywała do delikatnego mobbingu pracowników. Protokoły i zasady. Gdzie teraz były, panno Swan? W głębokiej dupie. Aurora zacisnęła usta nerwowo, przygryzając wargę. Wiedziała to. Paddy też to wiedział. A mimo wszystko nadal nie potrafiła przestać myśleć o tym, że to on dostał w żebra a prawie skończyło się tragedią przez jej decyzje. Gdyby nie inni miałaby na sumieniu (na czym kurwa?!) człowieka. Odwróciła się więc z powrotem do niego
.
- A ty idziesz ze mną, panie Bear.
Nie zabrzmiało to jak pytanie. Zawróciła na moment w jego stronę i kilka kroków bliżej niego, ale tym razem już się nie zatrzymała. Nie dotknęła go, choć przez chwilę jej dłoń drgnęła, jakby chciała sprawdzić, czy naprawdę stoi stabilnie. Jakby chciała go poklepać po ramieniu. Powstrzymała się.

- Do centrum dowodzenia. Usiądziesz, dostaniesz coś ciepłego do picia, leki przeciwbólowe i będę miała cię na oku. Czy to jasne?
Westchnęła ciężko i obróciła się do niego plecami. Dopiero po chwili dodała ciszej:

- Zanim zaczniesz się ze mną kłócić... wiem, że ratownik mówił o szpitalu. Powinieneś zostać zabrany, dobrze o tym wiesz.
To była dokładnie ta chwila, w której rozsądek powinien wygrać. Człowiek po mocnym uderzeniu w żebra, z bólem przy głębokim wdechu, powinien zostać dokładniej zbadany. Aurora doskonale o tym wiedziała. Chodziło o życie ludzkie. A mimo to właśnie podjęła decyzję, której jako kierowniczka nie powinna podejmować. Nie chciała, żeby Paddy znikał jej z oczu. Egoistycznie, bardzo. Potrzebowała wiedzieć, gdzie jest. Potrzebowała móc na niego spojrzeć i upewnić się, że oddycha, że siedzi, że nie robi się blady albo że ból się nie nasila. Chyba jeszcze bardziej potrzebowała tego, żeby przez najbliższe minuty nie zostawać sama z własnymi myślami. Potrzebowała jego umiejętności i znajomości zwierząt. Tak, to też było jednym z czynników. Akcja z kangurem uświadomiła ją, że Bear przerasta ją w rozumieniu zwierząt. Czuła się z tym źle, ale to w tej sytuacji schodziło na dalszy plan. Odbije to sobie później. Albo zrobi jeszcze więcej kursów.

- Skoro mówisz, że możesz zostać, to powiedzmy, że ci wierzę. Ale jak tylko będzie gorzej, mówisz mi. Od razu. Bez pokazywania jaki jesteś twardy, okej?
Ruszyła chwiejnie w stronę centrum, ale po kilku krokach zatrzymała się i obejrzała przez ramię na weterynarzy.

- Chcę aktualizację o kangurze, kiedy tylko będziecie coś wiedzieć. Wszystko.
Dopiero wtedy pozwoliła sobie odejść. Nadal koślawo, wsuwając trzęsące się i zmarznięte dłonie w kocobluzę.

W centrum dowodzenia wszystko wyglądało nagle dziwnie zwyczajnie. Monitory, radia, mapy zoo, kilka kubków stojących na stole, ludzie mówiący półgłosem i próbujący odzyskać rytm pracy po ostatnich wydarzeniach. Aurora przez chwilę stała przy stole, jakby zapomniała, po co właściwie tutaj przyszła. Dopiero kiedy ktoś podał jej kubek z ciepłą herbatą, objęła go obiema dłońmi. Ciepło przyjemnie rozeszło się po palcach, ale ręce nadal lekko jej drżały. Usiadła i dopiero wtedy poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Paddy był niedaleko. Żył. Oddychał. Żartował. Udawał, że nic się nie stało. To powinno wystarczyć, ale tak nie było. Swan wzięła mały łyk herbaty, skrzywiła się lekko i odłożyła kubek.
- Naprawdę myślałam, że go trafiam.
Powiedziała to niemal pod nosem. Przez moment patrzyła w blat. Miała do siebie żal, bo to świadczyło źle o niej. Jej decyzja była błędna.

- Dwa razy spudłowałam.
Oczy znów zaszkliły się jej od łez. Pociągnęła nosem i otarła twarz rękawem. Tym razem jednak nie pozwoliła im spłynąć. Musiała udawać, że jest twarda. Nadal to wszystko przeżywała. Podniosła głowę i spojrzała na Paddy’ego.

- Przez najbliższe kilka godzin nie wypuszczę cię z oczu. Odpoczniemy i zaprowadzę cię do dzieciaków. Masz podejście do zwierząt, więc z nimi też sobie poradzisz.
Spróbowała się uśmiechnąć. Wyszło jej to fatalnie. Ale przynajmniej już nie wyglądała, jakby za chwilę miała się rozsypać. Wzięła kolejny łyk herbaty, tym razem pewniej, bez skrzywienia.


Padington Bear
kotlet schabowy w jasnej panierce
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Jak się pisze MIŁOŚĆ? – spytał Prosiaczek. – Nie pisze się, po prostu się to czuje – odpowiedział Puchatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przeszli do namiotów centrum dowodzenia, kiedy najpilniejsze rzeczy zostały już przekazane odpowiednim osobom i nie było potrzeby, żeby Paddy dalej kręcił się przy miejscu, w którym przed chwilą zrobiło się zdecydowanie zbyt dużo zamieszania. Samo przejście nie należało do najprzyjemniejszych, bo przy każdym mocniejszym kroku ciało przypominało mu, że jednak oberwał całkiem porządnie, lecz leki zaczynały już powoli robić swoje. Ból nie zniknął, tylko z ostrego i irytującego zmienił się w tępe pobolewanie, które dało się zignorować. To wystarczało, żeby uznać sytuację za poprawę. Przynajmniej według jego własnych, bardzo liberalnych standardów medycznych, które zapewne nie zostałyby zatwierdzone przez żadnego lekarza.
Usiadł w końcu na składanym krześle, ostrożnie, bez gwałtownych ruchów, bo organizm najwyraźniej postanowił przypomnieć mu, że pewne rzeczy jednak miały swoje konsekwencje. Ciepły napój przyjemnie rozgrzewał dłonie, a spojrzenie przesunęło się w stronę Aurory. Nadal wyglądała na zmęczoną, zmarzniętą i zdecydowanie bardziej roztrzęsioną, niż chciała pokazać. Widać było, że próbowała wrócić do swojej zwyczajowej pozy, lecz tej nocy coś w niej wyraźnie pękło. Padington pamiętał jej twarz w chwili, gdy naciskała spust. Pamiętał pierwszy strzał, potem drugi. Pamiętał również ten moment, kiedy broń w końcu przestała być jej potrzebna i kiedy cała stanowczość zniknęła jej z twarzy. Nie zamierzał jej dobijać wyrzutami. Nie po tym, jak sam widział, co zrobił z nią strach o człowieka stojącego kilka metrów dalej.
Nie musisz się tak na mnie patrzeć. — odezwał się w końcu spokojnie, opierając plecy o oparcie krzesła. — Naprawdę. Nadal jestem żywy, nadal mogę mówić, a nawet pić herbatę. To już trzy bardzo dobre znaki. — kącik ust uniósł mu się lekko, choć przy próbie głębszego oddechu mina na moment zrobiła się mniej wesoła. Szybko jednak wrócił do poprzedniego wyrazu, jakby nic się nie stało. Właściwie dokładnie tak samo zachowywał się wcześniej przy Joe. Zamiast dramatyzować, wolał znaleźć coś, co pozwalało wszystkim dookoła przestać myśleć o najgorszym.
Poza tym... — zawiesił głos i spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem — gdyby pani jednak trafiła we mnie, to przynajmniej miałaby pani papierologię na całą resztę nocy. Raport z użycia broni, raport z wypadku, raport medyczny, pewnie raport o tym, dlaczego pracownik znalazł się w zasięgu kangura, a na końcu ktoś jeszcze chciałby raport, dlaczego napisała pani tyle raportów. — pokręcił głową, upijając kolejny łyk. Humor był trochę absurdalny, lecz właśnie taki najlepiej pasował do sytuacji, która sama w sobie dawno przestała być normalna — A potem jeszcze pewnie ktoś by zapytał, dlaczego pracownik został postrzelony przez własną kierowniczkę podczas ratowania kangura. — dodał po chwili — Nie wiem, czy Toronto Zoo ma formularz na takie rzeczy. Jeśli nie ma, to właśnie stworzyliśmy nową procedurę. — tym razem uśmiechnął się wyraźniej, chociaż zaraz potem ostrożnie poprawił pozycję. Leki zaczynały działać coraz lepiej, a zmęczenie, które wcześniej trzymał gdzieś na końcu świadomości, powoli wychodziło na pierwszy plan. Nie zamierzał jednak jeszcze kłaść się ani tym bardziej dawać Aurorze satysfakcji z powiedzenia „a nie mówiłam”. Wystarczyło, że siedział. To już było ustępstwo z jego strony.
Na chwilę zapadła cisza. Paddy zerknął ponownie na pracowników zabezpieczających namiot. Dopiero po upewnieniu się, że wszystko jest względnie spokojne, pozwolił sobie oprzeć głowę o ścianę namiotu. Ciepło powoli rozchodziło się po zmarzniętym ciele, ból był przytłumiony, a gdzieś poza tym materiałowym pomieszczeniem nadal trwała jedna z najbardziej chaotycznych nocy, jakie przyszło mu przeżyć w zoo.
Posiedzieli jeszcze trochę, bez pośpiechu. Paddy dopił herbatę, kiedy w końcu odstawił pusty kubek, ból nadal tam był, lecz przestał przeszkadzać mu w zwykłym poruszaniu się.
No dobra... Myślę, że możemy już iść do dzieciaków. — odparł i wstał spokojnie, poprawił kurtkę i spojrzał na swoje ubranie. Dopiero teraz chyba naprawdę dotarło do niego, jak wyglądał po całej tej akcji — błoto, trawa, kurz i wszystko inne, co zdążyło się do niego przykleić — Ale najpierw skoczę do łazienki trochę się ogarnąć. — spojrzał na siebie jeszcze raz — Bo chyba nie chcę, żeby dzieciaki pomyślały, że właśnie uciekłem z wybiegu.

Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Zoo”