Jakby ktoś kiedyś powiedział mu, że będzie sobie szukać znajomych na policji, to pewnie by nie uwierzył. Nie dlatego, że miał coś do policjantów i policjantek, czy ogólnie do instytucji, niemniej jednak nigdy nie było mu z nimi po drodze. Nigdy nie musiał ich wzywać, nigdy nie musiał wchodzić z nimi w interakcje oraz nie znał nikogo, z kim mógłby porozmawiać. Nie mówiąc już o tym, że wydawało mu się, że zawieranie znajomości z policją wiązało się z obowiązkiem zachowywania dobrze i przykładnie, bo w pobliżu zawsze mógł znajdować się ktoś, to mógłby go zakuć w kajdanki. No a Tomashek miał swoje za uszami… nawet dzisiaj przed południem, gdy za uchem miał wciśniętego skręta, którego znalazł w swoim portfelu pewnie jako pozostałość po jakiejś z imprez. Oczywiście, że wypalił tego skręta w jednej z kampusowych toalet, gdy stał na muszli klozetowej i dmuchał dymem prosto do wentylacji, żeby charakterystyczny zapach się nie rozniósł po całym pomieszczeniu.
Oczywiście idąc na praktyki postarał się, by zapach się ulotnił. Wrócił do domu, wziął szybki prysznic, przebrał się w świeże ubranie, spsikał swoimi ulubionymi perfumami i pożuł miętową gumę do żucia, której zapach i tak szybko został przykryty jego ulubionymi truskawkowymi żelkami, które roztaczały nie tylko intensywny owocowy zapach, ale również farbowały mu usta i język na intensywnie czerwony kolor. Jednym słowem na policji pojawił się wystrojony i pachnący, jakby przyszedł tu w innym celu niż odbycie stażu.
No i właśnie on, człowiek, który nie sądził, że będzie się kolegować z policjantami, siedział właśnie w samochodzie jednego z nich z zamiarem zabrania go na prawdziwe, polskie pierogi. Ot jakby znali się od lat.
I siedział z przodu, jakby rzeczywiście znali się bardzo długo. Jakby byli dobrymi kolegami.
Najlepszymi. Nie wiedział tylko, czy Cree zdawał sobie z tego sprawę. Bo w sumie to nie znali się praktycznie wcale. Mijali się co jakiś czas na korytarzach i rozmawiali ze sobą przelotnie, bo widok Tomashka na policji był dziwny i wzbudził zainteresowanie wielu policjantów. A prawdziwą furorę zrobiła informacja, że jest fizjoterapeutą (na szkoleniu) i przyszedł odbyć tam bezpłatny staż, więc ludzie przychodzili do niego z pytaniami i prośbami, jakby był specjalistą w swojej dziedzinie. Oczywiście łechtało mu to jego ego.
–
Ano… całkiem nieźle – powiedział, patrząc na jego odbicie w lusterku. Nie chciał patrzeć się na niego, bo nie chciał, żeby Cree odwracał wzrok od ulicy w instynktownej próbie spojrzenia na niego. –
Nie jesteście tacy sztywni, jak mówią… znaczy mięśniowo jesteście – zaśmiał się nerwowo, nie wiedząc czemu. Wydało mu się, że powiedział coś głupiego, a przed swoim
nowym przyjacielem chciał wyjść na dojrzałego.
–
Coś się na pewno znajdzie… – powiedział, zastanawiając się nagle, czy faktycznie ich porcje są duże, czy może raczej średnie. On nigdy nie wiedział, bo zawsze miał tyle pierogów, ile chciał. –
Ale jak już będziesz wiedzieć, gdzie jest pierogarnia, to możesz podjeżdżać wieczorami, to dostaniesz więcej, bo zawsze nam zostaje dużo pierogów do zjedzenia, jako resztki, bo rodzice nie mrożą tych już ugotowanych, więc trzeba je szybko zjeść – wyjaśnił. Zawsze zostawało im dużo ugotowanych pierogów, których nie udało się sprzedać. Zazwyczaj rozdawali je po sąsiadach albo znajomych czy klientach, bo szkoda było je wyrzucać, że Nowakovskym się one najzwyczajniej przejadły. No bo ileż można zjeść pierogów w ciągu jednego dnia. Czasami były momenty, że Tomashek nie dawał rady nawet patrzeć na pierogi.
Powoli zbliżali się do domu Tomashka. Chłopak zaczął powoli układać w głowie plan rozmowy, jaką przeprowadzi z rodzicami, gdy przyprowadzi do domu obcego faceta i powie, że to typ z policji, którego poznał na swoich praktykach polegających na tym, że masuje i dotyka obcych ludzi na posterunku. Matka pomyśli, że zmyśla, a ojciec ją w tym jeszcze upewni.
Wyglądał akurat przez okno, gdy zobaczył to całe zamieszanie. Oczywiście nic sobie z niego nie zrobił, bo jego zmysły nie były wyostrzone w takim stopniu jak miało to miejsce u Cree, więc poza zauważeniem nie uznał, żeby coś było nie tak. Spojrzał na swojego towarzysza.
–
Okej – odpowiedział mu, wyciągając swój telefon z kieszeni, żeby mieć jakieś zajęcie w momencie, gdy Cree będzie sprawdzać, co się akurat działo. Spojrzał na niego, gdy wychodził i zmierzał w kierunku magazynów. W jego opinii, to nie działo się tu nic ciekawego – ot kilku ludzi biega w różne strony, jednak ludzie mają w naturze biegać, zwłaszcza jeśli zbliżała się godzina powrotu do domu, a oni mieli dużo niedokończonych rzeczy do zrobienia. On też by biegał, gdyby od tego zależało uwolnienie się od czyhających nadgodzin. Obserwował, jak Cree zmierza wolno w kierunku magazynów i nagle uderzyła go myśl, że może nie powinien siedzieć samemu w samochodzie kogoś obcego, bo jeszcze coś uszkodzi i jego rodzice będą musieli pokryć szkody. Albo gorzej – on będzie musiał to zrobić. Stwierdził, że poczeka na zewnątrz. Otworzył więc drzwi i wysiadł z samochodu odchodząc od niego na kilka kroków, żeby nikt nie oskarżył go, że coś porysował.
Grał w grę, nie zwracając uwagi na to, co działo się dookoła i dopiero gdy w środku magazynu zgasły światła, uniósł swoje spojrzenie i zainteresował się wydarzeniami.
I wtedy uznał, że musi być mocno naćpany, bo poza sylwetką Cree widział również wyjątkowo wyrośniętego kota, który przypominał tygrysa. No ale przecież to nie mogła być prawda i pewnie mu się tylko wydawało. Zrobił więc to, co podpowiadał mu zdrowy rozsądek i filmik na YouTube, który oglądał o mechanizmach którymi posługują się paranoicy i schizofrenicy, gdy mają omamy wzrokowe – zrobił zdjęcie i, ku jego zaskoczeniu, na zdjęciu oprócz swojego towarzysza zauważył też tygrysa.
Cree Bellerose