ODPOWIEDZ
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— cztery —
I’m the voice in the back of you head
With a whisper, I’m there, over your shoulder
Don't you wish you never let me in?
Wieczory, podczas których Sawyer nie pracował, były teraz bardzo rzadkie. Odkąd przekroczył granice miasta, zdarzyło się ich co najwyżej kilka i to tylko wtedy, kiedy córka spędzała czas ze zleceniodawcą; czy to w jego willi — obstawionej ze wszystkich stron przez ludzi Adlera pilnujących każdego okna i wejścia — czy na imprezach charytatywnych, gdzie ochrona nie była mile widziana. Głównie dla wizerunku. Resztę czasu, całe pieprzone dni i nierzadko wieczory przeradzające się w noc spędzał u jej boku, marnując większość czasu na szukanie kłopotów, które wciąż się nie pojawiały.
Dlatego były cholernie rzadkie, a jednak zdarzały się i Sawyer każdy z nich traktował jak niewielkie święto własnej niezależności.
Chociaż nie skończył żadnej szkoły, nie wymieniłby ani jednej rzeki Europy ani nie przytoczyłby żadnej z zasad dynamiki Newtona, bynajmniej nie był . g ł u p i . w tym znaczeniu, jakie miało dla niego jedyną wartość: zauważył, że tę niezależność tracił w niebezpiecznym tempie na rzecz zleceniodawcy. Coraz częściej czuł się jak pies wychowany do walk, którego ktoś uwiązał na łańcuchu, wyrwał wszystkie zęby i spiłował pazury, a następnie w przejawie sadyzmu kazał bronić swojego pana, znajdującego się po drugiej stronie siatki jego kojca. Mimo to nie pozwalał sobie na frustrację. Nie dopuszczał do siebie niecierpliwości. Każdego dnia wstawał, biegał po śmierdzącym spalinami mieście i brał krótki prysznic, a później jechał do domu nad jeziorem, żeby kolejny dzień znosić fochy dziewczyny zbyt dumnej, żeby zauważyć prawdę zza kurtyny kłamstw, którymi sama się karmiła.
Ten wieczór był jednak wolny. Sawyer odepchnął od siebie myśli o pracy, wyszedł z mieszkania bez z góry założonego celu i długo łaził ulicami. W końcu wybrał jeden z barów w okolicy swojego nowego mieszkania, nierzucający się w oczy, raczej podły, tak daleki od wystawnej elegancji — która zdążyła mu zbrzydnąć w ciągu ostatnich tygodni — jak się tylko dało, gdzie nie spodziewał się usłyszeć żadnych pytań ani przyciągnąć niepotrzebnej uwagi. Ubrany w zwykłą, skórzaną kurtkę narzuconą na czarną koszulkę, jeansy i ciężkie buty za kostkę, wszedł do lokalu cicho, z rękami w kieszeniach. Ludzie nie zwrócili na niego większej uwagi — ale on na nich tak. Zanim zajął miejsce za barem, prześlizgnął się spojrzeniem po twarzach i osobach w pomieszczeniu, zlokalizował okna, podświadomie przeanalizował ustawienie stołów i baru w stosunku do wyjścia, przeliczył drogi, którymi mógłby się wydostać.
Nie z konieczności — z . o d r u c h u .
Potrzeby silniejszej niż świadomość i zdrowy rozsądek razem wzięte, bo głębiej zakorzenionej.
Zajął jedno z kilku wolnych miejsc przy barze, przy samej krawędzi, co zostawiło mu pole manewru dla prawej ręki. Dopiero wtedy mógł zobaczyć profil kobiety zajmującej hoker dwa miejsca dalej, dotąd siedzącej tyłem do wejścia i w jego głowie natychmiast zapaliła się lampka ostrzegawcza. Bo większość twarzy była tu dokładnie taka, jakich Sawyer spodziewał się po tym miejscu; szara, nijaka, przeciętna. Poza jedną.
Właśnie tej kobiety.
Zdał sobie sprawę, że przygląda się jej zbyt długo, nawet jeśli dyskretnie, aż wreszcie barman zwrócił się w jego stronę i oderwał jego myśli od powodu, dla którego taka kobieta siedzi w takim miejscu.
Co podać?
Podwójną whisky — odparł automatycznie.
Sylwetka kobiety wciąż pozostawała gdzieś na peryferiach widzenia, kiedy rozsiadł się wygodniej przodem do baru i oparł przedramiona na podejrzanie lepkim blacie. To, jak bardzo nie pasowała do tego miejsca, nie dawało mu spokoju; jednocześnie fascynowało i niepokoiło.
Polujesz czy uciekasz?
Był tylko jeden sposób, żeby się przekonać. Żeby odpowiedzieć na to niezadane głośno pytanie, które obijało mu się po wnętrzu czaszki.
Ciężki dzień? — zapytał, ze wzrokiem wciąż zawieszonym obojętnie gdzieś pomiędzy flaszkami ustawionymi w nierównych rzędach za barem, do którego oboje siedzieli przodem, po czym upił łyk swojego alkoholu.
Chociaż na nią nie patrzył, w jakiś sposób nie było wątpliwości, do kogo mówi.

Jinx Hart
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
30 y/o
For good luck!
168 cm
Żona na utrzymaniu męża
Awatar użytkownika
Are you someone that I can give my heart to?
Or just the poison that I'm drawn to?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Czterdzieści sześć godzin. Tyle czasu minęło od momentu, aż Daniel oznajmił jej, że wyjeżdża na sympozjum do Vancouver do czasu, aż zamknęły się za nim drzwi w domu, gdy ruszył na lotnisko. Odliczała każdą godziną, a momentami nawet sekundę. Szczególnie, kiedy leżała na podłodze w łazience próbując się zebrać mentalnie w sobie po tym, gdy znowu nie spełniła jego oczekiwań, co skończyło się wyładowaniem emocji. On nie krzyczał, a po wszystkim nie przepraszał. Był cichy i precyzyjny jak podczas operacji. Wiedział, gdzie złapać i jak uderzyć, aby bolało jak najmocniej, a ślad łatwy do ukrycia.
Miała siedemdziesiąt dwie godziny wolności. To był jego pierwszy wyjazd w tym roku. Pierwszy odkąd zaczął się jej koszmar, kiedy podniósł na nią rękę w Nowy Rok zrzucając maskę i ukazując przed nią swoją prawdziwą twarz. Przez pierwsze trzy godziny od jego wyjścia, sprzątała kuchnię jak gdyby nigdy nic. Jakby wciąż bała się wyjść z domu w obawie, że będzie się czaić za rogiem. Jednak im dłużej siedziała w domu czując jego oddech na karku, tym było jej coraz ciężej, więc zdecydowała zaryzykować. Cholera, musiała w końcu wyjść na zewnątrz bez obawy, że go spotka na ulicach Toronto.
Nie chciała się rzucać w oczy, więc założyła długie , czarne, wąskie spodnie z lekko rozkloszowaną nogawką u dołu. Dobrała do tego czarne szpilki, a luźna czarna koszula z długimi rękawami, idealnie zakrywała ślady jego palców na przedramieniu. Włosy zostawiła rozpuszczone i wsiadła do taksówki prosząc o zawiezienie do baru. Nie do restauracji czy wykwintnego koktajlbaru, gdzie mogłaby natrafić na znajomych męża. Chciała wyjść do ludzi, a jednocześnie pozostać niezauważona, aby móc w odpowiednim czasie się wycofać.
Wybrała miejsce przy barze, bo czyż samotna kobieta przy stoliku nie będzie się rzucać w oczy? Taka była jej obawa. W dodatku chciała mieć stały dostęp do alkoholu. Mocnego. Wybrała ulubiony złoty trunek, racząc się już trzecią whisky przy blacie, który innego dnia nie odważyłaby się tknąć, ale teraz jej nie przeszkadzał. Przynajmniej nie tak bardzo, jak wtedy kiedy przyszła tutaj godzinę temu, zamawiając pierwszą kolejkę.
Dawniej piła dla rozrywki, na imprezach czy barach poznając mężczyzn na jedną noc. Z kolei od miesięcy alkohol pomagał jej zasnąć i ukoić ból- ten fizyczny jak i mentalny. Dzisiaj z kolei piła, aby się odciąć - od przeszłości i teraźniejszości. Piła, aby wyłączyć ten pieprzony głos w swojej głowie, który krzyczał jak bardzo zjebała swoje życie. Mogła mieć wszystko, a nie miała nic i to wszystko przez pieprzonych mężczyzn, w których się zakochiwała i dla których się poświęcała, aby w ostatecznym rozrachunku zostać porzuconą i wykorzystaną. Ten głos w głowie nie pozwalał jej się całkowicie odprężyć. A może to oddech Daniela na karku, który wciąż czuła chociaż dzieliły ich setki kilometrów, a w tym barze kompletnie nic go jej nie przypominało? Jednak zdążył wypalić w niej swoje wspomnienia już na zawsze. Będzie jak blizna, której nie da się pozbyć ani ukryć nawet najbardziej wymyślnym tatuażem.
Mimo alkoholu płynącego w jej żyłach, zachowywała czujność. Jak zwierzę przyzwyczajone do obrony przed drapieżnikami. Nie uciekała wzrokiem, który spoczywał na rzędach butelek ustawionych za plecami barmana, ale zarejestrowała obecność nowego mężczyzny w lokalu. Głośna muzyka nie przeszkadzała jej też w zarejestrowaniu ciężkiego kroku, który stawiał pokonując kolejne metry.
Podwójną whisky
Sam głos - niski, gardłowy- świadczył o tym, że to nie jest facet, który raczy się jakimiś piwami w podrzędnym barze. Gdy już miał się napić, to przynajmniej czegoś ze smakiem, co Jiji ceniła. Nie odezwała się jednak trzymając wciąż gardę.
Ciężki dzień?
Powstrzymała się przed uśmiechem zdając sobie sprawę jak bardzo się mylił. A w dodatku nie musiała na niego patrzeć, aby wiedzieć, że mówi do niej. Dlaczego? Instynkt. Miała fatalny instynkt do mężczyzn, więc może jednak alkohol w jej żyłach dawał się we znaki, skoro zamierzała zaufać swojemu kiepskiemu instynktowi.
- Właśnie wprost przeciwnie. Cudowny dzień- odpowiedziała bez chwili zawahania, ale także bez przekonania w głosie. Na pozór to miał być cudowny czas z mężem poza miastem, a w rzeczywistości uzmysłowił jej jak bardzo jest stłamszona i zniszczona. - Twój chyba również nie jest najgorszy- bo nie brzmiał jakby był wykończony. Brzmiał tak samo beznamiętnie jak Jiji.


Sawyer Wright
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie potrzebował dużo. Wystarczyła chwila, w której się jej przyglądał, żeby wyrobić sobie pierwsze wrażenie, wyłapać detale i niespójności. Wierzył swojemu instynktowi. A od pierwszej chwili, kiedy spojrzenie zatrzymało się na jej sylwetce, nie mógł pozbyć się tego jednego, cholernie irytującego pytania.
Polujesz—
Za tą możliwością przemawiał fakt, że siedziała sama w miejscu, do którego ludzie przychodzili ze znajomymi albo potencjalnymi partnerami. Przemawiało to, że przed nią stała szklanka whisky; alkohol, który — generalizując — wybierały kobiety doświadczone i zdecydowane. To, że była ubrana w elegancką, prostą czerń, ale materiał nie wyglądał na kiepską jakość.
—czy uciekasz?
Jednak coś w jej postawie, w sposobie, w jaki siedziała, coś zgrzytało. Sawyer nie potrafił określić co dokładnie, ale co do tego jednego nie było wątpliwości: nie pasowała tutaj. Zbyt elegancka, wyglądała jak wyrwana z innego obrazka; odcinała się na tle szarej przeciętności lokalu, być może nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
No i pozostawała jeszcze twarz.
Tej nie widział w pełni, ale wystarczył profil, żeby zrozumieć, że to piękna kobieta. A piękne kobiety nie siedziały w spelunach.
Analizując, milczał cierpliwie i czekał z ciekawością, aż wreszcie kobieta odpowiedziała, mimo że na nią nie spojrzał. I również nie popatrzyła w jego stronę. Wyglądali jak dwójka ludzi gadających do siebie, a Sawyera śmieszyła myśl, że tak prezentują się dla postronnych ludzi w barze. Chociaż — co do tego się upewnił już wcześniej — nikt im się szczególnie nachalnie nie przyglądał i nikt nie zwracał na nich większej uwagi. Jakby nikt poza nim nie zauważył, jak bardzo . n i e w ł a ś c i w a . jest obecność nieznajomej.
Sawyer uniósł nieznacznie jeden kącik ust w krzywym uśmiechu na dźwięk jej stwierdzenia, ignorując chwilowo odpowiedź na zadane przez siebie wcześniej pytanie.
Nie jestem w areszcie. Ani w szpitalu.Ani na cmentarzu. Uśmiechnął jeszcze mocniej wygiął jego usta, ale zagryzł te ostatnie słowa między zębami, nigdy niewypowiedziane. — Za to siedzę w barze, mam szklankę przeciętnej whisky i zajebisty widok — kontynuował, przy ostatnich słowach przenosząc wreszcie ciężar spojrzenia na profil obcej kobiety. Nie zależało mu na wyszukanych komplementach; wolał bezpośrednią szczerość. A ta prezentowała się właśnie w ten sposób: dwa miejsca dalej siedziała kurewsko atrakcyjna kobieta, a w dłoni miał kiepskiej jakości alkohol. — Więc faktycznie zaliczyłbym go jako całkiem udany.
W rzeczywistości ten dzień był jak każdy inny, odkąd przyjechał do Toronto. Z tą różnicą, że wieczór miał wolny, a teraz także — potencjalnie . i n t e r e s u j ą c y .
Słowa o cmentarzu zostawił w domyśle, choć prawdopodobnie tylko dla siebie, bo nie planował odsłaniać się przed zupełnie obcą kobietą, której motywów nie znał, a która była wyraźną osobliwością. Ale jeśli Sawyer coś wiedział o ludziach to to, że nie obchodzi ich śmierć; że żyją, jakby jej nie było, nie myślą o niej, uważają, że dotyczy wszystkich poza nimi. Przetrzymują ją poza świadomością. Nie godzą się z możliwością, że ich też kiedyś nie będzie; a przede wszystkim: jak niewiele ich od niej dzieli każdego dnia i jak łatwo jest przerwać nić życia.
On myślał o niej codziennie. Nawet teraz, przesuwając spojrzeniem leniwie po eleganckim profilu tajemniczej kobiety i obracając stojącą przed nim na blacie szklankę whisky niespiesznie między palcami.
Nie pasujesz tutaj — stwierdził niespodziewanie, trochę zbyt bezpośrednio jak na obcego faceta, ale bynajmniej nic sobie z tego nie robił. Chociaż z tymi słowami oderwał od niej wzrok i znów uniósł szklankę do ust.
Dawno nie pił i teraz, po tym pierwszym łyku poczuł, jak bardzo tęsknił za alkoholowym otępieniem, na które na co dzień nie pozwalała mu praca. Dlatego niespiesznie przełknął kolejny długi łyk, a odstawiwszy szklankę od ust i odłożywszy na blat, podjął równie bezpośrednio:
Wyglądasz na taką kobietę, której cudowny dzień kończy się z kieliszkiem szampana przy brzegu prywatnego basenu, a nie z przeciętnym whisky w podrzędnym barze w jednej z biedniejszych dzielnic Toronto. — Zrobił pauzę, uśmiechnął się szerzej, trochę bardziej ironicznie, zdecydowanie bardziej bezczelnie.
Mimo to wciąż uparcie patrzył przed siebie i nie zrobił niczego, żeby to ona spojrzała na niego. Ani żeby wypełnić przestrzeń dzielącego ich jednego pustego hokera. Przynajmniej jeszcze nie. Zamiast tego ponownie obrócił szklankę w palcach.

Jinx Hart
Ostatnio zmieniony śr wrz 09, 2026 5:23 pm przez Sawyer Wright, łącznie zmieniany 1 raz.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
30 y/o
For good luck!
168 cm
Żona na utrzymaniu męża
Awatar użytkownika
Are you someone that I can give my heart to?
Or just the poison that I'm drawn to?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Polujesz czy uciekasz?
Czy można było jednocześnie realizować te dwie opcje? Jinx polowała. Mogła wybrać elegancki lokal. Zaprosić jakąś znajomą i udać się do wykwintnej restauracji zajadając się stekiem i popijając czerwone wino. Zamiast tego wybrała strój, który nie powinien rzucać się w oczy oraz lokal, w którym nie powinna spotkać nikogo znajomego. Zupełnie jakby chciała wtopić się w tło w oczekiwaniu na zwierzynę.
Lecz nie czekała na nikogo. Korzystała z tych setek kilometrów dzielących ją od męża, który coraz bardziej ograniczał jej swobodę. Który próbował kontrolować każdy jej ruch. Potrzebowała uciec i odetchnąć. Jak złudne się to teraz wydawało, gdy siedząc w podrzędnym barze wciąż czuła jego oddech na karku.
Kiedy mężczyzna skomplementował ją z taką szczerością, bez bawienia się w niuanse i wyszukane słownictwo, kącik jej ust aż chciał lekko drgnąć. Powróciła wspomnieniami, gdy prawie równo dziesięć lat temu również spotkała nieznajomego w barze, z którym znajomość bardzo szybko przerodziła się w namiętny, acz burzliwy związek. Był jej pierwszą i jedyną prawdziwą miłością, lecz jednocześnie także niespełnioną. A teraz i na zawsze już utraconą, bo kiedy miała możliwość odejścia do niego, wybrała męża. Tego samego męża, który już dwa miesiące po ślubie podniósł na nią rękę.
Dziesięć lat temu, kiedy nieznajomy do niej zagadał, odwróciła się w jego kierunku z szerokim uśmiechem na ustach i nadzieją w sercu na przygodę. Teraz nawet nie spojrzała na swojego rozmówcę, a jedynie uważnie przysłuchiwała się jego uwagom. Cóż, najwidoczniej świetnie odgrywała swoją rolę, skoro to właśnie w taki sposób ją postrzegał. Tak jak chciała być postrzegana przez innych. Chociaż akurat niekoniecznie w tym miejscu, ale to znaczyło, że facet był spostrzegawczy, co akurat wzbudziło jej ciekawość.
- Może to tylko pozory?- rzuciła przenosząc wzrok na złoty trunek mieniący się w szkle, które trzymała w dłoni. - Może kieliszek szampana jest po to, aby popić leki, które pomagają zasnąć po kolejnym pozornie cudownym dniu?- upiła jego łyk, aby po chwili odstawić szklankę z powrotem na blat i opuszkiem palca wskazującego zacząć wodzić wzdłuż krawędzi. - Może ten prywatny basen przypomina jak łatwo można wskoczyć, zanurzyć się pod wodę i już nigdy nie wypłynąć. Że tak niewiele dzieli nas, aby zasnąć już na zawsze zostawiając za sobą całą przeszłość?- wzruszyła ramionami mówiąc beznamiętnym głosem, a jednocześnie będąc sama zaskoczona swoją szczerością. I to nie tylko przed mężczyzną, ale przed samą sobą. Czy naprawdę miała takie myśli w głowie siedząc przy basenie z kieliszkiem szampana w dłoni? Czy do tego ją doprowadziło małżeństwo z psychopatą? - Wystarczy tak niewiele. Tylko rzecz w tym, że jedynie na pozór jesteśmy odważni, bo w starciu z prawdziwą rzeczywistością łatwiej się uchylić niż podjąć rzuconą rękawicę- dopiero teraz spojrzała na mężczyznę i w porównaniu do głosu, jej wzrok wyrażał znacznie więcej emocji. Był czujny, lecz zmęczony. Pozostawały w nim jeszcze resztki iskierek chętnych do walki, a wyprostowane plecy i ramiona świadczyły o tym, że wcale tak wiele życia jeszcze z niej nie uciekło. Obrzuciła go szybkim spojrzeniem - takim, które potrafią tylko kobiety, które mają ograniczony czas, więc po chwili znowu odwróciła się w kierunku butelek.
- Sądząc po tym, że nosisz zegarek za kilkadziesiąt tysięcy dolarów, stać Cię na porządną whisky w ekskluzywnym barze. W takim razie przed czym Ty uciekasz?- spytała nie zdając sobie sprawy, że podobnego sformułowania użył w swojej głowie wobec niej. W oczekiwaniu na odpowiedź upiła kolejny łyk, czując przyjemną gorycz i ciepło, które pomagały jej zasypiać każdego dnia już od wielu miesięcy.


Sawyer Wright
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z zaintrygowaniem stwierdził, że wyraz jej twarzy się nie zmienił. Z uznaniem przyjął fakt, że nie odwróciła się w jego stronę, nie nawiązała kontaktu wzrokowego, tylko przelotnie obrzuciła spojrzeniem kilka punktów w zajmowanej przez niego przestrzeni. Niejako z zaskoczeniem — że nie kazała mu spierdalać. Każda z tych rzeczy miała złożyć się na obraz kobiety, jaki powstawał w jego głowie. Każda karmiła ciekawość, pod którą już budziło się coś znacznie bardziej pierwotnego.
Chociaż nie patrzył na nią wprost, słuchał każdego jej słowa. Cierpliwie, nie przerywając jej, nawet jeśli zaskoczyła go tym bardziej, kiedy się odezwała. W tym czasie kątem oka zauważył jej palec przesuwający się eleganckim, płynnym gestem po krawędzi szklanki. Niemal słyszał melodię, jaką pod tym subtelnym naciskiem musiało wygrywać szkło; może w ciszy, może gdyby nie wszechogarniający ich hałas płytkich rozmów i prymitywnej, taniej muzyki gdzieś z głośników zawieszonych przy suficie.
Wcześniej to mdłe tło mu nie przeszkadzało, ale w kontakcie z tą kobietą zaczęło go dziwnie irytować.
Szczególnie kiedy do niego dotarło, o czym mówi.
Z pewnością — odparł, leniwie przeciągając kolejne sylaby — ludzie mają przykry nawyk zapominania, jak niewiele ich dzieli od śmierci. — To brzmiało jak truizm. Jak puste słowa, które nie mają wagi ani znaczenia, rzucone tylko po to, żeby nie panowała cisza; a jednak Sawyerowi dawno już nie zdarzyło się rozmawiać z żadną istotą żywą o czymś tak skrajnie, że aż niebezpiecznie bliskim sensu jego istnienia. Czegoś, co dotyczyło go bezpośrednio. Czegoś, co go zdefiniowało. I teraz, kiedy nieznajoma w barze o tym wspomniała tak zaskakująco wprost, poczuł, jak w trzewiach budzi się stary jak świat, znajomy głód, a wraz z nim mroczna, paskudna ekscytacja. Obrócił szklankę ostatni raz na blacie, a później ją zatrzymał. — Ale nie ty… Prawda?
Powstrzymał palącą chęć wbicia wzroku w jej profil; zaglądnięcia w jej oczy; próby odczytania z ich dna czegoś więcej, czegoś prawdziwego, co stało za tymi dziwnymi słowami. Zamiast tego odchylił się na hokerze. Niewygodne oparcie wbiło mu się pod łopatki, kiedy Sawyer przechylił szklankę przy ustach i głowę mocniej do tyłu, żeby wypić jej zawartość do dna w kilku kolejnych łykach, nie bawiąc się przy tym w elegancję. Szkło odstawił mocno z powrotem na blat, chociaż bez niepotrzebnego hałasu.
Powstrzymał się też od zadania pytania, czy jest . n i e s z c z ę ś l i w a .
Nie zamierzał jednak powstrzymywać krzywego, cynicznego uśmiechu, który wygiął jego wargi w reakcji na jej pytanie. Sawyer bowiem uciekał tak długo i przed tak wieloma rzeczami, że w pewnym momencie ucieczka — bez oglądania się za siebie, na mosty, które spalił, przechodząc po nich po raz ostatni i zostawiając za plecami — stała się fundamentalnym elementem jego życia. Jedyną prawdą, która niezmiennie obowiązywała, nawet jeśli jego świat obejmował pożar i trzęsienia ziemi, ludzie przychodzili i odchodzili, a on brodził w krwi i trzewiach swoich zleceń. Dzisiaj jednak . w y j ą t k o w o . nie uciekał. Właściwie nie robił tego od momentu, w którym zdecydował się zostać w tym mieście na dłużej, niezależnie od historii, jaka go z nim łączyła; tego słodko-gorzkiego związku, tym bardziej uzależniającego, im mniej oczywisty był. Nie czuł jednak potrzeby wyprowadzenia kobiety z błędu tego założenia. Wręcz przeciwnie.
Przed przewidywalnymi ludźmi z ich oczywistymi odpowiedziami — odparł swobodnie, bez cienia wahania, jakby odpowiedź miał już od dawna gotową i tylko czekał, aż ktoś zada odpowiednie pytanie. I choć nie uciekał w sensie fizycznym, te słowa bynajmniej nie mijały się z prawdą; jak na standardy Sawyera można je było uznać za skrajnie szczere. Faktycznie miał dość snobów, ich spraw obracających się głównie wokół tego, ile zarobili i ile jeszcze zarobią, a w najbardziej finezyjnych przypadkach: na co zarobione pieniądze wydadzą. — Nie spodziewałem się tylko, że trafię tak szybko. I że od razu będzie to jackpot, biorąc pod uwagę moje parszywe szczęście.
Uzależnienie odezwało mu się w żyłach, zapaliło pod skórą, kiedy sam sobie przypomniał, jak dawno nie grał. I jak bardzo potrzebował adrenaliny w miejsce, które zwykle uzupełniał ryzykanckim obstawianiem pieniędzy, których jeszcze nie zarobił.
Przesunął szklankę po blacie i machnął nonszalancko na barmana.
Podaj całą butelkę tego samego — rzucił, krótkim skinieniem głowy wskazując szklankę kobiety.
Wtedy też odwrócił się na swoim hokerze w ten sposób, że nie siedział już twarzą do baru; siedział przodem do niej, prawy łokieć miał wsparty na ladzie. Póki co pozwolił spojrzeniu ślizgać się tylko po jej twarzy.
Powiedz mi, nieznajoma — podjął od razu, a barman w międzyczasie sięgnął po jedną z flaszek na zakurzonych półkach. — Masz w zwyczaju podejmować rzucone rękawice? — Uśmiech na jego ustach nabrał drapieżnego wyrazu, ale pod nim nie kryło się nic oczywistego. — Ja stawiam.
Zabawne. Zastanawiał się nad jej motywem, a tymczasem mogło się jeszcze okazać, że sam dzisiaj . p o l u j e .

Jinx Hart
(BOŻE SORY PRZYPADKIEM POMYLIŁAM OZNACZENIE)
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
30 y/o
For good luck!
168 cm
Żona na utrzymaniu męża
Awatar użytkownika
Are you someone that I can give my heart to?
Or just the poison that I'm drawn to?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

W sposobie jaki rozmawiali było coś intrygującego. Nie musieli na siebie patrzeć, aby wiedzieć, że to do siebie się zwracają. Brak kontaktu wzrokowego nie był oznaką braku szacunku do rozmówcy, a dodawał tajemniczości i anonimowości. Dla osób postronnych mogli być po prostu dwójką nieznajomych, która siedzi niedaleko od siebie (w końcu wciąż dzieliły ich dwa hokery) i nie zamienią ze sobą ani słowa. Zakończenie rozmowy i rozejście się w przeciwne kierunki mogło nastąpić znacznie szybciej i sprawniej. Tak jakby ich postawa była potwierdzeniem tego, że oboje uciekają.
Niby w jego wypowiedzi dało się usłyszeć na koniec znak zapytania, to jednak Jinx miała poczucie, że nieznajomy po prostu stwierdza fakt i nawet nie oczekuje od niej potwierdzenia sądząc, że i tak wie swoje. W rzeczywistości dopiero wypowiadając te słowa na głos, Hart zdała sobie sprawę jak bardzo perspektywa śmierci ją osacza. Czuła jak pomału energia jest z niej wysysana . Czuła, że się wypala, ale… Ale nigdy dotychczas aż tak nie myślała o śmierci. O tym, że to wszystko do czego zmierza, może mieć właśnie taki swój koniec - ś m i e r ć.
- Myślę, że śmierć tak bardzo czai się za rogiem, że ciężko o niej zapomnieć- bo może i nie nazywała jej wprost, to jednak podskórnie czuła jak może się to wszystko zakończyć. Wpatrując się beznamiętnie w taflę wody basenowej może w jej głowie już rodził się plan, kiedy tak stała z kieliszkiem szampana? Kto by pomyślał, że rozmowa z mężczyzną w barze potoczy się w takim kierunku! To też jej dało do myślenia, więc posłała mu nieco przedłużone spojrzenie próbując złapać z nim kontakt wzrokowy. - Ty też brzmisz na niezwykle świadomego- i tutaj już nie było żadnego pytania. Nie szukała w nim potwierdzenia dla swoich słów, ponieważ im dłużej się w niego wpatrywała, miała wrażenie jakby śmierć była jego dość mocną częścią. Nagle zmarszczki na twarzy czy nawet drobne znamiona na przedramionach, które mogłyby być zarówno wspomnieniem po dziecięcych zabawach, które kończyły się szyciem, wydawały się jakby były oznaką tego, że widział w życiu więcej niż powinien. Kiedy ta myśl przemknęła przez głowę Jinx, poczuła zimny dreszcz na plecach, który zmusił ją do odwrócenia wzroku.
Przełykając gorzki alkohol, analizowała jego słowa. Przewidywalni ludzie. Jackpot.- Czyli widzę, że mamy do czynienia z entuzjastą wszelkiego rodzaju gier- skomentowała pozwalając sobie na wypowiedzenie pierwszego co jej przyszło do głowy bez namysłu. Alkohol zaczynał ją przyjemnie rozluźniać, a odkrywanie kolejnych fragmentów nieznajomego stawało się małymi krokami ekscytujące. Wzbudził jej ciekawość. Zdobył jej uwagę. A przede wszystkim - miał w sobie coś, co zmuszało ją do bycia z nim szczerym. - Miałam- przyznała przytakując głową i kiedy barman podszedł do niej, aby dolać jej whisky, spojrzała ponownie na mężczyznę, ale jeszcze nie odwróciła się w pełni w jego kierunku. Wciąż pozostawała sobie perspektywę szybkiego zakończenia i ucieczki. - Teraz wolę pozostać w fazie przetrwania- kolejne nie do końca przemyślane słowa. Zacisnęła zęby nieco zirytowana własnym zachowaniem, ale nie mogła już nic na to poradzić. W dodatku czy był sens przed nim grać kogoś, kim nie była? Mogła nie mówić wszystkiego, ale to przecież nie oznaczało kłamstwa. Czy przyznanie się , że teraz walczy o przetrwanie obróci się przeciwko niej? Miała nadzieję, że nie.
Wzięła kolejny, większy łyk alkoholu opróżniając ponownie szklankę. Dwie w ciągu tak krótkiego czasu to było dużo nawet jak na nią. Musiała zwolnić tempo, więc będąc tego świadoma, odsunęła delikatnie szkło od siebie i bardziej obróciła tułów w kierunku rozmówcy. - W końcu jak oboje wiemy - śmierć jest dosyć blisko każdego z nas. Czy warto jest aż tak ryzykować?- spytała z wyraźnym zaciekawieniem unosząc jedną brew do góry. Tym razem to nie było stwierdzenie, a raczej rzucenie hasła , które była gotowa poddać do dalszej dyskusji będąc ciekawa jego perspektywy w tym temacie.


Sawyer Wright
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mimmo's Place”