T e g o chcesz?
Pytanie zadane damskim głosem wybrzmiało w przestrzeni garderoby i przez chwilę Raphael miał wrażenie, że nie usłyszał go wcale, lecz że pytanie zostało wypowiedziane gdzieś znacznie głębiej — nie przez kobietę stojącą kilka kroków przed nim, nie przez ciało, które widział w półmroku pomiędzy otwartymi drzwiami szafy a rozsypanymi na podłodze ubraniami, lecz przez samą konstrukcję świata, w której od dawna poruszał się jak człowiek idący po krawędzi przepaści. Głos odbił się od ścian i wrócił do niego zmieniony, pozbawiony właścicielki, niemal bezosobowy.
Tego chcesz? Jakby pytanie nie dotyczyło odejścia, swetra, jej choroby ani ich wzajemnych ustaleń. Jakby dotyczyło wszystkiego. Niewielka przestrzeń pomiędzy nimi zdawała się nagle zacieśniać, chociaż przecież nic się w niej nie zmieniło. Szafy nadal stały na swoich miejscach. Na podłodze leżały porzucone ubrania. Światło wpadające przez okno nadal przecinało wnętrze garderoby wąskim pasem bladości. A jednak Raphael poczuł coś, czego nie umiałby nazwać inaczej niż zmianą grawitacji. Jakby między nim a Glass otworzyła się czarna dziura, nie pochłaniająca światła, lecz znaczenie; jakby wszystko, co znajdowało się wokół, traciło własną wagę i zaczynało spadać ku jednemu punktowi. Ku pytaniu. Ku odpowiedzi, której właściwie udzielił sobie wiele lat wcześniej, zanim jeszcze rozumiał, czym była ambicja, zanim nauczył się nazywać władzę władzą, a hierarchię hierarchią.
Spojrzenie Raphaela pociemniało. W tym świetle mógł wyglądać na pijanego, lecz alkohol nie miał już z tym nic wspólnego. Ciężar w jego głowie był pozostałością poprzedniej nocy, lecz otępienie, które widziała przed sobą Glass, pochodziło z zupełnie innego miejsca. Było skupieniem. Było koncentracją tak głęboką, że niemal przypominała odurzenie. Człowiek mógł bowiem zostać odurzony nie tylko substancją. Można było odurzyć się własną ideą. Można było wejść w nią tak głęboko, że zaczynała zastępować powietrze, religię, sumienie i wszystkie inne rzeczy, które normalnym ludziom przypominały, gdzie kończy się ich własne
ja.
Ona pytała o jedną rzecz. Raphael widział w tym pytaniu całość, która nie posiadała granic. I właśnie dlatego przez moment nie odpowiadał.
Tego chcesz? Czego? Jej odejścia? Posłuszeństwa? Kontroli? Tego, aby nie musiała już tutaj być? Czy może tego, aby wróciła i ponownie zajęła miejsce, które coraz bardziej zaczynała zajmować w jego rzeczywistości? Mógł odpowiedzieć na każde z tych pytań osobno i każda odpowiedź byłaby prawdziwa, a jednocześnie każda byłaby kłamstwem, ponieważ Raphael od dawna nie myślał kategoriami pojedynczych pragnień. Pojedyncze pragnienie było dla niego czymś zbyt małym. Chciał pieniędzy, ale pieniądze nie były celem. Chciał władzy, lecz sama władza była jedynie narzędziem. Chciał wiedzy, ale wiedza bez możliwości jej wykorzystania była dla niego kolekcją martwych faktów. Chciał ludzi, lecz nie ich obecności; chciał ich decyzji, zależności, lęków, potrzeb i punktów nacisku. Chciał instytucji, ponieważ instytucje pozwalały przekształcać osobistą wolę w coś większego od człowieka. Chciał pamięci, ponieważ ten, kto kontrolował pamięć, mógł w pewnym stopniu kontrolować przeszłość. Chciał przyszłości, ponieważ ten, kto kontrolował warunki, w których przyszłość powstawała, nie musiał jej przewidywać. Chciał strachu, lecz nie dla samego strachu. Strach był informacją. Był mapą pokazującą, gdzie człowiek miał granicę. Chciał lojalności, ale jeszcze bardziej interesowała go możliwość sprawienia, aby człowiek uznał własne podporządkowanie za własny interes.
Jak gepard znajdujący się w jego ogrodzie, pragnął
wszystkiego.
To słowo nie było hiperbolą. Nie było młodzieńczą przesadą człowieka, który jeszcze nie poznał ceny swoich marzeń. Raphael rozumiał cenę. Właśnie dlatego jego ambicja była tak niebezpieczna. Nie marzył o absolutnej władzy dlatego, że nie rozumiał jej konsekwencji. Marzył o niej dlatego, że rozumiał je aż nazbyt dobrze i mimo to nie widział powodu, dla którego miałyby go powstrzymać. Wychował się w świecie, w którym najwyższe piętra władzy nigdy nie wyglądały jak władza. Nie miały korony. Nie potrzebowały tłumu. Nie wymagały balkonów, przemówień ani nazwisk wykrzykiwanych przez tysiące gardeł. Prawdziwa siła mogła pozostawać niewidzialna. Mogła siedzieć przy stole, milczeć i pozwalać innym mówić. Mogła nie podpisywać dokumentu, a mimo to doprowadzać do jego powstania. Mogła pozwolić ministrowi myśleć, że podjął decyzję samodzielnie, podczas gdy decyzja została mu przygotowana miesiące wcześniej. To właśnie ten rodzaj władzy Raphael rozumiał. Nie chciał być królem. Król był zbyt widoczny. Króla można było obalić, zamordować, skompromitować, zastąpić. Król posiadał tron, a tron posiadał również jego. Raphael chciał czegoś innego.
Chciał być przyczyną, której nie można było wskazać palcem. Nie chciał rządzić światem. Chciał, żeby świat nie potrafił istnieć poza jego wolą. Korona była dla niego zabawką dla ludzi, którzy potrzebowali symbolu własnej wielkości. On pragnął czegoś głębszego: monopolu na rzeczywistość. Chciał nie tyle mówić ludziom, co mieli robić, ile decydować o warunkach, w których alternatywa przestawała być możliwa. Chciał, aby człowiek stojący przed wyborem odkrywał po chwili, że wszystkie drogi prowadziły w miejsce, które Raphael przygotował wcześniej. To był poziom władzy, który interesował go naprawdę. Nie rozkaz, lecz konstrukcja. Nie przemoc, lecz architektura. Nie ręka trzymająca nóż, lecz świat, w którym nóż sam pojawiał się w odpowiednim miejscu.
Trzynasty był dlatego czymś więcej niż człowiekiem. Był granicą.
Valencourt przez całe życie znajdował nad sobą kolejne piętra. Ojciec. Dziadek. Rodzina. Nazwisko. Zasady. Struktury, których nie tworzył i których nie mógł jeszcze zmieniać. Nawet jeśli otrzymywał przywileje, pozostawały one przywilejami nadanymi przez system starszy od niego. Mógł posiadać ogromne pieniądze i nadal pozostawać czyimś wnukiem. Mógł być najważniejszym człowiekiem w pomieszczeniu i wiedzieć, że za drzwiami znajdowało się inne pomieszczenie, do którego nie miał dostępu. Mógł znać dziesiątki sekretów i jednocześnie podejrzewać, że ktoś posiadał sekret dotyczący jego samego. To było nie do zaakceptowania.
Dlatego pragnienie miejsca Trzynastego nie było pragnieniem fotela. Fotel można było zastąpić. Tytuł można było odebrać. Nazwisko można było wymazać. Chodziło o coś bardziej pierwotnego: o moment, w którym nad nim nie znajdowałby się już nikt. Nie ucieczka od hierarchii. Zdobycie jej szczytu. A potem zniszczenie samego pojęcia szczytu. Bo czym byłby najwyższy punkt, gdyby można było z niego jeszcze spojrzeć wyżej? Raphael rozumiał tę sprzeczność i właśnie ona wydawała mu się najuczciwszą częścią jego pragnienia. Wiedział, że absolut nie był rzeczą, którą można było posiadać raz na zawsze. Gdyby zdobył Konsylium, pojawiłoby się pytanie, kto stworzył Konsylium. Gdyby zdobył miejsce Trzynastego, pojawiłoby się pytanie, kto pozwolił Trzynastemu istnieć. Gdyby przejął wszystkie dostępne struktury, pozostawałaby jeszcze historia, która stworzyła te struktury. A za historią — ludzie, którzy ją napisali. A za nimi — warunki, które pozwoliły im ją napisać.
Zawsze istniał jeszcze jeden poziom. Zawsze istniała kolejna zasłona. I właśnie dlatego jego ambicja nie miała końca.
Uniósł wzrok na Glass. Widział jej twarz i przez moment pomyślał, że być może to właśnie dlatego tak bardzo irytowała go jej obecność. Była czymś, czego nie umiał w pełni sprowadzić do funkcji. Była człowiekiem, który posiadał własną przyczynowość. Mogła odejść. Mogła odmówić. Mogła go oskarżyć. Mogła zachorować w sposób, którego nie dało się podporządkować jego rozkazowi. I choć wszystko to powinno być jedynie przeszkodą administracyjną, zaczynało przypominać mu coś znacznie bardziej niewygodnego: że istniały rzeczy, których nie można było posiadać tylko dlatego, że miało się wystarczająco dużo pieniędzy.
Pochylił lekko głowę, a kosmyki włosów opadły mu na czoło. Był blisko. Na tyle blisko, że czuł zapach jej perfum.
T e g o chcesz?
-
Chcę wszystkiego - powiedział w końcu. Słowa nie zabrzmiały jak odpowiedź człowieka, który wybrał maksimum. Zabrzmiały jak odpowiedź człowieka, dla którego pojęcie maksimum samo w sobie było zbyt małe.
Jego oczy pozostawały niemal czarne.
-
Chcę, żeby ludzie robili to, czego chcę, zanim jeszcze zrozumieją, że tego chcą. Chcę wiedzieć, zanim inni się dowiedzą. Chcę decydować, zanim pojawi się wybór.
Mówił spokojnie. Bez gniewu. Bez teatralności. To właśnie sprawiało, że własne słowa wydawały mu się bardziej prawdziwe.
-
Chcę, żeby moje nazwisko otwierało drzwi, których nie powinno być w stanie otworzyć, i zamykało te, których nie powinienem nawet widzieć. Chcę pamięci ludzi, ich lojalności, ich strachu. Chcę wiedzieć, czego potrzebują, zanim sami to nazwą. Chcę pieniędzy, które kupują ludzi, ludzi, którzy potrafią kupować instytucje, i instytucji, które mogą przekonać państwa, że działają z własnej woli.
Zamilkł, chociaż jego oczy mówiły dalej. W jego umyśle obraz rozrastał się dalej. Nie widział już ludzi jako jednostek. Widział przepływy. Informacja przechodziła z jednych rąk do drugich. Pieniądz otwierał kanały. Kanały tworzyły zależności. Zależności produkowały lojalność. Lojalność tworzyła władzę. Władza tworzyła możliwość wpływania na kolejne zależności. System zataczał krąg, lecz Raphael nie chciał znajdować się w jego centrum. Centrum nadal było częścią koła.
Chciał być poza nim. Chciał być ręką, która narysowała okrąg. I tutaj znajdowało się coś, czego sam przed sobą długo nie nazywał: pragnienie transcendencji. Nie religijnej w prostym znaczeniu. Nie chodziło o modlitwy ani niebo. Chodziło o przekroczenie statusu człowieka, który reagował. Chciał przestać być stworzeniem odpowiadającym na świat i stać się jego autorem. Nie chciał już być figurą przesuwaną po planszy. Chciał stworzyć planszę. Nie chciał znać reguł gry. Chciał ustanawiać reguły, które inni będą nazywać prawem, koniecznością, ekonomią, przypadkiem albo losem.
Los. To słowo wywołało w nim niemal niezauważalny uśmiech. Los był nazwą, którą słabi nadawali cudzym decyzjom. Raphael nie chciał mieć szczęścia. Chciał mieć przyczynę. Chciał, aby kiedy ktoś pewnego dnia spojrzy wstecz na ciąg wydarzeń, nie potrafił już rozstrzygnąć, gdzie kończy się przypadek, a zaczyna jego ręka. Chciał, żeby jego decyzje były obecne w konstrukcji rzeczywistości nawet wtedy, kiedy jego samego już nie miało być. To było więcej niż nieśmiertelność. Nieśmiertelność ciała była dla niego prymitywnym marzeniem. Ciało należało do biologii, a biologia była tylko pierwszą warstwą istnienia.
Prawdziwa nieśmiertelność oznaczała przyczynowość. Pozostawanie przyczyną po własnym odejściu.
Raphael spojrzał na Glass, której twarz znajdowała się tuż przy jego i przez krótką chwilę pomyślał o wszystkich rzeczach, które posiadał, a które mimo to nie dawały mu poczucia posiadania. Domy można było sprzedać. Pieniądze można było stracić. Ludzi można było kupić, lecz kupiony człowiek zawsze mógł próbować sprzedać się ponownie. Tajemnice mogły zostać ujawnione. Instytucje mogły upaść. Nawet rodzina mogła umrzeć. Własność była więc iluzją. Kontrola była czymś bardziej trwałym. Ale i kontrola miała granicę.
Absolut nie. Dlatego nie pragnął rzeczy. Pragnął zniesienia granic między
mieć a
decydować. Chciał, aby posiadanie było tylko inną nazwą dla sprawczości. Chciał, aby rzeczywistość odpowiadała na jego obecność tak, jak ciało odpowiadało na impuls nerwowy — natychmiast, bez negocjacji, bez pytania, bez konieczności uzasadniania.
Trzynasty był tylko następnym krokiem.
Konsylium — kolejnym.
Potem pozostawał jeszcze świat. A za światem coś, czego nie potrafił jeszcze nazwać.
Może dlatego jego ambicja nie była nigdy naprawdę ambicją zdobywcy. Zdobywca kończył podróż w chwili, kiedy docierał do celu. Raphael nie chciał celu. Chciał prawa do wyznaczania kolejnego celu po każdym zwycięstwie. Chciał nieustannie przesuwać granicę własnej możliwości, aż samo pojęcie niemożliwości stanie się dla niego obraźliwe.
Patrzył na Glass i widział niemal zarys siebie samego w wielkich, szklanych oczach.
W jego głowie pojawiła się niemal dziecięca, a zarazem przerażająco dorosła prostota. Jeżeli istniała rzecz, której nie mógł mieć, oznaczało to tylko, że jeszcze nie posiadał odpowiedniej władzy. Jeżeli istniała osoba, której nie mógł zmusić, oznaczało to, że jeszcze nie znał właściwego mechanizmu. Jeżeli istniała granica, oznaczało to, że ktoś ją postawił. A jeżeli ktoś ją postawił, można było odnaleźć człowieka, który to zrobił. A jeśli można było odnaleźć człowieka—
Raphael nie dokończył tej myśli. Nie musiał. Patrzył na Prowadzącą, lecz jego umysł był już daleko poza garderobą, poza posiadłością, poza Konsylium, poza Trzynastym. Widział przed sobą nieskończony ciąg drzwi, każde prowadzące do kolejnego pomieszczenia, każda zasłona skrywająca następną zasłonę. I nie przerażała go nieskończoność. Przeciwnie.
Po raz pierwszy wydawała mu się odpowiednio duża.
-
Chcę wszystkiego - powtórzył. Tym razem niemal szeptem. A potem pojawiła się w nim myśl, spokojna jak cień przesuwający się po ścianie:
a kiedy będę miał wszystko, dopiero wtedy sprawdzę, czy istnieje coś poza wszystkim.
Lekko przechylił głowę, gdy jego spojrzenie na chwilę osiadło na ustach, które zadały mu pytanie. Tak bliskich, że widział tylko je. Delikatny uśmiech pojawił się na jego twarzy, gdy znów wrócił ku oczom pełnym łez. -
A potem - powiedział -
zobaczymy, czy to wystarczy.
Sadie Glass