ODPOWIEDZ
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie spała tamtej nocy.
Sam gest Monroe trwał zaledwie kilka sekund i w innych okolicznościach prawdopodobnie nie zasługiwałby nawet na dłuższą myśl. Był staromodny, odrobinę teatralny i zupełnie niepasujący do człowieka, którego znacznie łatwiej było wyobrazić sobie z bronią w dłoni niż z wargami przyciśniętymi do cudzych palców.
J e j palców.
Długo po tym, jak zamknęły się za nim drzwi, wciąż czuła pozostawione na nich ciepło. Nawet później, leżąc już w łóżku, odruchowo przesuwała kciukiem po miejscu, którego dotknął, jakby mogła znaleźć tam jakiś fizyczny ślad i tym samym uzasadnić, dlaczego w ogóle nadal o tym myślała.
Nie znajdowała niczego.
Za każdym razem, gdy zamykała oczy, wracał do niej jednak ten sam obraz: jego pochylona głowa, dłoń zaciśnięta lekko na jej własnej i spojrzenie, którego nie odwrócił nawet wtedy, kiedy musnął ustami jej palce. Nie wiedziała, czy bardziej irytował ją sam gest czy raczej to jak niewiele potrafiła z nim później zrobić. Nie dało się go uznać za przypadkowy i nie potrafiła też nazwać go żartem bez poczucia, że próbuje oszukać samą siebie.
Nad ranem przestała już próbować zasnąć.
A Kilka dni później ugotowała zbyt dużo obiadu.
Tak przynajmniej nazywała to jeszcze wtedy, gdy przekładała część duszonej wołowiny do pojemnika, a do drugiego pakowała ziemniaki i warzywa. W rzeczywistości ów nadmiar był podejrzanie dobrze zaplanowany – porcje różniły się dokładnie na tyle, żeby większa wystarczyła człowiekowi niemal dwukrotnie od niej większemu, a torba, do której wszystko włożyła stała przygotowana na blacie jeszcze zanim w ogóle zaczęła sprzątać kuchnię.
Zamierzała powiedzieć, że akurat była w pobliżu.
Wymówka rozpadała się przy najmniejszej próbie zastanowienia się nad nią. Trudno było przypadkiem znaleźć się obok Rapture – znajdującego się w zupełnie innej dzielnicy – z nadal ciepłym, domowym obiadem zapakowanym w dwa osobne pojemniki.
Najrozsądniej byłoby zawrócić spod drzwi pod którymi się znalazła. A zamiast tego weszła do środka.
Avis dostrzegł ją od razu – jego zachwycone spojrzenie najpierw zatrzymało się na jej twarzy, później zsunęło na torbę.
— Czy jest Vincent? — zapytała, chyba jeszcze zanim zdążył zasugerować jej wyjście.
— Na górze — odpowiedział po chwili. — Ale ma spotkanie.
— Mogę poczekać.
— To trochę mu zajmie.
— To nic, mam czas.
Wyraz jego twarzy sugerował, że był to właśnie ten wariant, którego wolałby uniknąć. Wskazał jej miejsce przy barze i odszedł, pozostawiając ją z próbą odgadnięcia, co właściwie burknął pod nosem. Na pewno nie był zadowolony.
Całe to spotkanie przeciągało się na tyle długo, że po którymś sprawdzeniu godziny przestała wyciągać telefon. Z góry przez większość czasu nie docierało nic poza niewyraźnym pomrukiem rozmowy, od czasu do czasu przerywanym przez czyjś podniesiony głos. Raz usłyszała mocniejsze uderzenie, później przesunięcie czegoś ciężkiego po podłodze, spojrzała wtedy w stronę schodów, ale nikt poza nią nie wydawał się tym zainteresowany tym, co się działo.
Jacyś mężczyźni zeszli na dół kilka minut później; było ich trzech. Pierwszy minął ją bez spojrzenia w jej stronę, drugi rzucił coś cicho do pozostałych, a ostatni przyciskał chusteczkę palce do rozciętej wargi. Mogłaby też przysiąc, że pod ten pierwszy miał ciemną lamówkę wokół oka.
Violet została przy barze niepewna, czy spotkanie rzeczywiście dobiegło końca – czy to w ogóle byli ci goście, czy może jednak powinna poczekać, aż ktoś pozwoli jej wejść. Avis zniknął gdzieś na zapleczu – jeszcze trochę i by pomyślała, że nie ma ochoty na nią patrzeć – więc nie miała nawet kogo zapytać. Mogła jeszcze poczekać, ale dotarło do niej, że mogła również zostawić mu jedzenie i wyjść, zanim cała ta wizyta zdążyłaby stać się jeszcze bardziej niezręczna.
Zamiast tego wstała.
Drzwi do pomieszczenia w którym miał przebywać nie domknęły się zupełnie. Zatrzymała się przed nimi z dłonią uniesioną do drewna, nadal nieprzekonana, czy powinna zaglądać do środka. To była jego przestrzeń i część jego życia, której jej dotychczas nie pokazywał. Fakt, że przyniosła mu obiad, nie dawał jej nagle prawa do wchodzenia bez zaproszenia.
— Vincent? — odezwała się mimo to, popychając drzwi.
Na ścianie ciągnęła się nierówna smuga krwi, niżej kilka mniejszych śladów zostało roztartych po podłodze. Jedno z krzeseł leżało przewrócone, obok połyskiwały odłamki rozbitego szkła. Na niewielkim stoliku nadal stały trzy niskie szklanki po alkoholu; dwie opróżnione, w trzeciej zostało jeszcze trochę bursztynowego płynu. Całe pomieszczenie wyglądało tak, jakby spotkanie w pewnym stało się… intensywniejsze.
Spojrzała na Vincenta.
Rozcięcie przechodziło przez łuk brwiowy, pozostawiając smugę krwi na policzku. Miał pękniętą wargę, zdartą skórę na kości policzkowej i koszulę naderwaną przy ramieniu. Kolejne przecięcie materiału odsłaniało długą, ale wyglądającą na powierzchowną ranę przy boku. Dłonie również miał poharatane: zaczerwienione kostki, kilka cienkich skaleczeń po szkle i krew zbierającą się pomiędzy palcami.
Ale nie wyglądał, jakby miał za chwilę umrzeć. Wyglądał za to dostatecznie źle, żeby jej wzrok przez dłuższą chwilę przeskakiwał pomiędzy jego twarzą, bokiem i dłońmi, sprawdzając, czy nie przeoczyła czegoś poważniejszego.
O, ironio. Kilka dni wcześniej trzymała jedną z tych dłoni we własnej i prosiła go, żeby na siebie uważał i nie rzuciła tego wtedy bezmyślnie, bo ładnie brzmiało. Wiedziała jak wyglądało jego życie i chyba właśnie coś podobnego miała na myśli.
Odstawiła torbę na podłogę i podeszła powoli bliżej.
— Czy ja ci przypadkiem nie mówiłam, żebyś na siebie uważał? — zapytała.
weapon
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Interesy były więziami obopólnych korzyści niezależnie od branży i dziedziny, w której były dokonywane. W błyszczących salach konferencyjnych na szczytach wielopiętrowych budynków korporacji i w zatęchłych piwnicach wypełnionych towarem, który trzeba było rozprowadzić. Na każdym szczeblu w przekroju społeczeństwa polegały z grubsza na tym samym. Zaczynały się gdy dwie strony odnajdywały sposób na wyciągnięcie coś dla siebie z zawiązanego partnerstwa.
Kończyły w chwilach takich jak ta.
- Ryzyko się zmieniło. - głos jednego z mężczyzn wybrzmiał w jego gabinecie. Należał do Finna, uparcie poprawiającego mankiet swojej marynarki. Racjonalizował, wykładając to samo, o czym rozmawiali już od pieprzonej godziny. - Gliny były u nas już trzeci raz w tym tygodniu.
- To brzmi na wasz problem, nie mój - odrzucił natychmiast, powtarzając to jak mantrę. Spoglądając z zewnątrz, ich konwersacja była całkowicie bezproduktywna, jednak w tej jednej rzeczy, w której i c h interesy różniły się od korporacyjnych partnerstw biznesowych, były kierunek, w którym mogły skręcić nieudane negocjacje.
- Chuj, nie nasz - wycedził wściekle siedzący pośrodku, rosły mężczyzna. Steve, mózg pieprzonej operacji, osoba, z którą rozmawiał najczęściej i którą jednocześnie emocje lubiły ponosić najszybciej. Podobnie jak jego. - Ryzyko wzrosło, więc cena wzrosła. Nie będziemy trzymać dla was doków za te ochłapy, które nam rzucasz, Monroe.
Jego irytacja chowała się gdzieś na dnie myśli. Pozwolił jej błysnąć w swojej mimice, spoglądając na trzeciego z mężczyzn. Siedzący cicho, wysoki i chudy jak tyczka Neil przyglądał im się nerwowo, skubiąc jakiegoś strupka na swojej dłoni. Jego wzrok podążał to w kierunku Steve'a, to Vincenta, w wyraźnym sygnale, że sam nie miał pojęcia co mógł zrobić jego szef.
- Nie widzę, dlaczego miałbym dawać ci choćby pół dolara więcej. Trzymanie glin z dala od interesów to twoja robota, nie moja - odpowiedział z względnym spokojem, przyglądając się jedynemu mężczyźnie, który pozostał cichy w tej konwersacji.
Zawsze uważał, że Neil byłby lepszym partnerem biznesowym. Wydawał się mieć rozwagę i cierpliwość, której Stephenowi brakowało. Miał ambicję, która dopchnęła go aż do stołka prawej ręki w ich małym przedsięwzięciu. Większość operacji i logistyki leżała na nim, reszta była wyłącznie jego twarzą. Gdyby między nimi powstał rozłam, Neil byłby drugi w kolejce.
- No to marnujemy tu czas - wyrzucił z siebie rosły koleś, rozkładając ręce jakby to pozostawało poza zasięgiem jego możliwości. Tkwiący obok niego wierny pomagier skinął ochoczo głową, podczas gdy ten jeden, cichy mężczyzna tylko nerwowo spoglądał w jego stronę - wiedząc, że Steve był łasy na pieniądze, które niekoniecznie powinien otrzymać. Dostrzegając w tym marną próbę wyłudzenia większych stawek choć nie miał żadnej podstawy, by je otrzymać.
Wiedział, w jaki sposób działają takie trójki jak oni.
Sam w jednej z nich był.
- Nie masz go za wiele, prawda? - odpowiedział beztrosko, odrywając spojrzenie od chudego mężczyzny. Prowokacja błysnęła w jego oczach gdy spojrzał na pieniacza, centralną figurę w tych idiotycznych negocjacjach. - Za... - zerknął na zegarek zawieszony na swoim nadgarstku. - Czterdzieści pięć minut odbierasz córkę ze szkoły.
Powietrze zgęstniało w ułamku sekundy. Mężczyźni zesztywnieli, Steve wypuścił powietrze z ust, łącząc kropki w ten nieznośnie powolny sposób.
Nie interesowała go jego reakcja. Interesował go wyłącznie jego chudy pomagier, który odwalał za niego większość roboty.
- Czy ty mi, kurwa, grozisz? - warknął, podnosząc się z krzesła. Neil wskoczył na własne nogi natychmiast, usiłując wsunąć się pomiędzy mężczyzn. - Nie daj się sprowokować.
Wciąż tkwił w swoim fotelu, zadzierając głowę by spojrzeć na purpurowiejącego mężczyznę.
- Alice, prawda? A może Anne? - zamyślił się, upijając łyk alkoholu, świadom tego, że za chwilę może brakować go w szklance. - Niedawno skończyła dwanaście lat - kontynuował, każde słowo coraz mocniej ociekające jadem. - Byłoby szkoda, gdyby któregoś dnia ktoś odebrał ją przed tobą.
Interesy były więzami obopólnych korzyści - dopóki nie robiły się osobiste.
Wtedy miały tendencję do kończenia się źle.
Ź l e było nagłym krzykiem, pięściami wycelowanymi w jego stronę, hukiem rozbijanego z butelki szkła. Były wyjmowanym z pazuchy nożem i tym dzikim, prymitywnym szałem błyszczącym w oczach mknącego na niego napastnika, przewracanymi krzesłami i czerwonymi plamami krwi broczącej podłogę.
Ale ź l e było też obserwacją. Dwójką towarzyszy obrażonego mężczyzny, którzy z początku wiedzeni lojalnością, rzucili się do ataku. Ich zawahaniem gdy dostrzegli wyjmowane ostrze i mordercze zamiary w jego oczach. Przerażeniem, gdy zorientowali się, do czego był zdolny się przyczynić pomimo tego, że znajdowali się na obcym terytorium. Świadomością, że właśnie jego osobista zniewaga i groźba sprawiała, że spisywał ich wszystkich na ś m i e r ć.
Z satysfakcją odnotował furię odciągającego swojego towarzysza Neila - wtedy, gdy ostrze otarło się o jego bok niespodziewanie, zmuszając do sięgnięcia po zimną, pewną rękojeść broni.
A później zaskoczenie, gdy choć lufa wycelowana była w ich kierunku, nakazał im się wynieść.
Powinno wystarczyć.
- Szefie, czy mamy ich zatrzymać? - głos wydarł się z telefonu leżącego gdzieś na biurku, nieustannie włączonego i nadającego do słuchającej ochrony.
Jego ciało paliło żywym ogniem w miejscach, w których pięści bądź ostrze dotarły do jego skóry. Drobinki krwi osiadły na zdartych knykciach gdy rozprostowywał i zginał palce dłoni, w której wnętrzu chowała się blizna.
- Nie, niech idą - odpowiedział krótko, wściekle, sięgając do telefonu i przerywając połączenie.
Za daleko.
Pozwolił im zajść za daleko. Czuł to, w tej chwili, w krwi sączącej się przez rozcięty materiał swojej koszuli. Jeden ruch zbyt dużo. Zbyt blisko punktu, w którym to wszystko mogło się skończyć bardzo źle. Ale musiało być warte pertraktacji.
I choć wiedział to, że osiągnął dokładnie ten efekt, którego chciał, jego ciało odruchowo sięgnęło po broń gdy usłyszał ciche skrzypienie otwierających się drzwi. Serce zamarło na ułamek sekundy, dostrzegając j ą - a później fala zimnego strachu przemknęła po jego kręgosłupie, intensywniejsza niż ból w jego boku i w jego głowie.
Była blisko. Za blisko trójki rozjuszonych mężczyzn, którzy przed chwilą musieli iść tą samą klatką schodową, co ona.
- Co tutaj robisz? - wydarło się z jego ust na jednym tchnieniu, głosem niosącym na sobie ślady po spotkaniu tak, jak te ślady nosiło też ciało.

you're not supposed to see that
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego pytanie, a może raczej ton jakim je zadał, zatrzymało ją skuteczniej niż widok krwi. Przez moment tylko na niego patrzyła, niepewna, czy był zaskoczony, zły, czy zwyczajnie nie chciał, żeby widziała go w t a k i m stanie.
Nie zapowiedziała się. Weszła na górę pomimo tego, że Avis wyraźnie kazał jej czekać, a później zajrzała do pomieszczenia, do którego nikt jej nie zapraszał. Jeszcze kilka minut temu największym problemem wydawało jej się to, czy Vincent uzna przyniesiony obiad za miły gest, czy może coś niezręcznego, czego wolałby nie otrzymać. Teraz zobaczyła rozcięty materiał jego koszuli, krew spływającą po twarzy oraz broń, po którą sięgnął na dźwięk otwieranych drzwi. I dotarło do niej, jak żałośnie małe było to, co postanowiła zrobić.
Przyniosła domowy obiad człowiekowi, którego spotkania kończyły się rozbitym szkłem, wyciągniętym nożem i cudzą krwią roztartą po ścianach. Przez pół dnia zastanawiała się, czy wołowina nie wyjdzie zbyt sucha, oddzieliła ziemniaki od sosu, żeby nie zrobiła się z nich rozmoknięta papka, i zapakowała porcję wystarczająco dużą, żeby nie wyszedł głodny. Jakby pusty żołądek był problemem, którego akurat Vincent Monroe nie potrafiłby rozwiązać jednym telefonem. Jakby faktycznie miało dla niego znaczenie, czy zapełni go czymś ugotowanym w jej kuchni, czy daniem zamówionym z restauracji, podczas gdy jego prawdziwe problemy wyglądały właśnie tak.
K r w a w o.
Chciała zrobić dla niego coś dobrego za to, że on był dobry dla niej. Niestety nie przewidziała, że będzie to tak bardzo nieadekwatne do tego, czego rzeczywiście mógł potrzebować.
— Przyniosłam ci obiad — odpowiedziała w końcu. Te słowa zabrzmiały tak absurdalnie, jak się spodziewała, że zabrzmią. Obejrzała się odruchowo na pozostawioną przy drzwiach torbę, po czym ponownie odnalazła wzrokiem jego twarz.
Mogła na tym zakończyć. Przeprosić za wtargnięcie, zostawić jedzenie i wrócić na dół, pozwalając mu samodzielnie zająć się tym, czym najwyraźniej zajmował się za każdym razem, gdy nie było jej obok. Taki wybór byłby dla nich obojga prostszy – Vincent nie musiałby tłumaczyć krwi na ścianie, a ona mogłaby nadal udawać, że wiedza o jego życiu kończyła się na rzeczach, które dotychczas widziała.
Nie kończyła się.
Jej spojrzenie ponownie przesunęło się po obrażeniach. Rozcięty łuk brwiowy wyglądał gorzej, niż prawdopodobnie był w rzeczywistości, ale rana przy boku nie przestawała sączyć się przez materiał. Dłonie miał poharatane, a skóra na kostkach zaczynała już ciemnieć.
Znacznie bardziej martwiło ją to, czy ostrze weszło dostatecznie głęboko, żeby wymagało czegoś więcej niż oczyszczenia i p l a s t r a.
— Manager powiedział, że masz spotkanie. Poczekałam, a potem tamci wyszli — wyjaśniła, wskazując głową korytarz. — Nie minął nawet tydzień, Monroe — przypomniała mu, spoglądając na rozcięcie koszuli. — Gdzie trzymasz apteczkę?
Dopiero po wypowiedzeniu tych słów dotarł do niej kolejny absurd. Pytała o apteczkę tak, jakby to właśnie ona miała zająć się jego ranami, chociaż Vincent z pewnością posiadał cały sztab ludzi gotowych zareagować na jedno polecenie. Zapewne również takich, którzy potrafili szyć, opatrywać i nie bledli, jak ona, na widok krwi. Dla których podobne sytuacje były częścią pracy, a nie czymś, co nadal zaciskało boleśnie jej żołądek. Jej dotychczasowe doświadczenie z opatrywaniem Monroe sprowadzało się do przyklejenia mu plastra w kolorowe dinozaury. A mimo to stała przed nim, pytając o apteczkę, jakby w ogóle zakładała, że pozwoli jej pomóc.
Ale odzywało się w niej coś silniejszego niż świadomość absurdu całej tej sytuacji czy strach wywołany okolicznościami, w jakich go zobaczyła – była to troska o niego. Coś, czego pod żadnym pozorem nie powinna była względem niego wyhodować, bo stało w całkowitej sprzeczności z tym, co zamierzała zrobić. Wkrótce miała przecież wydać go ludziom, którzy z pewnością nie poprzestaliby na rozcięciu jego brwi i kilku ranach przy żebrach. Nie mogła przecież jednocześnie przejmować się każdą kroplą jego krwi i świadomie oddawać go w ręce, które przeleją jej znacznie więcej.
Nie mogła, ale przecież i tak to robiła.
Vincent Monroe
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie minął nawet tydzień.
Dlaczego więc miał wrażenie, że ich wspólnie spędzony wieczór nawiedzał go w tym czasie tysiąckrotnie?
Wracał do niego z uśmiechem wymalowanym na jej ustach i zaczepnym błyskiem w oku, z którym odpowiadała na jego drobne złośliwości własnymi. Z dotykiem jej dłoni, prowadzącej jego własną dzierżącą nóż, w próbie nauczenia go robienia z jego pomocą czegoś pożytecznego. Z plastrem w dinozaury, który pozostał na jego palcu zdecydowanie dłużej, niż musiał, nawet gdy na jego widok brew Avisa niemal spotkała się z jego linią włosów.
Przede wszystkim jednak wracał do niego z rosnącym przeświadczeniem, że Haze na to nie zasługiwała.
Że powinien trzymać się z dala, powinien pozwolić jej spędzać swoje życie w sposób pozbawiony dramatów, które do niego wnosił. W kameralnym lecz przytulnym mieszkaniu, gotując wieczorami obiady, spędzając czas z rodziną, która jej pozostała, chodząc na piesze wędrówki i uprawiając swoje nudne zainteresowania które desperacko chciał poznać.
I nawet teraz, na ułamek sekundy gdy jego wzrok powiódł w stronę drzwi zastanawiając się, czy któryś z członków jego spotkania ją zobaczył, jego serce gwałtownie przyśpieszyło, utwierdzając go w tym przekonaniu. Nie była tu bezpieczna.
Nie była przy nim bezpieczna.
Pragnął jej to powiedzieć. Wyjaśnić, natychmiast, wybić z głowy koncepcję wchodzenia do jego gabinetu, wykorzystać to, co w nim zastała jako argument. Otworzył nawet usta by to zrobić, gdy z jej, niepostrzeżenie, padła odpowiedź na zadane przez niego pytanie, na które odpowiedzi w ogóle się nie spodziewał.
- Obiad - powtórzył za nią, tłumacząc swoje opóźnione łączenie ze sobą kropek nieznośnym bólem głowy, która przyjęła na siebie uderzenie. Jego wzrok powiódł z kobiecej twarzy w stronę siatki, na którą spojrzała.
Przyniosła mu o b i a d.
Obiad, do którego kupiła składniki, który ugotowała własnoręcznie, zapakowała i przywiozła tutaj. Dla n i e g o.
Coś znów ścisnęło jego trzewia w ten gwałtowny sposób, jak wtedy, gdy sięgnęła do jego twarzy chusteczką. Głęboka potrzeba wyproszenia jej z gabinetu nagle wydawała się nieracjonalna, niegrzeczna. Nagle nie chciał tego zrobić.
Nagle przeszkadzała mu krew na ścianie i krew spływająca po jego skroni. Przede wszystkim jednak przeszkadzała mu jego potargana koszula i zmierzwione włosy.
- Ponieważ miałem spotkanie - odpowiedział rzeczowo, unosząc obitą dłoń w górę by, w sposób nie zmieniający absolutnie niczego w jego ogólnym odbiorze, zaczesać opadające na jego czoło kosmyki do tyłu. - I wbrew pozorom, poszło całkiem nieźle.
Uśmiechnął się krzywo, wysuwając zza biurka, przy którym tkwił chwilę wcześniej. Jego gabinet był przestronny - głównie dlatego, że nie potrzebował go do organizacji większych spotkań. Przedzielony na dwie sekcje, posiadał część bardziej oficjalną i mniej. Po prawej stronie od wejścia tkwił barek, fotele oraz dalej, pod ścianą, jego biurko. Po lewej zaś przestronne okno wypełniało przestrzeń wpadającym do środka światłem gasnącego już słońca, a pod nim tkwiła kanapa, stolik kawowy, półki z książkami, nawet ładny dywan - który ktoś wybrał za niego.
Na pierwszy rzut oka widać było, w której sekcji odbywało się spotkanie.
Podszedł do stolika, na którym wciąż tkwiła jego szklanka - już pusta. Sięgnął po nią, tłamsząc w sobie syknięcie gdy pochylenie się rozlało kolejną falę gorąca po jego rozciętym boku. Wiedział, jakiego rodzaju obrażenia wymagały natychmiastowej ingerencji - te nimi nie były.
Nawet, jeśli obraz na krawędzi jego pola widzenia lubił zachodzić ciemnością, a wściekłość wciąż odbierała mu odrobinę trzeźwego myślenia.
- Nic mi nie będzie - odpowiedział, nie widząc potrzeby sięgania po apteczkę, przynajmniej nie teraz. Nie przeszłoby mu przez myśl, że Haze planowałaby cokolwiek z nią zrobić, nie doszukiwał się więc w tym prostym pytaniu żadnego znaczenia. Podszedł do barku, sięgając do butelki alkoholu, który przynieśli - szkocka whiskey, smakowała paskudnie ziołowo, ale w tej chwili wiele rzeczy było mu wszystko jedno.
Alkohol chlusnął do szklanki, po czym równie szybko z niej zniknął w próbie zamaskowania tego ćmienia, które odbierało mu zdolność sensownego formułowania zdań.
- Ale skoro o tym mówisz. - tknęło go, nagle, gdy jego wzrok padł na stojący obok kredens. Sięgnął do pierwszej szuflady i wyjął ze środka małe opakowanie. Kolorowe dinozaury błyszczały na jego wierzchu. Odwrócił się i podrzucił pudełko w jej stronę, wiedząc, że je złapie. - Też nie lubię mieć długów.
Kącik jego ust drgnął ku górze. Miał nadzieję, że nie dostrzeże tego, że pudełko było otwarte. W innym wypadku musiałby jej wyjaśnić, że nie znalazł takich z samym pterodaktylami, więc wykupił pięć paczek i wyjął z nich wyłącznie te z jej ulubionym dinozaurem, wsadzając w jedno pudełko.
A byłoby to kurewsko żenujące.

Violet Haze
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Całkiem nieźle — powtórzyła, przeciągając spojrzeniem po bałaganie, który po owym całkiem niezłym spotkaniu pozostał. Po przewróconym krześle i rozsypanych dokumentach, po krwi na meblach, podłodze oraz ścianie. — Aż boję się zapytać, ile masz sprzątania po tych, które idą kiepsko.
Mogła się tylko domyślać, że nie wszyscy wychodzili stąd później o własnych siłach. Nie miała pojęcia, ile podobnych spotkań odbywało się w tym gabinecie ani jak często pozostawały po nich ślady, które widziała teraz. Sam fakt, że żaden z pracowników klubu nie zareagował na dobiegający z góry hałas, sugerował jednak, że to, co dla niej wyglądało jak pobojowisko, tutaj nie stanowiło niczego szczególnie niezwykłego.
Najprawdopodobniej było częścią jego codzienności.
Co w tym wszystkim było najdziwniejsze – nie przejmowała się mężczyznami, którzy przed kilkoma minutami opuścili ten pokój. Nie interesowało jej, w jakim stanie weszli, ile należącej do nich krwi rozmazano po ścianach ani czy zawsze mieli szczęście wyjść później na własnych nogach.
Interesowało ją jedynie, w jakim stanie wychodził stąd Vincent.
Na tym właśnie polegał absurd Violet Haze. Potrafiła martwić się rozcięciem przy jego żebrach, choć jednocześnie zamierzała (?) sprowadzić go do roli zapłaty za kogoś bliskiego. Oddać w ręce ludzi, którzy z pewnością nie poprzestaliby na kilku ciosach i powierzchownej ranie. Gdy nadejdzie odpowiedni moment, sama miała przecież sprawić, że to Monroe znajdzie się po niewłaściwej stronie podobnego spotkania.
A jednak śledziła teraz każdy jego ruch.
Mógł poprawić włosy, uśmiechnąć się krzywo i zapewniać ją, że nic mu nie będzie. Nie ukrywało to krótkiego napięcia, które pojawiło się chwilę wcześniej, kiedy wychodził zza biurka, ani ostrożności towarzyszącej pochyleniu nad stolikiem. Violet wychwytywała te niewielkie oznaki dyskomfortu, a każda z nich sprawiała, że jej serce zaciskało się boleśnie.
— Vincent — zaczęła, nadal zupełnie nieprzekonana jego zapewnieniem. Troska, której w żadnym razie nie powinno być, przesunęła ją o krok w jego stronę. Monroe nie dał jej jednak ponownie zapytać o apteczkę. Sięgnął do szuflady, a chwilę później niewielkie opakowanie pomknęło w jej kierunku.
Przechwyciła je obiema dłońmi i od razu rozpoznała kolorowe dinozaury na pudełku. Wieczko było już naruszone, więc uchyliła je ze zwykłej ciekawości, wysuwając kciukiem ze środka różowy plaster z wyjątkowo brzydkim, pomarańczowym pterodaktylem. Zza niego wychylał się następny. A za nim jeszcze jeden.
Przesunęła kilka plastrów, sprawdzając zawartość opakowania. Potrzebowała chwili, żeby zrozumieć, że raczej nie przyglądała się pomyłce powstałej na etapie produkcji, bo sama kupowała te plastry dostatecznie często, żeby wiedzieć, że pomiędzy pterodaktylami powinny znajdować się również inne dinozaury. Tyranozaury, stegozaury, triceratopsy.
Tutaj ich nie było.
Coś ścisnęło ją przyjemnie od środka, kiedy podniosła spojrzenie z trzymanego plastra na Vincenta. Uśmiech pojawił się na jej ustach jeszcze zanim zdążyła go powstrzymać; realny i tym razem wcale nie tak oszczędny.
— Jesteś… — zaczęła i urwała niemal natychmiast. W ostatniej chwili powstrzymała język przed nazwaniem Vincenta Monroe u r o c z y m. Nie tylko dlatego, że to słowo zupełnie nie pasowało do rozmazanej po ścianie krwi, przewróconego krzesła ani jego zwichrzonej fryzury, miejscami skropionej szkarłatem. — Czarującym mężczyzną — dokończyła ze szczątkową powagą, odnajdując w pośpiechu znacznie bezpieczniejsze słowo.
Nie wybrała go przypadkowo. Sam przedstawił się w ten sposób podczas ich pierwszego spotkania, z właściwą sobie skromnością.
Już wtedy nie sposób było zupełnie się z nim nie zgodzić.
— Muszę przyznać, że to całkiem kreatywny pomysł na dywersję, Vincencie Monroe — pociągnęła, zaciskając palce na opakowaniu. — Wielka szkoda, że trafiłeś na przeciwnika, którego niełatwo zwieść charyzmą i pterodaktylami. — Ostatnie słowa wypowiedziała niemal konspiracyjnie, pokonując następny krok dzielącej ich odległości. Z bliska dotarła do niej ostra, dziwnie ziołowa woń alkoholu, ale jej spojrzenie zamiast na szklance zatrzymało się ponownie na rozciętym materiale koszuli. — A teraz odstaw szklankę i pozwól mi cię obejrzeć — poprosiła. — Jeżeli naprawdę nic ci nie będzie, stracisz może minutę, za to zyskasz pretekst do przypominania mi, że miałeś rację.
Postąpiła jeszcze odrobinę bliżej, unosząc wolną dłoń w stronę rany przy jego boku. Nie dotknęła jej; zatrzymała palce kilka centymetrów od rozerwanego materiału i podniosła spojrzenie na mężczyznę.
— Ale jeżeli mnie okłamujesz, Pterodaktyl Piotrek będzie bardzo niepocieszony, kiedy przykleję go na kłamczucha.
Fakt – dinozaury z plastrów miały swoje imiona. I tak, znała je na pamięć. Wystarczyło przecież odwrócić opakowanie, żeby zapoznać się z całą drużyną. Nie była to informacja, którą zamierzała dzielić się z nim podczas ich pierwszego spotkania czy nawet któregokolwiek, bo znajomość imion dinozaurów zestawiona obok chodzenia po górach, gotowania i k r z y ż ó w e k sprawiała, że nawet sama zaczęłaby się uważać za żałosną, jednak obecna sytuacja wymagała bardzo radykalnych środków. Zapoznania Monroe z gwiazdą z opakowania.
when is a monster not a monster?
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Całkiem nieźle nie tworzyło racjonalnej odpowiedzi, którą powinien usłyszeć odbitą przez osobę wkraczającą do uwalonego krwią gabinetu.
Spodziewał się wszystkiego innego, od cichego wybiegnięcia natychmiast w chwili, w której stanęła w progu, aż po pełen paniki krzyk. Mógł być skrzywiony, mógł doświadczać przemocy każdego dnia i każdego dnia w jakimś zakresie ją wyrządzać, ale rozumiał, że to nie było n o r m a l n e.
Wyłącznie na tym w jego oczach polegał absurd Violet Haze. Była kompletnie oderwana od tego świata, od tej codzienności, której większość społeczności doświadczała co najwyżej w krzykliwych nagłówkach gazet - a jednocześnie, na swój sposób, kompletnie nią nieprzejęta.
Coś zacisnęło się w jego żołądku gdy złapała opakowanie - szarpnęło, gdy spojrzała na uchylone wieczko i dostrzegła, że było otwarte. Naprawdę wolał, by tego nie sprawdzała, nie teraz. Wiedział, jak cholernie idiotyczne to wszystko było. Pragnął natychmiast wyjaśnić, znaleźć sensowne wytłumaczenie.
Tkwiąc na którymś spotkaniu parę dni wcześniej spoglądał na ten pieprzony plaster na jego dłoni jakby wciąż był w stanie dostrzec trzymające go, kobiece dłonie. Następnego dnia wpatrywał się tak w leżące opakowanie na jego biurku, j e d n o opakowanie, które oglądał i studiował byle tylko znaleźć sobie zajęcie w trakcie nudnego wywodu jego menadżera. J e d n o opakowanie na którym, ku swojej irytacji, dostrzegł, że tych dinozaurów było mnóstwo i pterodaktyle stanowiły bardzo mały ułamek, było ich wręcz mniej niż pozostałych. Czy musiała nawet nieszczęśliwie dobierać sobie ulubiony rodzaj?
Uśmiech, w którym rozciągnęły się jej usta zalał jego napięte ciało ulgą, która na moment przyćmiła nawet rwący ból w boku i świadomość własnego nieułożenia. Przyniósł też coś jeszcze, ciepło rozlewające się po jego trzewiach, niemające nic wspólnego z wypitym alkoholem - sposób, w jaki promieniała na widok tych głupich dinozaurów sprawił, że jeden z tysiąca popsutych elementów w jego wnętrzu zaczynał się naprawiać.
- To chyba pierwszy raz, gdy to słyszę w takich okolicznościach - dostrzegł z rozbawieniem, plecami opierając się o krawędź wysokiej komody, jego wzrok prześlizgnął po przewróconym fotelu i krwi pokrywającej ścianę. - Lub drugi.
Nie był idiotą. Sprostowanie: nie był doszczętnym idiotą. Wiedział, że prędzej czy później będzie potrzebował tej cholernej apteczki, że ktoś będzie musiał tutaj przyjść i mu w tym pomóc.
Problem polegał na tym, że ludzie byli ostatnim, czego chciał w chwili obecnej doświadczać. Wciąż, na swój sposób roztrzęsiony i nieswój, czuł wściekłość drzemiącą pod jego skórą. Wiedział, że proces oczyszczania rany przyniesie więcej bólu, choć krótkoterminowego, niż zwyczajnie jej ignorowanie w chwili obecnej. Wolał najpierw o d t a j a ć, przygotować się mentalnie na wyjście do świata zewnętrznego po spotkaniu, które poszło nieźle, ale nie powinno odbyć się w ogóle.
- Nie wiedziałem, że dorabiasz sobie również jako pielęgniarka - odrzucił, wbrew swojemu beztroskiemu tonu nie ruszając się ani na krok - jego wzrok zaś śledził zbliżającą się kobietę. Była już blisko, wystarczająco blisko by wraz z jej zapachem, echa ostatniego wieczoru znów wybrzmiały w jego głowie. - Czy to jest coś, czego nauczyli cię na studiach? - dodał zaczepnie, z odrobiną złośliwego błysku w oku w tej samej próbie dywersji, która odbywała się wcześniej. Tym razem miała polegać na dalszym zgrywaniu idioty, bo choć nie studiował, potrafił wyobrazić sobie, że praca, którą posiadała w przeszłości, była dużo istotniejsza niż opatrywanie gangsterów na zapleczach podejrzanych barów.
Nie musiała tego dla niego robić. Nie musiała przynosić mu obiadu, którego obecność przy drzwiach wciąż nie dawała mu spokoju. Cholera, nie p o w i n n a robić żadnej z tych rzeczy i wyłącznie dlatego, nie pozwolił sobie drgnąć, nie sięgnął do guzików koszuli, nie poczynił żadnego ruchu, który mógłby faktycznie pozwolić mu być obejrzanym przez nią.
Tkwił wyłącznie w miejscu, zmuszając ją, by podeszła bliżej.
- Pterodaktyl Piotruś może nie podołać takiemu zadaniu - parsknął, jego palce zastukały o trzymaną szklankę. - Do takich rozmiarów myślę, że potrzebna będzie Dino Danusia.
Spędził zdecydowanie zbyt wiele czasu nad pieprzonym plastrami w dinozaury.

i can be gentle, but only for you
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odmawiać pomocy można było na kilka sposobów i słowo nie n i e było przy tym konieczne – wiedziała o tym doskonale, bo przyjmowanie pomocy było dla niej jedną z najtrudniejszych rzeczy. Jednocześnie w relacji z Vincentem Monroe skazana była niemal na to, aby jednak ją przyjmować. Miała już całkiem sporą listę przypadków, w których on jej pomógł, a ona nieszczególnie go o to prosiła i nieszczególnie tego chciała; przynajmniej na etapie, na którym mogła jeszcze udawać, że doskonale poradziłaby sobie bez niego.
A on nie pytał. Po prostu robił.
Co sprowadzało ich do tej konkretnej sytuacji, w której śmiało można byłoby nazwać go h i p o k r y t ą. Hipokrytą przemycającym mniej lub bardziej subtelnie swoją pomoc, który sam troski przyjąć nie chciał. Wykorzystywał wszystkie sposoby odmowy bez nie, które znała niemal doskonale – bagatelizowanie problemu, zmianę tematu, aż finalnie postawienie drugiej osoby w sytuacji, w której musiała wyjaśniać, dlaczego w ogóle próbowała się nim zainteresować. Jakby to jej zainteresowanie wymagało uzasadnienia, a nie jego upór w ignorowaniu krwi przesiąkającej przez koszulę.
Wszystkie trzy już wykorzystał.
Nie odpowiedziała na jego pytania, nie chcąc pozwolić mu rozmyć problemu w rozmowie o jej wykształceniu czy kolejnych sposobach zarabiania na życie. Nie potrzebowała dyplomu pielęgniarki, żeby zauważyć, że krwawił; nie musiała też mieć szczególnych kwalifikacji, aby się tym przejmować. I właśnie tej drugiej rzeczy wolała na głos nie tłumaczyć. Łatwiej było udawać, że chodziło wyłącznie o ranę, którą należało obejrzeć, niż przyznać, jak duże znaczenie miało dla niej to, do kogo należała.
— Pterodaktyl Piotrek — sprostowała. — Piotruś brzmi, jakbyście zdążyli się już zaprzyjaźnić.
Monroe musiał spędzić z pudełkiem dostatecznie dużo czasu, żeby zapamiętać również Dino Danusię. Była to kolejna rzecz, którą odnotowała, a której nie zamierzała komentować, głównie dlatego, że ów drobny uśmiech nadal nie chciał zejść z jej ust i prawdopodobnie zdradzał już wystarczająco dużo.
Odłożyła pudełko na komodę obok niego, po czym podeszła bliżej, na tyle, żeby nie musieć już wyciągać ręki. Jego zapach stał się wyraźniejszy woń alkoholu mieszała się z czymś cieplejszym i znacznie bardziej znajomym – z jego skórą, perfumami oraz ledwie wyczuwalną, choć charakterystyczną dla niego, nutą dymu.
Ujęła delikatnie brzeg przeciętej koszuli i odsunęła go od rany. Jej opuszki musnęły rozgrzaną skórę przy jego boku niemal z nabożną ostrożnością. Rozcięcie nie wyglądało na szczególnie głębokie. Nie na tyle, żeby potwierdzić najgorsze z jej obaw, chociaż nadal krwawiło i z pewnością nie zamierzało przestać wyłącznie dlatego, że Vincent uznał je za coś, co można zignorować.
Niemniej poczuła ulgę, choć nie na tyle dużą, żeby pozwolić mu dalej udawać, że problem nie istniał.
— Wygląda na to, że Piotrek rzeczywiście mógłby tu nie podołać — przyznała niechętnie.
Opuściła materiał i przeniosła spojrzenie na jego twarz; z tej odległości zmuszona odchylić głowę nieco bardziej. Wyraźniej widziała teraz krew zaschniętą przy łuku brwiowym, rozciętą wargę oraz zmęczenie, którego nawet on nie mógł schować pod tym swoim zaczepnym błyskiem spojrzenia. Przez krótką chwilę miała ochotę sięgnąć wyżej, odsunąć włosy od brwi i sprawdzić również to rozcięcie, ale zatrzymała dłoń przy sobie.
— Apteczka — przypomniała; tym razem nie ubierając tego w pytanie ani prośbę. — I mogę nie być łobuzem jak ty — idealne określenie, całkowicie niedookreślające tego, kim był Vincent Monroe — ale wydaje mi się, że po oberwaniu w głowę nie powinieneś pić.
Wsunęła dłoń na trzymaną przez niego szklankę, obejmując palcami wolny fragment szkła. Miejsca było niewiele, więc otarła się przy tym o jego rękę i przez moment zamiast pociągnąć, jak zamierzała, po prostu trzymała naczynie razem z nim. Dopiero później spróbowała przesunąć je ku sobie – niezbyt stanowczo, bardziej sugerując mu oddanie szklanki niż rzeczywiście próbując ją odebrać siłą. Nie chciała się z nim szarpać. Po pierwsze – przegrałaby i to w przeciągu ułamka sekundy. Po drugie – chciała, żeby po prostu pozwolił jej zrobić dla niego coś dobrego. Bez rozliczenia i bez długów do uregulowania.
Po tym niewielkim szarpnięciu ostra, ziołowa woń alkoholu ponownie uderzyła w jej nozdrza. Zmarszczyła lekko nos, zerknęła na zawartość szklanki, a później podniosła wzrok na Monroe.
— Oddam ci, jeśli będziesz grzecznym pacjentem.
i care. i will always care.
stop the bleeding
anthony bennet
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Rapture”