ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu, potrzebując upewnić się, czy aby na pewno dobrze usłyszał. Pojedyncze pasma włosów opadły jej na twarz i przykleiły się do mokrych policzków, przecinając czerwone smugi pozostawione przez jej palce. Pod nimi skóra była blada, niemal szara; a przez to tym wyraźniej odznaczały się na niej zaczerwienione oczy i usta, które rozchylała przy kolejnych próbach złapania oddechu. Jeszcze niedawno tymi samymi ustami wyjaśniała mu, dlaczego zasłużył sobie na wszystko, co go spotkało. Teraz ledwie potrafiła złożyć zdanie. I to w obronie człowieka, który przyłożył się do tego, jak wyglądała.
— A jakie miał rozkazy? — prychnął, marszcząc brwi. — Przynieść ci kwiaty? Bianca, on miał cię zabić.
Dla niego nie było tu zbyt dużo miejsca na wątpliwości. Przez lata pracował zarówno z ludźmi, którzy wydawali podobne polecenia, jak i tymi, którzy je wykonywali; sam dość długo należał do obu grup. Wiedział, jak wygodnie można było oddzielić podjętą decyzję od jej wykonania, zwłaszcza gdy później trzeba było opowiedzieć o tym komuś, kto nie podzielał równie swobodnego podejścia do cudzego życia. Jeden tylko wskazywał nazwisko, a drugi tylko naciskał spust.
Poruszył kciukiem na jej nadgarstku, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak mocno go przytrzymywał. Poluzował palce, nie zabierając jednak ręki. Jej skóra była mokra i chłodna, a drobne drżenie przechodziło pod jego dłonią pomimo tego, że przestała się szarpać. Wzrok na moment uciekł mu niżej, ku świeżej krwi zbierającej się w rozcięciach - nie podobało mu się to. Tak samo jak sposób, w jaki siedziała, ciasno zwinięta wokół własnego bólu, choć przecież miała szwy, na które powinna uważać.
Na nią również powinien ktoś uważać i najwyraźniej padło na niego.
— Broniłaś się — powiedział, wracając spojrzeniem do jej twarzy. — Nie poszłaś tam po niego. To on przyszedł po ciebie.
Nie zamierzał przekonywać jej, że odebranie komuś życia nie miało znaczenia. Dla niego często nie miało; dla Navarro najwyraźniej znaczyło dostatecznie dużo, żeby przysłonić jej wszystko, co do tego doprowadziło. Patrzył na nią i powoli zaczynał rozumieć, że podczas gdy on widział przede wszystkim kobietę, która przeżyła, ona zdążyła już znaleźć sobie kolejny powód, żeby uznać to za coś niewłaściwego.
Nie rozumiał jednak, co miałby jej powiedzieć. Że było mu przykro? Nie było. Że żałował tego człowieka? Gdyby dostał możliwość cofnięcia się do mieszkania, jedyną zmianą, którą chętnie by wprowadził, byłoby dopilnowanie, żeby skurwysyn nie zdążył dobrać się do Navarro. Całą resztę jego losu przyjąłby z dokładnie taką samą obojętnością.
To wszystko było tak kurewsko niedorzeczne, że przez moment nie wiedział nawet, od czego zacząć.
— Byłaś niewinna, Bianca. — Słowo zabrzmiało d z i w n i e w jego ustach; zwłaszcza skierowane do niej, po wszystkim, co zdążył jej zarzucić. Nie wycofywał jednak żadnego z tych oskarżeń; teraz mówił o czymś mocno różnym od jej przewinień wobec niego. — Zrobiłaś dla nich to, czego chcieli. Poświęciłaś trzy i pół roku, wsadziłaś mnie do aresztu i pilnowałaś do samego końca. Wykonałaś swoją r o b o t ę.
Przez jego szczękę przemknęło napięcie; nie potrafił mówić o tym całkiem swobodnie i obojętnie, jakby chodziło o cudze aresztowanie i cudzą głupotę, która do niego doprowadziła. Nie odwracał jednak spojrzenia od jej twarzy i obserwował wilgoć zbierającą się przy jej dolnych powiekach i ten drobny, nierówny ruch ust, z którego nie powstawały jeszcze żadne słowa.
Nie znosił tego widoku. Znacznie łatwiej było mu znosić Navarro, kiedy pluła na niego jadem, próbowała wyprowadzić go z równowagi albo patrzyła z wyższością, którą najchętniej starłby jej z twarzy. Wtedy przynajmniej wiedział, co z nią zrobić – mógł oddać, powiedzieć coś gorszego i podejść bliżej właśnie tylko dlatego, że tego nie chciała.
— Posłuchaj — zaczął, opadając tyłkiem na deski pomostu. — Nie miałaś obowiązku dać się zabić tylko dlatego, że ktoś mu kazał powiedział stanowczo. Absurdem było, że musiał jej to teraz wykładać. Że tego nie widziała. — Ani dlatego, że obiecałaś im poświęcić życie służbie. To nie jest, kurwa, to samo.
you live by fucked-up rules
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Męski głos przebijał się przez szum wypełniający przestrzeń wokół niej, wybrzmiewał ponad rozpaczliwym waleniem serca w jej klatce piersiowej. Znów chwytała się go kurczowo, choć tym razem to nie jej ciało lgnęło do jakiejś stabilności w morzu jej pozbawionym - tym razem to jej umysł, desperacko poszukujący wyjścia z tych alejek, w które nie chciała dalej brnąć.
Skupiała się na jego brzmieniu. Był znacznie cichszy, mniej jadowity niż mogła się tego po nim spodziewać. Nie zorientowała się nawet, gdy jego właściciel znalazł się obok, po prostu nagle tutaj był - a w miarę, gdy jej powieki zamykały się i opadały, umysł coraz mocniej przyswajał fakt tej jego obecności.
Oraz wszystko to, co mówił - wszystko to, czego była już świadoma, a co jednocześnie w żaden sposób jej nie pocieszało.
Pokręciła głową, odruchowo, w zaprzeczeniu, choć jeszcze jej usta były zamknięte, ciało zbyt skupione na oddychaniu, które stało się nieco lżejsze.
Jego głos był jak nitka, rozrzucona w tym pieprzonym labiryncie - nitka, po której poruszając się może nie potrafiła zostawić rozpaczy za sobą, ale oddaliła się od niej wystarczająco, by dostrzegać inne opcje.
Nawet, jeśli pierwszą z nich, której się chwyciła, było wyparcie.
- Byłam ślepa - zaprzeczyła cicho, jej wzrok niesfornie pomknął w stronę wody, znów uświadamiając jej, że nieustannie była przez nią otoczona.
Zacisnęła powieki nim zakręciło jej się w głowie. Jej dłonie, jedna zamknięta w uścisku, którego świadomość jeszcze nie przedarła się do jej ogarniętego paniką ciała, rozwarły się i zamknęły w pięści, wydobywając kolejne, drobne igiełki bólu obecnych w nich rozcięć.
- Powinnam to przewidzieć - kontynuowała, poczucie winy wylęgało się z jej zepsutego wnętrza, rozlewało po całym ciele frustracją i złością. Przekrzywiła głowę, opierając policzek o kolana podkulonych pod siebie nóg w jakiejś skomplikowanej próbie uziemienia się. Nie chciała, by dalej kręciło jej się w głowie. - Powinnam zauważyć, że coś planują, a to wszystko idzie w tym kierunku.
Ponieważ teraz, gdy cofała się w tył, dostrzegała nieprawidłowości.
Spojrzenia wymienione między mężczyznami przesłuchującymi ją w pokoju gdy porzucała swoją przykrywkę. Obcych agentów obsługujących wypuszczenie Vissera w miejscu tych, których znała. Niewinną pogawędkę przy kawie z jakimś garniakiem, podpytującym ją o jej plany na powrót do Nowego Jorku i rodzinę, za którą mogłaby tęsknić.
To wszystko zaczynało się układać, choć nie potrafiła dostrzec w tym sensu.
Zaledwie rozrzucone na planszy kawałki układanki. Wiedziała, że na swój sposób do siebie pasowały - jak puzzle z dwóch różnych fragmentów, dzielące kolory i stylistykę, ale niezdolne do połączenia się ze sobą w sensowną całość.
- Byłam tak skupiona na tobie, że nie widziałam niczego innego - wyrwało jej się, wzrok utkwił gdzieś w punkcie męskich palców zaciśniętych na jej nadgarstku, wciąż jednak patrząc, lecz nie w i d z ą c. - Co, jeśli go znałam? - kolejne zdanie, kolejna paniczna myśl wypowiedziana na wydechu. Jej policzek oderwał się od kolan, twarz jeszcze bardziej zbladła, jeśli było to w ogóle fizycznie możliwe. Jej klatka piersiowa znów uniosła się w górę i opadła w dół, gwałtownie, spazmatycznie, gdy kolejna alejka kusiła ją spiralą myśli zdolnych ją pochłonąć. - Pod kominiarką... - dodała, zastanawiając się, jakiego koloru miał oczy.
Niebieskie? Zielone? Czy potrafiłaby rozpoznać go po samych oczach? Dlaczego nie zwracała na te rzeczy żadnej uwagi? Dlaczego była tak głupia i nieuważna?
Wiedziała przecież, że te wpatrujące się teraz w nią były brązowe.

without rules there's only despair
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”