ODPOWIEDZ
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

outfit

Był skołowany.
Nie wiedział tylko czy od alkoholu pulsującego w jego żyłach, najpewniej zamiast krwi, czy od bałaganu, który pozostawiła mu w głowie pewna ciemnowłosa.

Miał nie pić. Miał zostać w domu i rozkoszować się ciszą i niezmąconym spokojem, jakiego nie zaznał od ponad miesiąca. Wreszcie miał szansę na chwilę zwolnić i złapać oddech. Ale kiedy w piątek wieczorem wrócił do pustego mieszkania, cisza i spokój okazały się dla niego zbyt uciążliwe, bo mimowolnie przywoływały obrazy z zeszłego weekendu w Misano. A Lucien teraz nie chciał zajmować nimi swoich myśli.
Próbował nie dopuszczać do siebie żalu, jaki czaił się gdzieś w głębinach jego świadomości. Miał wrażenie, że znów bezsensownie pozwolił sobie na nadzieję. Dała mu ją obietnica spotkania w Toronto, gdy oboje wrócą do miasta. I odezwał się do Zoi w tej sprawie, kiedy tylko zyskał ku temu okazję. Niestety, nie dostał żadnej odpowiedzi zwrotnej.
Milczenie z jej strony wydało mu się dziwne, więc następnego dnia po kolejnych wiadomościach bez odpowiedzi postanowił odwiedzić ją w jej mieszkaniu, licząc na to, że ją spotka. Jednak jedyną osobą, jaką zastał na miejscu, był jej współlokator, który napomknął tylko, że wyjechała. Wtedy po raz kolejny naszła Spencera myśl, że… chyba znowu jej się narzucał.
To Ellie namówiła go na imprezę. Organizowała domówkę w willi rodziców, w jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic miasta. Zarzekał się, że przyjechał tam tylko i wyłącznie dla świętego spokoju, ale gdy wręczyła mu kubek z piwem, wahał się tylko chwilę, zanim pociągnął pierwszy łyk.

Chodź, chodź, łyk, łyk, shot, shot, cyk, cyk.

Po trzech takich kubkach i ośmiu szotach tequili stracił rachubę. Rzadko można było go spotkać w takim stanie, dlatego znajomi wcale go nie oszczędzali. Przyjemny szum w głowie w połączeniu z basem muzyki puszczanej z konsoli znanego dja skutecznie zagłuszał jego myśli. Dał się porwać zabawie i po prostu odpuścił.
Nawet nie zarejestrował momentu, w którym zgubił swoje towarzystwo i zaczął rozmawiać z jakąś dziewczyną. Wystarczyła chwila, a już po chwili wylądował z nią na parkiecie. Długonoga brunetka w skąpym stroju wiła się przy nim w tańcu. W pewnej chwili odwróciła się do niego tyłem i zaczęła się ocierać o niego swoim zgrabnym tyłkiem, przylegając do niego całym ciałem i pozwalając mu wędrować po niej dłońmi.
Krążący w jego organizmie alkohol mieszał mu w głowie, sprawiając, że wraz z każdą kolejną chwilą w towarzystwie Cath, Cory, Chloe, czy jak się przedstawiła, zaczął odczuwać coraz większą potrzebę bliskości. I już, już, odwrócił ją ku sobie, żeby sięgnąć jej ust, ale wystarczyło, że przesunął spojrzeniem po jej twarzy, od oczu, aż po usta i… wiedział, że nie tego szukał.
Zaraz więc wylądował z kolejnym kubkiem piwa na kanapie i wdał się w rozmowę o niczym z grupką innych dziewczyn, ale na propozycję tańca podziękował, grzecznie zachęcając je do dalszej zabawy, bez niego.
Gdy w końcu na chwilę został sam, opadł na sofę z ciężkim westchnięciem i sięgnął po telefon. Nie powinien już czekać na wiadomość, ale brak jakiegokolwiek odzewu ze strony Zoi wywoływał w nim ukłucie żalu. Przez chwilę bił się z myślami, zanim zajrzał na jej profil, łamiąc swoją dzisiejszą zasadę, żeby nie sprawdzać, co u niej. Nie miała żadnych relacji, ale to nie przeszkodziło mu w przejrzeniu po raz enty wstawionych przez nią postów z kurami, selfie, czy ostatniego photobombu z Włoch, na co mimowolnie uśmiechnął się kącikiem ust.
Powrócił na górę jej profilu i jego wzrok padł na okienko wiadomości. Przygryzł wargę z wahaniem, bo przecież najwyraźniej nie tego chciała. Mimo to impulsywnie wyświetlił okno.
To, co zobaczył w zamian, sprawiło, że jego serce nagle przyspieszyło swoje obroty. Wystrzelił znienacka tułowiem do przodu, opierając przedramiona o kolana i jeszcze raz przeczytał wiadomość.

Lucien, zgubiłam telefon.
Odezwij się do mnie XXXXXXXXX


Nie potrafił powstrzymać szerokiego uśmiechu, który momentalnie rozświetlił jego twarz. Wcale jej się nie narzucał. Chciała nadal mieć z nim kontakt.
Borze zielony, co za ulga!
Zanim przemyślał sprawę, już wybrał połączenie i przyłożył telefon do ucha, z rosnącym podekscytowaniem słuchając kolejnych sygnałów. Kiedy w słuchawce odezwał się nieco niewyraźny głos, był zbyt zaaferowany tym telefonem, żeby zastanowić się, czy to nie było dość podejrzane.
Dobry wieczór, słoneczko moje najpiękniejsze — zaczął głębokim głosem, uśmiechając się do siebie wybitnie radośnie. — Już myślałem, że postanowiłaś mnie zghostować. Ale miałaś dobry argument, więc wybaczę Ci — oznajmił spokojnie, zadowolony ze swojej wspaniałomyślności. — Tylko proszę, nie rób mi tego więcej, dobrze? — przechylił głowę znacząco, czego jednak nie mogła przez telefon zobaczyć, więc pozostało jej jedynie wydedukować to po tonie.
Naprawdę nie był pewien, ile jeszcze był w stanie znieść tego dziwnego zawieszenia, w jakim się znajdował w kwestii ich relacji. Chcąc nie chcąc, jej nagłe zniknięcie pozostawiło po sobie pustkę, której nie potrafił załatać. A teraz ogromnie mu ulżyło, że nie wszystko między nimi było stracone.
No, chyba, że po hektolitrach alkoholu, które tego wieczoru wypił, wygłupi się na tyle, że Zoya nie będzie chciała go znać. Ale czy taka możliwość w ogóle w tej chwili do niego docierała? Bynajmniej.
Niepostrzeżenie kątem oka zauważył uśmiechające się w jego kierunku miłe dla oka nieznajome.
Zoyaaa — westchnął przeciągle i oparł wolną dłoń o swój policzek. — Ratuj mnie. Jestem na celowniku chyba wszystkich panien na tej imprezie — jęknął żałośnie i wykrzywił swoją twarz zbolały, a natknąwszy się na spojrzenia tych kobiet, odwrócił głowę w zupełnie inną stronę.
I cholera, tam też inne zerkały na niego z zaciekawieniem. Ostatecznie przesunął więc dłoń z policzka na swoje czoło i wbił twarz w podłogę, próbując ustabilizować trochę wirujący świat. Piwo, które przed chwilą skończył, chyba zaczynało wchodzić w niego ze zdwojoną mocą.


Zoykaaaa
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W półśnie nie rozpoznała od razu głosu Luciena. Jęknęła sennie do słuchawki, nijak nie reagując na to serdeczne powitanie, po czym przekręciła się z brzucha na plecy. Potem oderwała aparat od od ucha i zerknęła na ekran. Dochodziła pierwsza w nocy.
Lucien? — zgadła znienacka, usłyszawszy dalszą część wypowiedzi. Nagle poderwała się do siadu i choć w głosie Zoi nadal pobrzmiewała senność to była już całkiem przytomna. — Jesteś pijany? — zapytała gwałtownie. Nie dało się zignorować tych przeciąganych spółgłosek oraz wylewności z jaką mówił. W dodatku w tle słyszała głośną, choć przytłumioną muzykę idealną do jakiejś potupajki.
Mocno zdezorientowana wysunęła nogi spod kołdry i stanęła boso na podłodze. Właściwie nie spodziewała się, że się do niej odezwie. Kiedy wracała do domu z Cree, prawdopodobnie gdzieś po drodze wypadł jej telefon, więc odkąd napisała Lucienowi wiadomość, kilkukrotnie w ciągu dnia sprawdzała czy odczytał. Skoro jeszcze tego nie zrobił łudziła się, że m o ż e wpadła do spamu albo zginęła gdzieś pod lawiną innych powiadomień. Najpewniej powiadomień od fanów.
Z tego też względu Zoya napisała swój numer pod jego paroma zdjęciami, ale prawda była taka, że natychmiast zniknął on pod falą komentarzy z gratulacjami po ostatnim wyścigu. Niewiele mogła zrobić.
Miała wtedy wrażenie, że wszystko się na nią uwzięło i zgodnie z tym przeczuciem, niedługo po zgubieniu telefonu straciła również pracę. I to nie tak, że przez ten czas nie myślała o Lucienie. Ba, myślała o nim bardzo dużo. Nawet dwukrotnie spróbowała zastać go w apartamencie, jednak ostatecznie skończyły jej się możliwości, gdy okazało się, że była potrzebna na farmie.
Lucien, próbowałam się z tobą skontaktować. Naprawdę. Byłam nawet u ciebie w domu. Wrzuciłam ci też kartkę do skrzynki — powiedziała przejęta, jakby potrzebowała się usprawiedliwić, kiedy poprosił, aby więcej tego nie robiła.
Ale nie robiła czego? Nie milczała? Zoya nie miała pojęcia o tym, co przeżywał Lucien ani jak gorliwie na nią czekał. Nie wiedziała, że jego dzisiejszy wieczór był kwintesencją całego żalu i rozgoryczenia, które w sobie trzymał. W dodatku jej sąsiad wyjechał, więc nawet w porę nie dowiedziała się, że sama miała gościa. Mijali się.
W momencie, w którym tak przeciągnął jej imię, uniosła zdumiona brwi i przygryzła wewnętrzną stronę policzka. Brzmiał uroczo, choć zaczęła się niepokoić jego stanem. W dodatku nie wiedziała, gdzie był, co i z kim robił i chociaż, być może, nie powinno jej to interesować, to nie potrafiła powstrzymać narastającego zdenerwowania.
A potem drgnęła, słysząc, że miała go ratować, jednak już po chwili prychnęła odrobinę rozbawiona.
Och... Powinieneś się cieszyć, że masz takie powodzenie. Na pewno powinnam cię ratować? — pokusiła się o żart. Raczej nie potraktowała jego słów poważnie; raczej nie sądziła, aby rzeczywiście potrzebował pomocy skoro dotychczas musiał radzić sobie sam z potencjalnie nachalnymi damami. Mimo wszystko ciekawość zaczęła gryźć Zoyę od środka. Ciekawość i może nawet zazdrość, więc nerwowo przełknęła ślinę. — Jesteś na jakimś evencie? — To była pierwsza myśl, jaka przyszła jej do głowy. Uznała, że pewnie brał udział w imprezie o biznesowym charakterze, jednak osobliwy stan, w jakim z nią rozmawiał, budził pewne wątpliwości. — Czy w klubie? Dużo właściwie wypiłeś?
To, że Lucien budził zainteresowanie, wcale nie było dziwne. Był atrakcyjny, a do tego popularny i obrzydliwie bogaty o czym prawdopodobnie wiedzieli wszyscy. Niemniej miała nadzieję, że nie znajdował się w żadnym miejscu otwarcie publicznym, w którym mógłby narobić rabanu. Po tym, jak się wypowiadał, Zoya oczami wyobraźni widziała, jak poruszał się niestabilnym krokiem, dlatego tym bardziej liczyła na to, że jeśli sam Lucien nie do końca panował nad sobą, to przynajmniej w pobliżu znajdował się jego menedżer albo ktoś z zespołu.
Drugą kwestią był fakt, że gdzieś z tyłu głowy Zoi przemknął ich incydent sprzed paru tygodni. Nie posądzała go o puszczalstwo, choć przecież otwarcie przyznał, że wdawał się w ons; nie posądzała go nawet o to, że ze względu na ich znajomość mógłby ewentualnie się powstrzymać, ale nie mogła ukryć przed samą sobą, że ten temat nagle nieproszenie rozproszył się w jej myślach.

Lucuś
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Lucienowi nawet przez myśl nie przeszło, żeby przed wykonaniem połączenia sprawdzić, która jest godzina i wziąć pod uwagę fakt, że nie była to najlepsza pora na tego typu telefony. Właściwie, na rozmowy telefoniczne po pijaku nigdy nie był odpowiedni moment, a już tym bardziej nie po to, żeby zbłaźnić się przed dziewczyną.
Żył więc w błogiej nieświadomości, że jego stan pozostawiał sporo do życzenia, i uśmiechał się głupio do siebie, niezmiernie ciesząc się, że mógł usłyszeć j e j głos. Na jej pytanie zastanowił się chwilę. Był pijany? Czuł się bardzo przyzwoicie.
Hmmm… możliwe — przyznał szczerze, potakując sobie głową, jakby nie był co do tego w stu procentach przekonany, ale istotnie brał taką możliwość pod uwagę. — Jeszcze nie wiem, co na to moje auto, którym przyjechałem, bo miało ze mną wrócić, ale coś mi nie wyszło po drodze — zmrużył oczy, po czym słysząc własne słowa, parsknął śmiechem. Nie wyszło po drodze? Dobre sobie.
Nawet jeszcze nie zastanawiał się, jak wróci, ale to już nie było takie istotne. Grunt, że czuł się d o b r z e, a nawet l e p i e j, odkąd zrozumiał, że milczenie ze strony Zoi było tylko kolejnym głupim nieporozumieniem, które dało się naprawić.
Rzadko przeglądał powiadomienia na instagramie. Było ich tak dużo, zarówno od fanów, jak i hejterów, że nie miał czasu odpisywać wszystkim, woląc pozostawić sobie czysty umysł i skupić się na tym, co było ważniejsze. Nie miał więc pojęcia, że Zoya mimo wszystko usilnie starała się z nim skontaktować.
Taaak? — zdziwił się mocno, windując brwi do góry. — Jaka szkoda! Musiała się gdzieś zawieruszyć w reszcie poczty. A jak wyglądała? — zapytał zmartwiony i na dowód tego westchnął ciężko.
Nie znikaj, to miał na myśli, wyrażając swoją prośbę. Sądząc po ich nieoczywistej relacji, w jakiej w danej chwili tkwili, to było nie na miejscu i na trzeźwo Lucien w życiu nie postawiłby jej przed takimi okolicznościami, ale alkohol rozwiązywał mu język. Dotychczas opanowany i kontrolujący zwykle swoje emocje, wraz z coraz mocniej pulsującą w jego żyłach mieszanką piwa i tequili, stawał się coraz bardziej swobodny w tym, co robił i mówił.
To wcale nie jest zabawne — zaoponował nadal żałosnym tonem. — A co, jak któraś mnie porwie do swojej jamy i już nie wypuści? Albo okaże się modliszką? Na to już żadna umowa nie pomoże — zauważył całkiem poważnie, choć kąciki jego ust na koniec uniosły się szerzej. Był świadomy głupot, które wygadywał, ale jakoś nie miał nic przeciwko temu, żeby się przed nią wygłupiać. Nie miał pojęcia, z czego to wynikało, niemniej w jej towarzystwie czuł się dziwnie bezpiecznie. — Nie wiem, nie liczyłem. I chyba wolę nie wiedzieć. Pewnie dowiem się jutro, jak wstanę. O ile w ogóle wrócę do domu. Albo w ogóle wstanę — ściągnął brwi, bo tu, na tej kanapie, robiło mu się zbyt wygodnie. Jednocześnie w pomieszczeniu w jego subiektywnej ocenie powietrze stawało się coraz gęstsze. — Duszno mi — mruknął w słuchawkę, po czym podniósł spojrzenie do góry i świat mu lekko zawirował. Niemniej czuł, że potrzebował dostępu do świeżego powietrza.
Wstał z sofy i lekko się zatoczył, zanim ruszył przez korytarz, obijając się o ludzi. W międzyczasie przez przypadek popchnął kogoś z butelką piwa, które z trzaskiem rozbiło się o podłogę, na co rzucił tylko krótkie sorry.
Z tego wszystkiego całkowicie zapomniał odpowiedzieć na jej pytanie: gdzie był?
Czemu, do cholery, wszyscy stają mi na drodze? — warknął zirytowany, wciąż trzymając słuchawkę przy uchu, ale w jego głosie słychać było też zmęczenie.
Musiał przedostać się na zewnątrz.

Zoyaaa
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Właściwie Zoya już była pewna, że Lucien był pijany. Nie potrzebowała nawet potwierdzenia, ale kiedy sam wyraził niepewność co do tego, czy rzeczywiście się n a p i e r d z i e l i ł czy nie, mimowolnie parsknęła rozbawiona.
Trochę żałowała, że nie mogła go zobaczyć; trochę zastanawiała się, jaki face to face po alkoholu. Owszem, pamiętała ich zbliżenie w alejce, jednak to nie było to samo. Wówczas niewiele rozmawiali, a podobno słowa pijanych są myślami trzeźwych, więc tym bardziej Zoyę ciekawiło, co miał jej do powiedzenia o tak późnej porze.
I czy w ogóle miał coś do powiedzenia, bo ona sama miała bardzo wiele. Począwszy od dziękuję, a skończywszy na pytaniu, które odkąd wróciła z Włoch planowała mu zadać.
Myślę, że twoje auto powinno zostać na parkingu, a ty powinieneś wrócić z kimś znajomym. Albo wezwać taksówkę, Lucien — stwierdziła bardzo szczerze i poważnie.
Wątpiła, aby będąc pod wpływem, wsiadł za kierownicę. Wątpiła też, aby zrobił to jako zawodowy kierowca, jednak postanowiła przypomnieć mu o zasadach, gdyby wraz z dalszym piciem jego neurony zamierzały przegrać walkę ze zdrowym rozsądkiem.
Słuchała dalej i coraz mocniej uświadamiała sobie, że Lucien nie był po prostu pijany. Był napruty w trzy dupy, a ona w tym momencie zaczęła się zastanawiać, co właściwie doprowadziło go do takiego stanu. Przecież zapowiadał, że rzadko sięgał po alkohol, a tymczasem...
Wstała z łóżka i wyszła z pokoju, aby w kuchni sięgnąć po butelkę wody z lodówki. Ustawiła telefon na głośnomówiący, choć wciąż na tyle cicho, aby nie obudzić albo ewentualnie nie przeszkodzić współlokatorowi, który jak podejrzewała, miał w swoim pokoju towarzystwo.
No była taka mała. Biała w błękitne linie i... — przerwała znienacka. Nerwowo upiła wodę, po czym oparła sie tyłkiem o blat i po prostu się zaśmiała. Co niby miało im dać opisywanie tej małej karteczki? Nie wiedziała, dlatego prędko odłożyła butelkę i znowu przyłożyła komórkę do ucha. — To już nieistotne — Znowu zrobiła krótka pauzę. — Cieszę się, że się odezwałeś, Lucien — dodała i chyba chciała zabrzmieć lekko, ale w jej głosie skryła się kolejna nuta zdenerwowania.
Temat jednak zboczył dalej i już po chwili Zoyę znów natchnął ten dziwny, frywolny humor. Aleee... rzeczywiście, żartowanie z domniemanego porwania i ewentualnych modliszkowych mutacji, o których Lucien wspomniał całkiem poważnie, nie było chyba najlepszym pomysłem. Pomimo tego nie mogła sobie przecież darować kolejnego rozbawionego prychnięcia, które szybko zdusiła zaciskając usta. Zaraz potem nabrała oddechu, aby choć w niewielkim stopniu udawać, że naprawdę rozumiała jego rozterki oraz obawy.
Myślę, że ten ktoś mógłby cię co najwyżej zagłaskać, Lucien. — Uśmiechnęła się, po czym, czując narastające zawstydzenie, wsunęła paznokieć między zęby. — Jesteś teraz całkiem uroczy, kiedy wygadujesz takie bzdury.
Zoya miała wrażenie, że pomimo tego, że wciąż powinni porozmawiać o sytuacji, która miała miejsce w Misano, obecnie ucinali sobie zupełnie swobodną pogawędkę. Fakt, Lucien był pod wpływem alkoholu, a ona dopiero co przebudziła się z głębokiego snu, ale było naprawdę m i ł o. Przede wszystkim miło było znowu go usłyszeć.
Nigdy wcześniej nie żartowali w taki sposób; nigdy wcześniej nie miała okazji poznać Luciena od tej bardziej wyzwolonej strony. Właściwie może to trochę egoistycznie, ale chciała ciągnąć to połączenie jak najdłużej.
Mhm — mruknęła, słysząc, że nie wiedział, ile wypił. Zoya wnioskowała, że musiało być tego całkiem sporo. Zaraz westchnęła, bo reszta wypowiedzi mężczyzny wcale jej się nie spodobała. Z ciężkim, trudnym do zrozumienia uczuciem spojrzała na sufit i spróbowała przetrawić to całe gadanie o powrocie do domu i wstawaniu. Nie do końca wzięła to na serio, jednak już po chwili drgnęła, kiedy wspomniał, że słabiej się poczuł.
Duszno ci? — powtórzyła frasobliwie i mimowolnie odbiła się biodrami od blatu. — Lucien?zawołała go zatroskana. W odpowiedzi usłyszała jedynie jakieś podejrzane szumy i szmery, a chwilę później w słuchawce rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Wtedy mocniej ścisnęła telefon i zaniepokojona zmarszczyła brwi, wpatrując się jednocześnie w jakiś martwy kąt kuchni. — Lucien! — powtórzyła i dalej nasłchiwała. Krótkie i obojętne sorry odbiło się w telefonie. — Odezwij sie do mnie, boo...

Bo co, Zoya?

Spencer rzeczywiście odezwał się w samą porę, jednak Zoya nie poczuła się ani trochę spokojniejsza. Z lekkiej rozmowy przeszli do momentu, w którym zupełnie nie wiedziała, co się z nim działo. Wydawał się zirytowany, a na domiar tego wybitnie zmęczony, chociaż raptem chwilę wcześniej emanował dziwną energią. Zdenerwowana pośpiesznie skierowała kroki w stronę swojej sypialni.
Jesteś w Toronto? — dopytała, zważywszy na to, że zignorował jej poprzednie pytanie o lokalizację. — Jesteś tam sam? — Całkiem intuicyjnie sięgnęła po legginsy i jedną ręką zaczęła wciągać je na nogi. Zaraz jednak przytrzymała telefon ramieniem, ab móc pomóc sobie drugą dłonią. — Słuchaj, Lucien, przyjadę do ciebie — zaproponowała.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Słowa pijanych myślami trzeźwych — w przypadku Luciena całkowicie się to sprawdzało. Zwłaszcza, gdy otoczenie, w jakim się bawił, ściągało z niego presję bycia zawsze odpowiedzialnym i idealnym. Od czasu do czasu potrzebował zaznać trochę tej swobody, której na co dzień mu brakowało.
Właśnie ta swoboda skłoniła go do telefonu w środku nocy i uzewnętrzniania się Zoi do słuchawki z własnych myśli, które zdecydowanie zbyt łatwo dawały się rozproszyć. Miał jej do powiedzenia równie dużo, choć w obecnej chwili głównie paplał bez sensu, jakby chciał przedłużyć ich rozmowę, jak tylko się dało. Po prostu chciał ją słyszeć.
Brzmi rozsądnie. Ech, w ogóle jesteś taaka rozsądna. Chyba znacznie bardziej, niż ja — przyznał poważnie, wierząc we własne słowa.
Patrząc na ich relację z jego perspektywy, to ona wyszła z propozycją bliższego poznania się dla dobra dziecka, nazwała go złym wyborem i próbowała zachować resztki przyzwoitości, w przeciwieństwie do niego, gdy na farmie miał ochotę dwukrotnie dobrać się do jej majtek. Później rozsądnie odcięła się od niego i dystansowała się nawet we Włoszech, podczas gdy on bezmyślnie biegał za nią po mieście, narzucił jej swoją pomoc i towarzystwo, wyciągnął Ade z komisariatu i jeszcze dał im wejściówki na wyścig. Nie powinien był liczyć na nic, a i tak był na tyle głupi, żeby zachowywać się tak, jak na dżentelmena przystało. Naiwnie.
Problem polegał na tym, że wzbudzała w nim irracjonalne emocje, które zaczynały odbierać mu rozum. Ilekroć pojawiała się w jego pobliżu, przestawał kierować się logiką, a zaczynał słuchać serca. A ono podczas ich telefonicznej rozmowy właśnie skakało fikołki.
Istotne! To pierwszy liścik miłosny, jaki otrzymałem od mojej największej fanki, licząc od ostatniego wyścigu — zauważył, starając się o poważny ton, ale nie potrafił pozbyć się nuty żartobliwości. Zaraz jednak, słysząc, że cieszyła się z jego telefonu, po jego klatce rozlało się błogie ciepło. — Ja też zdecydowanie nie mam czego żałować — uniósł wyżej brodę z dumą i uśmiechnął się szeroko. To było naprawdę miłe.
Tak, jak miło było usłyszeć jej parsknięcie, bo… udało mu się ją rozbawić! Najwyraźniej miał wiele powodów, żeby teraz cieszyć się swoim sukcesem, ale nie zamierzał na tym poprzestawać, gdy wspomniała o głaskaniu.
W sumie chyba mam coś z psa. Jestem lojalny, empatyczny, potrafię pocieszyć, kiedy trzeba i dbam o swoje terytorium. Nic, tylko mnie kochać — wzruszył beztrosko ramionami z mieszaniną lekkości i rozbawienia w głosie. Zupełnie nie obeszło go ani własne porównanie do zwierzęcia, ani słowo na K, którym tak ładnie siebie skwitował. Jego arogancja przebijała się nawet przez alkohol. Mimo wszystko po chwili skupił się na czymś zupełnie innym. — Tylko teraz? — ściągnął brwi, kiedy zdał sobie sprawę, że nazwała go uroczym. — Ha, czyli wystarczyło, żebym wypił, a już zmieniłaś zdanie i nagle stałem się uroczy — odkrył tajemną wiedzę, znów kiwając przy tym głową. — Wybacz, że dojście do tego zajęło mi tak długo. Gdybym wiedział wcześniej to widziałabyś mnie tylko w takim stanie. W zasadzie mogłem się tego domyślić po naszym pierwszym razie — skrzywił się trochę za swoją niedomyślność, bo rzeczywiście coś w tym było logicznego. Tylko tak zwrócił na siebie jej uwagę. — Dla c i e b i e tak uroczy mogę być z a w s z e — wyznał z pełnym przekonaniem, znów poszerzając kąciki swoich ust. Choćby miał chodzić wiecznie pijany i szybko wykończyć swoją wątrobę to obecnie uważał, że będzie to warte zachodu.
Nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się być przy niej aż tak wylewnym, ale dla niego samego było to bardzo przyjemne uczucie. I również nie chciał, żeby się to kończyło, ale nagłe pogorszenie samopoczucia nie sprzyjało dłużej strojeniu sobie niewinnych żartów. Pewnie to dlatego, że zasiedział się w miejscu, a potrzebował ruchu, żeby poprawić sobie krążenie, więc ostatecznie wstał z miejsca i spróbował przedostać się na dwór. Ten manewr trochę utrudniały mu jego długie jak u bociana nogi, które nagle odnalazły problem w utrzymaniu równowagi. Skupiony na kolejnych krokach i walce z innymi imprezowiczami znajdującymi się na jego drodze, zaniepokojony głos Zoi słyszał jak przez mgłę, w ogóle nie rejestrując go w swojej świadomości.
Dopiero, jak wypadł przez drzwi na wolność, zatrzymał się w miejscu i odetchnął głębiej. Z tej strony przed willą na chodniku zaparkowane było mnóstwo aut, ale główna część imprezy znajdowała się w środku i z tyłu budynku. Tu przed nie było prawie nikogo.
Tak, będziesz miała znacznie bliżej odebrać mnie z komisariatu, jeśli tym razem to mnie zgarnie policja — zaśmiał się, odnosząc się do ich poprzedniego razu, we własnych słowach odnajdując kompletny absurd. Bo Zoya, mimo najszczerszych chęci, by go nie uratowała. Bezwiednie przeczesał dłonią włosy i zrozumiał, że jego nogi samoistnie zaczęły wykonywać w miejscu taniec. — Nie no, dużo jest tutaj osób. Jest Maggie, Henry, Chloe, Cassandra, no i Ellie, bo to w końcu jej dom. Ale chyba wszyscy świetnie się bawią przy basenie. Zgubiłem ich jakiś czas temu — wyliczył, na koniec beztrosko informując ciemnowłosą o aktualnej sytuacji, jednocześnie kierując się do marmurowej barierki, która miała mu pomóc utrzymać stabilność. Złapał za nią jedną ręką, mocno się o nią podpierając. W tym czasie Zoya wydała swoją propozycję, na którą aż zachłysnął się powietrzem. — Naprawdę? Zrobisz to dla mnie? — zapytał jednocześnie zaskoczony i wniebowzięty tym cudownym pomysłem. — I jak ja mogę ci czegokolwiek odmówić? — westchnął z błogim uśmiechem, przestępując z nogi na nogę. Pech chciał, że stopa omsknęła mu się na krawędź schodka, przez co w jednej chwili grunt osunął mu się pod nogami. — Kurwa mać! — zdążył krzyknąć, zanim runął ze schodów, wypuszczając telefon z rąk.
Przez chwilę leżał bez ruchu, próbując zorientować się, czy bardziej bolała go głowa, plecy czy tyłek, aż w końcu przeturlał się na bok i, opierając się ramieniem o schodek, z jękiem podniósł się do pozycji siedzącej. Jeszcze raz przeklął pod nosem, po czym znalazł telefon, na którym pojawiło się kilka dziwnych rys. Połączenie jednak nadal było aktywne.
Chyba teraz potrzebuję cię jeszcze bardziej — powiedział, przyłożywszy urządzenie do ucha, i mimowolnie stęknął pod wpływem rosnącego bólu z tyłu głowy. Mechanicznie dotknął się tam dłonią, ale zamiast rozmasować sobie guza, syknął z bólu. Cudownie, jeszcze tego mi brakowało, przemknęło mu przez myśl. — Jestem na High Point Road 7 — poinformował Zoyę ze zrezygnowaniem.
Co gorsza, nie miał już kompletnie siły wstać z miejsca.

Zoyaaa, ratuj!
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Znowu się zaśmiała. Zadziwiające, jak łatwo Lucienowi przychodziło rozbawić Zoyę. Zwłaszcza że właściwie powinna być zła za to, że obudził ją w środku nocy po pijaku. Nie potrafiła się jednak gniewać, skoro w jej sercu rozlała się jakaś osobliwa radość. W końcu znów mogli ze sobą rozmawiać.
To żaden liścik miłosny, Lucien — poprawiła go chyba bardziej z odruchu niż z rzeczywistej potrzeby. Doskonale wiedziała, że w tym stanie nie miała szans go przegadać, więc nawet nie zaprzeczyła, kiedy nazwał ją swoją największą fanką. Czy nią była? Sądząc po grupce psychofanek na social mediach, mogła mieć całkiem sporą konkurencję, ale... podczas wyścigu w Misano kibicowała mu z całego serca. I darła się jak obłąkana, kiedy zajął pierwsze miejsce.
Potem uśmiechnęła się, kiedy wspomniał, że również niczego nie żałował. Minęło sporo czasu, odkąd mogła poczuć się przy nim tak swobodnie jak teraz.
Jesteś dziś bardzo wylewny — mruknęła ponownie rozbawiona. Wzmianka o psie wywołała w niej kolejną falę wesołości, natomiast ta o k o c h a n i u wzbudziła chwilowy niepokój.
Ta relacja była trudna do określenia. Zdecydowanie ciągnęło ich do siebie; zdecydowanie Zoya tęskniła za obecnością Luciena, jednak wciąż nie była w stanie zdefiniować tych wszystkich kotłujacych się emocji. Wątpiła też, aby on sam był już skłonny je sprecyzować.
C o ś się pomiedzy nimi działo, tylko to c o ś nadal nie posiadało nazwy.
Luucieeen... — Właściwie chciała mu przerwać, ale po raz kolejny zaprezentował jej swoją nową, niebywale czarującą naturę i aż musiała przycisnąć dłoń do ust, aby znowu przypadkiem się nie zaśmiać. Miał to być raczej pełen fascynacji dźwięk, jednak obawiała się, że Lucien mógłby opacznie go zrozumieć. Kiedy więc w końcu odsunęła rękę, jeszcze przez moment przygryzała wewnętrzną stronę policzka. — Och, gdyby interesowali mnie tylko nawaleni mężczyźni, to myślisz, że nawet będąc w ciąży, traciłabym na ciebie czas? — zażartowała.
Naprawdę zażartowała z ich fortunnie-niefortunnego okresu, który jeszcze niedawno uważała za totalną pomyłkę. Teraz jednak, kiedy zdążyła już trochę poukładać sobie w głowie, coraz łatwiej wracała myślami do tamtych dni.
Potaknęła głową i mocniej docisnęła telefon do ucha, kiedy wspomniał, że dla niej mógł być uroczy już zawsze. Zoya zzamilkła, nie bardzo wiedząc, jak powinna zareagować. Najchętniej wyznałaby, że była gotowa przyjąć go takim jaki był na co dzień, ale w ostatkiem ugryzła się w język.
Oboje nie byli jeszcze gotowi na takie deklaracje.

Nagły hałas po drugiej stronie aparatu przytłumił wszystko inne. Zoya zaniepokoiła się zarówno dobiegającym z telefonu harmidrem jak i ciszą ze strony Luciena. Miała wrażenie, że dopóki się nie odezwał, nie była w stanie zaczerpnąć poietrza. Stała sztywno w kuchni, a drugą ręką nerwowo ściskała ramiączko bluzki.
To nie jest zabawne, Lucien — zganiła go z nieprzyjemnym ściskiem w żołądku. Przede wszystkim pomyślała o karierze Spencera i o tym, jak bardzo obawiał się skandali. Nie wyobrażała go sobie beztrosko włóczącego się po mieście tak jak ona z Adą w Misano, ani tym bardziej zamkniętego w celi na komisariacie.
Z wypowiedzi Luciena wynikało, że brał udział w jakiejś prywatce. Na tę wiadomość nerwowo przełknęła ślinę, po czym wyszła z propozycją przzyjazdu. Z jednej strony nie sądziła, aby u Ellie mogła spotkać go jakakolwiek krzywda. Z drugiej jednak intuicja nie dawała jej spokoju. W końcu zaledwie chwilę wcześniej słyszała tłuczone szkło, a i była pewna, że stan przyjaciół Luciena był również mocno wątpliwy.
Ty byś to dla mnie zrobił — zauważyła i po tym, co wydarzyło się we Włoszech, naprawdę w to wierzyła. — Nie odmawiaj mi tylko... — Zoya zamierzała po raz kolejny poprosić o adres, ale wtedy jej słowa przecięło siarczyste przekleństwo. Aż odsunęła telefon od ucha, jednak prędko ponownie go do niego przyłożyła, bo po raz kolejny dobiegł ją jakiś hałas. — Lucien?
Przestraszyła się, w momencie w którym urządzenie ewidentnie łupnęło o ziemię. Przenosząc się do pokoju, energicznie zaczęła się ubierać, jednak z trudem mogła skupić się na czymkolwiek.
Lucien, do cholery! — krzyknęła, autentycznie zlękniona. Na moment zamarła, gdy w odpowiedzi usłyszała żałosne jęknięcie mężczyzny. Aż zatrzęsła się z nerwów. Podciągnęła legginsy, po czym złapała się za czoło i bez większego zatupała w miejscu. — Luc... — Znowu jej przerwał, ale tym razem na dźwięk jego głosu odetchnęła z ulgą. — Niedługo będę.

N i e d ł u g o zajęło Zoyi około trzydziestu minut. Kiedy taksówka zajechała pod potężną posesję od razu pomyślała, że pasowała ona zarówno do Ellie, jak i Luciena. Nie poświęciła temu jednak uwagi, bo jej oczom natychmiast rzucił się Spencer. Najwyraźniej w oczekiwaniu na ratunek, zaczął przysypiać wsparty o barierkę.
Westchnęła i ironicznie cmoknęła, zanim zdecydowała się wysiąść z auta i podejść bliżej. Podeszła ze skrzyżowanymi na piersi ramionami i paroma wątpliwościami. Pomimo tego oplotła dłońmi biceps mężczyzny i delikatnie pociągnęła go ku górze, aby się ocknął.
Trochę to zajęło, ale... — I cholera, znowu jej przerwał, aż tym razem wzniosła brwi zdumiona, że miał w sobie aż tyle energii oraz nieposkromione pokłady entuzjazmu. Popatrzyła Lucienowi w oczy, te zmęczone i przekrwione, które spoglądały w jej stronę z podejrzaną gorliwością, po czym po prostu się zaśmiała i nawet klepnęła mężczyznę w klatkę piersiową.
Intensywnie zastanawiała się, co powinna zrobić i jak przetransportować Luciena w jakieś rozsądniejsze miejsce, jednak wszystkie pomysły, które przychodziły Zoi do głowy, wydawały się beznadziejne. Nie mogła przecież wejść na imprezę i położyć go gdzieś w pokoju. Najpewniej od razu (albo ona, albo on) wzbudziliby sensację. Skorzystanie z taksówki również wiązało się z ryzykiem, że ktoś mógłby go rozpoznać, więc...
...nagle ją olśniło. Wsunęła Lucienowi dłoń do tylnej kieszeni spodni, a potem do przedniej, aż w końcu wyjęła z jednej z nich kluczyk do Mercedesa. Widziała go przecież po drodze.
Zawiozę cię do domu — poinformowała, choć wizja prowadzenia obrzydliwie drogiego pojazdu napawała Zoyę szczerym przerażeniem.

Luuucuś
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”