13.
Papieros tlił się w agonii. Nie wiedział nawet, dlaczego z pewnym uporem nie zdążył go wciąż wyrzucić, ogryzek który pozostał w pobliżu wyściółki filtra zaczynał mu parzyć wargi. Papieros tlił się jak lampa która powinna wypalić się i zgasnąć, a on stał, obojętnie wpatrzony w obraz dzielnicy miasta który napływał z okien, spoglądał, z cieniem rozkojarzenia na mętne bryły budynków, na jasne cekiny świateł, na gąsienice ulic wijące się jeszcze dalej, poza zasięgiem wzroku. Uśmiechnął się do siebie ulotnie. Szukał obecnie chwili aby całkiem zapomnieć, potrzebował jej, wiedział, aby chociaż na moment ułożyć sierść codzienności. Mięsna, czysto wulgarna prowokacja miała być tylko drogą, aby osiągnąć cel - dostrzegł, że nie był w stanie wtedy inaczej doprowadzić swojego rozmówcy do szaleństwa. Nie przyznał dotąd przed sobą, że tkwiło w nim również coś, przez co równocześnie przyciągał go i odpychał.
Myślisz, że mnie zdobędziesz? Levi już od początku naklejał mu etykietę, do której wprost nie pasował, Levi chciał mieć kontrolę, więc oddał mu całą władzę, na chwilę, aby go przetestować, aby go kusić, sprawdzić, co zrobi z inicjatywą jakiej ciężki pierwiastek zamieścił całkowicie w obrębie jego dłoni.
Po prostu zrób to. Trwał w spiętym oczekiwaniu, z drżeniem różnych emocji sunących pod pergaminem jego skóry. Wyrzucił wreszcie używkę, rozgniatając jej końcówkę na talerzu. Naprawdę go ciekawiło jak zdoła to wykorzystać. Podobne chwile trafiały się bardzo rzadko. Poczuł kolejny dreszcz - lubił, gdy mężczyźni myśleli, że był im całkiem posłuszny, lubił słyszeć ich oddech pełzający po fundamencie jego karku, lubił czuć spięcie mięśni zwiastujące kolejne skrzypnięcie materaca, lubił, gdy szeptali mu słowa, które nigdy, w odmiennych okolicznościach nie wyszłyby im przez gardło, lubił, gdy dociskali łapczywie jego ciało, łudząc się, że w ten sposób będą w stanie zatrzymać jego część.
Otworzył mu drzwi, ubrany całkiem przewiewnie, do bólu zwyczajnie, jakby zastał go przy powszechnych czynnościach w jego domu - w koszulę na krótki rękaw i ciemne, materiałowe spodnie. W tej chwili mógł już ocenić że przewyższał Leviego zaledwie o kilka centymetrów. Zatrzymał się na znamionach rozsypanych niedbałą konstelacją na przeciwległej twarzy. To one, jeszcze na zdjęciu przykuły jego uwagę. Z początku nie mówił nic, przyjmując z milczeniem jego kwiaty. A jednak.
Co pozostało po tamtych wiadomościach? Naprawdę sądzisz, że...?
-
Dałem ci jedną szansę - mówił spokojnie, oddalając się w stronę widocznego wejścia do kuchni -
nie po to, byś ją zmarnował - położył kwiaty na blacie. Nie rzucił nimi, pozostawił je na powierzchni wyspy z powolnym, niemal czułym namaszczeniem jakby umiał naprawdę teraz uszanować jego gest. Oparł się, oczekując aż mężczyzna zdąży zdjąć z siebie wierzchnią część ubrania. Nie uśmiechał się, nie wydawał się być na niego nawet rozgniewany. Trudno było przypisać mu emocję. Może po prostu liczył, że Levi zgodnie z deklaracją zacznie brać, co należy do niego i momentalnie bez słowa dociśnie go do ściany, bo właśnie ta pierwsza chwila miała stać się sprawdzianem dla całej jego psychiki. Teraz już mógł go poznać. Teraz już mógł ocenić.
-
A jednak - dodał -
jakimś cudem mnie zawiodłeś - stał dalej naprzeciw niego, wpatrzony czujnie jak zwierzę, które zerkało, łypiąc z wnętrza kryjówki, w tej krótkiej, ściszonej chwili zanim jeszcze zdążyło wyprężyć się do skoku. Był rzeczywiście taki jak w swoich pisemnych wiadomościach, pozbawiony przesadnych, narzuconych społecznie ozdobników. Nie bał się, nie znał wstydu. Wiedział, wprost doskonale, dlaczego go zaprosił i nie miał zamiaru bawić się w złudzenia.
-
Nadal będziesz uważać, że jesteś tutaj dom topem, czy mam być dobrym kolegą i pokazać ci, jak powinno się to robić? - nie podniósł swojego głosu. Wypowiadał się niemal zawsze przerażająco monotonnie, zupełnie, jakby w podobny sposób mógł się z kimś witać lub momentalnie pożyczyć komuś śmierci. W sposobie, w jaki prowadził głoski, mógł przypominać nóż, bezduszny i jednostajny choć zawsze z precyzją tnący szeregi podatnych tkanek. Nie mówił jak ktoś, kto mu groził, ani też jak osoba która chciała go wyśmiewać. Mówił to jak osoba, która mogła realnie, w zgodzie z całą naturą zamienić te słowa w czyn. Był niepoprawnie spokojny choć przysięgał, że napięcie było w stanie rozszarpać go od środka. Rzucił mu obojętne, nieruchome spojrzenie - zupełnie, jakby zbyt bardzo upodobnił się do stworzeń które jeszcze niedawno pisał, że hodował. Zupełnie jakby w tej chwili dzieliła go cienka linia która biegnie pomiędzy decyzją
oraz
czynem.
levi shelby