ODPOWIEDZ
27 y/o
SPRING TIME
163 cm
sprzedawczyni w secondhandzie
Awatar użytkownika
mówisz mi "zostań" i jestem dziś pewien, że chcę z tobą tańczyć i zostać u ciebie
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

012.
Obrazek
Po zmroku pasaż artystyczny robił się zdecydowanie mniej interesujący. W ciągu dnia zawsze coś się tutaj działo. Ktoś zatrzymywał się przed wystawą, sprzed wejścia do pobliskiej galerii dochodziły rozmowy, a na ławkach siedzieli ludzie, którzy zawsze mieli znacznie więcej czasu niż Coven. Teraz większość lokali była już pozamykana, a po całym pasażu zostały głównie pojedyncze światła.
Bremes szła przed siebie, poprawiając co jakiś czas torebkę, która zsuwała jej się z ramienia. Wieczór spędzała w towarzystwie znajomych, którzy wyciągnęli ją na warsztaty robienia świeczek. Było fajnie, naprawdę! Nawet całkiem zabawnie, szczególnie kiedy okazało się, że wszyscy mieli zdecydowanie większe zdolności manualne od niej. Coven szybko pogodziła się z tym, że artystka z niej żadna. Obie świeczki, które udało jej się stworzyć, były smutne, pokrzywione i wyglądały tak, jakby przeżyły już jakieś wyjątkowo traumatyczne wydarzenie. Jedna miała jeszcze dziwną górkę pośrodku, której nie potrafiła w żaden sposób wyjaśnić. Znajomi twierdzili, że wyglądała finezyjnie. Bremers podejrzewała, że po prostu nie chcieli jej zrobić przykrości.
Minęła kolejną witrynę, tym razem z jakąś wystawą, której nawet nie próbowała zrozumieć. Jej umysł i tak nie zdołałby pojąć, co artysta miał na myśli. Za szybą stała duża, dość dziwna instalacja, a obok niej wisiała kartka z opisem zapisanym tak małym drukiem, że trzeba byłoby chyba wejść do środka, żeby cokolwiek przeczytać.
Buty cicho stukały o chodnik, a odgłos ten co jakiś czas mieszał się z szumem samochodów dobiegającym z głównej ulicy. Coven zerknęła przez ramię, upewniając się, czy przypadkiem nie szedł za nią żaden podejrzany typ. W kieszeni luźnej, materiałowej kurtki miała małą puszkę z gazem pieprzowym. Ojciec uważał, że zawsze powinna go przy sobie nosić, tak dla własnego bezpieczeństwa. Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. Coven oczywiście uważała, że trochę przesadzał, ale skoro już jej go kupił, to równie dobrze mogła go nosić. Wolała mieć go przy sobie i nigdy nie użyć, niż któregoś dnia żałować, że zostawiła go w domu.
Im dalej szła, tym mniej było ludzi. W końcu została tylko z własną sylwetka odbijająca się co jakiś czas w ciemnych witrynach i stukot obcasów o chodnik. Zaczęła nawet rozważać, czy nie wybrała sobie przypadkiem najgorszej możliwej drogi powrotnej. Właśnie wtedy gdzieś za nią rozległ się cichy dźwięk kroków. Bremes automatycznie zwolniła. Nie zatrzymała się jednak, udając przed samą sobą, że wcale tego nie usłyszała. Na bank tylko to sobie wymyśliła. Kroki pojawiły się ponownie. Niezbyt głośne, ale wystarczająco wyraźne, żeby nie dało się ich pomylić z niczym innym. Po chwili ucichły. Zmarszczyła lekko brwi i spojrzała za siebie. Pasaż nadal wyglądał tak samo. Żadnej podejrzanej sylwetki, żadnego faceta stojącego przy jednej z bram, ani takiego, który mógłby właśnie skręcić w boczną uliczkę.

lainey rosewood
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu
25 y/o
For good luck!
165 cm
ściga się fajnymi furami
Awatar użytkownika
I think my purpose is to do whatever the fuck I want.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wygrała.
Zdobyła kolejny Grand Prix, który zaowocował cudownym rozgłosem, niezwykłą ilością pieniędzy na koncie, pucharem i tuzinem gratulacji. Tor we Włoszech przez najbliższe kilka tygodni miał być okrzyknięty jej imieniem, a cieszyła się z tego powodu do tego stopnia, iż niemal ze smutkiem zerkała za samolotowe okno, gdy ogromna maszyna powoli zbliżała się do kanadyjskiej ziemi. Miała co świętować, to z pewnością — kolejne wygrane napawały ją nadal taką samą radością. Nie zdążyła jeszcze wystarczająco zachłysnąć się sławą, która choć potrafiła uderzyć do głowy (podobnie, jak pieniądze i jej stary znajomy był na to doskonałym przykładem, bo odkąd zaczął zarabiać więcej, Lane zablokowała go wszędzie i nie mogła już znieść rozmów o nowych zegarkach), tak Rosewood pozostawała całkiem rozsądna.
No, może poza wieczorami, podczas których wlewała w siebie niezliczone ilości alkoholu, tłumacząc to młodością, która przecież jeszcze trwała w najlepsze.
Dzień był naprawdę dobry. Rankiem była na siłowni i jej trenerka personalna dała jej wycisk. Zabrała swojego brata na lunch, gdzie kolejne godziny słuchała o jego irytującym kliencie i nowych kąskach, które miał w formularzach. Ucięła sobie drzemkę, nim wieczorem nie wyszła ze znajomymi na miasto, zupełnie nie przejmując się tym, że był środek tygodnia. Lainey przecież nie pracowała i nazajutrz nie musiała zrywać się z łóżka wcześnie rano. Tyle tylko, że minusem tygodniowych imprez była zawsze godzina zamykania się barów. W momencie, gdy ona z wielką chęcią zamówiłaby jeszcze jedną kolejkę i oddała się w dzikie pląsy do karaoke, obsługa z przepraszającym uśmiechem informowała o konieczności zamknięcia.
Była więc grzeczna. Gorąco pożegnała się z przyjaciółmi, a następnie, korzystając z ostatków ciepłych wieczorów, do domu postanowiła się udać pieszo. W głowie nadal brzęczała jej muzyka, którą cicho mruczała pod nosem. Jej oczy lśniły od alkoholu, a kręcone włosy były spięte w wysoką kitkę. Wyglądała raczej normalnie, ot; obcisłe jeansy, top odkrywający brzuch, biała, za duża i rozpięta koszula. Nic szczególnego. Szła zupełnie na pamięć i nie zwracała uwagi na otoczenie, póki nie mignęła jej gdzieś przed oczami znajoma sylwetka.
Słodka Coven Bremers.
Ta sama piękność, której Lane nie spodziewała się więcej spotkać w tak wielkim mieście, jak Toronto. Potraktowała ją w końcu brzydko, blokując tak hojnie ofiarowany przy naleśnikach numer. Lainey jednak nie szukała dziewczyny, co zakomunikowała w ten toksyczny sposób.
Niemniej teraz? Bremers wyglądała dobrze. Jej włosy powiewały lekko na wietrze, a Rosewood doskonale pamiętała ich wspólną noc i to, jak cudownie b a w i ł a się z kobietą. Gdyby była trzeźwa, momentalnie by się odwróciła, jednak tym razem przyspieszyła trochę kroku, aby dogonić Coven ze słodkim, choć zdecydowanie upojonym alkoholem, uśmiechem.
Oh! Hej! — zawołała, zatrzymując się nieopodal kobiety i zamrugała, pospiesznie zwilżając swoje usta. — Przestraszyłam cię? Nie chciałam. Wiesz, różne typy po nocy się kręcą — uśmiechnęła się wesoło, nie spuszczając z niej spojrzenia. — więc może ja cię ochronię, nim się pojawią? Odprowadzić cię? — zaoferowała prosto, jakby były dobrymi k o l e ż a n k a m i.

coven bremers
lawina
mickiewiczowania nie trawię
27 y/o
SPRING TIME
163 cm
sprzedawczyni w secondhandzie
Awatar użytkownika
mówisz mi "zostań" i jestem dziś pewien, że chcę z tobą tańczyć i zostać u ciebie
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaciskała w gotowości palce na aluminiowym pojemniku i kiedy tylko usłyszała czyjś głos, wyciągnęła go z kieszeni i wystawiła przed siebie. Była dosłownie o tyle od naciśnięcia dyszy rozpylającej. I to praktycznie prosto w twarz... Lainey Rosewood. Coven wydała z siebie ciche jęknięcie i zastygła w bezruchu. Przez moment nawet nie wiedziała, co bardziej ją zszokowało - widok dziewczyny, której absolutnie się tutaj nie spodziewała, czy fakt, że o mały włos nie potraktowała jej gazem łzawiącym. Potrzebowała chwili, żeby mózg w ogóle nadążył za tym, co właśnie się wydarzyło.
Czyś ty zgłupiała?! — wydarła się w końcu, wyrzucając ręce w powietrze. — Mogłam cię zabić! — wyrzuciła ręce w powietrze w pretensjonalnym geście. No dobrze. Trochę dramatyzowała. Odrobinę. W najgorszym przypadku Lane skończyłaby z piekącymi oczami, zaczerwienioną skórą i bardzo nieprzyjemnymi wspomnieniami z tego wieczoru. Raczej by nie umarła. Coven nie zamierzała jednak pozwolić, żeby ten drobny szczegół popsuł jej oburzenie.
Pokręciła z niedowierzaniem głową, absolutnie zniesmaczona jej zachowaniem. Dopiero, kiedy kolejne słowa dziewczyny dotarły do niej z lekkim opóźnieniem, przyjrzała się jej podejrzliwie, jednocześnie chowając pojemnik z powrotem do kieszeni kurtki. Zaraz. Coś tutaj zdecydowanie się nie zgadzało. Lainey naprawdę miała czelność oferować jej pomoc po tym, jak zablokowała jej numer po tamtej nocy? Coven była durna, ale bez przesady. Przecież jedna noc nie oznaczała od razu wielkiej miłości, wspólnych wakacji i wybierania imion dla dzieci. Bremers doskonale wiedziała, czym były jednorazowe przygody. Sama miała ich kilka i nigdy nie robiła z tego wielkiej filozofii. Tylko że Rosewood mogła po prostu powiedzieć, że nie jest zainteresowana kolejnym spotkaniem. To naprawdę nie było trudne. Zamiast tego wzięła jej numer, pozwoliła jej myśleć, że może jeszcze kiedyś się zobaczą, a później zwyczajnie odcięła jej możliwość kontaktu. Coven przez jakiś czas zastanawiała się nawet, czym sobie na to zasłużyła. Może seks nie był wystarczająco dobry? Albo powiedziała coś nie tak? Była zbyt nachalna? Zrobiła coś głupiego? Wydawało jej się, że nie. Nawet z tymi cholernymi naleśnikami nie przesadziła. Zaproponowała tylko śniadanie. Normalne śniadanie. Okej, po cichu liczyła na to, że mogłyby przy okazji powtórzyć tamtą noc, ale przecież nie przykleiła się do Rosewood i nie zaczęła planować wspólnego życia przy patelni.
Poczuła nieprzyjemne ukłucie gdzieś pod żebrami. Trochę ją ta sytuacja poruszyła. Właściwie nawet bardziej niż tylko trochę.
Nie, dzięki. Poradzę sobie. — odparła butnie. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w dalszą drogę, próbując zachować resztki godności. Zrobiła może kilka kroków, zanim jednak zatrzymała się i ponownie spojrzała na Lainey. No nie. Nie zamierzała tego tak zostawić. — Zawsze tak robisz? — zapytała bez ogródek. — No wiesz, sypiasz z kimś, a potem po prostu go ignorujesz? — w jej głosie wybrzmiał wyraźny żal. — Mogłaś po prostu nie brać mojego numeru i powiedzieć mi wprost, że nie jesteś zainteresowana, żeby znowu się spotkać — mruknęła, zaciskając usta w wąską linię. Dziewczyna potraktowała ją nie fair i Coven nie zamierzała udawać, że wszystko było w porządku. Nie oczekiwała przecież deklaracji uczuć. Chciała tylko zwykłej, ludzkiej szczerości. Bo po co Rosewood zapraszała ją na swój wyścig, skoro w rzeczywistości wcale nie chciała jej widzieć?

lainey rosewood
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu
ODPOWIEDZ

Wróć do „Artisans’ Alley”