Robił wszystko, co mógł, by
zachować dystans.
To była jedna rzecz, której Haze od zawsze pragnęła. Wystarczająca ilość pustej przestrzeni by nikt nie mógł jej dosięgnąć, wystarczająca by mogła swobodnie zaczerpnąć oddech. Dotyk nigdy nie był dla niego czymś
szczególnym, zwykle bywał wręcz czymś n a t u r a l n y m, choć skłamałby mówiąc, że jego dłonie zwykle gładziły czyjś policzek zamiast zwijać się w pięści i wymierzać w niego cios.
Dotyk - czego nauczył się dość szybko - w przypadku Violet Haze był czymś
bardzo skomplikowanym.
Nie potrafił jednak trzymać się z dala. Zawsze jakaś chwila roztargnienia, moment nieuwagi przywracał go do ustawień fabrycznych, poddając impulsowi. To zawsze przychodziło mu z największą łatwością, był człowiekiem nieposiadającym wysokiego poziomu samokontroli w żadnym aspekcie - ani pozytywnym, ani negatywnym. Każda emocja potrafiła zagnieździć się w jego głowie i powoli, skutecznie przejąć kontrolę nad jego czynami, nad sposobem, w jaki patrzył i w jaki oddychał.
Tym trudniej było mu ignorować to gdy te resztki cierpliwości, które skrupulatnie pielęgnował w jej towarzystwie były tak łatwe do zignorowania, gdy w jego krwiobiegu krążyła niebezpieczna mieszanka alkoholu i innych
substancji rekreacyjnych.
Dlatego się p o ł o ż y ł.
Leżenie obok kogoś, kto siedzi, było przecież naturalną formą wprowadzenia jakiegoś rodzaju dystansu. Przede wszystkim upoważniało każdą z osób do nieutrzymywania kontaktu wzrokowego i do odsunięcia się na odległość, która była dla wszystkich komfortowa. Nigdy nie sądził, że znajdzie się ktoś, z kim pragnął obserwować sufit, lecz był skłonny to robić byle tylko Haze
nie sztywniała.
Plan, w założeniu, był prosty i powinien być skuteczny. On - odpoczywał. Ona - miała czyste sumienie, że nie zostawiała go w tej sytuacji samego.
I jak każdy inny, który snuł wplatając ją jako jeden z jego elementów, plan legł w gruzach gdy wyczuł przy swoich włosach jej dotyk.
Włosy, za jego sprawą, stały się tematem rozmowy, nic więc dziwnego, że zwróciła na nie uwagę. On jednak być może nie powinien na to reagować w sposób, w jaki zrobił natychmiast - przesuwając swoją głowę bliżej, spragniony tego dotyku, wrażenia kobiecych palców przemykających pomiędzy ciemnymi kosmykami. Resztki samoświadomości dostrzegły, że zrobił to jak pieprzony p i e s, wyczuwający dłoń właściciela gdzieś nieopodal swojego pyska, jednak nie potrafiły cofnąć się w czasie i powstrzymać impulsu.
Mrugnął, obserwując jej poczynania gdy sięgała po coś, a on liczył na to, że nie były to znów piekące gaziki. Gdy zamiast tego chłodny materiał kurtki znalazł się na jego nagiej skórze, zmarszczył brwi, nie rozumiejąc dlaczego w ogóle postanowiła go przykryć. Nie było mu przecież zimno.
Chyba fizycznie nie był w stanie się wychłodzić w obecnej sytuacji.
Niemniej kurtka pachniała n i ą, nagromadzeniem perfum pryskanych zawsze przed wyjściem i wnętrzem jej mieszkania nim wypełnił je zapach gotowanego makaronu. I m p u l s znów sprawił, że zapragnął podciągnąć kurtkę wyżej, utopić się w tym zapachu, jednak jego palce zesztywniały gdy chwycił fragment odzieży i rozwarły się, natychmiast go puszczając.
D y s t a n s.
Miał być łatwiejszy do utrzymania w tej pozycji. Jego ból głowy faktycznie znikał, wrażenie pokoju rozmytego w szwankujących pod wpływem zmęczenia oczach również zelżało, niosąc pozorowane wrażenie trzeźwości.
A jednak nie potrafił nie pamiętać o jej c i e p l e, o udach tkwiących parę centymetrów od jego twarzy. Udach, o których nie mógł myśleć, ponieważ wtedy to ciepło wsuwało się w objęcia jego organizmu, rozpalając go od środka.
-
Kurtka? - odpowiedział odruchowo, ponieważ w jej zdaniu chowało się danie
czegoś,
komuś, a przed chwilą dała mu swoją kurtkę, więc wydawało mu się to w pełni racjonalne i adekwatne jako odpowiedź.
Przeliterowanie tego słowa zajęło mu nieznośną ilość czasu. W tym czasie zdążył wysunąć jedną rękę spod materiału ubrania, którym go przykryła i nim spostrzegł, zgiął ją w łokciu, bawiąc się długimi kosmykami ciemnych włosów zawieszonych paręnaście centymetrów nad jego ciałem.
I choć zamarł, nie był w stanie zmusić się do przerwania tego niewinnego odruchu.
-
Zaufanie - poprawił się, marszcząc brwi, gdy reszta wypowiedzianego przez nią zdania wreszcie osiadła na jego świadomości wraz z niesionym przez nie znaczeniem. Jego palce zatrzymały się, ciemny kosmyk wymknął spomiędzy nich gdy przeniósł swój wzrok z jej włosów na zawieszoną gdzieś powyżej twarz. -
Dlaczego myślałaś, że mógłbym cię skrzywdzić?
Czy sam jej przed tym nie
przestrzegł?
Czy zdarte do krwi knykcie dłoni, wyciągniętej na spotkanie jej włosów nie było wystarczającą odpowiedzią na zadane przez nie pytanie, tak jak broń tkwiąca gdzieś w okolicy jego biurka i szkarłat plamiący ściany jego gabinetu?
A jednak mimo wszystko, mimo tej logice, która mu nie umykała nawet w tym stanie, myśl wydawała mu się niedorzeczna.
Nothing's Gonna Hurt You Baby