ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
183 cm
kapitan w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

005.

Nie lubił w pracy wychodzić na takiego, co się rządzi. Nie lubił wychodzić na takiego, co uważa innych za roboli, który muszą wykonywać jego polecenia. Nienawidził wręcz jak ktokolwiek na niego patrzył tak, jakby się wywyższał.
Ale dziś - choć wiedział że wyjdzie na takiego, nie miał zamiaru pohamować się i nie zrobić takiego ruchu w kierunku kogoś z pracy. Szczególnie to dla niego trudne i niezbyt łatwe, gdy w grę wchodzi osoba, z jaką jest tak blisko, z jaką jest cholernie zżyty i z kim nie chciałby doprowadzać do ścięć jakichkolwiek, a już tym bardziej tych związanych z pracą.
A jednak będzie musiał się przełamać i zrobić to, co jest ważne. Jakby nie patrzeć, góra pewnie tego od niego na swój sposób oczekuje, aby potrafił panować nad ludźmi, których ma pod sobą. Nie sądził jednak, że to właśnie ona sprawi, że nie będzie przestrzegała pewnych zasad i nie będzie mu pomagała w tym wszystkim - i to w szczególności dlatego, że to ona sama pchała ku temu awansowi, aby o niego walczył i nie oglądał się na nikogo. No cóż, wtedy ani jedno ani drugie nie przeczuwało, że skończą w jednej jednostce, a to on będzie się znajdował nad nią w tej sferze.
Zjechali do bazy po niezbyt przyjemnej akcji, która miała miejsce na obrzeżach miasta, a inna jednostka potrzebowała wsparcia w gaszeniu pożaru, który zaczynał się rozprzestrzeniać. Samozapłon, zwarcie instalacji, podpalenie, nie było to wtedy istotne dla kogokolwiek, kiedy ważne były każde sekundy w ogarnięciu ów sytuacji. James wydawał polecenia,. Jak to zwykle bywało, niemniej również pomagał w wyprowadzaniu postronnych w dalsze miejsca, aby nie byli narażeni, a także w samej sobie akcji gaśniczej. Nie wiedział jednak czemu Riley, kiedy dostała odpowiednie zadanie, aby pozostała na zewnątrz i pełniła rolę asekuracyjną, kiedy to on i dwóch innych strażaków weszli dla wnętrza budynku, mogąc znaleźć te największe skupiska ognia, które mogłyby stanowić największe zagrożenie. W międzyczasie poprosił również ją o zabezpieczenie terenu, czego nie zrobiła; nie wiedział czemu, a dostrzegł iż ktoś inny to robił. Potem nie stała w miejscu, gdzie miała się znajdować. Pchała się może do budynku, a przecież nie chciał aby szła tam, gdzie nie było bezpiecznie… nie wiedział, o co jej chodziło. Ale czuł, że właśnie sprawia iż mógł wypaść w oczach innych na kogoś, kto nie nadaje się do roli jako ich przywódcy, a to akurat nie byłoby dla niego korzystne.
Gdy znajdowali się już w centrum, chłopaki się rozebrali z osprzętu, a on przeciągał swoją obecność w szatni, w międzyczasie składając gratulacje każdemu z osobna za świetną akcję i dobre zgranie. Na koniec chciał sobie zostawić wisienkę na torcie, czyli właśnie Davis, którą co jakiś czas obserwował z uwagą, z nadzieją że nie wyjdzie przedwcześnie. Nie wiedział czy robiła to specjalnie, czy może chciała znaleźć się sama w szatni aby przebrać, niemniej nim się obejrzeli, byli już sami. — Co się dziś z Tobą działo, Riley? — zapytał na początek, odrobinę bardziej surowym tonem niż zazwyczaj. Chyba to kwestia tego, że to właśnie ona go zawiodła najbardziej w tak trudnym momencie. — Nie słuchałaś się poleceń i w pewnym momencie doprowadzałaś do samowolki — wyjaśnił, widząc po jej minie że jakby nie rozumiała czego miała dotyczyć ta rozmowa. — Słuchaj, wiesz że nie lubię się z Tobą kłócić, nie lubię się w ogóle kimkolwiek rządzić, ale jestem na takim stanowisku jakim jestem i muszę mieć pewność, że każdy z kim jadę rozumie moje położenie oraz fakt tego, że gdy opracowywana jest strategia działania, to każdy robi to, co jest mu przydzielone — starał się być spokojny, niemniej jednocześnie jakaś migrena się u niego zadziała, przez co nie brzmiał dla niej zapewne niezbyt przyjemnie. — Więc dlatego chciałbym się dowiedzieć - co się dziś działo, hm? — nie wiedział jednak, czy uzyska odpowiedź jaka go usatysfakcjonuje.


riley davis
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
30 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
strażaczka Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
just don't hang your hopes on me, I want to feel something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Riley wierzyła w to, że James był odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku. Starała się wspierać go najlepiej jak potrafiła, bo przecież tak robią przyjaciele, ale poza tym uważała też, że na ten awans sobie zwyczajnie zasłużył. Latami ciężkiej pracy i niemałych wyrzeczeń, udowodnił że się do tego nadaje. Wyróżniał się cechami, które pasowały do kogoś, kto nie tylko potrafi ale powinien być liderem.
Z drugiej strony, skłamałaby mówiąc, że nie obawiała się tego, jak będzie przebiegać ich współpraca od tej pory. Przydział McCanna do jej jednostki, oboje przyjęli spokojnie, choć zapewne obojgu też przez głowę przewinęły się czarne scenariusze. Nie mogli przewidzieć jaki to tak naprawdę będzie miało wpływ na ich relację, którą zresztą nadal ukrywali przed całym światem. I jasne - na pierwszy rzut oka widać było, że się przyjaźnią, ale o tym, że ze sobą sypiają już nikt poza nimi nie mógł się dowiedzieć. Było to ważne, szczególnie teraz, bo nie dość, że przyszło im odtąd pracować w tej samej jednostce, to jeszcze James miał zostać w niej kapitanem.
Ich sytuacja już od jakiegoś czasu była mocno skomplikowana. Żadne z nich nie chciało przyznać, że czuje do tego drugiego coś więcej, a mimo to nie potrafili odpuścić i zakończyć tego, co w tamtym momencie jeszcze bardziej komplikowało i utrudniało im życie.
Pierwsze tygodnie pracy McCanna na nowo objętym stanowisku kapitana w sto trzydziestej drugiej jednostce upłynęły bez większych problemów. Strażaczka nie podejrzewała Jamesa o to, że uderzy mu do głowy woda sodowa, gdy tylko poczuje trochę więcej władzy. Bardziej martwiła się o to, że ktoś dowie się co ich ze sobą naprawdę łączy, jednak ukrywanie romansu okazało się prostsze niż Davis sądziła.
Tego dnia, gdy po akcji wrócili do remizy, wiedziała dokładnie, że czeka ich ciężka rozmowa. Już wcześniej dało się wyczuć, że coś było nie tak. James nie wyglądał na zadowolonego, mimo że wszystko przebiegło całkiem sprawnie, a pożar został przez nich w pełni opanowany. Nie wyglądał na zadowolonego z jej winy. Problem tylko polegał na tym, że Riley nie miała sobie absolutnie nic do zarzucenia. McCann nie wyjawił od razu o co chodziło, a na jej pytania mruczał coś tylko zdawkowo, dzięki czemu wiedziała tylko tyle, że był na nią wściekły.
Nie naciskała, nie dopytywała. Po prostu cierpliwie czekała, choć ta cierpliwość zdecydowanie nie była jej mocną stroną. James odwlekał tę rozmowę jak długo tylko mógł. Tak, jakby chciał uniknąć konfrontacji z Davis przy wszystkich. Może i słusznie.
Co się ze mną działo? — powtórzyła pytanie, niezbyt zdziwiona tonem jego głosu, ale za to kompletnie zbita z tropu jego słowami. Na wspomnienie o “samowolce” wstała z ławki i skrzyżowała ręce na piersiach. Przyglądała mu się z lekko uniesioną brwią i zaciśniętą mocno szczęką, by zaraz czegoś nieprzemyślanego nie wypalić. Odezwała się dopiero wtedy, gdy skończył swój wywód.
Ja to wszystko wiem, James. Zupełnie nie rozumiem o co się teraz przypierdalasz — odparła, marszcząc już brwi, jak zawsze, gdy coś ją irytowało — Nie podoba mi się też, że rozmawiasz ze mną tak, jakby był to mój pierwszy dzień w pracy.
Prawda była taka, że Davis wcale nie zignorowała jego poleceń ze zwykłej, wrodzonej przekory ani też dlatego, że migała się od przydzielonych zadań, czy uważała, że powinna robić coś bardziej ryzykownego od zabezpieczania terenu. Wynikało to wyłącznie z tego, że nie byli tam sami - w tak trudnych akcjach zawsze brało udział więcej niż tylko jedna jednostka. Na zewnątrz, gdzie Ry miała wykonywać swoje obowiązki, znajdowało się jeszcze kilka innych osób, które robiły dokładnie to samo. W jej ocenie, była tam kompletnie zbędna, stąd decyzja o dołączeniu do zespołu, który ruszył do wnętrza budynku - w tym do McCanna.
Jako dobry kapitan powinieneś wiedzieć, że czasem jesteśmy zmuszeni podejmować samodzielne decyzje, a nie tylko ślepo podążać za rozkazami — zaczęła znów, najspokojniej jak tylko potrafiła. Ciężko jej było trzymać emocje na wodzy, ale wiedziała też, że nerwami niczego nie wskóra — Byłam pewna tego, że bardziej przydam się wam w środku, dlatego weszłam. I nie myliłam się, tylko jesteś zbyt dumny, by teraz to przyznać.


James McCann
mów jak chcesz
angielskie wyjścia
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Fire Station 132”