ODPOWIEDZ
29 y/o
Welkom in Canada
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

I get myself twisted in threads
To meet you at The Alcott
I'd go to the corner in the back
Where you'd always be


Oleander Everhart rozumiał, że nie ma racjonalnych powodów do zdenerwowania. Spotkanie z Malcolmem było równie niezobowiązujące - i niosło z sobą równie nieistotne konsekwencje dla jego bieżącego, dorosłego życia - co rozmowa z mijaną na przystanku sąsiadką mieszkającą na tej samej ulicy. Nie zależały od niego przecież ani przyszłość Ollie'go, ani jego kariera czy zdrowie. W gruncie rzeczy, wizyta u dentysty powinna mieć dla bruneta większe znaczenie niż to, czy dzisiejszy wieczór upłynie mu przyjemnie, neutralnie, czy też zakończy się jakąś tektoniczną w skali katastrofą. Nie mówiąc już o egzaminach, które Ollie przecież zdawał co sesję, czy o pierwszych konsultacjach przeprowadzanych z pacjentami podczas praktyk na studiach, przed którymi nerwy i zmartwienia byłyby o wiele bardziej uzasadnione.
Wbrew wszystkiemu, Everhart tremował się jednak z nerwowością godną nastolatka zdającego najważniejszy egzamin w życiu. Ba, w głębi duszy chyba bał się lękiem, którego nie czuł nawet na moment przed wbiegnięciem prosto w płomienie liżące zawzięcie grożącym zawaleniem się budynek. A przecież był to tylko drink po zajęciach, na miłość boską!, a nie jakiś rytuał przejścia, od którego zależeć miały jego śmierć albo życie. I gdyby tylko ta jego racjonalna część potrafiła jakimś cudem wytłumaczyć to tej drugiej, targanej skrajnymi emocjami, Everhart z pewnością czułby się teraz jak zrównoważony, dwudziestodziewięcioletni mężczyzna, a nie zwój dynamitu gdzieś na granicy z eksplozją.

Otrzymana raptem parę dni wcześniej wiadomość od Malcolma, skutecznie wytrąciła go z tej samej równowagi, której odzyskanie po ich ostatnim spotkaniu zajęło mu ładne parę dni tygodni. Najpierw czekał, wmawiając sobie, że to tylko logiczne, bo przecież Mal wyraźnie zasugerował, że będzie w kontakcie - cóż więc było dziwnego w sprawdzeniu telefonu paręset razy dziennie w ciekawości, czy imię Bremersa wyrysuje się prostą czcionką na jego ekranie?
Potem, w miarę jak jego frustracja zaczęła rosnąć przeciwproporcjonalnie do jego nadziei, osiągnął jakiś zupełnie inny etap żałoby, na którym zaczął sobie wmawiać, że może ich spotkanie pod Obserwatorium nie tyle sobie wymyślił, co we własnej pamięci rozdmuchał je do kompletnie nielogicznej skali. Mało tego, może się przesłyszał? Może Malcolm wcale nie sugerował, że po ich pierwszym spotkaniu miejsce będzie miało następne? Może doszło do nieporozumienia, którym teraz żywiła się teraz ta romantyczniejsza część jego duszy, skazana na niewyobrażalne rozczarowanie?
Ostatecznie, Ollie'mu zaczęło się wreszcie wydawać, że zbliża się do fazy akceptacji. Pomogło zbliżające się rozpoczęcie roku akademickiego, i dodatkowe, rozpoczynające się we wrześniu, seminaria, na które zapisał się w nadziei, że nawiązane na nich kontakty pomogą mu na etapie szukania pracy. Dystrakcja nie była może najzdrowszym i najdojrzalszym sposobem radzenia sobie z trudnymi emocjami, ale z pewnością cechowała się tą skutecznością, której brakowało siedzenie w domu, słuchanie na okrągło tego samego, najsmutniejszego albumu The National, i przeglądanie paru podblakłych zdjęć, które ostały mu się z sielankowych paru miesięcy spędzonych w przeszłości z Malcolmem.
I, jak to w życiu bywa, dokładnie wtedy Mal Bremers postanowił jednak objawić się w jego życiu ponownie, cały ten desperacki spokój Oleandra burząc jedną raptem wiadomością.

hej, chcemy w końcu napić się tej kawy?
hej, mieliśmy iść na kawę?
hej, może

Wynikiem czego, zamiast - jak zwykle w środy - na siłownię, po drugim w tym roku seminaryjnym spotkaniu, Ollie Everhart skierował się ku wymownym w nazwie lokalowi. Jego wybór tłumaczył sobie faktem, że bar znajdował się przysłowiowy rzut beretem od budynku, w którym odbywał zajęcia - i bynajmniej nie tym, że za jego propozycją stało jakiekolwiek ironiczne znaczenie.
Kolejną rzeczą, którą Ollie sobie roił było to, że dzisiejszego poranka wcale nie spędził dobrych czterdziestu minut starając się wybrać odpowiedni poziom sprania odcień czerni podkoszulka, który sparował z ciemnymi jeansami, i skórzaną kurtką, wracającą do użytku po letnich miesiącach. Oraz to, że gdy przekraczał próg Poor Romeo i kierował się do barowej lady, wcale nie drżały mu dłonie.

malcolm bremers
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
29 y/o
For good luck!
180 cm
inżynier oprogramowania w avalon global industries
Awatar użytkownika
you were all at once, 'til the fade to black
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiobojętne
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor


Chociaż nikt nie był świadkiem tego żenującego wystukiwania wciąż i wciąż kolejnych pytań, które finalnie nigdy nie docierały do adresata, Malcolm i tak czuł wyraźnie piekący wstyd na samo wspomnienie. Wiązał się on też z przeciągniętej liczbą dni, których potrzebował na to, by po obiecanym kontakcie, faktycznie go wykonać. Prawdą było jednak, że czuł się trochę niczym uzależniony człowiek, próbujący rozsądnie odsunąć od siebie szkodliwy nawyk, ale jednocześnie wracający do niego myślami tak często, że pewność złamania się, powoli zaczynał akceptować.
Uwierało go jednak zakończenie tamtej rozmowy w tak niewygodny sposób, odbijający się nerwowym ciepłem w policzkach, że na kilkanaście dni przekonał samego siebie, że nie powinien do niego pisać. Jakby w odpowiedzi na zderzenie się z sentymentem, zdecydował się nieco mocniej skupić na sypiącym małżeństwie. Chociaż i to poskutkowało w odwrotny do zamierzonego sposób, a wszelkie zrywy, jakich Malcolm się podjął, zakończone zostały kolejnymi wyrzutami i kłótniami.
Okazało się więc, że nawet jeśli nie mieli zbyt dużo czasu na tamtą rozmowę, to odbiła się silniejszym echem, niż powinna, doprowadzając w końcu do tego, że kliknął to nieszczęsne wyślij. Tylko resztki szacunku do samego siebie i powtórzone w głowie zachowuj się jak dorosły człowiek, powstrzymały go w tamtym momencie przed tym, by po wysłaniu tych kilku słów nie odwrócić telefonu ekranem do dołu, w napięciu czekając na odpowiedź.
Jakaś jego część brała pod uwagę, że Ollie nie odpisze. Część Malcolma nawet c h c i a ł a, by tego nie zrobił. Nie tyle z tchórzostwa i wygodnego przerzucenia odpowiedzialności na oleandrowe barki za to, że tym razem wszystko znowu by się zepsuło, ile przez uwierające go przekonanie, że zachowywał się po prostu dość niesprawiedliwie względem niego. Nawet jeśli można było przykleić mu kilka brzydszych łatek, to wyrachowany niekoniecznie by pasowała.
Wiedział jednak, że gdyby odpowiedź była jakkolwiek inna, rozczarowanie, które by odczuł, stanowiłoby wartość proporcjonalną do wstydu, który piekł go, gdy dobierał strój po pracy z taką starannością, że przyciągnął zainteresowane pytania Sarah. Zanim jednak udzielił odpowiedzi, którą w najlepszym wypadku można by było określić mianem prawie przekonującej, kobieta odpuściła, uznając, że nie chciała nie musiała wiedzieć.
Ta mieszanina uczuć, którą czuł w sobie, gdy ciągnął ciężkie drzwi, prowadzące do baru, wybranego przez Oleandra (a którego ironiczna nazwa nie umknęła Malcolmowi wcale), wydawała mu się nie tylko rozpisana widocznie na jego twarzy, ale też rozłożona na czynniki pierwsze — by nikomu nie umknęło, co Malcolm Bremers miał chwilowo w głowie. Nie zmieniło się to z całą pewnością w momencie, w którym przystanął przed Oleandrem i po rzuceniu szybkiego hej, wyciągnął ręce, by uścisnąć go w nieporadnym dość geście. Trwał jednak kilka krótkich chwil, po których przysiadł obok, próbując wyglądać, jakby wcale nie przeanalizował pospiesznie w głowie, czy nie było to przesadzone.
Wiedział, że gówniarską nonszalancję pożegnał lata temu i zastąpił ją niepotrzebną, dorosłą zachowawczością, ale ta jednak zdawała się znikać, zastąpiona niezręcznością, gdy tylko w grę wchodziło towarzystwo Oleandra.
— Czy wybór tego baru to wygoda, czy kryło się za tym coś jeszcze? — zapytał, okręcając się na barom krzesełku z najwyższą ostrożnością. Chciał siedzieć z twarzą zwróconą nieco bardziej w stronę mężczyzny, ale z całą pewnością nie chciał nachalnie opierać kolana o jego nogę (całe szczęście, bo mógłby spaść ze swojego miejsca, gdyby poczuł twardość protezy). — Bo jestem już trochę za stary na promocję dziesięciu szotów w cenie pięciu — dodał jeszcze luźno, siląc się na żart, który miał ukryć to, że w najlepszym razie nie miał pojęcia, jak dokładnie należało prowadzić z nim rozmowę. Jakby co najmniej to Ollie wystosował niespodziewane zaproszenie do baru, a nie Malcolm, który od powrotu do tego miasta, zachowywał się tak, jakby zapomniał po drodze wszystkich umiejętności komunikacyjnych, nabytych jako dorosły człowiek.

oleander everhart
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
mal
błędnego używania wyszukanych słów
ODPOWIEDZ

Wróć do „Poor Romeo”