No dobra, Perry też nie rozpowiadała na prawo i lewo, że miała odlotową siostrę, która pracowała w szpitalu i chodziła na randki z kościotrupem - w sensie z takim modelem kostnym, anatomia i te sprawy - przez co nie miała czasu dla żywych ludzi. -
Powinnam z nim porozmawiać, czy masz na to wyjebane? - spytała Perry pół żartem, pół serio, ale gdyby Pixie dała jej zielone światło, Wallace z przyjemnością przekazałaby Griffinowi, że… yyy… mógłby w końcu bardziej doceniać swoją siostrę! No bo umówmy się, czy Fontaine nie była świetna? Ano, była! W ogóle to faceci chyba po prostu mieli dziwną tendencję do ignorowania fajności swojego rodzeństwa. Albo po prostu do ignorowania rodzeństwa…
Na wieść, że wszystko było do nadrobienia, Perry uśmiechnęła się szeroko. Jarała ją ta rosnąca lista wspólnych planów, która powoli zaczynała dorównywać długością tej, którą Perry uzupełniała z Griffinem. Wow. -
Też nie wiedziałam, że jest takim romantykiem, a potem dał mi tamten kamyk na walentynki, słodkie to było - skomentowała romantyzm swojej drugiej
gorszej połówki. W sumie Griffin nie należał do przesadnie wylewnych ludzi, dla niego liczyły się czyny i gesty, a nie górnolotne słówka. Właśnie dlatego Perry nie mogła doczekać się swoich urodzin, bo była cholernie ciekawa, co wymyśli w tym roku. W ubiegłym powiedział jej, że miał zamiar spędzić Sylwestra z rodziną, a zamiast tego zorganizował dla Perry fantastyczną imprezę niespodziankę. To właśnie wtedy dostała od Nory niebieską lampę solną, która wyglądała jak wielki, świecący kamień i do dzisiaj stała przy łóżku Perry. A skoro już o kamieniach mowa… -
A widzisz! Cieszę się, że spodobał ci się ten pomysł. Dobra, to pomogę ci je zbierać i wybierzemy coś naprawdę ładnego. Nie zgarnę przecież wszystkich ładnych kamyków dla siebie - obwieściła z uśmiechem. W końcu mrówki i karaczany też zasługiwały na… yyy… ładne wnętrze terrarium i formikarium!
Chwilę później w oczach Perry już błyszczał zachwyt (pojawił się, gdy tylko Pixie zaczęła opowiadać o mrówkach, jakby to kogoś interesowało). -
Ojeju, chodziłaś po lesie z pęsetą i słoikiem czy jak? - spytała i uniosła na moment brwi. Chciała wiedzieć! -
Musisz naprawdę kochać mrówki… A w ogóle ile żyje taka mrówka, Pix? - spytała, bo to też chciała wiedzieć, a nie wiedziała, a przecież miała owadziego eksperta na wyciągnięcie ręki, więc powinna żyć i korzystać! No ale jakby co to naprawdę ją interesował ten temat, bo skoro Pixie miała dwie kolonie... to czy to znaczyło, że miała gigantyczne formikarium, czy po prostu pierwsza generacja zdążyła już umrzeć?!?!?! O Boże. -
Ukradłam z ogródka sąsiadów - odpowiedziała zaraz na pytanie o swoje kamienne zbiory. -
Mieli taki piękny, zadbany skalniak z czarnymi otoczakami. Jak miałam osiem lat, uznałam, że te kamienie marnują się u nich pod tują, więc ukradłam kilka… naście i trzymałam je pod łóżkiem, a potem rysowałam na nich obrazki - wyjaśniła. Tak w sumie ta dziecięca tradycja nadal się jej trzymała. Jak znajdowała na spacerze gładkie, płaskie kamienie, zabierała je ze sobą do domu, malowała i potem zostawiała je w dziwnych, losowych miejscach w mieście, jak na przykład w parku na ławce w Parkdale.
Wróćmy do złodziei zwanych pingwinami. -
Anoo, to bezwzględne opryszki w garniturkach - zaśmiała się głośno, zanim wróciła wzrokiem do tego, co działo się na wybiegu. Ptaki naprawdę wyglądały, jakby planowały pobić się o rybę. Perry dalej grzecznie przyglądała się karmieniu eleganckich zwierzaczków, kiedy nagle… Złodziej? Telefon? JEJ TELEFON? Błogi nastrój chuj strzelił. -
CO? Mój telefon?! - zawołała Perry. Wokół nich natychmiast powstało spore poruszenie, Pixie zerwała się do biegu bez sekundy wahania, a Persefona… stała jak wryta, bo jej mózg chyba nie przetworzył jeszcze informacji o złodzieju. Przecież takie rzeczy przytrafiały się obcym, randomowym ludziom, a nie… jej. Dopiero gdy Pixie znajdowała się kilkanaście metrów od Perry, Wallace wystrzeliła jak z procy i ruszyła pędem za swoją ulubioną blondynką. -
Czekaj na mnie, Pix! - krzyknęła nagle, bo dystans między nią a Pixie stale się powiększał. Szybko jednak zdała sobie sprawę z własnej głupoty. -
Albo nie, nie czekaj! GOŃ GO! - zreflektowała się natychmiast.
Czekaj na mnie, Pix?! Jakie to było durne!!!!
Dlaczego to przytrafiło się jej akurat dzisiaj?! -
ZŁODZIEJ, ZŁODZIEJ! - darła się Perry na cały regulator, próbując dogonić zarówno siostrę Griffina, jak i tego małego gnoja, który zajebał jej telefon. Kurczę, nie było to proste zadanie, bo Perry była niższa i miała znacznie krótsze nogi, a poza tym na treningach z Griffinem to bardziej się obijała niż faktycznie ćwiczyła, więc… CHOLERA, gdyby chociaż miała teraz rolki, to pewnie udałoby się jej ich dogonić! Kurde, ale skąd, do cholery, miałaby wytrzasnąć rolki na środku zoo? CHO-LE-RA!!! Biegła, ile sił w płucach i nagle dotarło do niej, że typek ukradł… całe jej życie! Legitymację studencką, podpiętą kartę, bilet do zoo, roczną historię konwersacji z Griffinem i… memy z Pixie! JEZU! Musiała odzyskać ten telefon, chociażby miała zabić się na najbliższym krawężniku.
Złodziej nagle trafił na gęsty zator złożony z wózków dziecięcych przy wybiegu dla surykatek i zawahał się, szukając drogi ucieczki. -
Ja z lewej, ty z prawej?! - zawołała do Pixie, wskazując dłonią wąską ścieżkę przy ławkach. Dawało im to idealną szansę, żeby wyminąć tłum i odciąć złodziejowi drogę!
pixie 