ODPOWIEDZ
23 y/o
LITERACKI KRUCZEK
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I gave everything to the sun. All.
Everything except my shadow.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Pomimo że obydwaj zdawali się rezonować w ten sam sposób gdy chodziło o szukanie potencjalnych rozwiązań problemu - Milo był mu zresztą szalenie wdzięczny za to, że nie musiał tłumaczyć co miał dokładnie na myśli - tak na sytuacje stresowe reagowali zupełnie inaczej.
Podczas gdy on sam płynnie przechodził w tryb robota wykreślając z równania warstwę emocjonalną na tyle na ile było to możliwe, Dylan zdawał się wręcz oddychać troską, cały sobą był chodzącym zmartwieniem i... gadułą.
W innych okolicznościach zbyłby go w jakiś kreatywny sposób. W tym momencie ostatnim czego potrzebował była paplanina, która zamaskowałaby obecność innych osób w ciemnościach, w których uzbrojony jedynie w latarkę był w stanie dopatrzeć się czegokolwiek na odległość większą niż trzy, może cztery metry.
Znajdź drzwi 一 powtórzył rzeczowo, tym samym odcinając się kompletnie od prośby. Jeżeli Gauthier sobie życzył, mógł boczyć się na niego ile dusza zapragnie gdy już opuszczą teren cegielni. W tym momencie Milo z całą stanowczością priorytetyzował podejście praktyczne.
Starając się nie obracać plecami do otwartych przestrzeni powoli spacerował w kierunku, z którego słyszał przytłumione mamrotanie Dylana, który sądząc po odgłosach, chyba znalazł coś godnego uwagi. Doceniłby to bardziej gdyby nie to, że dotąd nieruchoma plandeka przykrywająca szkielet dźwigu (którym pewnie zachwyciłby się nie mając na głowie obecnych zmartwień) poruszyła się ni stąd ni zowąd. Milo przystanął w miejscu i skierował światło latarki w stronę płachty, a przygarione dotąd ramiona wyprostował sztywno; mrugnął dla otrzeźwienia, wstrzymał na parę sekund oddech w płucach i zmarszczył brwi.

Nie w...
W tym samym momencie wydarzyło się kilka rzeczy.
Drzwi skrzypnęły pokutnie tak, że zapewne słychać je było w całym budynku, łącznie z siecią wyższych kondygnacji i w piwnicach, a Dylan w pełnej chwale swojego małego sukcesu stanął pośrodku progu i Milo chcąc nie chcąc rozkojarzył się i obrócił głowę by na niego spojrzeć.
To był ogromny błąd.
Spod plandeki wyskoczył ogromny rudy kocur. Rozpędzony nieproporcjonalnie do własnych rozmiarów i być może upatrując w tym najkrótszą drogę do zaoferowanej wolności wykonał szaleńczą szarżę w kierunku Milo, po czym korzystając z jego nieuwagi wbił komplet pazurów wszystkich czterech łap w jego udo. Milo zawył dziko, kot nasyczał na niego i rozmiałczał się donośnie z oburzeniem, gdy bezużyteczna w tej walce latarka upadła i potoczyła się Gauthierowi pod buta.

JODEEEER...! 一 wrzasnął aż się poniosło, bezskutecznie acz heroicznie usiłując oderwać od siebie cholernego sierściucha. 一 ZŁAŹ... ZE MNIE... KURWA...!
Rivera naprawdę kochał koty. Kochał zwierzęta całym sercem, o wiele bardziej niż ludzi plasując je na tym samym pułapie co maszyny.
W tym momencie miał ochotę sprawić sobie futrzaną czapkę.
Czując jak pazury nieróżniące się wiele od skalpeli wżynają mu się w skórę pomimo grubych spodni sięgnął na oślep do kociego karku, ale jego palce poza szorstkawym futrem napotkały fałdy tłuszczu, przez który jego próby wyszarpania zwierzaka siłowo nie przyniosły efektu. Otyłość uratowała kocura, który na jego starania zawarczał jak stary silnik i zamiast puścić złośliwie wspiął się po Milo jak akrobata, przedzierając się przez pierś i dopadając do barku.
Dopiero teraz poczuł to wredne siedem kilo żywej masy.

HIIIIIJO DE SU... PUTAMADREKURWA...! 一 Języki mieszały mu się gdy wymyślał zwierzęciu w co najmniej dwóch. Zataczając się nadział się biodrem na wielki roboczy blat, a wtedy kot puścił wreszcie odbijając się od niego jak od mebla i wskakując na stół. W szale porozrzucał to, co jeszcze zalegało na warsztacie, osyczał Milo po raz ostatni po czym pędząc ile sił przebiegł Dylanowi pomiędzy nogami by zniknąć zaraz w najbliższych zaroślach.
Milo stał wciąż w tym samym miejscu, jedną ręką podtrzymując się krawędzi blatu, drugą dłoń przyciskał do barku, który również ucierpiał. Czuł jak coś ciepłego i lepkiego spływa mu pod ubraniem i nie miał złudzeń, że szramy po tym niezbyt godnym starciu zostaną z nim na długo.

Widziałeś to?! Widziałeś?! PIERDOLONY!
Zarówno fragment jego policzka u dołu jak i kawałek pod szczęką zdobił podłużny ślad pazurów, szczęśliwie płytszy niż pozostałe, ale lepiej widoczny z uwagi na to, że nic go nie zakrywało.


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spięcie towarzyszące Dylanowi od kiedy zostawił Milo samego wewnątrz fabrycznej ruiny i oblegające go niczym ta sama ciężka plandeka, której ruch stanął w centrum uwagi uwięzionego chłopaka, zsunęło się z niego w momencie stanięcia w otwartych drzwiach prowadzących z powrotem do środka. Pomimo wcześniejszego znalezienia się na świeżym powietrzu, co stanowiło ich dotychczasowy cel, dopiero teraz odzyskał lekkość w klatce piersiowej pozwalającą na wzięcie głębszego oddechu, z czego skorzystał w najgorszym możliwym momencie i prawie udławił się własną śliną.
Wpierw bezkształtny cień, a później lepiej widoczna w świetle toczącej się latarki kulka rudego futra wyfrunęła spomiędzy porzuconej maszynerii i wpadła prosto w ramiona udo Rivery, wprowadzając stojącego w progu mężczyznę w stan szoku z przynajmniej trzech różnych powodów. Syczenie i przekleństwa towarzyszące szamotaninie odbiły się echem po rozległej sali, stan przedzawałowy Gauthiera wywołany niespodziewanym atakiem przeszedł mrowieniem pod jego skórą jak dobrze wymierzony jumpscare w filmie grozy, kiedy tylko dotarł do niego brak bezpośredniego zagrożenia. Spodziewałby się człowieka, może nawet więcej niż jednego, w pierwszej chwili był gotowy wyrwać do przodu i wskoczyć w środek zamieszania, gdyby rozmiar przeciwnika nie zaklął go w kamień aż do momentu, w którym kocisko przebiegło mu między nogami, potrącając po drodze bezużyteczną, leżącą przy bucie Dylana latarkę. Cała akcja trwała kilka sekund, a pierwszym dźwiękiem jaki mężczyzna wydał od jej rozpoczęcia był nieopanowany śmiech.
Absurd całej sytuacji rozpuścił napięcie budowane od pierwszych oznak obcej obecności w budynku, zdaje się spuszczając z Gauthiera wszystkie siły dotychczas trzymające go w pionie, gdy opuścił ramiona, oparł się o framugę i praktycznie rzecz biorąc popłakał się ze śmiechu. Kiwając głową na znak, że owszem, widział wszystko, spojrzał na Milo wycierając łzę z kącika oka. Potrzebował dłuższej chwili by doprowadzić się do porządku.
- Wszy-... - zaczął, urwał, pociągnął nosem i zachichotał, cały czas mając przed oczami nierówną walkę przechyloną na korzyść kocura. - Wszystko gra..? - dał radę dokończyć, z lekkością całkowicie kontrastującą ze złością Rivery. Właściwie była ona dodatkowym zapalnikiem utrudniającym mu odzyskanie powagi.
- Myślałem, że lubisz koteczki - wytknął z rozbawieniem, zbierając się do porządku i przesuwając butem latarkę Milo by ta przytrzymała drzwi grożące zamknięciem się i zmuszeniem ich do ponownego przedzierania się oknem. Wziął oddech, wypuścił go w formie bezgłośnego śmiechu i podszedł do mężczyzny, nieco zaalarmowany dłonią cały czas spoczywającą na karku. - Pokaż... Ałć - mruknął zmieniając ton i marszcząc brwi, kiedy zbliżył się dostatecznie by zobaczyć pierwsze krwawe efekty starcia. Lekko przechylił głowę Milo za podbródek by obejrzeć szramę na jego twarzy i szyi. - Gdzie jeszcze? Bark? Przebił się przez spodnie? Kurtkę? - upewnił się, chociaż darował sobie dalsze oględziny z tego prostego względu, że i tak nie miał jak go w tej chwili opatrzeć. - Mam wodę, mogę ci to po drodze obmyć. Oby Garfield nie miał wścieklizny, ta twoja wrodzona mi wystarczy - rzucił z uśmiechem, lekko ciągnąc Milo za szlufkę spodni. - Chodź, ogarnę ubera, gdzie macie najbliższy SOR? - dopytał, po podejściu do drzwi oddając mu latarkę i wybywając z powrotem na świeże powietrze. Kucnął przy swoim plecaku porzuconym pod zewnętrzną ścianą kompleksu by jedną ręką wyjąć z kieszonki telefon i odpalić aplikację. Stanowili piękny obraz nędzy i rozpaczy, pokiereszowani i krwawiący, a jednak w kącikach ust Dylana niezmiennie majaczył uśmiech.

Milo Rivera
tucha
23 y/o
LITERACKI KRUCZEK
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I gave everything to the sun. All.
Everything except my shadow.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Ruda plama zniknęła mu z pola widzenia gdy kocisko przebiegło Dylanowi między nogami, mimo to Milo wciąż miał ochotę rzucić czymś ciężkim za złośliwym zwierzęciem. Udo piekło nieznośnie w miejscu, w którym kot zostawił autograf, podobnie bark i rozcięcie pod szczęką z lewej strony, ale urażona duma złożyła się w pół gdy zamiast współwyklinania Gauthier prawie zlał się ze śmiechu.
Dysząc jak ranne zwierzę (sic!) Rivera wsparł się płasko dłonią o blat tego samego koromysła w jakie zawadził chwilę wcześniej - biodro nie zapomniało, w najbliższych dniach miało okwiecić się rozlegle siniakiem - i spojrzał z ukosa na Dylana, z całym ciężarem dezaprobaty na jaki było go stać.
Dobrze się bawisz? 一 zagadnął chłodno, głosem cichym i ochrypłym od wrzasków sprzed paru minut. Posłał mu cierpki uśmiech, który w języku Milo zazwyczaj oznaczał, że czuł się dotkliwie urażony i należało spodziewać się, że przewinienie nie zostanie puszczone mimo uszu. 一 Uważaj sobie, mam świetną pamięć.
Zmrużył oczy nie mówiąc już nic więcej, ostrzeżenie było czytelne i nie wymagało rozwinięcia. Atak zwierzęcia był wisienką na torcie nieudanego planu, więc dodatkowo podkurwiony kolejną stratą o mało nie ugryzł Gauthiera w palce gdy ten zaczął obracać mu głowę jak lalce. Zaprotestował.
Osyczał go.

Nie wiem 一 fuknął poirytowany, bo spodnie zaczynały lepić mu się do pokaleczonego uda, podobnie koszulka w miejscu, gdzie kocie pazury przeorały mu bark. Był tak sensorycznie przeciążony, że nie zapytany nie potrafiłby wskazać co było dla niego bardziej uciążliwe: ból czy dyskomfort. 一 Wyglądam ci na kogoś, kto woził się po szpitalach? To Ameryka, to kosztuje pieniądze.
Innymi słowy Milo właśnie roztoczył przed Gauthierem obraz rzeczywistości w jakiej dorastał i dość jednoznacznie dał mu do zrozumienia, że w życiu nie oglądał tutejszej izby przyjęć od środka. Estella potrafiła czynić małe cuda; nie zliczyłby ile razy łatała jego lub Diego dbając, by przy mało delikatnym nacieraniu odartych kolan, łokci, rozbitych nosów i innych wojennych trofeów z jakimi wracali sporadycznie do domu wysłuchali połajanki i wyrazili skruchę.
Po godzinie wysiadywania na najbardziej twardym i niewygodnym stołku stojącym po dziś dzień przy drzwiach w kuchni i służącym oficjalnie do wspinania się aby zdjąć coś z wyższych półek, kiwaniu głową, wchłanianiu gróźb, piekielnych wizji i rozczarowań człowiek miękł i poddawał się, przepraszał żarliwie i marzył tylko o tym, by puszczono go w reszcie z karnego zydelka.
Metoda mało przyjemna, ale za to bezpłatna i gdyby nie to, że ręka Gauthiera wymagała by pochylił się nad nią specjalista, sam pokusiłby się o stołeczek.

Nic nie zamawiaj, nic nie ogarniaj, Dylan, nie... musisz? 一 przerwał w pół reagując na delikatne szarpnięcie zmuszające go do korekty kierunku. Zamiast w stronę otwartych drzwi i powietrza okręcił się na jednej nodze i niemal zderzył z Gauthierem czołowo. 一 Pożyczę samochód od Diego, zawiozę nas. Tylko błagam cię, nie mów, że to... że wiesz. Że nadziałem się na... no sam rozumiesz.
Nagła łagodność i prośba wetknięta w litanię dotychczasowych przytyków sugerowała, że godność Milo ucierpiała przede wszystkim, a to, że momentalnie uciekł spojrzeniem w kierunku mankietu dylanowej kurtki tylko umacniało w przekonaniu.

No już daj spokój, nic mi nie jest, możemy się tym zająć po powrocie. Możemy już iść?


❁❁❁


Po tym jak pożyczył klucze z odroczonym terminem pytania o zgodę samochód Camareny wyjechał na drogę z wciąż nastroszonym Riverą za kierownicą. Jazda zwykle go uspokajała, a widok znajomych ulic pozwalał na chwilę zapomnieć o wydarzeniach z cegielni. Nie o wszystkich, bo chociaż kot od dawna nie zajmował już jego myśli tak wciąż zastanawiał się kto poza nimi był tej nocy na terenie zakładu. Był absolutnie pewien, że nie byli sami.
Jak ręka? 一 zagaił gdy płynnie wymijał zbyt ospałych kierowców, wyjątkowo przepisowo. Pamiętał rozmowę sprzed kilku dni i to, co powiedział mu Gauthier, pamiętał również powypadkowe blizny. Uporczywe próby Dylana wymuszenia na nim cywilizowanych odruchów na drodze lub trzymania się właściwej prędkości drażniły go do niedawna, a teraz czuł się tak, jakby brakujący element układanki wskoczył na swoje miejsce pozwalając wreszcie na szersze spojrzenie. Zrozumiał, ale potrzebował do tego kompletu informacji.


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”