Głos Aurory z radia dotarł do niego urywany, cichy i zdecydowanie zbyt słaby jak na sytuację, w której każdy kolejny komunikat mógł mieć znaczenie, a zaraz po nim w słuchawce odezwało się kilka innych osób, jedna przez drugą próbujących ustalić, gdzie właściwie znajduje się męska toaleta. Pytania zaczęły się nakładać, ktoś prosił o sektor, ktoś inny o najbliższy punkt orientacyjny, padła nawet informacja o kilku zespołach ruszających w stronę różnych toalet, co wystarczyło, żeby Paddy na moment przymknął oczy. No tak. Właśnie tego nam brakowało. Nie mógł pozwolić, żeby kilkanaście osób wbiegło tutaj na oślep, bo przy takim zamieszaniu równie dobrze mogli wpaść prosto na jaguara albo zmusić go do kolejnej gwałtownej reakcji. Radio w jego dłoni zostało uniesione do ust, a głos, kiedy w końcu się odezwał, był znacznie spokojniejszy niż powinien być głos człowieka, który chwilę wcześniej został uderzony przez kilkudziesięciokilogramowe zwierzę. —
Tu Paddy Bear. Męska toaleta przy strefie dla dzieci, wejście od strony alei przy pawilonie. Jeden jaguar, jedno dziecko i ja. Aurora jest przy wejściu. — zrobił krótką przerwę, ponieważ kolejny głębszy wdech natychmiast przypomniał mu o żebrach, po czym dodał już bardziej stanowczo: —
Nie wbiegajcie tutaj. Potrzebuję jednego zespołu weterynaryjnego z przygotowanym dartem, medyka i ludzi do zabezpieczenia wyjść. Reszta zostaje dalej. — przez chwilę w radiu zrobiło się ciszej, jakby jego głos przebił się przez cały wcześniejszy chaos. Paddy zerknął kątem oka na Aurorę, nie próbując zgadywać, co działo się w jej głowie. Wystarczyło mu, że nadal stała przy wejściu, a więc nie znajdowała się bezpośrednio na drodze zwierzęcia. —
Swan, zostań przy drzwiach. Nie wchodź do środka. Jeśli będzie się przesuwał w twoją stronę, cofnij się powoli. — nie czekał na odpowiedź, bo uwaga natychmiast wróciła do jaguara. Kot nadal był napięty, a jego ciało poruszało się niemal niezauważalnie, jakby każda część próbowała zdecydować, w którą stronę najlepiej się wycofać. Paddy znał ten rodzaj napięcia. Nie trzeba było widzieć kłów ani pazurów, żeby wiedzieć, że zwierzę nadal szuka rozwiązania, a człowiek stojący przed nim był jednym z problemów, które należało rozwiązać w pierwszej kolejności. Chłopiec pozostawał za jego plecami, dlatego Paddy nie mógł sobie pozwolić na odsunięcie się nawet wtedy, kiedy pod żebrami pulsowało coraz mocniej. —
Spokojnie, kolego. — powiedział cicho, nie odrywając wzroku od kota. —
Nikt cię nie goni. Tylko musisz zostać tutaj jeszcze chwilę. — prawie natychmiast po tych słowach zauważył zmianę. Głowa jaguara przesunęła się odrobinę, łapy mocniej oparły się o podłoże, a mięśnie pod futrem napięły się tak wyraźnie, że Paddy nawet nie potrzebował kolejnego ostrzeżenia. —
Nie... — wyrwało mu się cicho, bardziej do siebie niż do zwierzęcia. Następna sekunda była już za późna na zmianę pozycji. Jaguar ruszył gwałtownie, tym razem znacznie szybciej, niż Paddy zdążył się wycofać. Spróbował obrócić się bokiem i ponownie ściągnąć jego uwagę na siebie, jednocześnie zostawiając chłopca za własnymi plecami, lecz kot doskoczył na tyle blisko, że pierwsze uderzenie łapy poczuł niemal natychmiast. Pazury zahaczyły o rękaw bluzy, materiał napiął się i puścił z krótkim szarpnięciem, a zaraz potem poczuł pieczenie na przedramieniu. Tym razem syknął głośniej, odruchowo cofając rękę, a na skórze pojawiły się trzy czerwone, szybko nabierające wilgoci ślady. Jeden z pazurów przeciął skórę nieco głębiej, przez co po kilku sekundach cienka strużka krwi zaczęła spływać w stronę nadgarstka. —
Kurwa. — powiedział pod nosem, bardziej zaskoczony niż przestraszony, po czym natychmiast uniósł wzrok. Nie było czasu na oglądanie rany. Jaguar nadal stał przed nim, a jego zachowanie mogło zmienić się w każdej chwili. Paddy cofnął się o pół kroku, czując przy tym tępy ból pod żebrami, który po gwałtownym ruchu wrócił ze zdwojoną siłą. Przez moment zacisnął zęby tak mocno, że aż zabolała go szczęka, lecz nie odsunął się dalej. Jedną ręką przytrzymał zranione przedramię przy ciele, drugą nadal trzymał radio. Krew powoli przesiąkała przez rozdarty rękaw, jednak w jego głowie pojawiła się tylko jedna, bardzo prosta myśl. Najpierw dzieciak. Potem ręka. Potem żebra. W tej kolejności. —
Nie wchodźcie! — powiedział do radia znacznie głośniej niż wcześniej, kiedy usłyszał w słuchawce kolejne głosy. —
Powtarzam, nie wchodźcie do środka. Jest blisko mnie i nadal trzymam go z dala od dziecka. Przygotować dart, ale czekać na czystą linię. — tym razem nie było już miejsca na uprzejmość. Paddy nie próbował brzmieć jak kierownik ani człowiek wydający rozkazy tylko dlatego, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Po prostu wiedział, czego potrzebuje. Tłum ludzi w drzwiach oznaczałby kolejne bodźce, hałas i gwałtowny ruch, a tego jaguar nie potrzebował. Potrzebował przestrzeni. Potrzebował wyjścia. Potrzebował przestać czuć się osaczony, choć Paddy doskonale zdawał sobie sprawę, że łatwo było o tym mówić, kiedy między nim a dzieckiem znajdował się dziki kot, który właśnie rozorał mu przedramię. Kątem oka zerknął na chłopca, upewniając się tylko, czy nadal pozostaje tam, gdzie wcześniej. Nie odwrócił się do niego całkowicie, nie chciał bowiem stracić z oczu jaguara nawet na sekundę. —
Słuchaj mnie. — powiedział spokojnie, choć oddech nadal miał płytki. —
Zostań dokładnie tam. Jeszcze chwilę. Już idą. — ostatnie słowa skierował do dziecka, ale sam nie miał pojęcia, czy „już” oznaczało trzydzieści sekund, czy pięć minut. W radiu odezwał się ktoś z centrum dowodzenia, potwierdzając, że zespół jest już w drodze i próbuje dotrzeć do właściwego sektora. Paddy odpowiedział krótko, podając jeszcze raz charakterystyczny punkt przy toalecie i prosząc, żeby wejście od strony alejki zostało zamknięte dla odwiedzających. Dopiero kiedy usłyszał potwierdzenie, pozwolił sobie na jeden nieco głębszy oddech. Pożałował tego natychmiast. Ból pod żebrami przeszył bok tak mocno, że na moment przymknął oczy, a dłoń z radiem opadła kilka centymetrów. Dobra. To też później. Otworzył oczy i ponownie spojrzał na jaguara. Zwierzę nadal było przed nim, a Paddy miał coraz większą świadomość, że jego obecność sama w sobie zaczyna być dla kota kolejnym źródłem frustracji. Mimo tego nie zamierzał się usuwać. Właśnie dlatego przesunął się minimalnie w bok, tak żeby nie stać całkowicie naprzeciwko zwierzęcia, a jednocześnie nadal zasłaniać najłatwiejszą drogę do chłopca. Ranny rękaw lepił się do skóry, pieczenie na przedramieniu robiło się coraz wyraźniejsze, a żebra przy każdym ruchu przypominały, że wcześniej dostał już wystarczająco mocno. Cała reszta jednak zeszła na dalszy plan. Zza zakrętu zaczynały docierać odległe odgłosy ludzi poruszających się szybciej, gdzieś dalej odezwało się radio, a po chwili kolejny głos potwierdził, że zespół jest już niedaleko. Paddy nie odwrócił głowy. —
Jeszcze nie. — powiedział do radia, kiedy ktoś zapytał o możliwość wejścia. —
Poczekajcie. Jak będziecie przy wejściu, zatrzymajcie się. Powiem wam, kiedy możecie podejść. — radio opuściło się powoli, a cała jego uwaga znowu skupiła się na kocie. W tej chwili nie miał już ani ochoty, ani siły udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Było tylko tyle, ile rzeczywiście udało mu się utrzymać: chłopiec nadal był za nim, jaguar nadal patrzył na niego, Aurora nadal znajdowała się przy wejściu, a pomoc była coraz bliżej. Na więcej nie mógł sobie teraz pozwolić. Stał więc spokojnie, mimo piekącej rany, mimo bólu żeber i mimo coraz cięższego oddechu, czekając na moment, w którym będzie mógł zrobić następny ruch bez narażania dziecka na jeszcze większe niebezpieczeństwo.
Aurora B. Swan