LIPA
Przydatna w leczeniu podrażnień gardła i kaszlu. Pomaga przy gorączce. Łagodne działanie uspokajające i relaksujące.
Od początku pieczę nad jej wychowaniem sprawuje babcia, Faye – przykurczona i pomarszczona jak rodzynka kobieta, która na długiej na co najmniej dwa metry półce obok lodówki trzyma zioła na wszystkie okazje. Rumianek na brzuch. Szałwia na gardło. Melisa na nerwy. Nagietek na rany. Krwawnik na kobiece sprawy.
Mieszkają w Riverton, w Manitobie. Zimą zaspy sięgają tu dolnej części okien, a latem komary brzęczą nad uchem, ostro i złośliwie. Przez kilka pierwszych lat życia mieszka z nimi również dziadek Odelii, rybak, który większość czasu spędza nad jeziorem albo rozplątując stare sieci, ale umiera zanim dziewczynka kończy pięć lat. Pozostawia po sobie starą łódź, z którą Faye nie ma co zrobić; przekonuje więc kilku chłopaków z miasteczka, żeby przytargali jej ją pod dom i przez lata używa jej jako wielkiej donicy. Z czasem wyrastają z niej zioła.
Czasami opowiada Odelii o jej rodzicach – o matce, która pewnego dnia wyjechała do Winnipeg, żeby rozpocząć karierę i zostać kimś więcej niż córką rybaka i zielarki, i o ojcu o islandzkich korzeniach, którego Faye nie zdążyła poznać zbyt dobrze – ale ona nigdy nie chce słuchać. Od maleńkości żyje z tym, co ma. O tym, co ominęło ją szerokim łukiem, woli nie wiedzieć.
IMBIR
Działanie przeciwzapalne. Dobry przy przeziębieniu; łagodzi podrażnienia gardła. Wspiera trawienie. Działanie zwalczające nudności i wymioty.
Przed pierwszą większą podróżą Odelii jej babcia pakuje jej do plecaka pięć plasterków imbiru. Tak na wszelki wypadek.
– Może tak być, skarbie ty mój, że w tym wielkim ptaszysku tak tobą zatrzęsie, że zakręci ci się w żołądku.
Wielkie ptaszysko to oczywiście określenie na samolot. Faye od zawsze określa rzeczywistość słowami, które są wygodne dla niej, a nie za wszelką cenę zrozumiałe dla całej reszty świata. W taki sposób karty płatnicze są dla niej plastikowymi pieniędzmi, laptopy – metalowymi pudełkami, a samoloty właśnie wielkimi ptaszorami.
Riverton jest urocze, ale świat poza nim zapiera dech w piersiach. Ma inną ziemię, żywsze kolory, ludzi mówiących w odmiennych językach. Odelia chłonie to wszystko z przekonaniem, że urodziła się właśnie po to, aby spróbować odkryć każdy zakątek Ziemi. W każdym miejscu brzmi inaczej i przemawia do niej innymi sposobami, ale nieprzerwanie woła jej imię. W Gwatemali jest ciepłem wulkanów i zapachami unoszącymi się nad lokalnymi targowiskami. W Peru przyjmuje formę porannej wędrówki po górach, podczas której powietrze jest tak rzadkie, że aby odgonić od siebie zawroty głowy, trzeba żuć liście koki. W Kenii szepcze jak stary uzdrowiciel, który patrzy Odelii w oczy i mówi, że niektóre osoby rodzą się z sercem niezdolnym do zapuszczenia korzeni tylko w jednym miejscu.
Każdą kolejną podróż znosi odrobinę lepiej niż tę poprzednią, ale na wszelki wypadek i tak zabiera do plecaka małe kawałki imbiru. Nie tyle na nudności, co po to, aby nawet w najbardziej odległy zakamarek Ziemi zabrać ze sobą trochę Faye.
DZIURAWIEC
Łagodzi dolegliwości trawienne. Działanie uspokajające. Pomocny w zwalczaniu umiarkowanych objawów depresyjnych.
Śmierć babci jest pierwszym wydarzeniem w jej życiu, które wywołuje prawdziwe, bezbrzeżne przerażenie. Faye umiera, kiedy Odelia jest w Wenezueli. Zanim wraca, pozostają po niej tylko prochy.
Nie ma żadnego pożegnania i żadnych ostatnich słów. Nie znajduje ukojenia nawet w przytknięciu policzka do jej zimnej już ręki, bo Caracas nie ma żadnych bezpośrednich ani szybkich połączeń do Winnipeg.
Kiedy więc Odelia wraca do swojego domu, jest sama. I przerażona. I przekonana, że zawiodła jedyną osobę, która kiedykolwiek ją kochała.
Na jakiś czas zatrzymuje się w Riverton. Kartkuje zapiski babci, porządkuje słoiki z ziołami, płacze nad łodzią dziadka, zamyka się przed zmartwionymi sąsiadami, po stokroć czyta zdania, które zakreśliły w książkach dłonie Faye, wariuje i znów idzie po rozum do głowy. Nie liczy upływających miesięcy, a nawet gdy wreszcie dopina zamek ostatniej walizki i upycha ją do samochodu, nie wie ile dokładnie czasu spędziła sama w maleńkiej, białej chatynce na Lundi Avenue. Jedyne, co wie, to to, że prawdopodobnie nigdy tu nie wróci.
Kanadyjska ziemia nieustannie ją do siebie wzywa, ale dla niej to jeszcze nie jest ten moment.
Wraca do świata.
LAWENDA
Wspiera trawienie. Ułatwia zasypianie. Uspokaja i zmniejsza napięcie. Pomaga w łagodzeniu napięciowych bólów głowy.
Pewnego dnia przychodzi do niej list. Personalia na odwrocie koperty brzmią Evelyn Carter.
Nic jej to nie mówi.
Zna wiele Carterów. Listonosza z Riverton, autostopowicza, którego poznała w Montanie. Chyba nawet narzeczona jej byłej dziewczyny (sic!) też miała tak na nazwisko. Odelia kojarzy również Nicka Cartera, ale wątpi, aby Evelyn była jakąś jego rodziną. Chociaż zdarza jej się stawiać tarota wielu ważnym ludziom, nie ma klientów wśród gwiazd popkultury ani, z tego co jej wiadomo, ich rodzin.
Zrozumienie przychodzi dopiero w chwili, gdy otwiera kopertę.
„Droga Odelio,
piszę do Ciebie, ponieważ dostałam pismo z gminy Bifrost-Riverton dotyczące domu Twojej babci. Od kilku lat podatki za nieruchomość nie są opłacane. Urząd poinformował mnie, że jeśli zaległości nie zostaną uregulowane, dom może zostać wystawiony na sprzedaż. Skontaktowali się ze mną, ponieważ jestem wpisana w dokumentach jako córka Faye Winslow.
Pomyślałam, że może będziesz chciała uregulować należności i zatrzymać dom. Jeśli potrzebujesz z tym jakiejś pomocy, mój numer telefonu to (416) 555-0187. Adres to: 139 Habitant Drive, Toronto.
Czekam na Twoją decyzję.
Evelyn Carter
PS Mam twój adres z internetu.”
Odelia czyta list kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt albo kilkaset razy.
Wydawać by się mogło, że po wszystkich tych kursach z medytacji, pracy nad oddechem, regulowania emocji i rozwijania samoświadomości powinna już nie pamiętać czym jest gniew, a jednak ten zaślepia ją za każdym razem, gdy ponownie przemyka wzrokiem po nakreślonych przez jej matkę, suchych zdaniach.
Kilka tygodni później jedzie do Toronto.
Nie dzwoni do Evelyn. Nie odwiedza jej. Nawet nie odpowiada na jej list. Unika dzielnicy, w której mieszka, spaceruje oddalonymi od niej ulicami i nie wpatruje się nachalnie w twarze mijających ją kobiet po pięćdziesiątce.
Nie potrzebuje kontaktu z kimś, kto jej nie chciał.
Mimo to, kiedy po kilku tygodniach wymeldowuje się z taniego hostelu, gdzie dzieli łazienkę z nocnym kierowcą ciężarówki z Serbii i z przeraźliwie chudą kobietą twierdzącą, że potrafi rozmawiać z duchami, nie wyjeżdża z Toronto. Zamiast tego wynajmuje sobie małe mieszkanie w nieco śmierdzącej stęchlizną kamienicy i zamieszcza na prowadzonej przez siebie, poświęconej tarotowi stronie internetowej swój nowy adres.
A potem zaczyna oczekiwanie, mimo iż dobrze wie, że nie należy przywiązywać do tego, co dopiero może się wydarzyć.
Ciekawostki
x Nie lubi nosić ubrań. Z tego powodu zawsze chodzi po domu nago, co przysporzyło jej wielu niezręcznych sytuacji z dostawcami jedzenia czy lokalnym listonoszem. Niezręcznych dla nich, oczywiście. Ona nie widzi nic dziwnego w tym, że chodzi po własnym domu tak, jak jej wygodnie.
x Mimo wszystko, w sytuacjach codziennych, czyli takich, w których pokazanie się światu nago mogłoby zostać odebrane za coś nieakceptowalnego, używa ubrań, ale tylko takich wykonanych z naturalnych materiałów.
x Trochę w ramach kontynuacji dziedzictwa jej babci Odelia jest zafiksowana na punkcie ziół. Balkon jej mieszkania jest nieużytkowy, ponieważ jest cały zapełniony doniczkami. To właśnie w nich hoduje wiele ziół, które są w stanie wyrosnąć w panującym w Ontario klimacie. Jest bardzo dumna ze swojej kolekcji i spędza dużo czasu na tym, aby odpowiednio o nią zadbać.
x Sąsiedzi nazywają ją
ekologiczną wariatką, ponieważ pod blokiem postawiła parę samodzielnie przez nią zbudowanych domków dla jeżozwierzy, karmników dla wiewiórek i budek dla innych zwierząt, z którymi jej zdaniem ludzie powinni żyć w harmonii.
x W ciągu całego swojego życia wyjechała na cztery misje do Ameryki Południowej, gdzie głównie nauczała dzieci angielskiego, i dwie do Afryki, gdzie z kolei pomagała w budowie szkół i domów. Bardzo podobają jej się te odległe krajobrazy i powolny styl życia zamieszkujących tam ludzi, chociaż jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że opinię tę zawdzięcza swojej uprzywilejowanej pozycji. Gdyby mogła, najchętniej przeniosłaby się do któregoś z tych odległych, odwiedzonych przez siebie miejsc na starość.
x Jest prawie całkowicie głucha na prawe ucho, bo podczas jednej z podróży po Ameryce Południowej trafiła na lokalne święto, podczas którego odpalano petardy. Jedna z nich wybuchła zdecydowanie zbyt blisko Odelii, tym samym powodując trwałe uszkodzenie słuchu. Od tamtej chwili trzyma się z dala od petard, fajerwerków i innych hałasujących rzeczy.
x Zawsze nosi przy sobie prochy swojej babci, zapakowane w niewielkie woreczki strunowe i włożone do każdej posiadanej przez siebie torebki. Uważa, że w ten sposób czuje jej obecność, co pozwala jej podejmować lepsze decyzje i dobrze dogadywać się z ludźmi.
x Jej dom jest chaosem. Ma w nim pełno przedmiotów, które tworzą w nim odpowiednią aurę i przeróżnych pamiątek ze swoich podróży: ponczo, którego właściwie nigdy nie nosi, ręcznie pleciony kosz zakupiony u ulicznej sprzedawczyni z Gwatemali, suszone nasiona w małych, porozrzucanych wszędzie woreczkach, kamienie, pocztówki, zwisające ze ściany, suszone zioła, gliniane naczynia, afrykański bębenek, ręcznie rzeźbioną, drewnianą maskę nie wiadomo skąd, kadzidła, świece, kolorowe tkaniny zakupione w Peru tylko ze względu na ich piękne barwy, amulety, figurki, zakurzone łapacze snów, stos książek, kryształy, wiszące dzwonki…
x Jest weganką. Miała w życiu etap, w którym próbowała być frutarianką (i odżywiać się tylko tym, czego pozbywała się Ziemia), ale musiała porzucić ten pomysł, bo w końcu nabawiła się ostrej anemii.
x Stara się unikać szpitali i nie zażywać żadnych leków. Uważa, że ciało ludzkie jest dostatecznie silne, aby samodzielnie zwalczyć różne dolegliwości, ale kiedy potrzebuje pomocy, wystarczy mu niezawodna moc ziół leczniczych.
x Od wielu lat wyznaje buddyzm, choć sama nie lubi mówić o nim jako o sztywnym systemie religijnym. Zainteresowała się nim, kiedy
miała większy kryzys skończyła trzydziesty rok życia. Początkowo traktowała medytację jako sposób na uspokojenie głowy i wyciszenie, ale z czasem stała się ona stałym elementem jej życia.