ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
190 cm
ksiądz St. Michael's Cathedral Basilica
Awatar użytkownika
do not fear, only believe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSzczęść Boże/Bóg zapłać
typ narracjikażdy
czas narracji3os
postać
autor

Matteo miał dzisiaj coś, co ostatnio zdarzało mu się zdecydowanie zbyt rzadko - całe wolne popołudnie i wieczór. Żadnej mszy, żadnego spotkania, żadnego telefonu od proboszcza z pytaniem, czy skoro i tak jest na plebanii, to nie mógłby jeszcze czegoś załatwić. Albo załatwić jakieś dotacje. Teoretycznie nawet telefon powinien przez kilka godzin milczeć, chociaż Matteo doskonale wiedział, że w przypadku księdza takie rzeczy były raczej pobożnym życzeniem niż realnym planem. Mimo wszystko postanowił wykorzystać wolny czas. Zamiast siedzieć w pokoju i bezmyślnie przewijać telefon i dbać o odpisy w komentarzach, umówił się z Filippo. Dawno nie mieli okazji zwyczajnie pobyć razem, bez rodziców, parafii, studiów i całej reszty rzeczy, które potrafiły skutecznie zająć człowiekowi cały dzień. W końcu bracia nie potrzebowali specjalnego powodu, żeby się spotkać. Czasami wystarczyło po prostu „masz wolne?” i „ no mam”.
Na rower wskoczył chwilę po południu. Miał na sobie zwykłe jeansy, sportowe buty i ciemną kurtkę, ale oczywiście koloratki nie zdjął. To był ten jeden element, który sprawiał, że nawet jadąc na spotkanie z młodszym bratem wyglądał trochę mniej jak dwudziestosześcioletni facet na wolnym, a trochę bardziej jak ksiądz, który właśnie uciekł z plebanii. Nie przeszkadzało mu to szczególnie. Zresztą już dawno przywykł do ludzi, którzy potrafili rozpoznać go na ulicy właśnie po niej. Przypiął rower przy wejściu do parku i ruszył alejką w stronę miejsca, w którym umówili się z Filippo. Po drodze zerknął jeszcze na telefon. Żadnej wiadomości. Żadnego „zaraz będę”. Nic. Matteo uniósł tylko brwi i schował urządzenie z powrotem do kieszeni.
- Klasyka - mruknął pod nosem. - On nadal nie zna pojęcia punktualności.
Nie zamierzał jednak od razu dzwonić. Jeszcze czego. Gdyby zaczął szukać Filippo po pięciu minutach, młody mógłby uznać, że Matteo wszedł w tryb drugiego ojca. A tego akurat dzisiaj chciał uniknąć. Tylko wkurzało go, że zawsze musi czekać.
Zatrzymał się przy jednej z ławek, usiadł i oparł plecy o oparcie. Na szczęście nie była świeżo malowana.Wokół było całkiem spokojnie. Ktoś biegał po ścieżce, kawałek dalej kobieta próbowała przekonać psa, że powrót do domu jest świetnym pomysłem, a gdzieś za drzewami dzieciaki urządziły sobie mecz. Matteo przez chwilę patrzył w ich stronę, przypominając sobie czasy, kiedy sam potrafił spędzić pół dnia na boisku, a jedynym problemem było to, kto zabrał piłkę. Teraz problemy były trochę inne. Na przykład księża mieli telefony, które dzwoniły w najmniej odpowiednich momentach.
Wyciągnął urządzenie jeszcze raz i sprawdził godzinę. Nadal cisza.
- Filippo, przysięgam, jeśli znowu każesz mi czekać pół godziny, doliczam odsetki do tej gitary - powiedział sam do siebie, po czym parsknął cicho śmiechem.
Schował telefon i wyciągnął nogi przed siebie. Nie miał dzisiaj żadnego planu poza spotkaniem z bratem. Mogli przejść się po parku, pójść coś zjeść, zahaczyć o jakąś małą knajpę albo po prostu usiąść i gadać o kompletnych głupotach. I chyba właśnie tego Matteo potrzebował najbardziej - kilku godzin, podczas których nie musiał być wikarym, nie musiał nikogo pouczać, nikogo ratować ani rozwiązywać cudzych problemów. Mógł być po prostu starszym bratem, który nadal pamiętał, ile kosztowała pierwsza gitara i który najwyraźniej miał zamiar przypominać o tym Filippo aż do emerytury.

brat
Ostatnio zmieniony pn wrz 21, 2026 12:57 pm przez Matteo Carissoni, łącznie zmieniany 1 raz.
kotlet schabowy ale ledwie w panierce
19 y/o
Welkom in Canada
175 cm
za dnia student, w nocy zaś dj w The Fifth Social Club
Awatar użytkownika
Put yo hands up in the air!
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Cóź, wszystko tego dnia nie układało się Filipowi tak, jak powinno - rano postanowił wyłączyć budzik, przez co spóźnił się na zajęcia Brawo ja. Na jednych zajęciach strasznie wkurwił go jeden wykładowca bo obraził Włochy - a co jak co ale Filipek nie pozwoli by ktokolwiek je obrażał, mimo iż stamtąd nie pochodził ale jego rodzice dobrze je wspominali, poza tym, kiedy Carissoni latał do dziadków, czuł, że kiedyś mógłby tam zamieszkać - najlepiej gdzieś niedaleko plaży. Lubił plażę, piasek, wodę - szum fal go odprężał. Tak samo jak piosenki takiej jednej brunetki, która jego zdaniem miała jeden z piękniejszych głosów (otagować Norę).
Podczas lunchu uwalił sobie bluzę sosem od spaghetti, więc chodził z takim pięknym dodatkiem, który pewnie tak łatwo nie zejdzie podczas prania a najgorsze w tym wszystkim było to, że ta uwalona sosem bluza, była jedną z jego ulubionych.
I to nie tak, że zapomniał o spotkaniu z bratem, tylko po prostu… no dobra, tak, zapomniał i przypomniał sobie, gdy przypadkiem coś go tknęło, by wejść w wiadomości, gdy jechał autobusem.
Tak więc wysiadł na najbliższym przystanku i z odpalonymi w telefonie mapami zaczął ogarniać transport, który miał go podrzucić pod park - gdyby coś szybko nie przyjechało, planował wezwać Ubera, ale koniec końców (na szczęście) autobus przyjechał po niespełna trzech minutach. Wszystko już miało być pięknie i cudownie, kiedy nagle kierowca gwałtownie zahamował, a następnie oznajmił, iż doszło do awarii, więc należy opuścić pojazd.
- No bez jaj… - powiedział do samego siebie, po czym wykonał polecenie kierowcy i widząc, że do parku ma koło kilometra, zaczął czym prędzej biec - miał wrażenie, jakby właśnie brał udział w wyścigu z czasem.
Biegł, mając wrażenie, że wypluje płuca, ale cóż, świadomość, ile był spóźniony, nie napawała optymizmem… Poczuł ulgę, kiedy dostrzegł starszego brata. Stanął na moment, bo musiał uspokoić oddech.
- Mateo! Ciao! - krzyknął, machając do brata i czując ulgę, że nie postanowił sobie pójść.
- Ja ten no.. wybacz, ale NIE uwierzysz! Autobus, którym jechałem, miał awarię. Masakra. W dodatku były korki, stąd moje spóźnienie. - wyjaśnił, wyciągając wodę z plecaka, ponieważ STRASZNIE chciało mu się pić po tym 1-kilometrowym maratonie.
- Wynagrodzę Ci to, słowo. - najwyżej kupi bratu jakąś zapiekankę albo frytki, albo zapiekankę, frytki i coś do picia, o!
- Pozwól, że usiądę na chwilę. - i bez względu na odpowiedź brata, Filip usiadł na ławce, aby dokończyć regenerację po biegu. Potrzebował tylko kilku minut.
- Chcesz pójść w jakieś konkretne miejsce, czy po prostu na razie zrobimy sobie rundkę po parku? - spytał, bo jemu było całkowicie obojętne, czy będą chodzili, czy może pójdą do kawiarni lub restauracji.

brat
26 y/o
For good luck!
190 cm
ksiądz St. Michael's Cathedral Basilica
Awatar użytkownika
do not fear, only believe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSzczęść Boże/Bóg zapłać
typ narracjikażdy
czas narracji3os
postać
autor

Matteo podniósł głowę, kiedy usłyszał swoje imię. Przez pierwszą sekundę po prostu patrzył, jak Filippo zbliża się do ławki, a potem na jego twarzy pojawił się coraz szerszy uśmiech. Młody wyglądał tak, jakby właśnie wrócił z przebieżki na drugi koniec miasta, a nie przyszedł na zwykłe spotkanie z bratem. Carissoni zerknął na jego plecak, potem na butelkę wody, a na końcu na samego fratelli. Najwyraźniej dzień rzeczywiście nie rozpieszczał jego młodszego brata.
Sam siedział do tej pory całkiem wygodnie, oparty plecami o ławkę i obserwujący parkowe życie. Teraz jednak wyprostował się i odstawił telefon na bok. Nie zamierzał od razu pytać, czy Filippo przypadkiem nie umrze mu tutaj z wycieńczenia, chociaż widok brata próbującego złapać oddech zdecydowanie utrudniał zachowanie powagi.
- Ciao, olimpijczyku.
Matteo parsknął pod nosem, słysząc kolejne wyjaśnienia. Autobus. Awaria. Korki. Wszystko naraz. Oczywiście. Słuchał z miną człowieka, który bardzo chciał uwierzyć w przedstawioną mu wersję wydarzeń, ale jednocześnie doskonale wiedział, że jego młodszy brat miał wyjątkowy talent do komplikowania rzeczy, które normalnie powinny być banalnie proste.
- Autobus miał awarię. Oczywiście. - pokiwał powoli głową, jakby właśnie usłyszał najbardziej wiarygodną historię świata. - A ja przez te ostatnie dwadzieścia minut siedziałem tutaj i rozważałem, czy zgłosić twoje zaginięcie na policję, czy od razu do Watykanu. Sam papież Leon XIV posłałby depeszę za tobą.
Roześmiał się cicho i pokręcił głową. Nie miał zamiaru robić Filippo awantury. W końcu dotarł. Spóźniony, zmęczony i prawdopodobnie gotowy wypić pół jeziora, ale dotarł. Matteo sam znał takie dni, kiedy jedna mała rzecz potrafiła pociągnąć za sobą kolejną, a później człowiek nagle orientował się, że jest godzinę za późno i wszystko zaczyna wyglądać jak jeden wielki żart. W jego przypadku zwykle kończyło się to telefonem od proboszcza.
- Dobra, dobra. Żyjesz, jesteś, nawet przybiegłeś. To już jest jakiś sukces. - zerknął na butelkę wody w ręce brata. - Tylko następnym razem spróbuj dotrzeć bez robienia maratonu, dobrze? Nie mam ochoty tłumaczyć rodzicom, że ich syn padł z wycieńczenia podczas próby dotarcia do własnego brata.
Kiedy Filippo usiadł, Matteo przesunał się na ławce, zostawiając mu trochę więcej miejsca. Nie poganiał go. Mieli cały dzień i wieczór, więc kilka dodatkowych minut naprawdę nie robiło różnicy. Słońce przebijało się przez korony drzew, a gdzieś niedaleko dzieciaki nadal kopały piłkę, co jakiś czas przekrzykując się nawzajem. Matteo zerknął w tamtą stronę, a potem z powrotem na brata. Na dobrą sprawę właśnie takich chwil brakowało mu najbardziej. Bez pośpiechu, bez obowiązków i bez poczucia, że za piętnaście minut musi gdzieś być.
- Możemy zrobić rundkę po parku. Potem pójdziemy coś zjeść. - zastanowił się chwilę. - I tak jestem głodny. A ty po tym swoim Tour de Toronto pewnie też zjesz konia z kopytami.
Uśmiechnął się pod nosem, widząc, że Filippo najwyraźniej rzeczywiście zamierzał mu coś wynagrodzić, ale skoro młody sam się z tym wychylił, to przecież nie zamierzał protestować. Szczególnie że skoro już czekał, należała mu się przynajmniej kawa. Może nawet coś słodkiego. Ksiądz też człowiek.
- Tylko jedną rzecz musimy ustalić. Co dokładnie oznacza „wynagrodzę ci to”?
Uniósł lekko palec, jakby właśnie przypominał o czymś absolutnie fundamentalnym. Dopiero po chwili wstał z ławki. Koloratka nadal tkwiła na swoim miejscu, trochę niepasująca do luźnego, wolnego popołudnia, ale Matteo nawet nie zwracał już na nią uwagi. Przyzwyczaił się, że dla innych była pierwszą rzeczą, którą zauważali. Dla niego stała się po prostu częścią codzienności. Skinął głową w stronę alejki, dając Filippo czas na dojście do siebie.
- Chodź. Przejdziemy się spokojnie. Opowiesz mi, jak wyglądał ten twój wspaniały dzień, skoro już zaczęliśmy od spóźnienia i awarii autobusu. - spojrzał na niego z rozbawieniem. Wyjął z kieszeni chusteczki higieniczne i podał bratu. - Przy okazji wytrzyj się, bo zaraz będziesz cały śmierdział potem, a tego nikt by nie chciał.

brat
kotlet schabowy ale ledwie w panierce
ODPOWIEDZ

Wróć do „Coronation Dog Park”