Lata 90. Para dwudziestoletnich Kolumbijczyków, pełnych nadziei na lepsze jutro, przybywa do jednej z biedniejszych dzielnic Bostonu. Nie wiedzieli dokładnie, co ich czeka, ale przepełnieni optymizmem i pewnością lepszego jutra wprowadzili się do domu, w którym mieszkali ich rodacy. Miesiące mijały, aż dorobili się Alessandry. Nie planowali tego, tym bardziej że oboje pochodzili z bardzo religijnych rodzin, a ślub nie był nawet w planach. Wzięli szybki ślub w otoczeniu zupełnie obcych im rodaków, którzy stanowili dla nich już jakąś przyszywaną rodzinę i jedyny realny kontakt z ojczyzną.
Alessandra wychowywała się niby w Bostonie, ale cały czas była otoczona kulturą i tradycjami ojczyzny swoich rodziców. Zapachy, muzyka, smaki, język i wszystko inne wlewało się w kilkulatkę zupełnie tak, jakby mieszkała w kolumbijskiej wiosce, a nie godzinę od Worcester. I takie szczęśliwe dzieciństwo mogłoby trwać wieczność, gdyby nie wypadek samochodowy jej rodziców, w którym oboje zginęli na miejscu.
Mała miała pięć lat i kompletnie nie rozumiała nic z tego, że zamiast rodziców w mieszkaniu pojawili się policjanci i zabrali ją do jakiegoś dziwnego miejsca, gdzie były inne dzieciaki. Początkowo było fajnie, bo się bawiła, ale jakieś dziwne napięcie wisiało w powietrzu cały czas. Mijały godziny, później dni, a jej rodziców dalej nie było. Ona nie rozumiała wtedy koncepcji śmierci. Rozumiała tylko, że jest w nowym miejscu, a jej rodzice nie zjawili się od dawna. Nie płakała w ogóle. Była przyzwyczajona do tego, że codziennie zostawała z kimś innym, a każdy był jej wujkiem albo ciocią.
Tygodnie mijały, aż przestała zupełnie o nich pytać. Mijały kolejne tygodnie, dzieci się zmieniały, aż w końcu ona trafiła do jakiejś nowej rodziny. Jej wrodzony talent do adaptacji w każdej sytuacji sprawdzał się świetnie. Aż do okresu dojrzewania. Wtedy wszystko, łącznie z hormonami, zaczęło w niej buzować. Do tego stopnia, że opiekunowie nie dawali sobie z nią rady i po kilku grubszych akcjach oraz interwencjach policji Alessandra wróciła do domu dziecka, gdzie przebywała do osiągnięcia pełnoletności.
Niby dostała pomoc od państwa w ogarnięciu mieszkania i rozpoczęciu dorosłego życia na własną rękę, ale w jej opinii ta pomoc była beznadziejna. Szybko uwolniła się spod opieki pracownika socjalnego. Dostała się na studia taneczne i wynajęła pokój w dużo lepszym mieszkaniu z dziewczyną, którą poznała na jednej z imprez. O dziwo, coś, co nie miało prawa się udać, wyszło idealnie. Chodziła na zajęcia, wieczorami dorabiała jako opiekunka do dzieci, a weekendy spędzała na imprezach ze swoją współlokatorką, z którą nawiązała przyjaźń — i to taką na całe życie.
Finalnie okazało się, że praca nie jest na tyle dochodowa, na ile się wydawało, a imprezy okazały się duuużo ciekawsze niż chodzenie na zajęcia. Po roku zrezygnowała ze studiów i, szukając lepiej płatnej pracy, zatrudniła się za barem w klubie nocnym, po czym dostała „awans” na striptizerkę.
Pieniądze były dużo lepsze, niż mogło się wydawać, i tam też poznała całkiem sporo nieciekawych typków. Ona nie chciała pracować, tylko mieć kasę, a skoro miała pracować na etacie na kasie w Walmartcie za marną kasę albo rozbierać się przed typami za dużo większą stawkę, to wybór był oczywisty.Była młoda, zgrabna i umiała udawać słodką, głupiutką dziewczynkę, więc wtedy wydawał jej się to genialny pomysł. Uznała, że sexworking nie jest zły, jeśli umie się grać w tę grę na odpowiednich zasadach. I tak właśnie zaczęła zarabiać na sprzedawaniu siebie każdemu, kto miał odpowiednie środki w portfelu. I to nie tak, że obsługiwała każdego — od tego były stare baby. Ona celowała wyżej, a im ktoś miał lepszą pozycję albo więcej kasy, tym bardziej się pilnowała. Nie przywiązywała się do nikogo, bo życie nauczyło ją tylko tego, że każdy kiedyś zniknie bez słowa, a jedyną osobą, która się nią zajmie, jest ona sama.
I wtedy na jej drodze los zesłał jego.
Kilka lat starszy koleś, którego nie mogła rozgryźć. Pojawiał się w klubach i na imprezach z ważnymi lokalnymi kolesiami i udawał kasiastego, a pachniał tanimi perfumami. Jasne, to nie jest wyznacznik niczego, ale mimo wszystko było w nim wiele sprzeczności... do czasu, w którym to on zgarnął ją na komisariat.Wkurzali siebie nawzajem niemiłosiernie. On co chwilę ją aresztował, a ona stawiała się, ile mogła — krzyczała, klęła i kilka razy nawet go ugryzła.
Niby chciał informacji od niej o ludziach, z którymi sypiała, ale zaczął odwiedzać ją w domu. Potem przynosił śniadanie i powoli, ze spotkania na spotkanie, z niechęci do siebie przeszli do tego, że ona serio zaczęła czekać na te spotkania. Niby nic ich nie łączyło, ale wystarczyła mała iskra do wybuchu wszystkiego. Intrygowało ją w nim to, że on nie chciał jej przelecieć, a próbowała wielu trików, a on dalej nie dał się skusić.Oczywiście do czasu.
Po kilku miesiącach całe to ich chodzenie dookoła siebie przestało mieć znaczenie. Zeszli się jakoś naturalnie, bez większych rozważań. Powoli i małymi krokami nagle stali się parą i zamieszkali razem.
Po trzech latach przywitali na świecie bliźniaki i można by uważać, że było idealnie. Nie obywało się oczywiście bez awantur przez ten czas, bo niejednokrotnie były krzyki i rzucanie talerzami, ale to nie miało większego znaczenia. Dzieciaki rosły, między nimi było całkiem poukładane życie, planowali nawet ślub w dalszej przyszłości.
On skończył pracę w policji i szukał sobie miejsca w życiu, aż oznajmił jej, że chce iść w politykę. Plan ambitny, tym bardziej że oni wszyscy wyglądali jak z okładki planu na poprawę dzietności w kraju.
Ale wtedy pojawił się problem, bo jej wcześniejsze życie boleśnie o sobie przypomniało. On nie może iść do polityki, bo wtedy wszyscy prześwietlą również jej życie i z pewnością wyjdzie na jaw, że kiedyś, bardzo dawno temu, jeden z jej klientów, który był też przyjacielem i wsparciem dla niej, do dzisiaj miał ich wspólną seks-taśmę.
Niby przyjaciel nie powinien jej udostępnić światu, ale to, co powinno się wydarzyć, a to, co może się wydarzyć, to dwie różne rzeczy.
Chciała odzyskać nagranie. Nie ważne jak, liczył się cel. A celem było niezniszczenie planów miłości jej życia.
Nie mogło być jednak za łatwo, bo warunkiem odzyskania nagrania było spędzenie weekendu z owym typem. Długo biła się z myślami, ale w jej rozumowaniu na jednej szali była jej rodzina, którą stworzyli razem, a na drugiej igranie z ogniem. Przystała na warunek faceta.
Co ciekawe, nie chodziło mu o seks. Przywitał ją słowami, że wychowanie bliźniaków to ciężka robota, więc ma na weekend zorganizowane mini spa, masaże i święty spokój.
Odzyskała nagranie, ale jej ukochany nie był w stanie pojąć, że do niczego nie doszło. Takiej awantury nie widziała jeszcze okolica. Latało tam wszystko — talerze, ubrania i prawdopodobnie cały wachlarz wyzwisk, i to w obie strony.
Po tej apokalipsie nastała cisza. Oboje mówili tylko do dzieci, zupełnie jakby przestali siebie zauważać, ale dalej siedzieli razem. Żadne z nich nie powiedziało, że to koniec, czy cokolwiek takiego. Oboje wiedzieli, że wszystko musi przyschnąć i muszą nabrać do tego dystansu.
W tym całym ich zawieszeniu pojechali na weekend za miasto ze znajomymi. Plan był prosty: zmiana otoczenia, alkohol i oczyszczenie głowy. Tyle że całodniowe sączenie drinków i piwa okazało się nie takie sprzyjające.
On, na mocnym rauszu, szukał zaczepki i trafiła się ona. Od słowa do słowa kłótnia się rozwinęła, a w kulminacyjnym momencie wycedził przez zęby:
„Głupia dziwka”.
Alessandra, zawsze krzycząca i awanturująca się, zamilkła. On przekroczył wszelkie granice, a ona dobrze wiedziała, że to koniec. Znowu zostaje sama i można powiedzieć, że wraca na start. Poczekała, aż pijany wybranek serca zaśnie, zabrała swoje rzeczy, zabrała dzieci i zniknęła w domu za miastem swojej przyjaciółki. Nie odbierała telefonów, a jedyne, co robiła, to wysyłanie mu dzieci przez przyjaciółkę, żeby tylko nikt nie zarzucił jej, że utrudnia kontakty ojca z dziećmi. Po miesiącu bez słowa, w najlepszej sukience i wyglądając jak milion dolarów, zjawiła się w ich, do niedawna wspólnym, mieszkaniu ze spisanymi ustaleniami odnośnie do dzieci. Była jak góra lodowa, bez emocji i nawet mrugnięcia okiem.
Ból, który jej sprawił, był cały czas żywy, ale nie mogła pozwolić sobie na to, żeby okazać słabość. Nie teraz i nie jemu. Chciała zacząć wszystko od początku. Kochała go dalej i świadomość, że może go spotkać w kolejce do piekarni, sprawiałaby, że rana nigdy się nie zagoi. Zapakowała chłopców i wyprowadziła się do Toronto. Znalazła niedrogie mieszkanie i nową pracę i stara się wyjść na prostą, mimo że dalej za nim tęskni, ale duma nie pozwala jej przyznać się przed sobą, co właściwie czuje.
Ciekawostki
| Ma bardzo charakterystyczny temperament. Jak jest zła, to najpierw robi się głośniejsza, a dopiero potem zaczyna myśleć. Czasami potrafi się sama nakręcić podczas kłótni.
| Gestykuluje jak szalona. Opowiadając historię, potrafi machać rękami tak, jakby prowadziła jednoosobową konferencję prasową.
| Ma bardzo mocną dumę. Może nie mieć pieniędzy, może być w dupie po uszy, ale jeśli ktoś zaproponuje jej pomoc w sposób, który zabrzmi jak litość, to prawdopodobnie usłyszy: „pierdol się”.
| Ma świetną pamięć do twarzy. Po tylu latach pracy z ludźmi nauczyła się zapamiętywać szczegóły bardzo szybko.
| Za to jest beznadziejna w zapamiętywaniu nazwisk, jeśli ktoś nie jest dla niej istotny.
| Nie znosi ciszy po kłótni. Ironia polega na tym, że sama potrafi urządzić komuś kilkudniowe silent treatment.
| W stosunku do swoich dzieci jest zupełnie inna niż wobec dorosłych. Przy nich pozwala sobie być miękka.
| Nie znosi, kiedy ktoś mówi jej, że jest „silna”. Bo dla niej „silna” przez większość życia oznaczało po prostu „nie masz wyboru, musisz sobie poradzić”.
| Zna hiszpański, oczywiście kiedy się wkurwi, hiszpański wychodzi jej szybciej niż angielski.
| Ma bardzo specyficzne poczucie humoru. Im bardziej stresująca sytuacja, tym większa szansa, że rzuci kompletnie niepasującym żartem.
| Nie płacze przy ludziach. Jeśli już płacze, to najczęściej sama i ze złości na siebie, że w ogóle płacze.
| Ma ogromny problem z powiedzeniem „potrzebuję cię”. „Chcę cię” przejdzie. „Kocham cię” też. Ale „potrzebuję cię” to dla niej poziom emocjonalnego boss fightu.
| Jeżeli mówi „rób jak chcesz”, to absolutnie nie rób jak chcesz. To jest komunikat dyplomatyczny oznaczający: masz około 30 sekund, żeby zrozumieć, co właśnie zrobiłeś.