Zawsze wydawało jej się, że jest dość wyważoną kobietą. Jej korzenie lubiły odzywać się w najmniej odpowiednich momentach, a emocje miały w zwyczaju przejmować nad nią kontrolę, ale by się to wydarzyło, musiała osiągać jakiś
punkt. Nie była skrajnie emocjonalna ani wybuchowa. Potrafiła odsunąć się, zdobyć upragniony dystans, w którym mogłaby się namyślić, zastanowić nad tym, nim uchyli usta.
Nigdy jednak nie miała do czynienia z takim poziomem pieprzonego a b s u r d u jak ten, który prezentował przed nią Visser w tym momencie.
Tkwiła w miejscu, spoglądając na niego ponad tkwiącym między nimi samochodem. Każde słowo wypowiadane z jego ust wydawało się gonić poprzednie w zawodach niepoczytalności. Jakiekolwiek grzechy mu wyrządziła, czy nie widział, że spotkała ją za to już wystarczająca kara?
To nie tak, że zgłosiła się do tej operacji ponieważ pragnęła oszukać wpływowego mężczyznę i udowodnić, które z nich było
górą.
Zgłosiła się, ponieważ jej własne życie nie było dla niej wystarczająco istotne by porzucenie go na rzecz innego stanowiło dla niej problem. Zgłosiła się, ponieważ w tym morzu chwastów wyrastających każdej nocy liczyła na to, że jednego uda się wyrwać jej rękoma. Że świat stanie się odrobinę lepszy gdy osoba pokroju Robina Vissera z niego zniknie a to, co musiała poświęcić by to osiągnąć, było dla niej tego warte.
Nie oczekiwała żadnego medalu. Wystarczyło jej potwierdzenie, że to, co robiła, miało jakiś
sens. Jak każdy człowiek, doceniłaby też pochwałę, uścisk dłoni, może przychylny komentarz wpisany w jej aktach, z rodzaju tych potwierdzających, że była w tym d o b r a.
Zamiast tego otrzymała kulę, wydzierającą sobie szlak między jej żebrami. Dłonie zaciśnięte na jej szyi. Poczucie zdrady, tak lustrzane do tego, które odczuwał przez nią on, wypełniające jej umysł swoją trucizną.
Jedyną pomoc obok zaklętą w postaci osoby, która nienawidziła jej z całego swojego czarnego serca.
Pomoc, która teraz miała czelność się na nią
obrazić, odejść, jakby zdradziła go po raz drugi. Pierwsza zdrada w zasadzie nią nie była. Bo przecież nigdy nie była Ortegą, nie na prawdę - nigdy nie pracowała z nim, nigdy nie miała z nią faktycznej relacji, od której mogłaby się odwrócić. Jego słowa nie powinny trafić w żaden, podatny grunt, ponieważ to była tylko p r a c a, rachunek zysków i strat, w którym ona podjęła decyzję, która później ugryzła ją w dupę.
A jednak znalazły go.
-
Wszystko, czego chciałam? - warknęła, gdy jego odwrócenie się do niej plecami wywołało nieznośne, palące wrażenie w jej czaszce. -
To ty siedzisz, planujesz swoje zdobywanie telefonów, swoje kontakty z zaufanymi ludźmi i s w ó j wyjazd do Meksyku!
Nie wiedziała, gdy uniósł się jej głos. Nie wiedziała też, kiedy jej nogi pomknęły w jego kierunku - niewystarczająco, by całkiem się zbliżyć, wystarczająco za to by samochód nie tkwił pomiędzy nimi jako bariera.
-
Jedyne, czego pragnę od ostatnich dwudziestu czterech godzin to prysznic, cztery ściany, w których chociaż na chwilę będę mogła odpocząć bez czyjejś ręki zaciskającej się na moim karku - kontynuowała wściekle, dostrzegając jego pieprzoną zapalniczkę i papierosa, którego odpalił
tak o, jakby to nie miało żadnego znaczenia. -
Nie istnieje człowiek, któremu mogę teraz zaufać. Ale może mam większą szansę z tym, który nie obiecał mi, że mnie zabije, a później wepchnął do wody!
Nienawidziła tego, że się od niej odwrócił.
Nie potrafiła w pełni pojąć frustracji, która nagle wpełzła do jej ciała zupełnie nieproszona gdy spoglądała na jego plecy. Miał rację - technicznie rzecz biorąc. Miała wszystkiego, czego potrzebowała, a jednak myśl, że w jego zepsutej głowie obecna chwila znów miała być jakiegoś rodzaju j e j zdradą, pchała ją w oblicza furii, której nie potrafiłaby wyjaśnić nawet, gdyby naprawdę spróbowała.
Pchała jej rękę, dzierżącą bezużyteczny pistolet, do wyciągnięcia przed siebie broni - jej palec nie spoczął jednak na spuście. Zamiast tego wzmocnił swój chwyt, gdy posłała broń w jego stronę i patrzyła, jak ta odbija się z impetem od jego pleców.
-
Pierdol się - warknęła, nie spostrzegając, gdy znalazła się bliżej niż powinna. -
Nie masz pojęcia o paskudnych rzeczach. Widać, że ja byłam pierwszą, która ci się w życiu przydarzyła - syknęła, nagle znajdując się tak blisko, że jej głowa musiała zadrzeć się w górę by na niego spojrzeć. -
Myślisz, że spędziłam trzy i pół roku jako Ortega z pieprzonej pasji do pracy pod przykrywką? - jej dłonie zacisnęły się mocno, nim zmusiła jedną z nich do wyciągnięcia w jej stronę. -
Kluczyki - dodała twardo, świadoma tego, że wcześniej jej je o d e b r a ł.
A bez nich nie miała samochodu, którego rzekomo mogła użyć.
Robin Visser