36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej łokieć trafił dokładnie tam, gdzie jej trafić nie powinien. Ból rozlał się impulsem, odbierając mu na moment oddech co pozwoliło, żeby Navarro zdołała wyrwać się spomiędzy niego a samochodu. Cofnął się o pół kroku, bardziej przez reakcję własnego ciała niż siłę samego uderzenia, zaciskając zęby z ciężkim oddechem wyrzucając z siebie jedno z przekleństw; ona w tym czasie zdążyła zwiększyć dzielącą ich odległość, umieścić pomiędzy nimi pojazd i unieść broń.
Broń.
Dotknij mnie jeszcze raz, a będziesz drugim mężczyzną, jakiego w życiu zabiłam.
Na jego twarzy nie pojawił się uśmiech ani żadna z tych kpiących odpowiedzi, którymi zazwyczaj przykrywał wściekłość, zanim zdążyło wyjrzeć na powierzchnię, tym samym dezorientując oponentów. Jego twarz stężała, spojrzenie pociemniało, źrenice zwęziły się, a wzrok przesunął powoli z lufy pistoletu na jej twarz.
Pistolet był pusty.
Pusty.
Wiedzieli o tym oboje, ale brak amunicji nie miał w tej chwili większego znaczenia, bo nawet gdyby w magazynku znajdował się komplet pocisków, nie uwierzyłby jej. Nie uwierzyłby że Navarro pociągnęłaby za spust. I wcale nie dlatego, że celowała akurat w niego; nie był już na tyle głupi, żeby uznawać się za wyjątek w jej całym pieprzonym świecie zasad. Widział jednak, co zrobiło z nią zabicie człowieka, który był dla niej w tamtej chwili kompletnie obcy, który przyszedł uzbrojony, strzelił do niej i bez zawahania dokończyłby robotę, gdyby mu na to pozwoliła. Widział też krew którą z maniakalnym uporem próbowała zmyć, aż nie przykryła jej swoją własną, i słyszał urywany oddech oraz to uparte przekonywanie samej siebie, że istniała jeszcze jakaś wersja wydarzeń, w której nie musiała pociągać za spust. Tamten mężczyzna realnie chciał ją zabić, a mimo to jego śmierć niemal rozłożyła ją na części, których nie potrafiła pozbierać.
— No dalej, Navarro — powiedział cicho. Ruszył wzdłuż maski, bez pośpiechu, nie spuszczając wzroku z jej twarzy. Nie patrzył na pistolet i nacierał, odbierając przestrzeń centymetry po centymetrze — Zrób to.
Chciał zobaczyć, jak długo zdoła podtrzymać tę groźbę, kiedy przestanie chronić ją szerokość samochodu; jak pewnie utrzyma broń, gdy nie odpowie żartem ani nie cofnie się zgodnie z jej żądaniem. Jak odważna była, kiedy on sam nie był tą fałszywą, bezczelnie butną i prowokującą wersją siebie tylko tą, która realnie stała za każdą podjętą decyzją o naciśnięciu spustu, gdy nawet nie było to konieczne. Tą samą, która pociągała za sznurki w kartelu i wydawała wyroki. Tą samą, której nie traktował jej. Nigdy bezpośrednio.
— Nie pytałem, dlaczego nie chcesz jechać do Meksyku, za pierwszym razem kiedy uciekłaś nawet tego nie zasugerowałem — wychrypiał, postępując o kolejny krok naprzód, rozmijając się z rogiem samochodu i wychodząc jej naprzeciw po drugiej stronie. Zatrzymał się. — Pytałem, do kogo zamierzałaś zadzwonić. Jaki masz, kurwa, plan?
Nie była przecież głupia; akurat tyle prawdy o niej miał. Nie próbowałaby więc uciekać skradzionym samochodem wyłącznie po to, żeby przejechać nim kilka kilometrów i dopiero wtedy zastanowić się, co dalej; zdobyła telefon, kluczyki, zmieniła ubranie. Musiała mieć człowieka, miejsce albo chociaż zaczątek planu, o którym mu nie powiedziała, a Visser nie lubił, kiedy ktoś wiedział więcej od niego. Jeszcze bardziej nie lubił, kiedy tym kimś ponownie okazywała się Bianca Navarro.
— Już raz pozwoliłem ci wiedzieć więcej ode mnie, Navarro, i skończyłem w kajdankach, pamiętasz? — Tych samych, która sama zacisnęła na jego nadgarstkach. — Nie popełnię tego samego błędu drugi raz. — Ten pierwszy raz dostatecznie mocno palił go i wyżerał od środka; bo bardziej niż jej zdradą było to jego brakiem czujności. Jego niedopatrzeniem. Jego pomyłką. Czyli czymś, czego dałoby się uniknąć. Gdyby tylko nie był ślepy. — Do kogo? — Przechylił nieznacznie głowę. Chwilę później postąpił kolejny krok w jej stronę, nie spuszczając z niej nieruchomego i niepokojąco pustego spojrzenia; nie było w nim wściekłości tylko coś znacznie gorszego, chłodna, niemal nieludzka uwaga Vissera, który nie kłócił się z nią, a zaczął po prostu rozkładać na części pierwsze.
does this face fit me better?
stop the bleeding
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zmiana była natychmiastowa, choć wcześniej przecież zdawało jej się, że ciągle miała przed sobą tę samą twarz. Ciągle spoglądała na te same, ostre rysy, na usta gotowe w rozciągnięciu się w pogardliwy uśmiech, na szczękę wiecznie napiętą wszystkim dziejącym się dookoła.
Dopiero teraz spostrzegła, że jego poprzedniej twarzy dużo bardziej było do Robina, tej dziwnej amalgamacji osoby, którą znała i tej, którą poznawała po raz pierwszy. Ta zdecydowanie bardziej pasowała do Vissera, którego oglądała w innych okolicznościach.
Przy p r a c y.
Jej wzrok przeniósł się z przekształcającego się oblicza na broń, która nagle znalazła się dużo wyżej, niż zakładała. Uniesienie jej było instynktem, takim samym jak próba postawienia samochodu pomiędzy nimi, zdystansowania się do człowieka niebezpiecznego w swojej poczytalności. Jej brwi ściągnęły się nieco gdy spojrzeniem powiodła po pistolecie, myśl niebezpiecznie wtargnęła do jej głowy - który wzięła pistolet?
Czy na pewno ten, który był pusty? Czy ten drugi, wyglądający, kurwa, dokładnie tak samo?
Ile pocisków wystrzelił z tego drugiego gdy uciekali przed policją? Czy oba były puste? Czy wzięła pusty? Czy miała wciąż jakieś naboje?
Z jakiegoś powodu to ta myśl wzbudziła w niej większą panikę. Czym innym było wystosowanie groźby odłożonej w czasie, czym innym posiadanie choćby jednego pocisku, który mógł wystrzelić z lufy po naciśnięciu spustu.
Nie zdążyła jednak odpowiedzieć. Visser znalazł się dużo bliżej, niż planowała, parł naprzód z tym pieprznym wyrazem, który z pewnością miał zasiać w niej strach. Problem polegał na tym, że strach czuła nieustannie.
A ta twarz sprawiała wyłącznie, że powrót do chłodnej, niemal profesjonalnej obojętności był dużo prostszy niż wtedy, gdy patrzył na nią w inny sposób.
- I co zrobisz, jeśli ci nie powiem? - prychnęła, mimo tego przechodząc kilka kroków w bok. Gdy on zbliżał się do niej, ona analogicznie przesuwała się w tym idiotycznym kręgu, zawsze utrzymując dystans. Zawsze trzymając między nimi pojazd. - Wgnieciesz mi czaszkę w maskę samochodu? - chłód wtargnął też do jej mimiki, gdy jej słowa czerpały ze wspomnień wszystkiego, czego doświadczyła jako osoba postronna. Nie wątpiła, że kiedyś miała nadejść jej kolej. - Połamiesz mi wszystkie palce wyciągając ze mnie informacje?
Ta myśl na swój popierdolony sposób przynosiła jej ulgę. Usuwała zupełnie sprzeczność tego, w jaki sposób traktował ją wcześniej - cholera, w jaki sposób traktowali się nawzajem. Skupiła się na tym, wybiórczo, ignorując rwanie zszytej przez niego rany na rzecz dyskomfortu, który powrócił do jej szyi gdy za nią złapał. Chwytając bólu wykręconego nadgarstka, w którym nieustannie trzymała broń.
- Może zadzwonię po gliny - rzuciła nagle, sięgając drugą dłonią do kieszeni i wydobywając z niej telefon. Uniosła go w górę, niemal dyndając nim w powietrzu, jej głowa przekrzywiła się w bok. - Sprawdzimy, które z nas przeżyje dłużej na komisariacie.
Do pewnego stopnia była gotowa to zrobić.
Wolałaby zaryzykować próbę zwrócenia się do ludzi, którym niegdyś ufała, niż zaryzykować, że Visser znów położy na niej swoje ręce. Ta żelazna determinacja przebłysła w jej oczach, rozbudzona jego prawdziwą naturą, której z każdym wykonanym przez niego krokiem była bardzo świadoma - samej wykonując analogiczne, byle tylko nigdy nie zbliżył się do niej, byle ciągle był między nimi samochód.
- A może zadzwonię do twoich kolegów z kartelu? - rzuciła śmiało, chwytając mocniej telefon, gotowa zrzucić go na pieprzoną podłogę i zdeptać gdyby wymyślił jakikolwiek sposób na jego pozyskanie. - Opowiem im, jak pięknie wyśpiewałeś wszystkie sekrety - wycedziła, choć przecież nie wydusili z niego ani słowa w czasie, w którym tkwił w areszcie. - Zobaczymy, ile uda ci się przeżyć nim cię dopadną.

fear makes it much easier to hate you
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie drgnął. Nawet wtedy, gdy wymieniła policję, a zaraz po niej kartel. Nie cofnął się również wtedy, gdy telefon znalazł się w jej dłoni, gotowy zamienić groźbę w coś więcej niż tylko kolejną próbę odzyskania przestrzeni, której konsekwentnie jej odmawiał. Patrzył na nią dokładnie tym samym spojrzeniem, którym jeszcze chwilę wcześniej zmusił ją do zastanowienia, czy w magazynku rzeczywiście nie znajdował się przypadkiem jeden nabój; spokojnym, nieruchomym, pozbawionym tej pobłażliwości, którą zapewne znała znacznie lepiej i przez którą przez lata mogła zapominać, że Visser nie zdobył swojej pozycji wyłącznie dzięki temu, że potrafił się odpowiednio uśmiechnąć.
— Dzwoń. — To nie było pozwolenie, nie był to też wyraz niewzruszenia – z jego strony to było to oczywiste – z jej bardzo czytelne – wyzwanie, którym cisnął w odpowiedzi na wszystkie te groźby. Postąpił o krok w jej stronę, choć nie pomniejszył dystansu, gdy Navarro odpowiedziała ustąpieniem w tył. — Zadzwoń, najpierw na policję, a później do Sinaloa i powiedz, że śpiewałem — dodał ciszej, niemal zachęcająco, chociaż nic w jego twarzy nie miało w sobie żadnej kpiny czy jakiegokolwiek wyrazu. — Powiedz im wszystko, co tylko przyjdzie ci do głowy. A później przedstaw się, Navarro. Pełnym nazwiskiem. Powiedz im, przez ile lat siedziałaś obok mnie i po co. — Dopiero wtedy przesunął się o krok, niewielki, wystarczający jednak, by przestała mieć jakiekolwiek złudzenie, że jej groźby wyznaczyły pomiędzy nimi granicę, której zamierzał grzecznie pilnować. Jej odpowiedź w tym całym ganianym była wystarczająco wymowna. — Zobaczymy, które z nas pierwsze zacznie żałować tego telefonu. — Przechylił nieznacznie głowę. — Dzwoń, Navarro. — Wiedział, że nie zadzwoni. Bo było to po prostu głupią groźbą, która miałaby go trzymać na dystans. Ale Navarro była bystra na tyle, że wiedziała, że tym samym sama sobie by zaszkodziła. I nie zrobiłaby tylko po to, żeby zrobić mu na złość. Dlatego nie zostawił przestrzeni na ruch z jej strony, podejmując po krótkiej przerwie: — Może na policję, może do kartelu. Może, może. — Może nie było odpowiedzią, której chciał, a której ona tak bardzo nie chciała mu podać. — Do kogo chciałaś zadzwonić, Navarro? — Nie postąpił naprzód, wzrok zatrzymując na moment na drzwiach kierowcy, do których mogłaby się dostać, gdyby był na tyle głupi, aby bawić się z nią w krok dostawny wokół pojazdu. — Kto jest na tyle twój, że po wszystkim właśnie do niego chciałaś zadzwonić a mnie zostawić?
Świadomość tego nie pozwalała mu odpuścić; nie samego telefonu, nie nawet planu, który najwyraźniej zdążyła ułożyć podczas pięciu minut jakie jej dał, ale istnienia gdzieś poza jego zasięgiem człowieka, którego nazwiska nadal nie znał. Kogoś, do kogo Navarro zwróciłaby się wtedy, gdy własna agencja próbowała ją zabić. Kogoś, komu mimo wszystko ufała bardziej niż jemu, skoro gotowa była zostawić go na parkingu i zaryzykować samodzielną ucieczkę, byle tylko wykonać ten jeden telefon.
Nie powinno go to obchodzić. Tym bardziej nie powinno go to tak uwierać. Jeszcze dzień wcześniej najchętniej sam pozbyłby się jej ze swojego życia – przynajmniej potrafił to głośno powiedzieć. Mogła odejść. Mogła znaleźć kogokolwiek, kogo sobie wybrała, i stać się jego problemem.
Tyle że gdzieś pomiędzy kajdankami, którymi go skuła; jeziorem, w którym próbowała go utopić i tym pierwszym razem, kiedy wrócił po nią wbrew własnemu rozsądkowi, przestało chodzić wyłącznie o to, czy Navarro była problemem.
Była jego problemem. I najwyraźniej wystarczała sama świadomość, że możliwie istniał ktoś, komu gotowa była przekazać tę rolę bez jego wiedzy, żeby pod skórą pojawiło się znajome, drażniące napięcie – takie, z którym nie walczył, a które przejmowało kontrolę i prowadziło każdy następny ruch. Mógłby próbować zrzucić to na karb niewiedzy – tej wyjątkowo nie lubił i nie lubił tej przewagi, gdy ktoś wiedział więcej od niego – może to było to; ale czy z drugiej strony to sprawiłoby, że zafiksowałby się na tym do kogo zamierzała dzwonić zamiast co zamierzała zrobić?
— Do kogo, Navarro?
eres de los míos
stop the bleeding
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może powinna zadzwonić. Spełnić jego prowokację, to wyzwanie rzucone w ten oczywisty sposób, w którym nie sądził, by faktycznie miała odwagę to zrobić. Wydać ich pozycję policji, kartelowi, kogokolwiek, kto mógłby dopaść ich na tej zapyziałej stacji benzynowej, której jedyny pracownik tkwił zatrzaśnięty na zapleczu.
Ale wiedziała, że skazywałaby wtedy też siebie.
A tak długo, jak miała ten telefon, miała jakąś opcję. Żałosną, może skazaną na porażkę, ale wciąż posiadała szansę na to, że uda jej się z tego jakoś wyciągnąć, a to wszystko n a p r o s t o w a ć. Dlatego zamiast wybrać numer, mocniej zacisnęła dłoń na urządzeniu, w jej szczęce powróciło napięcie.
Nie rozumiała jego uporu.
Visser przedstawiał cały, pieprzony plan działania - gdzie miał się dostać, w jaki sposób miał pozyskać paszporty i przenieść się do Meksyku. Meksyk może i był ojczyzną jego kartelu, ale nie był jego własną, rodzinną ziemią - nietrudno było więc dodać dwa do dwóch i wiedzieć, że musiał tam mieć ludzi, którym ufał. Bądź takich, którzy mogli mu pomóc za odpowiednią cenę.
On miał więc swoje plany, swoich ludzi i tę nienawiść, którą pluł w jej stronę nieustannie - ona nie mogła mieć nawet j e d n e j opcji, o której on mógł nie wiedzieć.
- Może ktoś, kto nie grozi mi śmiercią i nie zostawia kolejnych siniaków na mojej skórze? - wyrwało jej się samo, w reakcji na sposób, w jaki sformułował swoje pytanie. To był jeden, wielki, pieprzony a b s u r d. On nie był jej, ona nie była jego.
Nie rozumiała, dlaczego ją to tak obruszyło. Ani dlaczego zaraz po tym, irytacja pchnęła ją w stronę wyjaśnień, na które przecież nie zasługiwał. Powinna po prostu odjechać, powinna się od niego u w o l n i ć.
- Jakie to ma znaczenie? - prychnęła, nieustannie śledząc jego położenie w tej dziecinnej grze, w której bycie złapanym nie oznaczało prztyczka w ramię, ale wyszarpnięcie jej jedynego okienka na resztę świata. - Jesteś wolny, Visser - wycedziła, z naleciałością trudu, w jaki wypowiadała to zdanie jako agentka, która własnoręcznie zaprowadziła go do aresztu. - Nie potrzebujesz tego telefonu. Możesz zatrzymać jakiekolwiek auto na drodze i zgarnąć dla siebie następny - dodała wściekle, jej ręce rozłożyły się w geście bezradności. - Masz swoje kontakty w Meksyku i swój wielki plan ucieczki. - jej głos zadrżał, nogi zatrzymały się w miejscu w geście zmęczenia. - Ja nie mam nic.
Nie było to prawdą.
Miała mężczyznę, który był zdolny wyłącznie do brutalności, który obiecał jej śmierć i który czuł potrzebę decydowania o tym, co wydarzy się następne. Mężczyznę, którego przed spełnieniem wszystkich wypowiadanych przez niego gróźb powstrzymywały arbitralne argumenty, które w pewnym momencie nawet jemu mogły wydać się bezsensowne.
- Agent, który stworzył Ortegę to mój przyjaciel - westchnęła wreszcie, wbrew sobie, wbrew tej potrzebie dotrzymania tajemnicy. Zatrzymała się w swojej wędrówce wokół samochodu, ale dłoń wciąż miała mocno zaciśniętą wokół telefonu. Wiedziała, jak to się skończy, a jednak jakaś irracjonalna cząstka niej łudziła się, licząc na to, że może tym razem nie zostanie potraktowana przez niego jak gówno. - Jeśli to wszystko się tak zjebało, może już nie żyje. A może udało mu się uciec. Był... specyficzny. I przygotowany na różne scenariusze.

estar contigo es peligroso
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez kilka sekund po prostu na nią patrzył, bo odpowiedź, której tak uparcie się domagał, okazała się wcale nie lepsza od niewiedzy.
Przyjaciel.
Nie: prowadzący ją agent, nie: nazwisko z raportu, które mógłby wrzucić do jednego worka z całą resztą federalnego ścierwa i nigdy więcej do niego nie wracać.
Przyjaciel.
Człowiek, który stworzył Ortegę,
zanim ta kiedykolwiek stanęła na jego drodze i któremu Bianca najwyraźniej musiała bardzo, ale to b a r d z o ufać, skoro pozwoliła wysłać się na trzy i pół roku prosto między ludzi, którzy bez większego zastanowienia przestrzeliliby jej czaszkę, gdyby choć raz pomyliła się w swojej roli. Musiała wierzyć, że wiedział, co robi, że przygotował ją wystarczająco dobrze, że gdy wszystko pójdzie w pizdu, będzie gdzieś po drugiej stronie; a skoro teraz, kiedy właściwie nie zostało jej już nic, pomyślała właśnie o nim, najwyraźniej przez cały ten czas ta wiara wcale nie zniknęła.
Powietrze zostało w jego płucach, źrenice zwęziły się jeszcze bardziej, ale on nie drgnął.
I chyba dopiero wtedy naprawdę dotarło do niego, jak bardzo wkurwiająca była ta świadomość. Przez trzy i pół roku krok po kroku dochodził do wniosku, że Ortega była jedną z niewielu osób, którym mógłby zaufać. Teraz coraz trudniej było mu nie zastanawiać się, czy ta wzajemność kiedykolwiek naprawdę istniała. Ona realnie była j e g o – nie pozwalał tego zabrać nawet gdy jasna stała się zdrada oraz to, że Ortega była fałszywa; on jednak nigdy nie był jej tak samo, bo kiedy on ufał Ortedze, Bianca przez cały ten czas miała już po swojej stronie kogoś innego. Kogoś, komu ufała wcześniej, bardziej i na tyle bezwarunkowo, żeby pozwolić mu wsadzić się do gniazda żmij.
A najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że ta jedna wiadomość starczyła mu, aby sam przestawał wiedzieć, gdzie kończyła się Bianca, a gdzie zaczynał projekt tego pierdolonego federalnego. Które reakcje naprawdę należały do niej, które zachowania wypracowała sama, a które ktoś wcześniej podsunął jej jako najłatwiejszą drogę do niego – bo oczywiście, rozumiał że to wszystko miało jakiś cel, ale czy dało się sfingować samodzielnie absolutnie wszystko? Samodzielnie pewnie nie.
Przez lata był przekonany, że znał Ortegę, tymczasem gdzieś istniał człowiek, który znał ją wcześniej, ba – który sam ją zaplanował. Jakby coś, co przez te wszystkie lata naiwnie uważał za należące wyłącznie do n i c h, to zaufanie, miało jebanego współtwórcę.
Który sam ją zaplanował. Z a p l a n o w a ł.
Ja pierdolę.
Najgorsze, że nie potrafił już nawet zdecydować się, która część tej informacji wkurwiała go najbardziej.
To, że gdzieś istniał człowiek, któremu ufała bardziej niż jemu, było wystarczająco irytujące samo w sobie; nie potrzebował wiele czasu, żeby przyznać przed sobą, że dokładnie tak właśnie było, nawet jeżeli nigdy nie zamierzał nazwać tego po imieniu. Nie z a z d r o ś c i ą, bo przecież nie miał, kurwa, piętnastu lat i nie zamierzał obrażać się o każdego człowieka, którego Navarro znała wcześniej. Chodziło o coś znacznie prostszego. On przez trzy i pół roku budował swoją pozycję przy Ortedze od zera, ostrożnie przesuwając ją coraz bliżej tej granicy, za którą zaczynał traktować człowieka inaczej, tymczasem ktoś inny stał tam od samego początku. Bez konieczności udowadniania czegokolwiek, bez podejrzeń, bez miesięcy sprawdzania, czy któregoś dnia nie obudzi się z lufą przy skroni.
I najwyraźniej miał rację.
Bo to on kurwa skończył z kajdankami i ani jednym wyrzutem sumienia po drugiej stronie.
Zacisnął szczękę, jego rysy wyostrzyły się, a mięśnie widocznie uwydatniły.
— Stworzył Ortegę — powtórzył w końcu, z pewną odrazą, która zaburzyła idealną taflę jego własnego niewzruszenia. — Czyli co dokładnie zrobił? — zapytał, wracając spojrzeniem do jej oczu. — Wymyślił ci nazwisko i napisał biografię oraz wygenerował garść ciekawostek w chatGPT, czy nauczył cię też, jak masz ze mną rozmawiać? — To pytanie wyślizgnęło mu się ostrzej, niż powinno, ale nie próbował go łagodzić. Bo nagle naprawdę chciał wiedzieć. Chciał, kurwa, wiedzieć, jak wiele poziomów mogła mieć jedna, jedyna, jebana, zdrada.
I’ve broken so many people, but I’ve never done it half as well as you did.
stop the bleeding
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nagle zamarli w tej idiotycznej pozycji, z samochodem pomiędzy nimi choć żadne już nie decydowało się poruszyć. Bariera, dzięki której chwilę wcześniej czuła się dużo bezpieczniejsza teraz wydawała się zbędnym dystansem gdy wyraz twarzy, choć wciąż nieznośny i zarozumiały, przekształcał się na twarzy Vissera w reakcji na jej słowa.
Jego reakcje były dla niej niezrozumiałe. Wszystko w tej całej, pieprzonej sytuacji było dla niej niezrozumiałe.
Visser posiadał od niej dużo więcej kontaktów i osób, którym wciąż mógłby zachować. Ludzi, którzy nie byli ograniczeni prawem i strukturami dowodzenia udokumentowanymi w szczególe w każdej operacji. Jeden jego przyjaciel mógł dużo więcej niż jakikolwiek należący do niej - obarczony sumieniem, nieograniczonymi środkami i przełożonymi patrzącymi mu na ręce.
Był więc hipokrytą, reagując w ten sposób na myśl, że po zdobyciu telefonu może mogłaby coś z nim zrobić.
Sam mógłby z jego pomocą zrobić dużo więcej i z początku to przez to wydawało jej się, że zareagował tak ostro. Później to przekształciło się w jakąś kolejną z d r a d ę, którą dostrzegał w jej próbie pójścia własną ścieżką - zdradę, która w tym wypadku nie była powiązana z żadnym śledztwem, a bardziej z jej podstawową potrzebą przetrwania bo choć żyła dzięki temu, jednocześnie to on był osobą, która temu przetrwaniu nieustannie zagrażała.
Dopiero jego zarzut sprawił, że zmarszczyła brwi, docierając do zupełnie innych wniosków.
Do tego tysiąca dwustu siedemdziesięciu ośmiu dni, które spędziła o b o k. Pod innym nazwiskiem, pod inną personą, którą przybrała jak własną. Zyskując jego zaufanie, przeplatając swój los ze strukturami, których był częścią. Zaznajamiając nie tylko z jego operacjami, ale też z ludźmi, z którymi przebywał, miejscami, które lubił, zwyczajami, które posiadał.
Gdyby każdy aspekt Ortegi był zaprojektowany celem zyskania do niego dostępu, wszystko byłoby dużo prostsze - tak jak chwile, w których pokazywał swoje prawdziwe oblicze.
Nigdy nie była niesamowitą aktorką. Jej przykrywka nie była rolą, którą odgrywała z pomocą głosu w słuchawce. Była n i ą, tą jej wersją, która zamyka usta wtedy, gdy należało coś powiedzieć. Tą, która pochyla głowę i wykonuje rozkaz, świadomością bycia w tym jakiegoś celu uspokajając własne sumienie.
Byłoby jednak dużo prościej, gdyby wierzył w coś innego.
- O nazwisku, dokumentach, adresie, numerze telefonu, kontach bankowych, certyfikacie urodzenia, dyplomach ze szkoły, historii kredytowej - warknęła w odruchu, którego nie potrafiła powstrzymać. - Myślisz, że ktoś tkwił w moim uchu i podpowiadał mi, jaką pijesz kawę? - prychnęła. - Chciałabym, żeby tak było. Może ten pieprzony cyrk nie trwałby wtedy trzech i pół roku.
Wsunęła telefon z powrotem do kieszeni, wierząc, że chwilowo był tam b e z p i e c z n y. W przeciwieństwie do nich, tkwiących na stacji benzynowej, na której wkrótce pojawią się gliny - wystarczyło, by jedna z kamer ich wychwyciła bądź pracownik wydostał się ze swojego pierdolnika na tyłach stacji.
- Nie wymagasz wsparcia chata GPT, Visser. Jesteś bardzo prostym człowiekiem - skłamała, gdy jakaś złośliwa i wściekła cząstka jej osobowości poczuła się zbyt pewnie po drugiej stronie samochodu. Nic z tego nie było prawdą, był kurewsko skomplikowany i wkupienie się w jego łaski zabrało jej t y s i ą c dni życia, które nie należało do niej. Nie powstrzymało jej to jednak przed skrzyżowaniem rąk na klatce piersiowej i mierzenia go spojrzeniem po drugiej stronie pojazdu. - Jestem pewna, że nie jestem ani pierwszą, ani ostatnią kobietą, którą nakryłeś na udawaniu w swojej obecności. Inne po prostu robią to w łóżku.

one person can have two lives
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie chodziło nawet o to, że Navarro ufała komuś bardziej niż jemu. Nie miał przecież żadnego prawa oczekiwać od niej lojalności, której sam jeszcze kilka godzin wcześniej nie był pewien, a tym bardziej wymagać, żeby człowiek poznany przed laty nagle ustąpił miejsca komuś, kogo przez ostatnią dobę na przemian ratowała i próbowała utopić. Drażniła go raczej łatwość, z jaką była gotowa obdarzyć tamtego kredytem zaufania, którego jemu odmawiała przy każdej możliwej okazji. Człowiek, który przez trzy i pół roku pozostawał wobec niej dokładnie tym, za kogo się podawał, musiał obecnie tłumaczyć każdy ruch, każde słowo i każdą decyzję, podczas gdy wystarczyło jedno wspomnienie o dawnym przyjacielu, żeby Navarro była gotowa zaryzykować wszystko w oparciu o założenie, że ten nadal stoi po jej stronie.
Tak, jakby o n nie stał. Przez jebane tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni, a właściwie teraz to pewnie jakieś tysiąc dwieście osiemdziesiąt trzy, albo coś koło tego.
Co było tym bardziej absurdalne, że jeśli naprawdę istniał ktoś posiadający wiedzę wystarczającą do stworzenia Ortegi, musiał również wiedzieć, gdzie ją umieszczono, jak długo miała tam zostać i kiedy operacja dobiegła końca. Równie dobrze mógł więc być człowiekiem, który przygotował ją do wejścia w jego życie, jak i tym, który później pomógł Navarro z niego wypaść. A jednak to o n, choć mógł zostawić ją w mieszkaniu, w jeziorze, na parkingu na pomoście i jeszcze co najmniej kilka razy później, nadal pozostawał dla niej ryzykiem wymagającym nieustannej weryfikacji.
N i e s p r a w i e d l i w e – to było właściwe słowo. Nie: bolesne, ani nie: osobiste; po prostu irytująco niesprawiedliwe. Zwłaszcza że to ona przez tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni wiedziała o nim więcej, niż on wiedział o niej; on pozostawał wobec niej całkowicie szczery, czego nie można było powiedzieć o sTwOrZoNeJ pRzEz pRzYjAcIeLa oRtEdZe a mimo to właśnie jej wystarczało kilka starych wspomnień, żeby uznać czyjąś lojalność za pewnik, a jemu w zamian za wszystko z dziwną pasją wżynała kolejne szpile.
Uznał, że określanie jej mianem wariatki czy federalnej suki było srogim niedopowiedzeniem.
Jebana hipokrytka brzmiało lepiej, zwłaszcza że to z niego tak chętnie obsadzała w roli złoczyńcy czy zagrożenia wobec niej, kiedy realnie bardziej jej pomógł niż kiedykolwiek zaszkodził.
Krok do tyłu postawił on – w kontraście do tego, jak na nią nacierał, chciwy tej wiedzy, która – choć tego nie przyzna – była pierwszą informacją, która go poparzyła. Pierwszą monetą, której nie chciał zdobywać, którą wolałby wyrzucić zamiast posiadać.
— To jedź do niego. — Nie próbował ponownie odebrać jej telefonu ani zamknąć przestrzeni, którą właśnie pomiędzy nimi stworzył. Przeciwnie; odsunął się jeszcze odrobinę, po czym wskazał brodą samochód, o który jeszcze kilka minut wcześniej gotów był się z nią szarpać. — Masz wszystko, czego chciałaś. Telefon, samochód i człowieka, któremu najwyraźniej ufasz wystarczająco, żeby postawić z n o w u na niego własne życie. — Wzruszył ramieniem. Lekko, nawet dało się uwierzyć, że obojętnie, choć jeszcze chwilę wcześniej gotów był wyciągnąć z niej tę samą informację mało cywilizowanymi metodami. Kącik jego ust drgnął dopiero po chwili, pozbawiony jednak jakiekolwiek kpiny. — Tylko kiedy okaże się, że człowiek, który stworzył Ortegę, wiedział gdzie ją wsadzili i kiedy przestała być potrzebna, wiedział też trochę więcej o tym, co miało stać się z Navarro… — urwał, pozwalając, żeby resztę dopowiedziała sobie sama. — Nie rób tylko tej miny, jakby świat właśnie po raz pierwszy zrobił ci coś paskudnego. Oboje wiemy już, że ludzie, których uznajesz za swoich, nie zawsze mają z tym takie same plany. — Była to zresztą jedna z niewielu lekcji, które wyciągnąć miała nie tylko ona – bo miało przełożenie również na niego. — Powodzenia. — Słów tych nie ubrał w jad, nie owinął sarkazmem, ani zasadniczo żadną większą emocją.
Odwrócił się plecami do osoby, którą powinien uznać za niebezpieczną – jeszcze chwilę temu celowała w niego z broni, sugerowała że go zabije, jak również wyda policji czy postawi przed kartelem. Oddalił się, wpychając do tylnej kieszeni wilgotnych jeszcze spodni rękę, by wyciągnąć paczkę z wymiętymi papierosami i odpalił jednego z nich wysłużoną zapalniczką – klnąc pod nosem na to, jak słabo działała.
Wypełnił płuca dymem, oczekując że ten przyniesie mu spokój i wypuścił kłąb dymu i rozczarowania tym samym oczekiwaniem.
I fell victim to a heartless scare
stop the bleeding
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zawsze wydawało jej się, że jest dość wyważoną kobietą. Jej korzenie lubiły odzywać się w najmniej odpowiednich momentach, a emocje miały w zwyczaju przejmować nad nią kontrolę, ale by się to wydarzyło, musiała osiągać jakiś punkt. Nie była skrajnie emocjonalna ani wybuchowa. Potrafiła odsunąć się, zdobyć upragniony dystans, w którym mogłaby się namyślić, zastanowić nad tym, nim uchyli usta.
Nigdy jednak nie miała do czynienia z takim poziomem pieprzonego a b s u r d u jak ten, który prezentował przed nią Visser w tym momencie.
Tkwiła w miejscu, spoglądając na niego ponad tkwiącym między nimi samochodem. Każde słowo wypowiadane z jego ust wydawało się gonić poprzednie w zawodach niepoczytalności. Jakiekolwiek grzechy mu wyrządziła, czy nie widział, że spotkała ją za to już wystarczająca kara?
To nie tak, że zgłosiła się do tej operacji ponieważ pragnęła oszukać wpływowego mężczyznę i udowodnić, które z nich było górą.
Zgłosiła się, ponieważ jej własne życie nie było dla niej wystarczająco istotne by porzucenie go na rzecz innego stanowiło dla niej problem. Zgłosiła się, ponieważ w tym morzu chwastów wyrastających każdej nocy liczyła na to, że jednego uda się wyrwać jej rękoma. Że świat stanie się odrobinę lepszy gdy osoba pokroju Robina Vissera z niego zniknie a to, co musiała poświęcić by to osiągnąć, było dla niej tego warte.
Nie oczekiwała żadnego medalu. Wystarczyło jej potwierdzenie, że to, co robiła, miało jakiś sens. Jak każdy człowiek, doceniłaby też pochwałę, uścisk dłoni, może przychylny komentarz wpisany w jej aktach, z rodzaju tych potwierdzających, że była w tym d o b r a.
Zamiast tego otrzymała kulę, wydzierającą sobie szlak między jej żebrami. Dłonie zaciśnięte na jej szyi. Poczucie zdrady, tak lustrzane do tego, które odczuwał przez nią on, wypełniające jej umysł swoją trucizną.
Jedyną pomoc obok zaklętą w postaci osoby, która nienawidziła jej z całego swojego czarnego serca.
Pomoc, która teraz miała czelność się na nią obrazić, odejść, jakby zdradziła go po raz drugi. Pierwsza zdrada w zasadzie nią nie była. Bo przecież nigdy nie była Ortegą, nie na prawdę - nigdy nie pracowała z nim, nigdy nie miała z nią faktycznej relacji, od której mogłaby się odwrócić. Jego słowa nie powinny trafić w żaden, podatny grunt, ponieważ to była tylko p r a c a, rachunek zysków i strat, w którym ona podjęła decyzję, która później ugryzła ją w dupę.
A jednak znalazły go.
- Wszystko, czego chciałam? - warknęła, gdy jego odwrócenie się do niej plecami wywołało nieznośne, palące wrażenie w jej czaszce. - To ty siedzisz, planujesz swoje zdobywanie telefonów, swoje kontakty z zaufanymi ludźmi i s w ó j wyjazd do Meksyku!
Nie wiedziała, gdy uniósł się jej głos. Nie wiedziała też, kiedy jej nogi pomknęły w jego kierunku - niewystarczająco, by całkiem się zbliżyć, wystarczająco za to by samochód nie tkwił pomiędzy nimi jako bariera.
- Jedyne, czego pragnę od ostatnich dwudziestu czterech godzin to prysznic, cztery ściany, w których chociaż na chwilę będę mogła odpocząć bez czyjejś ręki zaciskającej się na moim karku - kontynuowała wściekle, dostrzegając jego pieprzoną zapalniczkę i papierosa, którego odpalił tak o, jakby to nie miało żadnego znaczenia. - Nie istnieje człowiek, któremu mogę teraz zaufać. Ale może mam większą szansę z tym, który nie obiecał mi, że mnie zabije, a później wepchnął do wody!
Nienawidziła tego, że się od niej odwrócił.
Nie potrafiła w pełni pojąć frustracji, która nagle wpełzła do jej ciała zupełnie nieproszona gdy spoglądała na jego plecy. Miał rację - technicznie rzecz biorąc. Miała wszystkiego, czego potrzebowała, a jednak myśl, że w jego zepsutej głowie obecna chwila znów miała być jakiegoś rodzaju j e j zdradą, pchała ją w oblicza furii, której nie potrafiłaby wyjaśnić nawet, gdyby naprawdę spróbowała.
Pchała jej rękę, dzierżącą bezużyteczny pistolet, do wyciągnięcia przed siebie broni - jej palec nie spoczął jednak na spuście. Zamiast tego wzmocnił swój chwyt, gdy posłała broń w jego stronę i patrzyła, jak ta odbija się z impetem od jego pleców.
- Pierdol się - warknęła, nie spostrzegając, gdy znalazła się bliżej niż powinna. - Nie masz pojęcia o paskudnych rzeczach. Widać, że ja byłam pierwszą, która ci się w życiu przydarzyła - syknęła, nagle znajdując się tak blisko, że jej głowa musiała zadrzeć się w górę by na niego spojrzeć. - Myślisz, że spędziłam trzy i pół roku jako Ortega z pieprzonej pasji do pracy pod przykrywką? - jej dłonie zacisnęły się mocno, nim zmusiła jedną z nich do wyciągnięcia w jej stronę. - Kluczyki - dodała twardo, świadoma tego, że wcześniej jej je o d e b r a ł.
A bez nich nie miała samochodu, którego rzekomo mogła użyć.

Robin Visser
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie kupował tego. Nie kupował całego jej darcia mordy i dramatycznej tyrady o braku kogokolwiek komu mogłaby zaufać. Nie po tym, jak chwilę wcześniej bez zastanowienia nazwała tamtego człowieka przyjacielem; bo nie: kontaktem czy dawnym współpracownikiem, ale właśnie przyjacielem. Amigo.
Vriend.
Een vriend is iemand met wie we een hechte, warme band delen die gebaseerd is op wederzijds vertrouwen, oprechtheid, genegenheid en steun.

Ludzie przecież nie rozdawali podobnych określeń w drodze losowania, a ona sama nie planowała przecież zadzwonić do pierwszego numeru, który zdołałaby sobie przypomnieć. Wybrała jego, bo pośród wszystkich ludzi związanych z instytucją, która właśnie próbowała ją zabić, wciąż pozostawał kimś, przy kim potrafiła dopuścić możliwość, że stanie po jej stronie. Być może nie ufała mu już bezwarunkowo; ale to jednak wciąż było więcej, niż zamierzała przyznać, kiedy twierdziła, że nie istniał człowiek, któremu mogłaby zaufać.
I może właśnie dlatego drażniło go to bardziej, niż powinno. Przez trzy i pół roku nie potrzebował żadnej nazwy dla miejsca, które jej zrobił; wystarczało mu, że była jedną z niewielu osób, których nie okłamywał, o które dbał i których bezpieczeństwo zaczynało go obchodzić nawet wtedy, kiedy przestawało być wygodne.
Pilnował, żeby kartel jej nie przeżuł i nie wypluł, zanim zdążyła stać się dla niego kimś więcej niż kolejną gębą, z którą musiał pracować. A kiedy cała ta fasada upadła, nadal, kurwa, po nią wracał. Wyciągał ją spod kul, z samochodu, z wody; zszywał, czuwał przy niej i po raz kolejny wybierał jej życie nawet wtedy, kiedy jeszcze kilka godzin wcześniej obiecywał, że ją zabije. Miał przecież już tyle okazji, by zostawić ją na pewną śmierć.
Fuiste tú quien me dejó primero. Pero yo no soy tú.
Wat gênant.

Najgorsze było to, że nie potrafił nawet uznać jej słów za całkowite kłamstwo. Groził jej. Zostawiał siniaki. Kilka razy dał jej wystarczająco dużo powodów, żeby faktycznie patrzyła na niego jak na zagrożenie. Tyle że za każdym razem, kiedy zagrożenie stawało się prawdziwe i przychodziło z zewnątrz, stawał pomiędzy nim a nią. Nie wiedział już, czego właściwie oczekiwała po człowieku, żeby zasłużył choćby na możliwość, że stoi po jej stronie. Wiedział jedynie, że najwyraźniej trzy i pół roku oraz kilka uratowanych żyć wciąż przegrywało z jednym słowem: przyjaciel.
Wypuścił dym przez nozdrza, nie odwracając się do niej ani wtedy, gdy cisnęła w niego czymś – a po dźwięku z jakim przedmiot opadł na asfalt i samym jego ciężarze zdecydował, że, kurwa, bronią; ani wtedy gdy słyszał, że postępuje w jego stronę. Fakt, że stał wciąż zwrócony do niej plecami był jednocześnie potwierdzeniem, że nie wierzy, że Navarro realnie mu coś zrobi – choć sama dała mu ogromny dowód braku swojej lojalności; ale jednocześnie to, że postanowił jej dać to, co tak bardzo chciała zostać.
Więc nie rozumiał po co wciąż darła się na niego na środku parkingu.
Uznał, że wydzierała się tak, tyle tłumaczyła i mówiła, aby zagłuszyć swoje własne sumienie. Chociaż wątpił, że w ogóle je miała.
Pozwolił by dym wypełnił jego płuca i zatrzymał się w nich, ostatecznie wypuszczając go przez nozdrza, wciąż nie znajdując w nikotynie ukojenia. Kącik ust drgnął mu, a ramiona poruszyły się w niewielkim, niemym parsknięciu, słysząc jej podsumowanie. Przez lata pracy dla kartelu darzyło mu się wiele paskudnych rzeczy, ale z jakiegoś powodu zdrada Navarro zajęła pierwsze miejsce. Bo była bardzo osobista i trafiła w miejsce, którego nie zabezpieczył. To było nieco inne – paskudne rzeczy, które podawało mu życie w kartelu sprowadzał do krótkiej lekcji i upomnienia – powinien był to przewidzieć; w przypadku Bianci problem wchodził głęboko pod skórę i uwierał, bo zamykał się w świadomości, że – powinien był przewidzieć, ale nie przewidział, bo nie czuł, że musi przewidywać przy niej.
Jego błąd.
Mijn Fout

— Już ci lepiej? — spytał, gdy w końcu przestała perorować o tym, jak niewiele wiedział on oraz jak ciężko było jej i zażądała kluczyków. Odwrócił się i opuścił spojrzenie. — Kluczyki masz pod autem, schyl się trochę. — Przeniósł spojrzenie na zaparkowany pojazd, który chciała przejąć. Nawet stąd widział pobłyskujące w słabym świetle kluczyki, które wkopnął pod auto, gdy tylko z brzdękiem spadły na ziemię. — Powiedziałbym ci gdzie są bez tej, jakże wzruszającej historii o tym, jak ciężko masz w życiu. Mówiłem: jedź do niego.
Zaciągnął się dymem tylko po to, by zdławić w sobie możliwość wymienienia jej, że oprócz groźby, że ją zabije – otrzymała od niego powrót po nią, gdy wykrwawiała się wśród trupów i stosu szkła; że nie zostawił jej w jeziorze, kiedy okazało się, że ścigany jest nie tylko on, ale także i ona; że wygrzewał jej dupę w zaparowanym samochodzie, aby nie dostała hipotermii po kąpieli; że wciąż ma na sobie szwy, które założył jej w nocy tylko po to, aby nie wykrwawiła się na stole; że próbował wybić jej z głowy debilną perspektywę bycia winną obrony własnej. A przede wszystkim tego, że zamierzał ją zabrać do Meksyku, bo realnie zamierzał ją wyciągnąć z szamba, w którym wylądowała na własne życzenie.
En dat alles, ondanks het feit dat zijn kant van alles wat tussen hen gelogen was, wél echt was.

Hou op met zeiken, trut.
stop the bleeding
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie miało znaczenia.
Słowa, które powtarzała mu na granicy przytomności wróciły do niej ze zdwojoną mocą. Nic z tej dyskusji nie miało żadnego znaczenia, ponieważ stosunki między nimi były p r o s t e i określone. Teoretycznie nie była Ortegą, nie posiadała więc żadnej z nim relacji i to nie ona zdobywała jego zaufanie, które następnie wykorzystała by zamknąć kajdanki wokół jego nadgarstków. Była agentką, osobą, która otrzymała zadanie przechwycenia niebezpiecznego człowieka i to zadanie wykonała, nawet, jeśli później koncertowo się zjebało.
Dla niego była wyłącznie wrogiem. Żadne słowa wyrzucone między nimi nie mogły tego zmienić, nie miały prawa.
To nie tak, że zgadzając się na pracę w kartelu nie przewidywała wszystkich negatywnych scenariuszy. Podejrzewała, że może zginąć pod każdym z nazwisk - w jakiejś akcji, która skończy się niepowodzeniem, bądź przywiązana do krzesła gdy jej przykrywka okaże się niewystarczająca.
W tym drugim przypadku podejrzewała, że to właśnie on będzie tkwił naprzeciw niej. On będzie tym, który ją przesłuchuje, który przywiąże ją do tego mebla, wyciągnie z niej informacje - a później zostanie jej k a t e m. Poniekąd, spełnił się właśnie ten wariant. Był wolny, miał przy sobie broń bądź własne ręce, wiedział o jej zdradzie i ewidentnie, kurewsko go ta zdrada bolała.
A ona z jakiegoś powodu nadal oddychała, jej rana nadal była zszyta tymi dłońmi, które powinny ją zadać, a skóra nadal pamiętała dotyk jego palców.
I z jakiegoś powodu to on był w tym momencie o b r a ż o n y, że zamierzała odjechać. Zrobić dokładnie to, co zrobił wcześniej on, z dodaniem do tego jakiejś łatki wybierania innego. Nie wybierała innego. Wybierała statystycznie wyższą szansę na przetrwanie. Wybierała prostotę w cholernie skomplikowanej sytuacji.
Wybierała ucieczkę od sumienia, wypalającego ją od środka jak kwas zawsze, gdy wyczuwała urazę w jego głosie i zawsze, gdy zamiast zrobić to, czego się po nim spodziewała, robił coś z goła odwrotnego.
- Visser... - zaczęła, z irytacją wybrzmiewającą w głosie i frustracją nadal będącą jego siłą napędową, lecz, ku jej przerażeniu, w tym nazwisku wybrzmiało coś miękkiego.
Zacisnęła usta w wąską linię, odwracając głowę w kierunku, który jej wskazał. Oczywiście, że zmusiłby ją do padnięcia na kolana celem podniesienia pieprzonych kluczyków. Dokładnie tego typu człowiekiem był, pieprzoną łajzą, która upajała się z poniżania innych ludzi.
Marynowała się w swojej złości, ruszając do samochodu. Tkwiła w niej kucając by podnieść broń, która spadła na ziemię a zaraz później sięgając pod pojazd. Jej pokaleczone dłonie przemknęły po żwirowej nawierzchni wraz z iskierkami bólu rozchodzącymi się po skórze, lecz gdy wyczuła zimny metal kluczyków, zacisnęła na nich mocno palce.
Czuła opór przed użyciem ich.
Opór, który nie miał żadnego uzasadnienia. Powtarzała sobie, że było to wywołane tym, ile życia poświęciła by go schwytać - by teraz sobie odpuścić, by pozwolić mu wrócić do Meksyku, w którym agencja już nigdy go nie dorwie. Czy nie powinna tkwić przy nim do samego końca? A jeśli już, czy nie powinna upewnić się, że zostanie schwytany?
- Nie jedź przez Winnipeg. Będą tam na ciebie czekać - mruknęła pod nosem, w boleśnie prawdziwym zdaniu, które wydarło się z jej ust samowolnie. Swojego rodzaju zapłata za wszystko to, co dla niej zrobił - nawet, jeśli w jej odczuciu przecież na żadną zapłatę nie zasługiwał. - Po drodze, na północy, jest jezioro w Thunder Bay. Jeśli posmarujesz kapitanowi czerwonej łodzi, wysadzi cię z daleka od punktów kontroli.
Wściekłość w niej wyłącznie rosła, zmieniając przy tym swój cel - teraz skierowana była na nią samą. Bo w zasadzie po co to mu mówiła? Z pewnością poradzi sobie sto razy lepiej teraz, samemu, gdy nie będzie miał ciężaru swojej namiastki sumienia spowalniającej każdy jego ruch.
Zdusiła w sobie chęć powiedzenia czegoś jeszcze - sięgnęła do klamki drzwi i otworzyła je zamaszystym ruchem. Wsadzając kluczyk do stacyjki i zapinając pasy, nie spoglądała w kierunku tkwiącego nieopodal mężczyzny - wycofała i ruszyła w stronę drogi, dusząc w sobie to nieprzyjemne wrażenie, ścisk w jej żołądku, którego nie potrafiła w pełni zracjonalizować.
To przecież nie miało znaczenia.

good luck babe
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”