Parę dni było wystarczającym czasem, by stworzyć choćby namiastkę przygotowania.
Wystarczającym, by rana w jej boku przestała tak cholernie rwać, by umysł mógł odrobinę się opanować. Panika ustąpiła, cofając się w nieustanne napięcie wyczuwalne pod powierzchnią, nieustannie szukające swojego ujścia. Rany na dłoniach zasklepiły się do strupów i trzymanie kierownicy przestało być źródłem nieustannego dyskomfortu. Jej plecy były w obiektywnie lepszym stanie, czyniąc siedzenie w fotelu niemalże przyjemnym doświadczeniem.
Wystarczającym, by mogła odrobinę
pomyśleć.
Nieodświeżona i w żaden sposób niewyspana następnego dnia zdobyła lewy telefon na kartę, wyrzucając staromodną mapę do kosza. Znalazła też inne ubrania,
normalne ubrania, wyrzucając czerwoną sukienkę do kosza. Zmieniła samochód na inny, zakurzony, zostawiony na parkingu rzęch, którego nikt nie będzie szukał przez dłuższy czas.
Drugiego dnia dostrzegła czarne BMW wsuwające się na stację benzynową, z której wcześniej wyszła, wracając się po tabletki przeciwbólowe.
Trzeciego zrobiła się pewniejsza. Z wykorzystaniem swojego telefonu i wiedzy, którą zakorzeniła w niej Sinaloa, zorganizowała dla siebie broń. Pistolet wylądował w schowku między siedzeniami, a ona parła naprzód.
Ani razu jej myśli świadomie nie sięgały w tył.
Odwracała wzrok gdy jej oczy wpatrywały się w lusterko nieco zbyt długo. Karciła się na głos gdy łapała się na zastanawianiu nad tym, w jakim miejscu był teraz. Uciszała swoje sumienie przeglądając na telefonie najnowsze wiadomości i udawała, że wcale nie przegląda ich dwukrotnie, z większą uwagą, sprawdzając, czy żaden przestępca na wolności nie został pochwycony.
Udawała dalej, zaczynając sprawdzać wiadomości ze Stanów Zjednoczonych, a później z pieprzonego Meksyku.
Pierwszy raz była tak naprawdę
sama. Miała agencję. Miała kartel. Nigdy wcześniej nie była zdana wyłącznie na siebie, nigdy nie musiała być. Musiała dostać się do tej pieprzonej Alaski, musiała zdobyć inny paszport - krótkoterminowy plan, ponieważ nie była w stanie stworzyć długoterminowego. Nie na razie.
Musiała nie zastanawiać się nad tym, co zrobiłby o n w tej sytuacji.
Musiała przestać słyszeć jego złośliwe komentarze w głowie w chwilach, w których popełniała błędy. Musiała przestać widywać jego twarz w tłumie osób zgromadzonych na stacjach i na parkingach. Musiała zrozumieć, że przypadkowe słowa wyrzucone za jej plecami gdy stała przy kasie nie brzmiały wcale jak
Godverdomme. Musiała wyrzucić go ze swojego życia permanentnie.
Czwartego dnia znów dostrzegła to eleganckie, sportowe BMW. Błysnęło w jej lusterku tylko na chwilę, znikając za sznurem aut.
Wiedziała, że jej czas był ograniczony.
Paranoiczne myśli nakazywały jej ryglowanie drzwi w każdym motelu, w jakim się zatrzymywała. Trzymały ją w bezsennych nocach, w których ściskała w dłoni pistolet i wpatrywała się w sufit, nasłuchując dźwięków dobiegających z drugiej strony ściany.
Nie sądziła jednak, że piasek w klepsydrze skończy się akurat t e j nocy.
Chłodny metal broni pieścił jej dłoń gdy chwyciła ją mocniej, zsuwając z łóżka na dźwięk otwieranego zamka. Panika przemknęła przez jej ciało wraz z tym zmęczeniem, które budowało się w niej od pięciu dni, i które wcale nie znikało w miarę, gdy oddalała się od Toronto.
Odnotowała twarz mężczyzny, który wkroczył do pomieszczenia. Znała go. Przypisywała go w myślach do wszystkich operacji, o których wiedziała, że brał w nich udział. Nie spodziewała się, że w ogóle dotykał
jej sprawy.
-
Pravandovsky - warknęła, odpowiadając jego lufie broni własną. -
Trochę późno na odwiedziny.
Drzwi uchyliły się szerzej. Zerknęła za jego ramię - wiedziała, że musiało być ich więcej, co najmniej dwójka. Nie wszedłby tutaj sam, bez wsparcia. Nie miałby tego pyszałkowatego wyrazu twarzy, gdyby wiedział, że nie może nacisnąć na spust bo ona odpowie mu tym samym.
- Dajmy sobie z tym spokój - westchnął, z nutą udawanej irytacji, bo wyraz samozadowolenia na jego twarzy wyraźnie wskazywał, że bawił się w tej chwili całkiem dobrze. - Wiedziałaś, że nie uda ci się daleko uciec. Zresztą, północ, naprawdę?
-
Ile ci płacą za mieszanie się w takie gówno, Robercie? - syknęła w odpowiedzi. Przesunęła się nieco, zgarniając leżący obok telefon - kolejną rzecz, którą miała pod ręką. Broń wycelowana w nią drgnęła, lecz nie zrobiła niczego, by sprowokować naciśnięcie na spust.
- Nie masz pojęcia, o czym mówisz - odrzucił z nieskrywaną satysfakcją i przeniósł wzrok na telefon w jej dłoni. - Zadzwonisz na policję? - zadrwił, wkraczając głębiej do małego pokoju, który nagle stał się jeszcze mniejszy.
Ekran urządzenia rozświetlił się, prezentując biel tworzonej wiadomości wraz z pokaźnym załącznikiem i dziesiątką nadawców. Jej jedyne
zabezpieczenie.
-
Cała operacja w Sinaloa od początku do końca - odrzuciła z groźbą, jej kciuk zawisł nad przyciskiem wysłania. -
Wyślę to prasie - dodała, jakby agent miał problem z dodaniem dwóch do dwóch. -
Mogę nie wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi, ale wielu innych inteligentnych osób będzie miało okazję się nad tym pochylić.
Uśmiech zbladł na twarzy mężczyzny, przekształcając się w coś w połowie będącego ironicznym grymasem, a w połowie wyrazem niezadowolenia. Jego broń uniosła się nieco wyżej, jakby wcześniej celował w jej serce a teraz - prosto między oczy.
- Jeśli należysz do tych inteligentnych osób, Navarro, to wiesz, że nie powinnaś tego nikomu wysyłać - odpowiedział, przeczesując nażelowane włosy wolną ręką, drugą zaś wciąż celując do niej z broni. - Czy warto za to umierać?
Tak, szepnęło jej głupie serce, rwąc się do odpowiedzi.
Tak, bo i tak umrę powtórzył umysł, świadom tego, że groźba wysłania wiadomości do prasy kupowała jej zaledwie parę kolejnych minut, w których musiała zadecydować, czy naciśnie na spust i czy zdoła wyskoczyć przez to pieprzone okno tak, jak oczami wyobraźni robiła już wielokrotnie.
Myśl, Navarro, myśl. Co zrobiłby...
- Gdzie on jest? - ostre pytanie przebiło ciszę nim zdążyła odpowiedzieć. Agent rozejrzał się po pokoju z podejrzliwością, zahaczając nawet butem o drzwi do łazienki, które tkwiły obok niego. - Gdzie jest Visser?
Czyli go nie złapali.
Niewytłumaczona ulga przemknęła przez jej ciało w abstrakcyjnej reakcji. Zaraz po niej pojawiła się złość - on uciekł, a ona tkwiła w tym gównie odgrażając się telefonem. Nawet, jeśli decyzja należała do niej, nic nie stało jej na przeszkodzie by winą obarczyć jego, gdy wygrzewał swoją dupę w Meksyku czy gdzie indziej.
-
Daleko stąd - odrzuciła zaczepnie, przesuwając się powoli w stronę okna, wciąż nie mając nic poza oględnym planem, który w teorii znała do perfekcji, w praktyce nie zastosowała go nigdy. -
Może w Stanach, może z powrotem w Holandii - wymieniała, Meksyk nawet nie pojawił się wśród propozycji. -
Nie sądzę, żebyście go kiedyś znaleźli.
it's not paranoia if they're really out to get youer