24 y/o
For good luck!
158 cm
m. m.
Awatar użytkownika
Jeden gram, zadecydowała, nie wystarczy; jej przykrość jest więcej niż jednogramowa.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez chwilę przyglądała się zielonemu stworzeniu w niemal nabożnym skupieniu, jakby właśnie natknęła się na jeden z tych niezwykle rzadkich cudów natury, o których później opowiada się ludziom, a oni patrzą z niedowierzaniem, pytając, dlaczego właściwie nie można było zrobić zdjęcia czegoś normalnego. Pasikonik jednak rzeczywiście wyglądał jak liść, tylko zdecydowanie bardziej podejrzany, bo posiadał sześć nóg, skrzydła, czułki i najwyraźniej całkiem dobrze radził sobie z udawaniem czegoś, czym nie był. Telefon nadal miała w dłoni, lecz zamiast od razu zrobić zdjęcie, najpierw zerknęła na owada, potem na ekran, później znowu na owada, jakby próbowała upewnić się, czy natura przypadkiem nie zrobiła sobie z niej żartu.
—Czyli to jest ten słynny liść z nogami.— stwierdzenie zabrzmiało zaskakująco poważnie, choć usta już drgały jej w lekkim uśmiechu. —Wiedziałam, że kiedyś znajdę coś, co wygląda jak roślina, a jednak nią nie jest. To prawie jak odkrycie nowego gatunku. Tylko mniejszego i bardziej zielonego.— przykucnęła jeszcze niżej, ostrożnie przesuwając telefon tak, żeby złapać odpowiedni kadr, a przy okazji niemal całkowicie przestała zwracać uwagę na wszystko inne dookoła. Zdjęcie musiało być dobre. Nie dlatego, że miała jakiekolwiek pojęcie, jak powinno wyglądać profesjonalne zdjęcie pasikonika, tylko dlatego, że skoro już oficjalnie znalazła swoje pierwsze stworzenie, należało to udokumentować. Kilka sekund później zrobiła pierwszą fotografię, zerknęła na ekran i natychmiast zrobiła drugą, tym razem z nieco innej perspektywy.
—Mam dowód.— uniosła telefon z miną człowieka, który właśnie zdobył materiał mogący rozstrzygnąć bardzo ważny spór naukowy —Nikt mi teraz nie powie, że to był zwykły liść.— perspektywa różowego pasikonika sprawiła, że po chwili znów spojrzała na Pixie z wyraźnym zainteresowaniem, bo najwyraźniej samo znalezienie jednego owada nie zakończyło już sprawy. —Różowy pasikonik brzmi jak coś, co ktoś wymyślił po zjedzeniu zbyt dużej ilości cukru.— przechyliła głowę, przez moment zastanawiając się nad czymś bardzo intensywnie —Czy one naprawdę są różowe, czy różowe tak samo jak flamingi? Bo flamingi nie rodzą się różowe. Robią się różowe od jedzenia, więc technicznie rzecz biorąc są trochę farbowane od środka.— nie wyglądała na szczególnie zainteresowaną tym, czy jej teoria miała sens, skoro była wystarczająco ciekawa, żeby ją wypowiedzieć. Wzrok znowu powędrował ku pasikonikowi, który najwyraźniej nie przejmował się zupełnie tym, że właśnie został mianowany pierwszym oficjalnym odkryciem tego spaceru.
—Powinniśmy mu nadać imię.— decyzja została podjęta z zadziwiającą łatwością —Nie na stałe. Tylko na potrzeby dokumentacji. Numer jest smutny. Możemy go nazwać... Stefan.— przez chwilę przyglądała się mu jeszcze uważniej, jakby próbowała ocenić, czy owad rzeczywiście wyglądał na Stefana —Nie. Nie. Stefan jest za bardzo człowiekiem, który naprawia pralki. Ten wygląda jak Gerard.— dopiero po chwili chyba dotarło do niej, że Pixie wspominała wcześniej o tym, iż większość spotykanych przez nią owadów nie dostaje imion, ponieważ było ich po prostu zbyt wiele. Ta informacja wcale nie zniechęciła Joy, wręcz przeciwnie, najwyraźniej otworzyła przed nią zupełnie nową możliwość. —Wiesz co? Jak masz ich tak dużo, to może rzeczywiście nie ma sensu nazywać wszystkich. Możesz robić im numery. Tylko wtedy pierwszy powinien być numerem jeden, a nie zero, bo inaczej drugi będzie miał kryzys tożsamości.— skinęła głową z przekonaniem, jakby właśnie rozwiązała jeden z większych problemów współczesnej entomologii. —Chociaż jak masz Karen i Johna, to już za późno. One mają osobowości.— kolejne spojrzenie skierowała na różne zakamarki roślinności, tym razem już z zupełnie innym nastawieniem niż wcześniej. Pierwszy pasikonik został znaleziony, więc cała okolica nagle wydała się pełna możliwości. Każdy liść mógł skrywać następnego, każda gałązka mogła okazać się miejscem kolejnego odkrycia, a Joy najwyraźniej uznała, że skoro raz jej się udało, to dalsza część poszukiwań również musi zakończyć się sukcesem —Dobra. Gerard jest pierwszy. Teraz szukamy jego rodziny.— wyprostowała się i ruszyła kawałek dalej wzdłuż zarośli, po czym po kilku krokach zatrzymała się gwałtownie. —Pixie.— Spojrzała na nią z powagą. —Jeśli znajdziemy różowego, to nazwę go Barbie.

pixie fontaine
kotlet sojowy z kryształem
23 y/o
PRACOWITA PSZCZÓŁKA
170 cm
studentka bologii na university of toronto
Awatar użytkownika
perfumy, które pachną na twojej skórze,
ty masz usta czerwone, a ja jestem w bluzie
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie mogła powstrzymać uśmiechu, kiedy Joyce przyglądała się pasikonikowi z oczami świecącymi jak miliony monet. Pixie nie miała pojęcia, że ktokolwiek poza ludźmi z jej roku może być aż tak zafascynowany widokiem owada siedzącego na liściu. To, że przyszli entomolodzy mieli na tym punkcie fioła, było oczywiste. W końcu po to poszli na te studia. Ale Pixie naprawdę nieczęsto spotykała kogoś spoza uczelni, kto potrafił zatrzymać się przy pasikoniku i patrzeć na niego tak, jakby właśnie odkrył coś niesamowitego. Może to przez podejście Smythe do ptactwa? W końcu pasikoniki też miały skrzydła!
— Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś nazywał pasikonika liściem z nogami, ale w sumie ty pierwszy raz robisz mu zdjęcie, więc się wyrównuje — mrugnęła porozumiewawczo, kiedy dziewczyna próbowała obrać idealny kadr. Nie no, aż tak nie musiała się starać. Zdjęcie i tak wyszłoby dobre.
Dowód jednak był i był bardzo żywy. I zdecydowanie nie był liściem.
— Muszę cię rozczarować, ale Scudderia furcata został oficjalnie sklasyfikowany przez naukę w 1878 roku — rzuciła z rozbawienie. Straszna z niej była niszczycielka dobrej zabawy i uśmiechów dzieci! — Naprawdę nigdy nie widziałaś pasikonika? — zapytała, bo te zwykle były zielone i siedziały na liściach. A czasem na ścianach, jak jakiś wpakował się do mieszkania. Potrafiły latać na wysokość koron drzew, czyli to dawało w przeliczeniu jakieś trzecie - czwarte piętro.
O kurczę, Pixie nie miała pojęcia, że flamingi nie są naturalnie różowe. To znaczy, w teorii wiedziała, że to od diety bogatej w karotenoidy, ale w sumie myślała, że to jakaś bujda na resorach. Okazywało się, że wcale nie! Joyce naprawdę znała się na ptakach!
— Tych różowych barwa wynika z mutacji genetycznej, więc są naturalnie różowe — wyjaśniła. Czy dziewczyna będzie tym zawiedziona? Może Fontaine powinna wymyślić jakąś nieziemsko szaloną historię, dlaczego były takiego, a nie innego koloru? Cholera, teraz to już za późno. Wkręci ją przy następnej okazji.
Nie miała w zwyczaju nadawać znalezionym owadom imion, a jednak pokiwała entuzjastycznie głową, przystając na propozycję.
— Nie, spokojnie, może być Gerardem! — zapewniła od razu, bo przecież jak nazwą jednego pasikonika, to nic kompletnie się nie wydarzy. Pix i tak nie zamierzała zabrać go do domu. Nie hodowała pasikoników. A mogłaby! Wolała jednak skupić się na koloniach mrówek i karaczanach. — Nie chcę nadawać im numerów. Owady rozmnażają się zbyt szybko. Jestem dobra z matmy, ale szybko bym się z tym pogubiła. Wyobrażasz sobie, gdybym miała numerować moje mrówki? Mam ich ze dwa tysiące. I to w jednej kolonii. W drugiej jest jakieś trzysta robotnic — wyjaśniła skrupulatnie, choć wiadomo, że sytuacja była dynamiczna i w formikariach panował spory przemiał.
Parsknęła pod nosem śmiechem, kiedy usłyszała, że kolejny pasikonik zostanie Barbie. Nieważne, czy to będzie samiec czy samica, kto w tych czasach przejmował się płcią. No dobra, w etymologii było to dość istotne, ale na ten moment będzie można przymknąć na to oko.
— A czy Gerard nie powinien być Kenem? — zastanowiła się na głos. — Albo, nie wiem... Jak miała na imię przyjaciółka Barbie? Midge? — zerknęła na Joy. Nikt nie powiedział, że nie mogły zeswatać ze sobą dwóch samic. Co prawda normalnie te nie łączyły się w pary, ale hej, miłość to miłość! Nikt nie będzie ich tutaj oceniał.

Joyce Smythe
bubek
nudy i braku zaangażowania
ODPOWIEDZ

Wróć do „Port Union Waterfront Park”